czwartek, 31 grudnia 2009

ostatnie godziny

Wypada podsumować: proste statystyczne zestawienie pokazuje mi, że był to rok dosyć szczególny - udało mi się utrzymać dyscyplinę i blogowalam pilnie przez cały rok. Między innymi z tej okazji piję szampana i zaraz odpalamy naszą fajkę wodną. Dookoła strzelają (sztuczne ognie), słuchamy Frode Haltli z Mają Ratkje a wcześnije Anoura Brahema i Stephena Micusa, jeszcze wcześniej mojego ulubionego BBC 3 i myślę sobie, oby jak najmniej było przełomów i rewolucji, żeby wszystko szło swoim torem, było jak zwykle płynne, zmienne i niestałe, żeby nie było mnie stać na luksus powiedzenia: to już tu, dalej nie idę.

poniedziałek, 28 grudnia 2009

piraci?

Wczorajszy dryf w poszukiwaniu buddyjskiego kalendarza firmy Tushita oraz strun do gitary upewnił mnie w tym, że istnieją jednak na tym świecie pewniki. Jedno ani drugie nie zostało znalezione (od roku mniej więcej 1998 testuję z mizernym zazwyczaj skutkiem rozmaite sklepy muzyczne na okoliczność strun "12"-tek Dean Markley do gitary elektrycznej, z grzecznosci nie mówię sprzedawcom, co mogą sobie zrobić z oferowanymi mi nieodmiennie D'Addario), przekopaliśmy za to wszystkie kalendarze na półkach Empiku w Galerii Krakowskiej oraz w Rynku. Zadowoliliśmy się, z braku Tushity, pięknym skądinąd kalendarzem "Tibet 2010" TeNeues. Gdyby ktoś gdzieś przypadkiem namierzył kalendarz firmy Tushita (albo inny) z buddyjskimi świętami, to proszę o cynk - ale pewnie kupię go po prostu w Sztokholmie w lutym (na rok 2009 kupiłam kalendarz w Montrealu albo Londku). Przy okazji jednak Empikowego dryfu zawiodły nas wiatry ku półkom z płytami i... doznaliśmy urazu (też niezmiennego). Po pierwsze, wybór (żałosny, marny, siermiężny i kompletnie bez żadnego klucza). Po drugie (i gorsze): ceny. Nawet gdybym zarabiała 10 razy więcej, to nie kupię nowej płyty z ciekawej serii ECM ze współczesną kameralistyką za blisko 70 (a bywa, że i 80) zł, bo uwazam tę cenę za nienormalną i w dodatku obraźliwą dla mojego rozsądku. Założę się, że ta cena jest wynikiem raczej obłąkanej polityki Empiku, a nie tylko samej zasłużonej labeli (tym bardziej, że ECM uruchomiła także wersję starszych płyt w wersji "budget"). Wzruszyliśmy tylko ramionami, płyt w Empiku i tak nie kupujemy, ale jeśli następnym razem jakiś Kazik będzie nazywał złodziejami dzieciaki (i starszaki) ściągające muzykę z sieci, to może warto podjąć dyskusję? Bo wydaje mi się, że "piraci" i "złodzieje" to zupełnie ktoś inny i gdzie indziej...

czwartek, 24 grudnia 2009

handy andy

Już jakiś czas noszę się z nowym pomysłem, ale ponieważ cierpię na ich poważny nadmiar, to nauczyłam się...przeczekiwać. Samoograniczenie w inwencji to w moim przypadku konieczna strategia przetrwania, choć nie obywa się, oczywiście, bez kosztów własnych innego rodzaju. W każdym razie mniej więcej około połowy roku miałam taki przebłysk, kiedy najpierw zaskoczył mnie niezwykle złożony i przestrzenny dźwięk miotły, która ktoś na Plantach zamiatał jakieś śmieci, dosyć wcześnie rano to chyba było, a później, kiedy mniej więcej w tym samym czasie usłyszałam nocą sowy odzywające się na nowymi budynkami Osiedla Europejskiego. Pomyślałam sobie, że interesująco byłoby prowadzić rodzaj sound journala. Nie wprowadziłam tego na razie do realizacji, ale mój soundwalk z tundry już jest gotowy i 200 płytek czeka na odbiór w dogodnej chwili. A od dzisiaj jestem bardzo szczęśliwą posiadaczką Zooma H2, bardzo poręcznego sprzętu do nagrywania (nagrywa w WAVach i MP3kach, a zatem jest idealny do podcastów...), którym nagrywałam w lipcu za kręgiem polarnym, ale wtedy tylko testowałam ten model. Bardzo wygodny w terenie, zupełnie przyzwoita jakość nagrań, powiedziałabym, że wręcz zadziwiająco dobra w porównaniu z minidyskiem Sony, którego używaliśmy do tej pory przy takich okazjach. Brzmienie nagrań trochę przypominało mi ciepłe i dynamiczne parametry uzyskiwane na naszym historycznym już modelu przenośnego DAT-a, jak do tej pory urządzenia dającego nagrania najlepszej jakości (z wszystkich, które miałam w ręku). DAT, został niestety lekko "zajechany" przez znajomych, którym niefrasobliwie go pożyczyliśmy i w efekcie padł mu akumulator, co jest niepowetowaną stratą. Nagrywa, ale tylko podpięty do sieci, a więc w terenie jest zupełnie bezużyteczny. Żal mi go, bo towarzyszył nam m.in. podczas nagrywania w Himalajach, przy stupie Bodnath, w Sarnath Park i w wielu innych fascynujących miejscach. Dzisiaj ma swoje honorowe miejsce na półce obok rozmaitych mniej czy bardziej muzealnych eksponatów (jak np. "miękka" dyskietka wyprodukowana przez nizapomniane Zakłady Włókien Chemicznych "Stilon" z Gorzowa Wielkopolskiego - tak, tak, te same, które produkowały kultowe kasety magnetofonowe stanowiące swego czasu bezsprzeczny obiekt pożądania). H2 być może pozwoli mi powrocić do pomysłu, który odłożyłam - w odruchu instynktu samozachowawczego - na półkę.

środa, 23 grudnia 2009

końcowka

Końcowka roku przyniosła oslabienie i zaniechanie, to fakt. Ostatni wpis tutaj miał miejsce prawie 20 dni temu! Co jakiś czas kryzysy się zdarzają.
Mam za sobą inaugurację sezony narciarskiego pod Rohaczami, jazda na nartach przy -17 stopniach była przygodą nie lada, ale za to można było najeździć się ile dusza zapragnie, nawet jeśli udostępniona była tylko jedna trasa. Po raz kolejny przyszło mi stwierdzić, że narty to jedna z największych przyjemności, jakie znam.
A teraz już prawie święta, które średnio lubię i z obserwacji wynika, że jakaś połowa populacji także lubi je rownie średnio. Wszystkim cierpiącym i nie życzę, żeby zawsze mieli na co czekać i żeby zawsze mieli o czym marzyć. Żeby było jakieś "gdzie indziej", "tam" i żeby to, co za horyzontem było bardziej kuszące, ale żeby to, co teraz było jak najbardziej odczuwalne i namacalne. I Ciepła, Światła, Energii. Na ten rok i wszystkie pozostałe. I żeby pociągi, do których wsiadamy, zawsze były ogrzewane.

sobota, 12 grudnia 2009

Dzień Drugiego Sniegu

Jest! Bardzo anemiczny i opieszały, ale jednak! Pada śnieg! Marzy mi się prawdziwa zamieć śnieżna, mam nadzieję, że jeszcze kiedyś taką w życiu zobaczę - gołym okiem widać, że zmiany klimatyczne to nie bajka ani teoria spiskowa, a jednak w sondzie Onetu przytłaczająca większość uznała, że to wymysł. Tak łatwo sterować tłumem w Polsce, że czasami aż strach człowieka ogarnia. Wystarczył artykuł o jakichś nie do końca jasnych zabiegach hackerów z Rosji, którzy rzekomo wykradli "tajne" dane. Coraz częściej myślę o tym, jaka to ogromna strata - Arktyka powoli odchodzi w przeszłość. Póki co, zaglądam, co słychać na głównym placu w Kirunie. Obraz odświeża się co 30 sekund, więc można potraktować tę kamerkę prawie jak telewizję. Słońce rzeczywiście nie podnosi się zza widnokręgu, ale i tak jest znacznie jaśniej, niż pod grubą krakowską zasłoną z szarych mgieł.
Kilka dni temu skończyłam "Vággi Várri", która już jest w tłoczni i lada moment na świecie będzie 200 sztuk płyty, która dla mnie jest dosyć osobistą historią totalnego związku z Północą. Najszybciej informacja pojawiła się na portalu, z ktorym współpracujemy przy tym projekcie, związanym także z magazynem "Zew Północy". Miło wiedzieć, że jest nas - ludzi zafascynowanych Skandynawią - więcej.

niedziela, 6 grudnia 2009

R.I.P. Jack Rose

No pora wreszcie ocknąć się z niechęci wobec... mniejsza z tym. Life's hard.
Tym bardziej, że w zabieganiu, totalnym stresie, nawale pracy, gonitwie myśli uporczywie krążących wokół potrzeby zyskania miejsca na pustkę, ciszę, świeżość i śnieg (ewentualnie także muzykę, która nie przychodzi łatwo między starannie wyliczonymi w minutach odcinkami czasu) zdarza się zazwyczaj uderzenie znienacka. Lub dwa. Po pierwsze: black out, zanik pamięci/świadomości, w środku zajęć. Po drugie: zmarł Jack Rose. Miał 38 lat, mój rówieśnik. Spotkaliśmy się jakieś 8 lat temu, jego akustyczny set otwierał nasz wspólny koncert z Bardo Pond w Filadelfii, w marcu 2001 roku. Słuchając jego solowego występu zrozumieliśmy kilka ważnych rzeczy, m.in. to, jak cenna jest różnorodność, jakie piękno kryje się w amerykańskiej gitarze akustycznej traktowanej z wirtuozerią i uczuciem, po co w ogóle warto to robić. Zawsze będę podziwiać kilku muzyków z tamtego kręgu (i kilku znajomych z bliższych miejsc), którzy - niezależnie od koniunktur i powiewów - tak konsekwentnie podążają swoją scieżką. Zastanawiam się najczęściej, skąd biorą na to siłę, zwłaszcza, kiedy źródło mojej energii nie jest w najlepszym stanie i coraz gorzej znoszę konfrontację, która jest jednak istotą działań scenicznych. Dlatego zachowam obraz Jacka pochylonego nad swoją gitarą tak, jakby nie istniało nic innego na świecie i ciszę, która wtedy zapanowała nad - normalnie hałaśliwym - klubem Khyber w Filadelfii.
Om Namo Buddhaya.

sobota, 21 listopada 2009

no cdn.

cdn. nie będzie, przynajmniej na razie, rzadko cdn. się spełniają, odkąd skończyła się forma powieści w odcinkach. Za to po czymś, co uznaję za pierwszy haterski atak w historii tego bloga (krótkiej) i co wnikliwi dostrzegą w komentsach, postanowiłam - dla odświeżenia i oddechu - co nieco zmienić. BTW: komentsy są tutaj edytowane, co oznacza, moi złociutcy, że zanim się pojawią, to muszę je zaakceptować, akceptuję w zasadzie wszystko z wyjątkiem spamu (jeśli przejdzie przez filtr) i wulgaryzmów, a zatem nie wycinam wpisów haterskich.
Zmiana jest dość radykalna - anglojęzyczna nazwa dotychczasowa mogła niektórych nieco mylić, bo niewiele miała wspólnego ze slangowym znaczeniem, a była związana z... Kocią, która występowała swego czasu jako Kootsie Abura. Ech, let it be. Haterski koments stał się jednak dla mnie pewną cezurą, ale też sygnałem na słuszność powiedzenia "uderz w stół....". Podwójnie albo potrójnie mi średnio, z wielu powodów. Najmniej z powodu meritum wpisu, najbardziej z rozpowszechnionej w naszym kraju napastliwości w stylu "dziennikarstwa" a la TVN 24 lub Onet.pl. O zwykłej i siermiężnej głupocie nie wspominając, bo o tym już pisałam.

niedziela, 15 listopada 2009

magic carpathians

Dobre podróże mają to do siebie, że dzialają z opóźnionym zapłonem. To znaczy uruchamiają wyobraźnię jeszcze długo po tym, jak się z podróży wróciło. Tak jest również tym razem - trzy dni spędzone w głębi Transylwanii upłynęły nadzwyczaj szybko (zwłaszcza powrót non-stop z Cluj-Napoca via Oradea, Debreczyn, Miszkolc, Koszyce i Nowy Sącz: jakieś 11 godzin drogi biorąc pod uwagę godzinne przesunięcie czasu między Węgrami a Rumunią), ale taśma kręci się dalej i łapię się na szperaniu w sieci i sprawdzaniu jakichś szczegółów dotyczących XIX wiecznej historii Cluj albo sprawdzaniu, przez jakie wioski Maramureszu właściwie przejeżdżaliśmy. Jakoś tak się ułożyło, że przez Rumunię głównie przejeżdżam, ale zawsze jest to przejazd brzemienny w jakieś skutki i niebanalny, nie polega tylko na pochanianiu przestrzeni. Tym razem także padał deszcz, było niezwykle szaro, co pokazuje zdjęcie brzegu Cisy w Tokaju. Za Koszycami, w Encs, skręciliśmy z dobrze znanej E71 w lokalną drogę przez Abáujkér i Tally do Tokaju. Poczulam wzruszenie i cieĻlo mi się zrobiło na sercu, bo 3 lata temu jechaliśmy tędy na rowerach, co już tutaj opisywalam. W Tokaju wszystko na swoim miejscu; jest csarda z najlepszą zupą rybną w tej części Europy (well, i mapą Wielkich Węgier na ścianie), jest Cisa z malowniczymi brzegami, do których zacumowane są czółna. Trochę bardziej sennie niż zwykle, bo to listopad, szaro, mży i o 16.00 zaczyna się ściemniać, ale kilka winnych piwniczek jednak zaprasza, w tym i ta, w której kupiłam genialny Tokaj Aszu (ja, która nie lubię słodkich alkoholi!), choć degustacja urągała wszelkim standardom higienicznym (i za to kochamy takie właśnie miejsca, bo są prawdziwe, realne, kurz na butelkach jest prawdziwy, pleśń na ścianach i oblepione lekko kieliszki też). Lubię takie miejsca, bo noszą ślad życia. Z bólem serca ruszyliśmy dalej, bo aura i degustacja tokajskich specjałów zachęcały do zaszycia się w jakimś ciepłym łóżeczku. Wizyty w Satu Mare sprzed 7 lat nie wspominam dobrze; najpierw błądzenie po kompletnie ciemnych ulicach bez żadnego oznakowania, później omal nie straciliśmy zawieszenia na jakiejś gigantycznej dziurze w asfalcie (za to pękła przednia szyba na tym wyboju), jeszcze później - próba wymiany wauty w jakimś podejrzanym hotelu, którego klientelę stanowili niemal wyłącznie muskularni mężczyźni w czarnych skórzanych kurtkach. Satu Mare anno domini 2009 to jednak zupełnie inne miejsce - jedno z setek niezwykle uroczych C.K. miasteczek między między Pragą, Wiedniem, Krakowem a Bukaresztem i Niszem (zapyziałych niesłychanie, to fakt, ale uroczych). Hotel okazał się być bardzo miłą przystanią, gdzie wreszcie można było - nasyciwszy się rumuńską wersją bułgarskiej chalgi czy kolejnym głupim filmem z Jackim Chanem z rumuńskimi podpisami - nakryć głowę kołdrą i odpłynąć. cdn. (mam nadzieję, wkrótce).

wtorek, 10 listopada 2009

Cluj-Napoca

Jutro o 6.00 rano będę już siedzieć w samochodzie, w drodze do nieoficjalnej stolicy Transylwanii, czyli Cluj-Napoca. Transylwania ostatnio kojarzy mi się głównie ze znakomitym filmem Tony'ego Gatlifa, w którym mistrzostwo pokazała rownież Asia Argento, pewnie więc będę w podróży rozglądać sie za filmowymi krajobrazami i klimatem. Jakiś mini-dziennik podróży powinien się pojawić w stosownym czasie. Największą zaletą tej podróży jest potencjalna zupełnie, acz zdaje się, że realna, możliwość Wyjścia Poza Mgłę Krakowską. Nawet jak dla mnie - fanki Arktyki - trochę tej mgły too much. Zresztą, na Północy nigdy nie bywa TAK ciemno i TAK szaro.

poniedziałek, 9 listopada 2009

mglisty poniedziałek

No więc mglista niedziela JEST lepsza niż mglisty poniedziałek, zwłaszcza taki, w którym ma się 6 godzin zajęć, z czego 4 z pierwszym rokiem (są oczywiście wyjątki od reguły, ale pierwszy semestr na pierwszym roku upływa głównie na a) oduczaniu delikwentów szkolnego infantylizmu b) przyzwyczajeniu do tego, że na zajęciach się myśli, a nie śpi c) znoszeniu (dość cierpliwie) mimowolnej impertynencji i poczucia humoru w stylu "zabawiam szkolną wycieczkę i jestem gwiazdą"). Ech, zżymam się, bo najbardziej na świecie frustruje mnie niemożność nawiązania ludzkiego kontaktu. W tych wszystkich dyskusjach w stylu "Wyższa Szkoła Wstydu" albo "Koniec Akademii" strasznie mnie wkurza to, że nikt jakoś nie zada sobie trudu, żeby sprawdzić, jak wyglądają "reading assignments" w najlepszych uniwersytetach, do których wszystkim tak spieszno - tam nikt się nie przejmuje, że studentom trudno jest przeczytać 60 stron z tygodnia na tydzień i raczej nie ma litości da tych, co przysypiają na zajęciach, a wcale nie wszyscy wykładowcy to gwiazdy entertainmentu.
Gderam. Wiem. Mgła i upiorna grupa, ot co. Czasem wydaje mi się, że jak ktoś się permanentnie nudzi, to znaczy, że sam jest nudny i tyle.

piątek, 6 listopada 2009

Rumunia


rumunia 2002, originally uploaded by nytuan.

W tym wszystkim zapomnialam zupełnie, że w przyszłym tygodniu wyjeżdżam na kilka dni do Rumunii - ciekawe, swoją drogą, na którym z twardych dysków znajdują się fotki z awanturniczej wyprawy do Rumunii i Republiki Mołdowy z 2002 roku... I przypomnialam sobie właśnie pisząc to zdanie, że są! są! są! Wszystko oczywiście dzięki sieci. Są w moim foto streamie na Flickrze. Bardzo długo więc nie byłam w Rumunii i ciekawa jestem, jak teraz będzie, mam nadzieję, że zobaczę kilka podobnych obrazków, jak podczas tamtej podróży.

Póki co, jestem kompletnie wykończona, ale skończylam wreszcie zaległy artykuł i teraz pławię się w poczuciu dobrze wypełnionego obowiązku (tym, bardziej, że nie potrwa ono długo, bo cała kolejka już czeka).

Na szczęście przemiła Pani z Privatloggi i Jokkmokk znalazła dla nas pokoik na czas Jokkmokk Marknad (a to najtrudniejsza część przedsięwzięcia - znaleźć w tym czasie nocleg w miasteczku, hostel zresztą już w całości zajęty i nie ma wolnych miejsc) w willi z kotami jakiś kilometr od centrum. I okazało się, że Kraków ma połączenie ze Sztokholmem (wprawdzie Ryanairem, którego nie lubię) i na Skavsta (którego nie lubię), ale to lepiej niż z Katowic. Ech, Północ... (ale póki co, 23.23)

czwartek, 5 listopada 2009

aargh 2

Już po napisaniu poprzedniego przypłynęło do mnie to: Jak mówią w kilku miejscach na świecie: "made my day". http://enter.bloog.pl dzięki!

środa, 4 listopada 2009

aargh

Skończyła mi się chwilowo wena do tytułów postów. W ogóle chwilowo skończyła mi się wena. Lepiej nawet tego nie ubierać w słowa, bo po co dręczyć świat swoimi niżami energetycznymi? Let it be. Rok temu było podobnie. Pewnie to kwestia banalnego przestawienia się na tryb jesienno-zimowy, choć dostrzegam też zalążki poważniejszego kryzysu, o którym wolę nie myśleć, całe szczęście, że są obowiązki, terminy i teksty do napisania. Nie chciałabym na razie móc się zastanawiać, po co to w ogóle robić. W każdym razie wizja hodowli psów za kręgiem polarnym (albo jeszcze lepiej, reniferów) nawiedza mnie w dalszym ciągu. Dzisiaj śniło mi się, że zbiegłam w dół jakąś leśną polaną, a później nie mogłam wrócić, bo po drodze kłębiły się rozmaite trudności, w tym pożar torfowiska i jakieś zardzewiałe blachy. Wyraźne, plastyczne sny to zazwyczaj zwiastun choroby, ale mam nadzieję, że joga dwa razy w tygodniu załatwi to za mnie (w tym sensie, że będzie, co ma być - zachoruję albo nie). Fascynuje mnie zresztą coś, co można nazwać psychomotoryczną pamięcią ciała - nie zapomina się jazdy na rowerze, na nartach ani pływania. Podobnie jest z jogą i już wiem, dlaczego zaawansowana praktyka wymaga jednak czasu (w sensie upływu czasu), którego nie da się oszukać, nie można udawać, że jest się bardziej zaawansowaną niż się w rzeczywistości jest i także w tym sensie jest to jedna z właściwych praktyk, czyli pozostawanie po stronie prawdy. Myślałam o tym wykonując bardzo nielubianą kiedyś Parśvakonasanę, która po wakacyjnych domowych wariacjach na ten temat przestala mnie dręczyć. I tylko pozornie jest to kwestia fizyczności ciała.

niedziela, 1 listopada 2009

tundra calling - flashback

Ten zew tundry to może również dlatego, że nareszcie skończyłam pracę nad nagraniami na płytę "Vaggi Varri", która ma być takim bardzo intymnym śladem słuchania, a właściwie zupełnej immersji w środowisku przesyconym wodą - wodą padającą z góry, płynącą po ziemi i życiem ptasim nad brzegami. Jakoś tak w drugim dniu trekkingu złapałam się na tym, że ten element wody jest decydujący i że zupełnie inaczej słucha się przez mikrofon ze słuchawkami na uszach. A teraz kodowałam ścieżki (po uprzednim wyczyszczeniu, co przy bardziej wietrznych lokalizacjach było dość upiorną robotą) do formatu "binaural", opracowanego specjalnie do słuchania na słuchawkach. Nawet teraz odkryłam jakieś kolejne warstwy dźwiękowe (oczywiście "wodne"): na przykład krople deszczu kapiące na mikrofon tworzą interesujący podkład rytmiczny o własnych zagęszczeniach i rozrzedzeniach. Tytuł objawił mi się w Nikkaluokta, gdzie jeden z domków noclegowych nazywał się "Vaggi", a drugi "Varri", co po samsku znaczy mniej więcej "Góry i doliny". Słuchanie płynących strumieni wydawało mi się wtedy bardzo ważne, fascynujące, odkrywcze i niezwykle przyjemne. A kilka dni temu wrzuciłam do odtwarzacza płytkę DVD z nagranym przez Mira świetnym seralem dokumentalnym "Around the World in 80 Faiths" (BBC, jak zwykle mistrzostwo) - kiedy samski szaman tłumaczył, że koniecznie trzeba słuchać rzeki i dlaczego ma to znaczenie, to trochę mnie zatkało.

tundra calling

Powinnam robić coś zupełnie innego, ale ten jasny listopadowy już dzień przypomniał o tundrze i dalekiej Północy, mojej głównej obsesji od jakiegoś czasu. Planuję więc lutową wyprawę za krąg polarny, do Jokkmokk na Jokkmokk Marknad, czyli kilka dni z reniferami, szalonymi imprezami w namiotach lavvo ustawionych w centrum miasteczka oraz joikiem. Nie ma jeszcze dokładnego programu, ale wiadomo, że Jokkmokk Marknad w 2010 odbędzie się między 4 a 6. lutego (nie licząc tzw. historisk Jokkmokk Markand). Ech, nie mogę się już doczekać, może tym razem uda się także ruszyć na narty do parku narodowego Muddus - szkoda tylko, że mój ulubiony Norwegian nie lata już z Krakowa do Sztokholmu... Pozostaje Wizzair (lata z Katowic na lotnisko Skavsta, którego nie lubię) + Norwegian do Lulei. To jest projekt, dla którego warto zmagać się z tutejszą zimą-niezimą i codzienną szarą mgłą nad Krakowem.

wtorek, 27 października 2009

traveller's time part 2.

Oczywiście, że poprzedni post jest trochę insiderski i bardzo enigmatyczny. I niech tak zostanie, na wypadek, gdyby jeszcze kiedyś ogarnęły mnie jakieś pokusy ZAANGAŻOWANIA, przez co muszę znosić katusze przebywania nie w tym miejscu, nie z tymi ludźmi i nie w tym czasie. Wątpliwości to nie kwestia procesu myślowego nawet, ale raczej (bywa coraz częściej) wglądu, dość szczególnego rodzaju olśnienia, przed którym trudno się schować (głównie przed samą sobą); coś jak nadzwyczaj wyostrzona wizja, kiedy widzi się znacznie więcej niż by się chciało.
A w podróży z Poznania (w trakcie koejnych zmagań z PKP) przyplątał się do mnie demon. To nic, że przybrał formę małej, na oko 7-letniej dziewczynki i jej mamy; to nawet się zgadza (zawsze przy tej okazji przypominają mi się niektóre buddyjskie thanki). Trudno powiedzieć, co było gorsze - dziewczynka wychodząca na korytarz przeciętnie 3 razy na minutę i starającej się usilnie mnie potrącić prawie za każdym razem (nie muszę chyba dodawać, że siedziałam przy drzwiach...), czy jej mama, która w pewnym momencie orzekła z czarującym ( w jej mniemaniu) i kokieteryjnym uśmiechem: "musi Pani jakoś znieść tę moją nieznośną córkę". Dzięki stoperom nie musialam przynajmniej uczestniczyć w ich nieprzerwanej rozmowie sprowadzającej się do napomnień mamy: "Nie rozmawiaj", wypowiadanych tylko po to, żeby po kilku sekundach błogiej ciszy wszcząć kolejny wątek dotyczący pisanego przez dziewczynkę zadania. No więc bylam z siebie dość zadowolona, ćwiczyłam kilka cnót opisywanych w Pattikasammupada i efekt był dość ciekawy - rozumiem chyba o co chodzi z tym, żeby nie dać ponieść się emocjom (z których gniew jest najbardziej dewastujący). Zastanawiam się jednak, co sprawia, że rodzice hodują własnymi rękami taką potworność (w sensie potwornego egoizmu)? Żeby przynajmniej była to zwykła niegrzeczna dziewczynka, ale nie; to byla dziewczynka potworna - patrzyła na mnie wielkimi, nieruchomymi, ssącymi oczyma, szukając choćby śladu reakcji na kolejne prowokacje; wymagała uwagi bezwarunkowo i natychmiast.
Albo po prostu to się zdarza w TLK "Wielkopolanin" opuszczającym Poznań o nieludzkiej 5.47.

traveller's time

Chciałoby się powiedzieć, niestety. Sens rozpadających się wspólnot, których nie da się odtworzyć, złudzenia traci się po jednym na każdą okazję i wystarczy. Nie ma powrotu.
"Lepiej rozmawiać z prostymi ludźmi, z intelektualistami to tylko problemy są, zawsze mają jakieś wątpliwości". To o "robocie politycznej" w rodzaju zbierania podpisów pod Różnymi Ważnymi i Słusznymi Petycjami i Inicjatywami Ustawodawczymi. Wszystko jest mi więc jedno - prawo czy lewo, ekolodzy czy feministki, wolna kultura czy budyniowa konserwa. Jako osoba, której zależy na posiadaniu wątpliwości i mnożeniu pytań, wszędzie miewam przykopane sooner or later. Takie czasy nastały: Ludzi Bez Wątpliwości. Trochę strach.

środa, 21 października 2009

przerwa na październikowe słońce

To musiało się tak skończyć i nawet czuję z tego powodu ulgę. Nieszczęsny wypad na dwudniowe szkolenie z bardzo miłą grupą, ale noclegiem w "trzygwiazdkowym hotelu" w Milówce koło Żywca z potwornie zimną salą do prowadzenia zajęć oraz agresywną i chamowatą męską częścią obsługi musiał zaowocować przeziębeniem, nie ma rady. To był pierwszy dzień wczesnojesiennej zimy i szczękanie zębami przez jakieś 10 godzin dobrze się nie kończy. To swoją drogą zadziwiające, że obiekt w ogóle dostał status hotelu, o gwiazdkach nie wspominając. Możliwości są dwie: a) zakup stosownych papierów na okolicznym targu b) chamowaty właściciel musiał na czas odwiedzin komisji zostać zamknięty w komórce z kozami (gdzie zresztą jego miejsce). W sumie żal było mi pani właścicielki, która starała się z wszystkich sił zatuszować potwornie złe wrażenie, jakie pozostawało po kontaktach z męską częścią rodziny właścicieli. Ufff, całe szczęście, że to już za mną a "więcej tam już nie powrócę". Sądząc po pewnych symptomach, wszystkie "trzygwiazdkowe" hotele w Milówce to ściema, jakich mało. Pensjonaty, owszem, może jakoś by się wybroniły. No, ale skoro na ścianie w galerii zdjęć widniał Wasserman oraz Korwin-Mikke... to w końcu "kwestia smaku", jak pisał poeta, a najwyraźniej (i na szczęście) sytuujemy się z w/w panami na odległych biegunach. Zaczyna w Polsce pojawiać się taki rodzaj "luksusu", który wywodzi się w prostej linii z wiejskiego szpanu (vide agent Tomek - przychylam się do opinii, że wart Pac pałaca, czyli jakie "ladies", taki podryw - generalnie żałosny: ubrania od Prady??? Porsche Cayenne??? Bielone zęby??? no przecież trąci wiochą na kilometr i obciach nieziemski, wstyd się z kimś takim pokazać w dobrym towarzystwie). A propos, widziałam na moim osiedlu Cayenne oraz (zaraz później) Lamborghini, czyżbyśmy robili z agntem Tomkiem zakupy w tym samym sklepie?
To było na szczęście przed tygodniem, albo dwoma, albo przed 10-cioma dniami. Tracę rozeznanie. Przeziębienie dało mi luskus rozkoszowania się koncertami Bacha i październikowym słońcem, czyli taką bardziej uwodzicielską twarzą jesieni.

niedziela, 4 października 2009

Tatry ponownie


Trudno uwierzyć, ale naprawdę tak było wczoraj w Tatrach. Udaje się utrzymać 2-tygodniowy rytm wycieczek w gory i mam nadzieję, że tak już zostanie. Ja co prawda najbardziej lubię Tatry zachmurzone, z marznącą mżawką od czasu do czasu, ale trudno, landszafty (jak ten obok) też mają swój urok :-). Ludzi sporo, ale jak to w Tatrach: najczęściej kłębią się w miejscach do posiedzenia, rzadziej w tych do pochodzenia, które nie są obowiązkowym punktem programu. Na przykład między Wołowcem a Jarząbczym spotkaliśmy tylko ze 3 osoby. Gdyby nie ta "złota tatrzańska jesień", jak z obrazka, byłoby pewnie jeszcze bardziej pusto. Trasa ze schroniska w Dolinie Chochołowskiej przez Wołowiec, Jarząbczy i Kończysty na dół okazala się dość wymagająca i od wyjścia ze schroniska do momentu trzaśnięcia drzwiami busa na parkingu u wejścia do Doliny upłynęło dobre 9 godzin. Takie trasy jednak lubię najbardziej (i takie podejścia, jak na Jarząbczy od strony Wołowca - BARDZO treściwe i wymagające uporu).
Po drodze uchodzą z ciała całe zasoby stresu, głowa oczyszcza się z informacyjnego smogu. Można przez chwilę zapomnieć o sprawie Polańskiego i zwolnić się z konieczności zajmowania stanowiska w tej sprawie. Być może to właśnie sprawia, że tak często czuję się w Polsce klaustrofobicznie - z każdej strony atakują bardzo wyraźnie sformułowane, raczej "na sztywno" i ortodoksyjnie punkty widzenia. Żeby użyć grypsery naukowej: społeczne uniwersum jest totalnie domknięte (żeby nie rzecz, zafoliowane) przez tez idealnie uzupełniające się, zawsze opozycyjnie i w parach, ortodoksyjnie przeciwstawne pogląady. W tym sensie Krytyka Polityczna nie tylko wiosny nie czyni, ale wręcz przeciwnie, idealnie wpisuje się w tę męczącą dynamikę.
Co do Polańskiego: nie uda się go obronić w ten dosyć głupi sposób, jaki obrały niektóre środowiska artstyczne, ale z pewnością udało się skompromitować wielu osobom i gremiom, od Migalskiego po Zanussiego. Z tego ostatniego wyszła dosyć marna istota ludzka, pozbawiona elmentarnej wrażliwości.

make money with AdSense

...namawia mnie Dashoboard od jakiegoś czasu. A ja się cieszę, bo dostrzegam w tym symptom osobistej wolności: nie będę zarabiać pieniędzy z AdSense i nie będę konfigurować żadnych reklam na moim blogu.

poniedziałek, 28 września 2009

blokowisko i małe sklepiki


Jakiś czas temu wyjawiłam swój pogląd na kwestię tzw. małych sklepików vs. hipermarketów, dzisiaj będzie swego rodzaju postscriptum. W dalszym ciągu pozostaję sceptyczna wobec bezkrytycznych pochwał stawiających owe małe sklepiki automatycznie w jednym rzędzie z mitycznymi duchami opiekuńczymi wszelkiej maści. Male sklepiki bywają bowiem różne, są i takie, które upadają zasłużenie. Są jednak i takie, które pokazują, na czym cała ta sztuka, zwana handlem, polega. Nie chodzi bowiem tylko o wymianę towarowo-pieniężną - jak pokazuje to cała kultura Wschodu (która u nas bezpowrotnie zgnięła wraz z tragedią Holocaustu), chodzi przede wszystkim o komunikację. I tak od kilku dni funkcjonuje obok pętli kampus UJ... stragan warzywny, hurra!!! Tzn. hurra jest tylko wtedy, kiedy jest tam Pani. Kiedy jest Pan, to się człowiek dowiaduje: a to, że towaru się nie dotyka, a to, że nie wie, czy papryczki są rzeczywiście ostre, a to ogólne zniechęcenie wyraża się w niezbyt ochoczej komunikacji. Jestem wtedy bardziej skłonna zastanowić się, czy jednak nie zejść na Chmieleniec, gdzie panie w sklepiku Warzywa-Owoce widnują wprawdzie ceny i trafiają się warzywa niezbyt dobrej jakości, ale generalnie jest bardzo dobry wybór i ta "niezbyt dobra jakość" naprawdę jest sporadyczna. Zresztą, przy Carrefour Expressna Bobrzyńskiego wszystko jest lepsze. CARREFOUR EXPRESS TO NAJGORSZA SIEĆ HANDLOWA W CAŁYM WSZECHŚWIECIE. Mam jeszcze doświadczenia z "Galerią Smaku U Jacka", również na Chmieleńcu , chyba ta sama własność, co warzywa-owoce - jest to jeden z nielicznych w KRK sklepów, z których mięso nasz kot w ogóle bierze pod uwagę. Gdyby sądzić po zachowaniu kota, to 80% mięsa i jego przetworów na rynku nie nadaje się w ogóle do niczego. A ponieważ Kocia, biedaczka, chyba dożywa kresu (mam nadzieję, że jednak wolniej niż szybciej) - 16-letni kot ma prawo zapaść na niewydolność nerek - to zostala ostatnio klientką małych sklepików w okolicy (z mięsem i zoologicznych).

środa, 23 września 2009

out

Z różnych powodów bylam kompletnie wyautowana z życia przez kilka ładnych dni (well, głównie z powodu pełnienia FUNKCJI - takiej od czarnej roboty, acz bardzo papierkowej). Dzisiaj spostrzegłam, że są w tym pewne dobre strony:
a) wiem, o której zamykają wieczorem budynek WZiKS UJ i co by było, gdybym zapomniala Bardzo Ważnej Karty;
b) "posiadam wiedzę" (różnorodną);
c) przez ponad 7 dni świat zewnętrzny mógłby dla mnie nie istnieć, stałam się niezamierzenie Tymczasową Strefą Autonomiczną w samym środku Systemu (i wiem też, jak to działa);
d) mam całkowitą relatywność czasową - upłynęła doba, a mnie się zdawało, że to 3 różne dni;
e) uwolniłam się od kompulsywnej i czysto odruchowej potrzeby wiedzy kim/gdzie/czy jestem.
Fun.

środa, 16 września 2009

miałam iść wcześniej spać

... bo jestem maksymalnie wycięta. Wyszłam z domu o 8.45, wróciłam o 17.08, jadłam śniadanie o 7.40 i kolację o 19.00. I jak mi ktoś jeszcze powie, że pracownicy naukowi nic nie robią... Ale jest jak zwykle: 00:07 i nie wiem, co tu jeszcze robię przed ekranem mojego kochanego Maczka. Wszystkiemu winien Telemann i jego Tafelmusik, za dobrze się słucha w mojej wieży z widokiem na (prawie) wszystko dookoła.

dokładnie 0:00

w moim poprzednim poście (choć w podpisie figuruje 12.AM). Kolejny raz udało mi się złapać czas na gorącym uczynku.

jest!

poniedziałek, 14 września 2009

dość lenistwa





Dosyć tego lenistwa. W zapisywaniu, rzecz jasna, w zapisywaniu. W realu krążyłam bowiem między KRK (jesienne mgły już są! już nas zachwycają swoją czystą formą! już jesiennie boli głowa i powieki opadają, kiedy siedzi się w autobusie miejskim ok. 17.00!) Wiedniem (przytulne miszkanko Erica i Vanessy prawie w samym centrum), Linzem (to opiszę oddzielnie i gdzie indziej, Marek i tak wyjawił część moich telefonicznych relacji na gorąco z Ars Electronica) i Tatrami. I uwaga, uwaga - pierwszy raz w życiu widziałam kozice, hurrrra!!! Najbardziej podoba mi się ta wersja z leniwymi kozicami, które nawet się nie ruszyły - a przecież na pewno było nas słychać i czuć (tak, jak było słychać zgubionego koziołka, którego rodzicielka wcale nie pospieszyła mu na pomoc, tylko najwyraźniej uczyła radzić sobie samemu w trudnych sytuacjach - blisko półgodzinna obserwacja małego stadka kozic po raz kolejny byla pretekstem do dyskusji o ludziach, którzy sądzą, że zwierzęta pozbawione są uczuć, duszy i umiejętnosci komunikacji: chyba nigdy nie zrozumiem tych, którzy tak myślą). W każdym razie kozice były nagrodą za trzymanie się planu (nocleg na Zelenym Plesie mimo braku miejsc - od czego są urocze sale bardzo wieloosobowe z tzw. miejscem na śpiwór) oraz za wczesny wymarsz (byliśmy na podejściu pod Velką Svišt'ovkę najwyraźniej pierwsi, kozice patrolowały nas niemal od samego dołu). Przejście - jedno z piękniejszych w Tatrach - niestety, w wyższych partiach głównie we mgle.

I tak mieliśmy sporo szczęścia: po powrocie do domu przeczytałam, że w sobotę dwie osoby zginęły w Tatrac Zachodnich od pioruna. W Javorovej Dolinie mgły hasały po okolicznych szczytach (podobnie w kotle za Kieżmarskim Szczytem), ale prawie cały dzień było słońce. Ludzi w wyższych partiach Tatr coraz mniej, można już wychodzić na ulubione szlaki. Kocham Tatry. To tylko kwestia odpowiedniej pory - przy niezbyt pięknej pogodzie i poza sezonem ciąle jeszcze da się chodzić po Tatrach.

Niestety, zejście do Tatrzańskiej Łomnicy ze Skalnatego Plesa pokazało nam (po raz kolejny) mroczne oblicze przemysłowego i masowego narciarstwa: nigdy nie sądziłam, że można wyciąć w Tatrach taki pas kosówki. Zbocze zdewastowane, wszystkie nowe urządzenia bardzo tandetnie "wstawione" w teren, stok zupełnie niezabezpieczony przed erozją, ogólny budowlany smutek porzuconych workow po cemencie i innych takich. Nigdy nie będę jeździć na nartach w Tatrzańskiej Łomnicy (podobnie jak na Jaworzynie Krynickiej i w Wierchomli), do czego namawiam wszystkich posiadających odrobinę wrażliwości miłośników narciarstwa.

sobota, 5 września 2009

dialog?

Dzisiaj przykuł moją uwagę news o dialogu międzyreligijnym w Krakowie (na szczęście weekend spędzę w Linzu na Ars Electronica). Od jakiegos już czasu sporo uwagi miejscowe media poświęcały imprezie Międzynarodowy Kongres dla Pokoju "Ludzie i Religie". Pomysł jak najbardziej godny pochwały, tyle że... jest jak zwykle. Na stronie diecezji znamienna jest lista gości: oprócz katolików (rzecz jasna lista najdłuższa) mamy także "Judaism" (nadzwyczaj chwalebnie, ale trudno wyobrazić sobie wiarygodny dialog bez judaizmu), "Islam", "Orthodox and Oriental Churches", "Anglican Communion", "World Christian Communions" oraz.... "Asia". Pod tym ostatnim kryptonimem zblokowano buddystów (głównie z Japonii), dżinistów i hinduistów. Jeszcze bardziej znamienne jest, że nie zproszono nikogo z polskiej Sanghi (choćby najszerzej rozumianej), nikogo z miejscowych hinduistów (a kilka grup by się znalazło, choćby krisznaici). Dlaczego? No cóż, można się tylko domyślać. I tak dialog międzyreligijnym znowu okazał się zaledwie pozorem, bo rządzi tym przedsięwzięciem głównie ideologia. Dopóki kościół katolicki w Polsce nie wyzwoli się ze swojej histerii antysektowej, prawdziwego dialogu nie da się nawiązać, bo nie będzie prawdziwego szacunku dla odmienności. Nie wspomnę już o duchowych tradycjach nazywanych czasem szamańskimi (a można byłoby lepiej chyba powiedzieć, rdzennymi) - Dalajlama zaprosił na takie spotkanie ładnych kilka lat temu również przedstawicieli takich tradycji, co także jest znamienne.

czwartek, 3 września 2009

window (no)shopping

Jeszcze trochę sobie ponarzekam, a co tam. W końcu wczoraj były moje urodziny, jest już wrzesień, a tu 30 stopni i nie pada (chcę deszczu i mgieł!), siedząc nad pracami moich kochanych studentów znowu czuję się absolutnie wycięta (no, raz na jakiś czas trafia się ślad myśli oryginalnej lub samodzielnej - wcale nie tak rzadko, wiem, że mogłoby być gorzej, bo nasi studenci są najlepsi), jednym słowem, czuję, że wolno mi ponarzekać. Otóż kompletnie załamała mnie wyprawa do Galerii Krakowskiej w poszukiwaniu ciuchów. Co za ohyda w większości sklepów!!! Najbrzydsze kolory, jakich nawet wolę sobie nie wyobrażać (musztardowy, paskudna ciemna zieleń, z której starannie wyssano energię zieleni, ohydny burdelowy fiolet w zestawieniu z quasi-buraczkowym oraz wspomnianym już musztardowym, ów niesławny kobalt, ktorym katują nas już od jakichś trzech sezonów, jakimś sposobem nawet biel i czerń były w Reserved Orsayu i Mango paskudne!). Nie wspomnę już o fasonach, które są inspiracją najgorszymi aspektami mody lat 80. (jeszcze tylko watowanych ramion brakuje z początków lat 90., ale pewnie pojawią się, tfu, na psa urok!). Pewnym światełkiem w tunelu okazało się Tatuum i Peek&Cloppenburg, gdzie trafia się prawdziwy asortyment Vero Mody albo Esprit, a nie ten na Europę Środkową i Wschodnią. No przecież nie zacznę się ubierać w Monnari!!! Raz że to nie moja kieszeń; dwa, że nie moja broszka; trzy, że jeszcze nie osiągnęłam tego wieku; cztery, że nic mi się tam też nie podoba Do Zary nie doszłam, bo puściłabym pawia. Polskie sklepy są wyłącznie dla fashion victims albo dla średniego szczebla menadżerskiego ostatnich państwowych przedsiębiorstw (boziu, te "garsonki" i koszule dla osób bez biustu, w wiadomych z gory kolorach). Zawsze zresztą po powrocie skądinąd uderza mnie, że ludzie na ulicy są strasznie odpicowani, jakby codziennie byla niedziela i musieli założyć "kościółkowy" zestaw najlepszych ciuchów, i wszyscy sprawiają wrażenie umundurowanych, po powrocie z Amsterdamu naliczyłam na przystanku 8 par sandałów na słomkowych koturnach (co mnie przeraziło, bo kupiłam takie w ubiegłym roku). Zrobię sobie zakupy w Wiedniu po drodze do Linzu albo w Londynie w listopadzie. Kiedyś myślałabym, że to jakieś totalnie lanserskie zdanie świadczące o poważnych zaburzeniach osobowości i naglącej potrzebie show-offu, a dzisiaj wiem, że to krzyk rozpaczy. Hej, projektanci od Reserved, ocknijcie się wreszcie , idźcie może na jakiś spacer i przewietrzcie głowy, może w tym czasie komuś się uda zaprojektować przypadkiem coś fajnego. No chyba, że to jakaś sprytna, przemyślana strategia antykapitalistyczna, antykorporacjonistyczna, antykonsumpcjonistyczna i antyprzyjemnościowa (bo wraz ze mną po Reserved błąkało się stadko innych zagubionych kobiet, najwyraźniej bezskutecznie poszukujących CZEGOKOLWIEK, w czym wyglądałoby się nie jak manekin sklepowy); w takim przypadku: respect, pełny sukces.

militarystycznie

I początek września jak zwykle upływa w duchu militaryzmu. Politycy prężą muskuły i żerują na (nie swojej) pamięci. "Wybaczenie" ma oznaczać "ale przyznaj, że to JA mam rację". Zupełnie, jakby pojęcie dyplomacji było w tym kraju nieznane (podobnie jak higiena oraz aktywność umysłowa). Straszą wytrzeszczone w przypływie narodowej histerii oczy rozmaitych Kukizów i Jarosławów. Na szczęście niespotrzeżenie coraz mocniej zakrada się jesień, a sikorkom na balkonie obce są wszystkie bitwy świata, które nie toczą się o ziarno słonecznika.

wtorek, 25 sierpnia 2009

koniec lata

To już koniec lata. Mgła nad Krakowem dzisiaj rano właśnie mi to uświadomiła - to była mgła już wrześniowa. I co z tego, że ostatnie dni sierpnia w kalendarzu i że jeszcze pewnie będzie gorąco - po lecie i tyle. Żegnanie lata miało miejsce w Nowym Sączu, gdzie pojawił się DESZCZ. Niestety, podczas wieczoru, który był przeznaczony dla teatru. Nie zobaczyliśmy więc spektaklu Teatru Snów (i, prawdę mówiąc, nie zdążyliśmy też porozmawiać dłużej niż przez chwilę). Poza tym jednak najmilszym aspektem festiwalu były spotkania (bo reszta to cała seria negocjacji i kompromisów - koniecznych przy tego typu okazjach, ale nie zawsze pozostawiających najlepszy smak). Włóczęga po Krakowie z Willim i Gerardem, powtórka tejże z Maren i Rudim, nagrywanie w miasteczku galicyjskim (taka folkowa wersja Disneylandu z ajentami i pracownikami niechętnymi wszystkiemu, co narusza marazm i ich święty spokój) fantastycznej sesji instrumentów karpackich... Obiady, transfery, krążenie samochodem, piwo późno wieczorem w którymś z ogródków wraz kilkoma kolejnymi ekipami znajomych, wreszcie czas, żeby pogadać spokojniej z Shiną i Danem, potrójne urodziny w Lokatorze - wystarczy, żeby zapełnić tydzień, a to tylko 4 dni... Siedząc w niby-ratuszu galicyjskim i słuchając Michala Smetanki czarującego nas karpackimi haiku w wersji na głos i rozmaite instrumenty dęte (od fujary przez gajdice po koncovki) obserwowałam, jak za okne pada deszcz i był to moment idealny. Huculska fłojera brzmiała jak sama kwintesencja Karpat, które wciaż mnie zaskakują i odsłaniają nowe oblicze, ujawniają nowe formy związku, więzi, praktyki. Józef Broda zaśpiewał o "ślebodzie" i wszytsko było jasne, wszystko zamyka się w tych kilku wersjach piosenek o owcach, chmurach i graniach, trzeba tylko znaleźć czas na słuchanie i ludzi, którzy potrafią wyczarować taki soundscape. Bo to jest możliwe tylko na żywo. Na koniec zagraliśmy wspólnie i był to dość niezwykły band złożony z Wiedeńczyka (a zatem jego słowacko-czeskie korzenie były oczywiste od samego początku), górala z Beskidu, Słowaka z Lewockich Wierchów, który tak pięknie potrafi zmiękczyć po szarysku, Hucułów studiujących na akademii, Szwajcara, który ma swój udział w renesansie fujary słowackiej, austraickiej aktorki, która czaruje samą obecnością... W tym wszystkim najważniejsze jest Źródło, ale nie ma ono NIC wspólnego z muzeum, etnografią i skansenem, bo jest żywe, ruchliwe i płynne. Słowo na niedzielę brzmi: wdzięczność.

niedziela, 16 sierpnia 2009

out in the woods

Nie chce mi się w niczym uczestniczyć, niczym specjalnie ekscytować. Te wszystkie odpryski militarno-ideologiczno-popowe wyglądają z tundrowej perspektywy jak brud na szybie. Let it be. A zatem zupełnie niemodny, nie-offowy, nie-nowy Oregon z płyty wydanej w 1983 roku: prawie klasyczny skład z Colinem Walcottem, Ralphem Townerem, Paulem McCandlessem (bardzo lubię klasyczne brzmienie jego oboju) i Glenem Moorem. Co nie przeszkadza, że przedpołudnie minęło pod znakiem Alberta Aylera i upału, który szczęśliwie obserwowałam zza szyby. Miasto jest cudne w sierpniu: nieliczne zagęszczenia w mieście (zupełnie inne składniki niż zwykle, bo wyjechali studenci, a przyjechali turyści, często z odległych rubieży ściany wschodniej albo z innej prowincji, głównie mentalnej i obyczajowej), poza tym płynność, przejrzystość, lekkość.

sobota, 15 sierpnia 2009

między światami

Wciąż jeszcze trudno odnaleźć mi się w miejskich autobusach i w Carrefour Express, który jest sklepem złożonym głównie z piętrzących się problemów. Po czterech dniach na Sopatowcu to poczucie znowu się zaostrzyło, staram się wychodzić z domu tylko wtedy, kiedy jest to konieczne. Sopatowiec jest świetnym miejscem na czytanie beletrystyki, na którą normalnie rzadko mam czas. Tym bardziej, że książki zaczęte można dokończyć przy kolejnej bytności (nie udało mi się znowu skończyć "Stambułu" Pamuka, ale nic straconego, pewnie wrócę do tej książki późną jesienią, wtedy na werandzie w cenie będą miejsca na fotelach przy piecyku i będziemy pewnie wszyscy tęsknić do wylegiwania się w plamach słońca). Tym razem przyciągnęły mnie kolejne części "Wilczego notesu" Mariusza Wilka. Tym bardziej, że "Tropami rena" to opowieść o podążaniu śladem Saamów zamieszkujących Karelię i Półwysep Kola. Trochę jednak mnie irytuje miejscami dydaktyczne zacięcie autora, który "naucza" o konsumeryzmie i tym, jak "kultura Zachodu" zniszczyła Naturę. Niestety, w przypadku olbrzymich połaci rosyjskiej Północy to nie kultura Zachodu zdewastowała zupełnie przyrodę, tylko rozmaite wersje imperialnych i kolonizujących polityk rosyjskich oraz ci wszyscy wspaniali skądinąd zapewne ludzie, którzy nie czują żadnego oporu przed wywaleniem śmieci do lasu. Istnieje taki rodzaj retoryki zachwytu ubogimi mieszkańcami rozmaitych leśnych ostępów i ich ubóstwa (rzekomo wyzwalającego tę bardziej szlachetną stronę ludzkiej natury). Otóż rzadko, niestety, zdarzyło mi się widzieć to w praktyce. Najczęściej bieda idzie w parze z kompletną dewastacją otoczenia i brakiem wrażliwości na cokolwiek, co nie daje pieniędzy - są wyjątki (np. nepalskie wisoki wysoko w górach), które jednak nie dają podstawy do czynienia z nich reguły. Generalnie, pobyt w Skandynawii kazał mi przemyśleć odruch obsadzania "kultury Zachodu" w roli dewastatora przyrody i niepohamowanego konsumeryzmu. To chyba jednak nie jest cała prawda, ani nawet jej połowa. A w Rosji Saamowie nie "zniknęli" po prostu, jakby wyparowali - podobnie, jak inne grupy etniczne (Nieńcy, Samojedzie etc.) zostali wybici, zmuszani do kolektywizacji, rozpijani i rusycyzowani przez kolejne moskiewskie ekipy uprawiające takie same polityki kolonialne (tylko mniej finezyjne, bardziej okrutne i bardziej szkodliwe), jak w tzw. krajach Zachodu.

piątek, 7 sierpnia 2009

saamskie tropy


I jeszcze kilka saamskich tropów (od kilku dni próbuję zdecydować, jak się pisze Saamowie, saamskich itp. czy też po prostu Samowie i samskich, jak chce prasa, np. "Rzeczpospolita"). W końcu przyjmuję jednak za tłumaczką, Marią Skibińską, i redakcją znakomitej książki Ailo Gaupa "Podróż na dźwiękach szamańskiego bębna" wydanej przez słowo/obraz terytoria tę pierwszą wersję):
Portal informacyjny National Sami Information Centre
Strona szwedzkiego Parlamentu Saamów (tylko po szwedzku i saamsku)
Instytut studiów saamskich na Uniwersytecie w Tromsø
W 2008 r. powstał film "The Kautokeino Rebellion" (Kautokeino Opprøret, reż. Nils Gaup), pokazujący dramatyczne wątki z XIX-wiecznej historii wspólnoty Saamów zamieszkującej okolice Kautokeino w Norwegii, regularnie wędrujących do Karesuando w Finlandii, gdzie mogli liczyć na wsparcie pastora Laestadiusa, walczącego z plagą alkoholizmu wśród Saamów (podsycanego, jak pokazuje historia, przez kolonizatorów - wątek, który w naszych realiach brzmi znajomo). Pojawia się więc postać legendarnego pastora Laestadiusa (obecnie twierdzi się, że także miał saamskie korzenie, a z pewnością założył rodzinę z Saamką) oraz luterański kościół laestadiański jako ruch oporu przeciw kolonizacyjnej misji oficjalnego norweskiego kościoła luterańskiego. Laestadius był rzeczywiście postacią bardzo intrygującą - z jednej strony założyciel niezwykle fundamentalistycznego odłamu w kościele luterańskim (takie oblicze pokazał Mikael Niemi w znakomitej powieści "Muzyka pop z Vittuli" wydanej niegdyś przez Czarne), z drugiej - badacz Laponii, botanik wspołpracujący z Królewską Akademią Nauk Szwecji, autor książki "Fragments of Lappish Mythology" opisującej tradycyjny świat saamskich wierzeń (dzieło zostało zagubione i zapomniane, wyszło drukiem w Szwecji dopiero ... w 1997 r.) Mówił w dialekcie północno-saamskim.
Kautokeino (Guovdageainnu) jest dzisiaj jednym z ważniejszych saamskich ośrodków kulturalnych - mieszka tutaj m.in. Nils Gaup oraz Niko Valkeapåå, wnuk legendarnego Nilsa-Aslaka Valkeapåå. Mieści się tutaj także uniwesytet saamski. Oficjalna strona miasteczka jest wyłącznie po norwesku i saamaku, ale jest wersja "turystyczna" po angielsku. A tutaj można znaleźć artykuł o Kautokeino widzianym z perspektywy dziennikarza... baskijskiego. I jeszcze Resource Center for the Rights of Indigenous People Galdu, tym razem również po angielsku, z obfitą linkownią i artykułami z magazynu "Galdu".

środa, 5 sierpnia 2009

i to już koniec dziennika

To wszystko było raptem przed tygodniem, a teraz szóstą noc z rzędu śnią mi się lapońskie krajobrazy i wszystkie ścieżki w sieci prowadzą na Północ.
Cały trip wyglądał mniej więcej tak:


View trekking in Lappland (Sámi) 2009 in a larger map


wtorek, 4 sierpnia 2009

dziennik podróży, cz. XI

Nikkaluokta, 26/7
To moje imieniny, więc zostalam dzisiaj zwolniona z wszelkich prac porządkowych i dostałam kawę prosto...nie do łóżka, bo szkoda dnia!...ale na werandę, gdzie łowiłam słońce. Około 11.00 (imieniny, to imieniny!) wybraliśmy się na spacer po okolicy. Zaczęliśmy od wzgórza z kościołem. Zobaczyliśmy stamtąd skałki, które od razu przykuły naszą uwagę i wyraźnie wabiły w tamtym kierunku. OKazało się, że do tych "bliskich" skałek 1,5 godziny przedzieraliśmy się przez moczary, wzgórza i tundrę (po raz kolejny ta przejrzystość powietrza jest zwodnicza). Po drodze trafiliśmy w niezwykłe miejsce: stołówkę jakiegoś drapieżnika (rosomak? niedźwiedź? wilki? każda z tych odpowiedzi mogła być prawdziwa...). Wszędzie leżały porozrzucane kości (zaczęło się od szczęki jakiejś łososiowatej ryby sądząc po wielkości a skończyło... na czaszce z porożem i kręgosłupie renifera). Nie da się ukryć, zrobiło mi się lekko nieswojo, brnęliśmy jednak dzielnie dalej, zabrawszy czaszkę z renifera. Ułożyliśmy ją pięknie na stosiku kamieni na najwyższym ze skalistych wzgórz (teraz pewnie miejscowi będą się zastanawiać, co to za duchy przeszłości sporządziły szamański obiekt kultowy) i znowu zaczęliśmy przebijać się łosiowymi ścieżkami, nie bacząc na chmury komarów do szlaku z Kebnekaise (na sąsiednim wzgórzu widniało wprawdzie coś przypominającego ścieżkę, ale "sąsiednie" oznaczało 30 minut przebijania się przez tundrę, a co, jeśli się okaże, że to było złudzenie, albo że scieżka prowadzi donikąd?). Po ok. 40 minutach dotarliśmy do znajomego szlaku. Cala wyprawa była dość wyczerpująca, więc po obiedzie z torebki (Cashew Satay, Travel Foods, a jakże) zasnęliśmy nieprzytomnie. Po południu kawa w restauracji (tutaj nie mają maszyny) i wycieczka drogą szutrową obok ośrodka - okazuje się, że Nikkaluokta to naprawdę wioska. Przy jednym z domków spostrzegliśmy pana Sarri seniora (założył ośrodek i w wieku dobrze po 80tce jeszcze przechadza się dziarskim krokiem po sali doglądając ośrodka prowadzonego obecnie przez jego corkę, Annę). Zamachał do nas, więc odmachaliśmy i podążyliśmy dalej. Mijaliśmy po drodze domostwa z flagami saamskimi i bez, ale wszędzie czuło się obecność reniferów w takiej czy innej formie. Rzeczywiście stanowią one samo sedno tutejszej kultury. Za wsią spostrzegliśmy ścieżkę, która oczywiście prowadziła w dobrze nam znane ostępy. Dolinka-stołówka schowana byla jednak dobrze za pagorkiem i wiedzieliśmy o niej na razie tylko my i rosomak (i pewnie myśliwi...).

dziennik podróży, cz. X

Láddjujávri - Nikkaluokta, 25/7
Dzień zaczął się nienajgorzej. PO pierwsze, przestało padać. Po drugie, zawsze rano (zwłaszcza tutaj) ogarnia mnie entuzjazm, nawet kiedy pada i/lub jest zimno. Ten tutejszy entuzjazm jest naprawdę czymś niesamowitym - może to kwestia niezwykle wysokoenergetycznego środowiska: czystego powietrza, krystaliczej wody, zapachód tundry i niezmierzonych przestrzeni, gdzie ludzka obecnosć jest jedynie śladowa. Gdzieś nad Nikkaluokta widać było nadzieję na przejaśnienie, choć grube kłęby mgieł spowijały całą dolinę powyżej jeziora oraz sąsiednie szczyty. Rzuciłam więc hasło "wstajemy" i już po chwili nasz niezawodny namiocik był dokładnie spakowany (ech, należą mu się peany, tyle deszczowych nocy przetrwał, wliczając w to chrzest bojowy w postaci 72 godzin ciągłego deszczu na Suwalszczyźnie w samych początkach). Kawa w schronie, poranna toaleta w maciupeńkiej komórce (ale za to suchej, z lustrem i umywalką , co oznacza prawie komfort - stałam się tutaj mistrzynią zakładania soczewek w warunkach ekstremalnych, z wykorzystaniem lusterka z puderniczki, która została zresztą zabrana właśnie w tym celu) i na przystani zaczął się poranny ruch. Pierwsi chętni na kurs w kierunku Kebne (jak czasem tutaj się skraca) zasiedli na ławkach (racząc się jakąś zielonkawą cieczą z buteki o raczej spirytusowym wyglądzie). Wkrótce pojawiły się znajome panie z kawiarni. Uraczeni już do tej pory własną kawą nie mogliśmy się jednak oprzeć pachnącym i ciepłym bułeczkom cynamonowym. Po bułeczce na drogę i ruszyliśmy w ostatni etap naszego trekkingu - do Nikkaluokta. Rześkie powietrze, cale bogactwo kolorów, zapachów i komarów tundry, chmury coraz bardziej porozrywane z szansą na słońce. Po drodze trochę nagrań (mijane strumyki po nocnej ulewie zrobiły się gadatliwe), fotografowanie i jeden wielki zachwyt Północą. Chcę tu wrocić zimą, na skitouring. Dwie godziny później staliśmy pod tablicą "Nikkaluokta - 400 m")i rozglądaliśmy się dookoła mając rzadkie miny, bo okalały nas wyłącznie zagajniki brzozowe i muchy (nie licząc kościółka na wzgórzu). Ruszyliśmy jednak ufnie wysypaną korą drogą we wskazanym kierunku i faktycznie, po raptem 400 m zobaczyliśmy cywilizację (mieszane uczucia, na szczęscie jesteśmy w Skandynawii). Parking z samochodami, ale przede wszystkim centrum turystyczne z restauracją, domkami i prysznicem (na żetony, co kryło w sobie nieoczekiwne i burleskowe zwroty akcji). Po pobieżnych oględzinach decydujemy się na luksus: domek (po dwóch godzinach wstępnej penetracji okolicy od razu przedłużyliśmy pobyt na kolejną dobę). Cieszyły krzesła, stół, łóżka i sucha podłoga, ale zaczęła mnie nieodwołalnie ogarniać melancholia. Tundra (i dolina Vistavággi, która po 2 dniach zaprowadziłaby nas przez góry do Alesjaure) zostaje za oknem.
Szczerze mówiąc, na początku drogi Nikkaluokta jawiło się trochę jak odległy sen, a dzisiaj siedzimy sobie w restauracji, popijam chilijskie wino i przyglądam się chmurom, do których zawsze już będę tęsknić. W restauracji przywitały nas dobrze znane joiki z płyty Simona Marainena, na którego koncercie byliśmy w Jokkmokk w lutym 2008. Nikkaluokta Sarri AB. oznacza firmę rodzinną - rodzina Sarri, jedna z najstarszych rodzin w Nikkaluokta, zajmuje się wciąż jeszcze hodowlą reniferów. Wioska zaś wiąże się z mało chwalebną historią chrystianizacji Saamów w XVIII i XIX w. - najbardziej drastyczny wyraz przybrało to w Norwegii, gdzie szamańskie bębny palone były na stosach, ale i w Szwecji np. za mówienie po saamsku czy joikowanie groziły kary. Tak mówi o odkrwaniu tradycji Norweżka, Mari Boine. Szwecja ma także swoje "stracone pokolenie", oderwane od rodzinnych lavvo i wykorzeniane niemal przemocą w latach 30-tych, 40-tych i 50-tych XX wieku. Zmianę przyniosły lata 60., a dzisiaj pisze się o renesansie saamskiej tożsamości - choć w dalszym ciągu istnieje wiele problemów do rozwiązania, to od 1992 Saamowie mają własny parlament współpracujący z Brukselą i skandynawskimi rządami. Jeśli zaś chodzi o rodzinę Sarri, to jeden z protoplastow, Per Sarri, wraz z H.N. Pallinem zdobył Kebnekaise i rozwijał początki turystyki gorskiej (stację w Kebnekaise zaczęto budować w 1907 r.). Mniej więcej wtedy ruszył też przewóz łodziami przez jezioro, które prowadził legendarny tutaj Peter Haugli (także ze znanej rodziny Saamów). Bandera saamska na łodzi - to obrazek, który każe porzucić schematy myślenia.

dziennik podróży, cz. IX

Kebnekaise Fjälstation - Láddjujávri, 24/7
Planowaliśmy zejść od razu do Nikkaluokta, ale jakoś trudno było opuśić tundrę i zrobić pełne wynurzenie ku cywilizacji mechanicznej (do Nikkaluokta dociera szosa i jeżdżą stamtąd autobusy do Kiruny). Kiedy więc zobaczyłam jezioro Ládjujávri z przystani obsługującej ruch łodzi (aż do punktu odległego o 6 km od stacji gorskiej), stwierdziłam: zostajemy. Tym bardziej, że okazało się to być miejsce prowadzone przez saamską rodzinę Sarri. Kaffekatan miał więc saamską flagę nad wejściem, a obok widniało stanowisko Lap Dånalds czyli hamburgery z renifera. Rozbicie namiotu w tym rajskim zakątku - 80 SEK za cały namiot (nie liczą osób, ale też i prócz schronu przeciwiatrowego nie ma żadnego service huset). Zasiedliśmy więc czym prędzej do kawy i ciastek orzechowych (mmm....), co zajęło nam jakieś półtorej godziny, później ruszyliśmy przed siebie na viddę (odkryliśmy szlak reniferowy i miejsce znakowania lub uboju), a kiedy wróciliśmy do kaffekatan, rozpadał się deszcz. Nie wiedzieliśmy jeszcze, że będzie padać bez przewy ponad 16 godzin. Póki co, zajęliśmy więc schron w kształcie lavvo i wzięliśmy się do gotowania. Koncepcja chińskiego makaronu z fasolką w sosie pomidorowym (jeyna wegetariańska rzecz w sklepiku w Kebnekaise, nie licząc trekking food, którego trochę jednak mieliśmy już dosyć) okazała się fatalna (dużo za mało fasolki w stosunku do makaronu), ale w tym deszczu nawet to smakowało niebiańsko, bo było gorące. Z ciepłem w żołądku łatwiej było rozbijać namiot w deszczu. Wczołgaliśmy się do namiotu o 20.00 i zaczęło się - przewracałam się z boku na bok do ok. 3.00 w nocy. Znam wszystkie warianty, natężenia, melodie i rytmy kropli deszczu. Plus donośny głos jakegoś Wikinga, który opowiadał kumplom w namiocie obok niesłychanie zabawne historie, sądząc po wybuchającym raz po raz tubalnym rechocie. Tego do tej pory na szlaku nie było - ale trasa pod Kebnekaise jest najwyraźniej mocno uczęszczana, coś w rodzaju Tatr w średnim sezonie. W końcu uciszyła ich dziewczyna z innego sąsiedniego namiotu. Wreszcie ok. 4.00 udało mi się wreszcie zasnąć. O 7.00, kiedy tylko nastała błoga cisza (żadnych kropli) szybko wstaliśmy i zwinęliśmy namiot.

poniedziałek, 3 sierpnia 2009

dziennik podróży, cz. VIII

Kebnekaise Fjällstation, 23/7
Zasłużony odpoczynek po wczorajszej eskapadzie. Poczynione odkrycia:
★Nescafe 3 w 1 są daleko lepsze niż Cappucino Original Gevalla;
★markizy nugatowe Ballerina lepiej smakują z ekologicznym dżemem malinowym;
★cashew satay Adventure Food jest smaczny;
★chcąc dostać prawdziwą kawę w restauracji, trzeba wyraźnie poprosić o kawę z maszyny;
★jak zwykle dochodzę do wniosku, żę nagrywane sample trzeba porządkować od razu;
★wkład w moim niebeiskim cienkopisie jest na ukończeniu;
★po drodze do Nikkaluokta jest jakieś miejsce oznaczone na mapie runą, co oznacza "ancient monument";
★ prognoza pogody nie wygląda dobrze, najbliższe trzy dni oznaczone ☂ (pocieszam się, że nie raz widziałam taką prognozę dla tege terenu, która jednak później niezupełnie się sprawdzała)
★ zlewozmywak w torkrumie jest wyposażony w rodzaj tarki, co bardzo ułatwia pranie; oprócz sauny to właśnie torkrume staje się na tej wyprawie moim obiektem kultowym.

dziennik podróży, cz. VII

Kebnekaise Sydtoppen, 22/7
Zastanawialiśmy się, dlaczego wyprawa na szczyt Kebnekaie trwa 10-12 godzin i dowiedzieliśmy się: składa się z dwóch gigantycznych podejść i jednego gigantycznego zejścia (a z powrotem odwrotnie). Nic dziwnego, wychodzi się z 675 m npm (na takiej wysokości leży stacja) na 2107 (lub 2104 labo 2111 - dane różnią się, bo wierzchłek pokryty jest lodowcem, który się topi w dobie zmian klimatycznych). Wejście nie jest szczególnie trudne (trasą zachodnią, czyli Vestra Leden, bo szlak wschodni, Ōstra Leden, wiedzie przez lodowiec i wymaga sprzętu wspinaczkowego oraz przewodnika - można jednak wykupić w stacji wycieczkę za 740 SEK i cały sprzęt się dostaje). Kondycyjnie jest jednak bardzo wymagająca - zrobiliśmy tę trasę w jakieś 9 godzin (zdążyłam jeszcze na 15 minut sauny!) z jednym ok. 40minutowym odpoczynkiem, ale gdyby nie doświadczenie i wprawa w szybkim schodzeniu (nie mogę schodzić wolno ze względu na niemal nieistniejący, zdaje się, staw kolanowy, taki paradoks - przy wolnym schodzeniu cały ciężar ciała "zawieszony" jest na kolanach), byłoby znacznie gorzej. Pod szczytem mieliśmy oboje naprawdę dosyć. Wychodzi się najpierw ze stacji do kotła lodowcowego, później dość stromym skalistym odcinkiem na przełęcz (niektórzy wybierali wyjście i zejście po dużym płacie śniegu, ale nie grzeszyli rozsądkiem), z której wędruje się na szczyt Verravarri (ok. 1800 m) po to tylko, żeby zejść na kolejne siodło jakieś 400 m niżej i stamtąd dźwigać się na Kebnekaise (2107 m) po stromym, ruchomym w dolnej części piarżysku. Tuż przed ostatnim łagodniejszym odcinkiem już po lodowcu są dwa schrony. Sam szczyt (południowy wierzchołek, bo Kebnekaise to właściwie ostra jak żyletka dosyć długa grań), Sydtoppen, jest arcyzabawny: zupełnie trójkątny, szpiczasty kapelusik, z którego miłośnicy brawury zjeżdżali na butach (hmm, bardziej jednak na spodniach). Droga powrotne była trochę lżejsza, może dlatego, że znaliśmy trasę, a może dlatego, że odsłoniły się niesamowite widoki - całe Góry Skandynawskie (a być może fjordy w okolicach Narviku!) pod niebem, które zdawało się wisieć tuż nad głową. Później w Sztokholmie, dowiem się od Matsa, że był na szczycie cztery razy i za każdym razem widział tylko mgłę, zostaliśmy więc chyba przez Góry potraktowani bardzo łaskawie. Po szybkim posiłku na pierwszej po zejściu przełęczy ruszyliśmy dalej i znowu metoda szybkiego schodzenia opracowana i doskonalona latami w KArpatach, na Bałkanach i w Alpach sprawdziła się i tutaj, co znacznie przyspieszyło naszą drogę. Zmieniły się w międzyczasie warunki: topniejący w ciągu słonecznego dnia lodowiec posłał w dół dziesiątki małych strumyków, a to, co rano było małym strumykiem, po południu okazało się pokaźnym, rwącym potokiem. Woda z lodowca smakuje niesłychanie, jest wręcz żywa, ma smak i zapach, jest kwintesencją swieżości i jakimś eliksirem życia. Wieczorem zachmurzyło się i przeleciał typowy dla tych stron deszczyk, ale nie wiedzieliśmy, że to uwertura do długiej nocnej ulewy, która nasilała się co najmniej 5-6 razyw ciągu nocy. Na szczęście nasz namiot jest absolutnie na to odporny, a ulewa byla naprawdę solidna (o czym świadczyły liczne tropiki i śpiwory suszące się rano w torkrumie).

dziennik podróży, cz. VI

Singi - Kebnekaise Fjällstation, 21/7
Ranek budzi nas chłodny, szary i zachmurzony, z wyraźną obietnicą deszczu, ale to podoba mi się tutaj najbardziej, więc deszcz nie jest straszny. Ruszamy do kuchni (po złożeniu namiotu i spakowaniu rzeczy). Brak śladów jakiejkolwiek bytności. Nigdy byśmy nie uwierzyli, że wczoraj gotowało, jadło i spało tutaj z 20 osób. Niebo coraz wyraźniej zachmurzone, z krzaków wyłaniają się kolejni namiotowicze: najpierw mamy z nieco chyba zmarzniętymi dzieciakami. W oczekiwaniu deszczu ruszyliśmy w końcu do Kebnekaise Fjällstation i nie zawiodłam się - lunęło, jak tylko osiągnęliśmy przełęcz. Ale jaką przełęcz! Wszystko, co najlepsze i najpiękniejsze w Tatrach w rozmiarze XXL. Taką pogodę i takie góry kocham najbardziej, o czym przekonałam się po raz kolejny. Schodziliśmy tarasami, na których lśniły jeziora otoczone zboczami gór robiących wrażenie uśpionych olbrzymów. Kiedy na chwilę zatrzymałam się, żeby złapać oddech, wydało mi się, że góry zaczynają się poruszać, jakieś zaburzenie perspektywy. Górska przełęcz rozszerzyła się w końcu w rozlewisko, olbrzymią równinę, która jednak zakończyła się niezwykłymi litymi skałami, a wreszcie skalistymi zboczami. Z daleka widoczny maszt telekomunikacyjny mówił, że zbiżamy się do stacji górskiej Kebnekaise. Najpierw zobaczyliśmy namioty, później krążący po raz kolejny nad głową helikopter, który zaopatruje stację we wszystko (nie prowadzi tu żadna droga!), wywozi też chętnych na szczyt oraz zabiera do Nikkaluokta (nawet nie jakoś szaleńcza droga impreza - w przeliczeniu niecałe 400 zł). Stacja jest rzeczywiscie dużym ośrodkiem, podobnie jak inne prowadzonym przez Szwedzki Związek Turystyczny. Pokoje dwuosobowe ok. 1300 SEK, miejsce w sali wieloosobowej 450 SEK (członkowie STF 360), jest też oczywiście opcja z namiotem - w tym przypadku kupuje się service card (130 SEK osoba/doba), która uprawnia do korzystania z wszyskiego, co mieści się w service huset (kuchnia, dwie sauny, duży torkrum, toalety). W budnku stacji zaś mieści się restauracja i bar, zasadnicza recepcja i sklep (spożywczy i z wyposażeniem - choć tam, gdzie są restauracje wybór artykułów spożywczych jakby nieco słabszy:-). Po zakupieniu service card mogę też nareszcie skorzystać z netu, 30min darmowe, sprawdzam tylko pocztę (i podtrzymuję rozmaite nici łączące mnie ze światem) i zaraz wynurzam się z netu na powierzchnię (nawet dosłownie, bo komputer mieści się w piwnicy). Po raz pierwszy od tygodnia normalne piwo (Kungsleden, 5,2%)i zagadkowa Nyckel Cola z Lulei a także - wieczorem - zwykłe tutejsze 3,5 % (lepszy Falcon Ekologisk). Gotujemy sobie obiad, robimy zakupy, znajdujemy miejsce i rozbijamy namiot (powyżej stacji) i oczywiście... sauna. Z pięknym widokiem na sąsiednią górę bez nazwy. Jutro Kebnekaise Sydtoppen - 10-12 godzin zdaniem pani w recepcji sportowej.

niedziela, 2 sierpnia 2009

dziennik podróży, cz. V

Sälka - Singi, 20/7
Wieczorne zimno i komary (zapoznałam się z nimi lepiej, na szczęście OFF! działa nieźle) sprowokowały u mnie kryzys, który zwykle następuje w 3cim dniu trekkingu (tzn. pytanie w stylu "co ja tu w ogóle..." oraz poczucie najwyższej nieadekwatnosci itp.). Wieczorny spacer i ogienek zapalonych z naszych znalezisk (oraz świadomość nieuchronności tego kryzysu i tego, że minie) w koncu poprawiły mi nastrój. Rano obudziło nas znowu słońce, kiedy tylko wyjdzie wyżej (bo wcale nie zachodzi jeszcze), to w namiocie robi się potwornie gorąco. Poleniuchowaliśmy jednak do mniej więcej 8.30 (więcej się nie dało!) i powoli zabraliśmy się za kawę. Tutaj człowiek nie musi nerwowo ruszać jak najwcześniejszym rankiem, żeby zdążyć przed zmrokiem i/lub popołudniową burzą, to nadaje całemu doświadczeniu zupełnie inny rytm i dodatkowo pozwala się zrelaksować. Dojdziemy o 18.00? Super, będzie cały wieczór na saunę. Dojdziemy o 21.00? Nie ma problemu. Szczerze mówiąc, cieszę się, że dostałam od Marka Timexa wskazującego datę (przed wyjazdem) - do tej pory ustalenie daty "z głowy" sprawia mi już niemały problem, łatwo się tutaj pogubić w czasie i o to też w tych moich wakacjach chodzi, żeby zapomnieć na chwilę o tym na jak precyzyjne odcinki może być pocięty czas. Przed 10.00 poszliśmy do sklepiku, wypytaliśmy o prognozę pogody ("sun, late evening maybe, MAYBE - powtórzył z naciskiem starszy pan, gospodarz schroniska, tym razem gospodarzami jest dwoje Szwedów ok. 60-tki i jeśli ktoś ucieleśnia niepisany kodeks kultury protestanckiej, to właśnie oni - some showers") i ruszyliśmy w dół. Słońce szybko zaczęło nas preparować i nie było przed tym ucieczki. Jedyną ulgę stanowił chłodny wietrzyk powiewający czasem z którejś z dolin otwartych na wyższe partie gór pokryte lodowcem. Wkrótce też zobaczyliśmy śmieszny wierzchołek Kebnekaise. Lunch w słońcu, później wzdłuż potoku, który na tej wysokości stał się całkiem sporą rzeczką, znowu przerwa na chalapanie w wodzie i małe pranie. Później wreszcie trochę ponagrywałam, próbując komponować za pomocą rejestracji, co jest bardzo interesującą ścieżką (była to krótka opowieść o spacerze po viddzie). Wpadłam na pomysł płyty z Laponii - dominujący tutaj jest element wody i to właśnie będzie leitmotiv. Jak zwykle natrudniejszy okazał się ostatni odcinek drogi, bardzo piękny zresztą, bo dolina w tym miejscu nosi ślady bardzo dynamicznej, acz świeżej daty, pracy lodowca w postaci żwirowych kopczyków i zupełnie kosmicznego ukształtowania terenu, pełnego kamiennych rozpadlin, górek i wąwozów. Kolejna opuszczona wioska saamska, zostały tylko składziki, nie ma nawet szkieletów lavvo. Gospodyni schroniska (tym razem para młodych, wysportowanych Szwedów z trójką dzieciakow, które uganiają się po całym terenie), zapytana o Saamów twierdzi, że przenieśli się w stronę Norwegii i że tutaj zjeżdżają tylko raz w roku na jakiś tydzień. Schronisko w Singi, choć pięknie położone i tanie (80 SEK / osoba za namiot)jakoś nie budzi naszego zachwytu, doprawdy trudno orzec dlaczego, ale oboje czujemy, że ciągnie nas dalej (pewnie to zew Wielkiej Góry). Rozbijamy się nad miło szemrzącym strumykiem i po zwyczajowej kolacji i pisaniu wyrsuzamy jeszcze na spacer po okolicy i w końcu zasypiamy w naszym Fjord Nansenie model Islandia II (!).
Przy kolacji nie nawiązaliśmy tym razem żadnych znajmości (Niemiec z córką dzielnie rozbijający namiot, z którymi trochę się zakolegowaliśmy od Alesjaure chyba zrobili sobie dłuższy postój w Singi), ale jest pan "od reniferów", który nas poznaje i robi miejsce przy stole (jest dość tłoczno). "Pan od reniferów" to zażywny Szwed z brzuszkiem, który jednak bardzo sprawnie porusza się po tundrze - otagowaliśmy go "od reniferów", bo był świadkiem naszym entuzjastycznych okrzyków w Alesjaure, kiedy zobaczyliśmy renifery i później zamieniliśmy na ten temat kilka zdań, najwyraźniej bawiła go nasza ekscytacja, której chyba nie rozumiał. Jest też para, która towarzyszy nam na obozowiskach od Tjäktjä - jak zwykle na trekkingu wytwarza się rodzaj dziwnej więzi z ludźmi, których spotyka się po drodze, często nawet pozbawiona rozmowy: po prostu zauważamy swoją obecność i jest to coś w rodzaju rodzinnych potkań. Późno wieczorem dołącza dwóch starszych mężczzn, na oko ok. 80-tki (nie wiem, czy to w ogóle możliwe, ale to w końcu Skandynawia), jeden najwyraźniej z trudem się porusza w zwykłych sytuacjach, co jednak nie przeszkadza mu w górskich eskapadach. To tutaj zwykły obrazek - starsi ludzie, którym możemy tylko pozazdrościć energii i kondycji, mam nadzieję, że w tym wieku też będę mogła wybrać się na trekking doliną Tjäktjäjåkka.

dziennik podróży, cz. IV

Tjäktjä - Sälka, 19/7
Rano, o dziwo, obudziło nas słońce. Wyczołgałam się z namiotu wściekła, niewyspana i zmarznięta (i przyrzekałam sobie solennie, że kupię wreszcie drugi śpiwór i nie będę słuchać Marka zawiłych uzasadnień, dlaczego jeden nam wystarcza). Zamiast jednak pogrążyć się w tej samonapędzającej się spirali niezadowolenia, pozwoliłam się zagarnąć widokom, powietrzu i słońcu. Już po minucie zapomniałam o niezbyt udanej nocy i o tym, że przed wyjazdem dałam sobie wyperswadować kupno śpiwora. Otwarta dolina okolona górami w słońcu - w takich warunkach nie można być niezadowolonym! Maria pokrzepiła nas wszystkich dodatkowo prognozą słonecznego dnia i stwierdzeniem "You will have beautiful day" wygłoszonymi w kuchni, kiedy z różnych zakątków zebraliśmy się na śniadanie. Inne jej powiedzenie stało się mottem całej naszej podróży: młodzi ludzie, którzy byli "day guests" zebrali się około 20.00, żeby powędrować gdzieś dalej i rozbić namiot, Maria uprzedziła ich, że nie uda im się nic znaleźć na odcinku co najmniej 6 km, ale uśmiechnęła się i podsumowała : "This is your vacation, you do what you want". I właśnie to zdanie cytowaliśmy później o każdej porze dnia i nocy. Szybko uporaliśmy się ze śniadaniem i rozkoszowaliśmy się pakowaniem plecaków w pełnym słońcu. Ruszyliśmy pod górę, w stronę przełęczy i szybko okazało się, że szlak prowadzi naprzemian przez piarżyska i płaty śniegu, co wcale nie jest zbt łatwe. Po drodze minęliśmy psa z sakwami bagażowymi, sama myśl o naszej Koci w takiej roli przyprawiła nas o atak śmiechu, aż musieliśmy przysiąść. Na przełęczy Tjäktjä zobaczyliśmy dolinę Tjäktjäjåkka, którą mieliśmy schodzić 2 dni. Szybko okazało się, że arktyczne słońce pali znacznie mocniej niż pod innymi szerokosciami geograficznymi, w dodaktu górska wersja tundry nie oferuje najmniejszego nawet cienia, który dałby choć chwilę ulgi. Są jednak na szczęście strumienie z lodowatą wodą. Nie ma większej przyjemności niż nagość w tej olbrzymiej dolinie, w tym powietrzu, z tą miękką, zimną i żywą wodą. To chyba pierwowzór sauny - widziałam po drodze, że mało kto nie ulegał pokusie. ZAtrzymaliśmy się więc 2 razy: najpierw na obiad tuż pod przełęczą, który zmienił się w celebrację słońca i widoków (a jeszcze trafił mi się całkiem smaczny trekking food w postaci penne z sosem pomidorowym i czarnymi oliwkami!); później nieco niżej, żeby popluskać się w potoku. Wcale nie była to jednak łatwa droga. Słońce paliło niemiłosiernie, szlak znow okazał się kamienisty. Zwłaszcza końcowka byla trudna, bo nie widać było celu. Widok budynku schroniska nieco nas tym razem zaskoczył, schowany za jednym z wielu "progów", których nie widać było z przełęczy, skąd dolina zwodniczo jawiła się jako gładka równina o lekkim nachyleniu w dół. W rzeczywistości przecina ją wiele garbow polodowcowych, takie znacznie większe i bardziej puste , bardziej górskie Mazury. Sälkastugorna jest położona pośrodku bardzo rozległej doliny, nad rozlewiskiem i jest jedynym takim obiektem w promieniu kilkunastu kilometrów, budynek widocny jak na dłoni sprawiał na mnie dziwaczne wrażenie, jakby "wystawionego" i prowokującego przestrzeń. Do głowy by mi nie przyszło, że tak można ulokować budynek. Tym razem rozbiliśmy się bez opcji "kuchnia", ale za to z sauną, oczywiście! To pierwsze okazało się jednak błędem, choć zdecydowanie rozgrzało nas długotrwale błąkanie się po viddzie w poszukiwaniu drewna na mikroskopijne ogniseczko (w Szwecji można zbierać i wykorzystywać to, co leży, ale w tej części tundry można liczyć tylko na płożące się mikroskopijne jałowce i brzozy w takiejze wersji, czyli sięgające gdzieś do połowy łydki). Za to sauna boska, jak zwykle - zrozumialam dzisiaj na wiele sposobów, po co w saunie lodowata woda.

dziennik podróży, cz. III

Alesjaure - Tjäktjä, 18/7
POczątek dnia wyglądał nie najlepiej - padało. Długo więc drzemaliśmy, w nadziei, że w końcu zrobi się sucho i nasz namiot wyschnie odrobinę. Tak też się stało, zwijaliśmy namiot, który wcale nie był mokry. Pijąc naszą rytualną poranną kawę (Nescafe 3 w 1 rulez) Marek zauważył stado reniferów schodzące do wodopoju, ale były zbyt daleko, żeby je fotografować. Nie wiedzieliśmy wtedy, że dzień upłynie pod znakiem reniferów. Kiedy - już na szlaku - obróciliśmy głowy do tyłu, za nami schodziło całe stado. Porzuciliśmy więc plecaki i pobiegliśmy fotografować te najśmieszniejsze zwierzęta świata. Jest w nich jednak coś niezwykłego, zważywszy na nieodgadnioną więź, jaką czuję z reniferami. Być może jest to kwestia dziecięcej wiary w św. Mikołaja. Dziwna jest historia związków z ludźmi na tym terenie: wygląda na to, że ludzie przystosowali się do reniferowych zwyczajów (czyli wędrówek sezonowych między Zatoką Botnicką a Morzem Norweskim), a nie odwrotnie. Do dzisiaj hodowla reniferów (choć współcześnie z wykorzystaniem helikopterów, skuterów śnieżnych i telefonów staelitarnych) oznacza sezonowy połowiczny nomadyzm. Później zobaczyliśmy jeszcze 3 reny (w tym samca z olbrzymim porożem - samice reniferów też są nim obdarzone, tylko jest mniejsze). Było jednak wściekle zimno, popadywał deszcz i nie wyglądało na to, żeby coś miało się zmienić w najbliższej przyszłości. A jednak coś było w tej aurze - w chmurach wlewających się w doliny, oświetleniu, chłodzie, falach mżawki / obietnicy śniegu; coś, co przypomniało mi wszelkie fascynacje dzieciństwa (i pierwsze złamane narty w wieku lat chyba 10-ciu oraz samotnicze wyprawy w śnieżycy po książki do biblioteki). To było spełnienie marzenia o przestrzeni, zdałam sobie sprawę, że wszystkie miejsca, które mnie w życiu zachwycały, zawierają się w tym, co mnie otacza. Nawet amerykański Southwest (w końcu półpustynia!), nawet (a może tym bardziej) zamglone Tatry w listopadzie, nie mówiąc już o Himalajach (dokładnie tak samo przelewały się chmury nad masywem Annapurny pewnego grudniowego popołudnia w Jomsom). Nagle olśnienie z widokiem na ośnieżone wzgórza.
Do Tjäktjä trzeba było jednak dość mocno podejść, to najwyżej położone schronisko na tej trasie, tuz pod najwyższym punktem Kungsleden, Tjäktjäpass (nie robi jednak nas wrażenia wysokość ok. tysiąca m npm.). Nie są to jakieś zawrotne wysokości, ale w tych warunkach klimatycznych stanowią wyzwanie. Droga znowu zajęła nam 7 godzin. W niewielkim schronisku powitała nas stugvard (czyli "inkaso man" jak objaśnił termin gospodarz schroniska Singi dalej na szlaku, w tym przypadku "inkaso woman"). Sęk w tym, że Maria to ktoś znacznie więcej - prawdziwa gospodyni. Osobiście wita każdego przybywającego nieboraka promiennym uśmiechem i pytaniem "Are you coming to Ciakcia?" (tak mniej więcej się to wymawia po szwedzku, co zbiło nas z tropu na tyle, że Maria na widok naszych kompletnie zbaraniałych min powtórzyła ze trzy razy i uznała, że ma do czynienia najwyraźniej z głębszym upośledzeniem, ale w końcu pojęłam i wykrzyknęłam gorliwie "yes!"). To piękny kraj - nikogo nie dziwi, że chcesz rozbić namiot nawet, jeśli jest wściekle zimno i prognozy śniegu. Zresztą obok nas szybko pojawiy się inne namioty amatorów snu (prawie) na świeżym powietrzu, Szwedzi są zresztą znakomici w obozowaniu, wielokrotnie widziałam mamy z dzieciakami w wieku 5-7 lat, które brawurowo rozbijały namiot w najbardziej niesprzyjającej aurze (katary dzieciaków wręcz modelowe, ale ostatecznie chyba wychodzi im to na zdrowie). Tjäktjästugan (stugan oznacza raczej coś w stylu schronu) jest malutkie (nie ma sklepiku i składa się tylko z jednego budynku), ale ma miłą kuchnię i torkrum, czyli oprócz sauny drugi mój obiekt kultowy - suszarnię, gdzie można dosuszyć namiot albo wyprane (lub po prostu zmoknięte) ubrania. Zważywszy na to, że zabrałam zupełnie minimalistyczna wersję szafy, bardzo jest mi to na rękę. Jest też pomieszczenie dla wędrujących z psami - później widzialam je na trasie także w innych schroniskach, oznacza jako "dogs OK". To była najzimniejsza noc, około 4 nad ranem powiał lodowaty podmuch (jedyna noc, kiedy spałam we wszystkim, co zabrałam w podróż, czyli w dwóch parach spodni, polarze, softshellu i kurtce z goretexu z windstopperem - ale to może datego, że w ramach ekonomizacji ekwipunku od lat zabieramy jeden śpiwór). O 7 rano na termometrze były 3 stopnie.

dziennik podróży, cz. II

Alesjaurestugorna, 17/7
Wstajemy jednak w słońcu. Kawa, namiot szybko wysycha po nocnej ulewie. Pakujemy się i po jakiejś godzinie docieramy do Abiskojaure. Po drodze chwila przystanku - Marek fotografuje, ja nagrywam. Żeby w takim miejscu nagrywanie miało jakiś sens, trzeba poświęcić temu trochę czasu. Rzeczy dzieją się w swoim własnym rytmie; miejsce, które wydawało się nieatrakcyjne dźwiękowo, zaczyna "brzmieć", kiedy zechcemy posłuchać. W tej uważności, ze słuchawkami na uszach, nagle pojmuję, o czym pisał Barry Truax, opisując pewne wzory dźwiękowe , zaczynam lepiej rozumieć pojęcie "soundscape". Nie można soundscapes nagrać "z doskoku", dłuższe sekwencje ujawniają się dopiero po pewnym czasie.
W Abiskojaure chrzest bojowy. Zapoznajemy się z tutejszą kulturą turystyczną, kodeksem schroniskowym i przypominamy sobie skandynawski styl bycia. Co do pierwszego: obowiązuje tzw. guest fee, czyli płaci się za używanie kuchni (w pełni wyposażonej w naczynia), posiedzenie w cieple itp. Rozbijać zaś można się wszędzie. Rozbicie przy schrosniku - z używalnością wszystkich jego urządzeń (zazwyczaj z sauną włącznie) kosztuje (od 80 SEK w Tjäktjä przez 90 SEK w Abiskojaure, 110 SEK w Alesjaure i 130 SEK w luksusowej Kebnekaise Fjällstation na osobę - to z późniejszych doświadczeń). Korzystanie z kuchni oznacza zaś używanie naczyń, gazu, wody i samego - bardzo zazwyczaj miłego - pomieszczenia. Wszystko jest samoobsługowe, nie ma bieżącej wody (z wyjątkiem Kebnekaise Fjällstation), nie ma żadnego baru ani knajpy (w Alesjaure jest samoobsługowa "kawiarnia" - tzn. stół z łakociami i kawą oraz herbatą w termosach), w niektórych schorniskach są sklepiki z żywnością (i wszędzie można kupić tzw. trekking food w torebkach). Savoir-vivre: wypada oczywiście donieść wody, kiedy się skończyć i bardzo ją oszczędzać (np. umyć naczynia w wodzie, która po kimś została, w rozsądnych granicach), wypada też zaoferować współbywalcom jedzenie, którego ugotowaliśmy za dużo (ryż czy makaron), koniecznie trzeba po sobie posprzątać. Co do skandynawskiego stylu bycia: bardzo mi odpowiada jego niewymuszoność i pewien subtelny dystans. Można zamienić kilka słów z ludźmi w kuchni, ale absolutnie nie ma żadnego przymusu, żadnego kompulsywnego bratania się i zawiązywania słowiańskiej plechy. Szwedzi są zdystansowani, nie narzucają się i mogą wydawać się chłodni, ale zagadnięci są zawsze bardzo mili i skorzy do pomocy. Zwłaszcza kiedy czegoś się nie wie, albo nie jest pewnym - zawsze lepiej zapytać, niż brnąć w jakieś dziwne sytuacje. Chyba nie lubią kedy ktoś się czai. Wszyscy mówią po angielsku.
Z Abiskojaure ruszyliśmy w kierunku Alesjaure, zdecydowaliśmy się zrezygnować z Unna Allakas zamiast tego spędzić 2 dni w Nikkaluokta, gdzie mamy dotrzeć za jakieś 9-10 dni (albo w okolicy Kebnekaise). I zaczęło się. 22 km, które pod koniec naprawdę dały nam mocno w kość. Kiedy po przejściu przez dolinę Garddenvaggi i długim trawersie zboczem Gardenvarri (nazwy samskie, można to poznać po końcówce -vaggi, co znaczy dolina oraz -varri - szczyt) zobaczyliśmy jezioro, myśleliśmy, że to już (Alesjaurestugorna leży nad jeziorem Alesjavrri). OKazało się, że to dopiero pierwsze z systemu co najmniej kilku jezior zobaczyliśmy więc dopiero Ribaluokta i Ahpparjavri w oddali. Jest to miejsce zdecydowanie niesamowite: rozległa równina z dwoma dużymi zagrodami dla reniferów na przeciwległych krańcach i wioską samską (najwyraźniej opustoszałą, ale dużą) pośrodku. Wygląda jak koniec świata. Przestrzeń, której nie da się przemierzyć, sama rozległość w najczystszej postaci, gdzie człowiek nie istnieje. Właściwie chodzi nie tyle o rozległość, ile o perspektywę: między szczytami i jeziorem, rodzaj jakiejś gigantycznej bramy. Później długo schodziliśmy do rozlewiska, kamienistą drogą od której strasznie bolały stopy i kolana. Przez chwilę mijaliśmy się z jakimś starszym człowiekiem, Szwedem około 70-tki (jeśli nie więcej), miła postać uśmiechająca się szeroko na nasze pozdrowienia. Jakąś godzinę za Radunjarga (schron) znajduje się przewóz łódką przez jezioro, można zaoszczędzić 6 km. Stoi tam lavvo (saamski namiot przypominający tipi), w którym można się schronić czekając na regulany kurs (10.30, 13.00, 15.30, 17.00 i 19.00). Łódką zarządzają Saamowie z wioski na drugim krańcu jeziora, jest więc maszt z ich flagą (przywiązaną) i prośba po szwedzku i angielsku: jeśli czekamy na któryś z kursów, należy wciągnąć flagę na maszt - zauważy ją wtedy właściciel łódki i będzie wiedział, że nie płynie na darmo. Jest także telefon (!), za pomocą którego można zadzwonić po przewoźnika, jeśli jesteśmy większą grupą (min. 6 osób). Ambitnie postanowiliśmy pójść, bo schronisko już było widać w oddali. I to jest tutaj jeden z problemów - widoczność jest absolutnie nieporównywalna z naszymi stronami ze względu na czystość powietrza. Widzieliśmy oddalone o 6 km schronisko jak na dłoni. Niestety, ostatni odcinek wiódł przez moczary z wieloma strumieniami pozbawionymi mostków.
Resztkami sił dopadliśmy Alesjaurestugorna (stugorna - schronisko). 8 godzin marszu, z czego pierwsze 4 bez przerwy. Alesjaure jest dużym schroniskiem (właściwie turiststation), z kawiarenką i sklepem w sali z kominkiem, biblioteczką i flagą saamską wywieszoną przed wejściem. Wiele informacji o kulturze i historii Saamów - Alesjaure jest siedzibą letniego wypasu reniferów (czyli na pastwiskach położonych najwyżej), poniżej schroniska widnieje wieś Alisjarvi, z lądowiskiem dla helikopterów, parkingiem dla quadów przy grobli (nie widzieliśmy jednak żadnych wariatów ujeżdżających te pojazdy dla rozrywki - tutaj używa się ich z konieczności, nie dla szpanu; rajdy na quadzie są zatem czymś w rodzaju rozrywkowej jazdy traktorem), małymi domkami i widocznymi szkieletami lavvo. jest to także siedziba sameby, czyli takiego samorządu saamskiego (czyli grupy rodzin związanych wspólnym wypasem reniferów, który jest wciąż na poły nomadyczny, mimo przejściowych problemów na garnicy z Norwegią). Zrobiliśmy zakpuy i nawet nie mieliśmy sił na gotowanie. Wypiłam śmieszne piwo Bla (2,2 procent alkoholu), zjedliśmy cheb Vasa z tuńczykiem i brie... i odkryłam saunę (prawdziwą, szwedzką). Okazała się być uroczym domkiem z cudownym widokiem z okna i potokiem, do którego miłośnicy mocniejszej wersji sauny zbiegają, żeby się zanurzyć w lodowatej wodzie. W jednym pomieszczeniu się rozbiera, w drugim jest zbiornik z gorącą wodą i wiadra z zimną, a także miski do mycia. W trzecim - oczywiście parówa. W ten sposób bez bieżącej wody można w górach nie tylko zachować idealne standardy higieny ( :-), ale po wyjściu z sauny człowiek naprawdę czuje się jak nowonarodzony. Jak tylko wyszłam stamtąd, zauważyłam ze zdumieniem, że cały ból mięśni zniknął i że jestem kompletnie zregenerowana. Nic dziwnego, że spotyka się tutaj tyle osób z błyszczącymi oczami. A więc sauna nie polega tylko na wylegiwaniu się w strojach kąpielowych (???!!! groteska, ale tak wygląda sauna w parafiańskiej i pruderyjnej Polsce) dla szpanu i zaimponowania kosmetycznymi nowinkami, ale jest jedną z najlepszych i najprostszych rzeczy na świecie. God Bless Scandinavia. (I gdzie ja teraz znajdę prawdziwą saunę po powrocie?) Noc była łatwiejsza.

dziennik podróży

Uwielbiam prowadzić staroświecki dziennik podróży. Tak było i tym razem, i zamierzam po prostu przepisać moje notatki z niezwykłych 12 dni na dalekiej Północy. Uwaga, maszyna czasu startuje i cofamy się nieco w czasie...

Sztokholm, 15/7
KRK - Sztokholm. Naprawdę kapitalny hostel na prawdziwej łodzi Rygerfjord Hotel&Hostel: malutkie pokoiki i łazienieczka, ale wszystko bardzo czyste i wygodne. Jak zwykle super jedzenie w naszej ulubionej Vegetarisk Restaurang Heritage przy Stora Gatan w Gamla Stan. W hotelu Newcastle Brown Ale, jak na Zachodnim Wybrzeżu. Wieczny zachód słońca.

gdzieś nad Abiskojaure, 16/7
Arlanda-Kiruna. Już przy bramce nr 35, skąd odlatuje samolot Norwegian do Kiruny widać sporo "plecakowców". Lotnisko w Kirunie zapowiada niezły Przystanek Alaska (wychodzi się z samolotu wprost na płytę lotniska i wędruje na własnych nogach do niewielkiego budynku z napisem Kiruna Airport, które wnętrza zdobią poroża łosi i reniferów). A jednak przed budynkiem czeka na nas autobus (Flygbuss), który zawozi nas do centrum, na stację autobusową i kolejową, które są oddalone od siebie o kilka kroków, ale kierowca zajeżdża starannie w każde z tych miejsc leżących o 200 metrów dalej (z tym, że stacji kolejowej do centrum jest 200 metrów pod górę). Zamiast czekać na IC do Narviku o 14.16, decydujemy się na znalezienie autobusu (i tak jeszcze muszę zrobić drobne zakupy, w rodzaju odebranej nam na lotnisku butli gazowej oraz niezbędnego płynu do soczewek). I mapa - zakupiona w końca w Kiruna Turistbyro (albo czymś w tym rodzaju). OKazuje się, że autobus Kiruna - Narvik przez Abisko Turiststation odjeżdża z dworca o 14.45, więc dochodzimy do wniosku, że autobus będzie tańszy niż IC. Po drodze obserwuję akcję wychowawczą: jakaą kobieta próbuje odebrać i wyrzucić puszkę z piwem (prawdziwym, bo w czarnych kolorach) jakiemuś menelowi (pracownica socjalna? krewna? przyjaciółka? raczej się nie dowiem). Akcja nie kończy się powodzeniem, a menel chce nam zrobić zdjęcie naszym aparatem (ale oczywiście nawet w bezpiecznej Szwecji jest to numer nie do przejścia). W pobliżu zatem musi być gdzieś Systembolaget, czyli sposób Szwedów na stygmatyzację tych, którzy kupują alkohol (zawsze, kiedy kupuję tam jakieś wino, albo normalne, a nie 3,5 procentowe piwo, sama czuję się jak osoba z marginesu społecznego - do niedawna "te" sklepy miały zasłonięte szyby, a ich nazwa nie ma nic wspólnego z alkoholem, jak tłumaczyli mi znajomi). Możę jednak jest w tym jakiś sens, myślę, gotowa po raz kolejny na przyjęcie Szwecji taką, jaką jest. Take it easy - to w końcu naczelne motto podróży.
Budynek dworca autobusowego mieści także bibliotekę (!!!), miły barek samoobsługowy (kawa do bani, ale cookies, mmm!) i stację załadunku towarów (niektóre autobusy mają coś w rodzaju wielkich bagażników z tyłu i najwyraźniej pełnią też funkcję towarowych). Ładujemy się z jakimiś Niemcami odzianymi od stóp do głów w Jacka Wolfskina i obwieszonymi sprzętem, wyglądają jak komandosi, muskularni i z krotko przystrzyżonymi włosami. Po drodze zaczyna mocno padać ("showers" głosiła prognoza poody podejrzana gdzieś na lotnisku), zacierają się kontury szczytów i trochę zastanawiam się, jak to będzie. Postanawiam jednak zaufać instytnktowi: jak tylko podczas lądowania wyłonił się z chmur kawałek ziemi, poczulam niewzruszoną pewność, że jest tutaj bosko, że to miejsce, o którym zawsze marzyłam. Coś w tym jest - kiedy wysiadamy po 80 minutach w Abisko Turiststation, słońce zaczyna przezierać przez opary i oczywiście nad jeziorem Tornetrask pojawia się tęcza. Nie mogę, niestety, znaleźć znajomych ujęć z web kamerki (wpatrywałam się w nią przez ostatni rok, a w ciągu ostatnich miesięcy prawie codziennie). To rzeczywiście olbrzymia stacja, z restauracją, sklepem zaopatrzonym we wszystko, czego potrzeba trekkerom na szlaku, włącznie z nartami (!) i z kawą na wynos, którą wypijam (nareszcie kawa z maszyny!!) zwiedzając budynek. Nie zostajemy jednak długo. Zasięgamy języka i mimo, że zdaniem miłego pana w recepcji do schorniska Abiskojaure jest 4 godziny marszu, ruszamy na nasz wymarzony Kungsleden.
Tundra jest niesamowita: nie byłam przygotowana na takie bogactwo barw i zapachów. Wędrujemy przez zagajnik brzozowy przetykany podmokłymi łąkami, mijamy kanion Abiskojakka, obozowisko w lasku. Decydujemy jednak iść tak daleko, jak się da i rozbić się tuż przed schroniskiem. Po drodze widzimy opustoszałą osadę (przypuszczalnie Samów) z domkami pokrytymi darnią, zaraz za wioską ktoś rozbił namiot - rozbijamy się więc i my jakieś 20 minut marszu dalej. Pierwsza noc pod namiotem w głuszy jest zawsze trudna, każdy dźwięk wydaje się być wyjątkowy. Zaczyna padać deszcz, raz mocniej, raz słabiej. Kiedy wychodzę z namiotu o 1.30 jest tak samo jasno, jak kiedy się kładliśmy. Absolutna cisza. Pada deszcz i świeci słońce.

poniedziałek, 27 lipca 2009

tundra experience!

Po mniej wiecej 10 dniach pod namiotem w tundrze (takiej bardziej gorskiej) i kompletnie poza zasiegiem cywilizacji technicznej (nie liczac stanowiska komputerowego z Internetem w Kebnekaise Fjallstation) wracam absolutnie szczesliwa. To bylo niesamowite doswiadczenie, okazuje sie, ze przez cale zycie tesknilam za daleka Polnoca, tylko o tym nie wiedzialam (no moze ostatnio troche bardziej to przeczuwalam). A teraz sauna w hotelu Scandic w Kirunie (choc najfajniejsze byly sauny po 7 godzinach marszu z dosc ciezkim plecakiem, w schroniskach pozbawionych biezacej wody, ale za to z dostepem do zimnego, gorskiego strumienia, jak w Alesjaurestugorna). O tym wszystkim bedzie oddzielnie, jak juz zrzuce tysiac zdjec i bede wreszcie przy moim wlasnym Maczku z odpowiednia klawiatura. Poki co, jeszcze losie i renifery zagladaja do okien (prawie) i czuje zapach tundry, od ktorego chyba sie uzaleznilam. Wracam tutaj w zimie na narty.