środa, 4 listopada 2009

aargh

Skończyła mi się chwilowo wena do tytułów postów. W ogóle chwilowo skończyła mi się wena. Lepiej nawet tego nie ubierać w słowa, bo po co dręczyć świat swoimi niżami energetycznymi? Let it be. Rok temu było podobnie. Pewnie to kwestia banalnego przestawienia się na tryb jesienno-zimowy, choć dostrzegam też zalążki poważniejszego kryzysu, o którym wolę nie myśleć, całe szczęście, że są obowiązki, terminy i teksty do napisania. Nie chciałabym na razie móc się zastanawiać, po co to w ogóle robić. W każdym razie wizja hodowli psów za kręgiem polarnym (albo jeszcze lepiej, reniferów) nawiedza mnie w dalszym ciągu. Dzisiaj śniło mi się, że zbiegłam w dół jakąś leśną polaną, a później nie mogłam wrócić, bo po drodze kłębiły się rozmaite trudności, w tym pożar torfowiska i jakieś zardzewiałe blachy. Wyraźne, plastyczne sny to zazwyczaj zwiastun choroby, ale mam nadzieję, że joga dwa razy w tygodniu załatwi to za mnie (w tym sensie, że będzie, co ma być - zachoruję albo nie). Fascynuje mnie zresztą coś, co można nazwać psychomotoryczną pamięcią ciała - nie zapomina się jazdy na rowerze, na nartach ani pływania. Podobnie jest z jogą i już wiem, dlaczego zaawansowana praktyka wymaga jednak czasu (w sensie upływu czasu), którego nie da się oszukać, nie można udawać, że jest się bardziej zaawansowaną niż się w rzeczywistości jest i także w tym sensie jest to jedna z właściwych praktyk, czyli pozostawanie po stronie prawdy. Myślałam o tym wykonując bardzo nielubianą kiedyś Parśvakonasanę, która po wakacyjnych domowych wariacjach na ten temat przestala mnie dręczyć. I tylko pozornie jest to kwestia fizyczności ciała.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz