poniedziałek, 27 lutego 2012

chciałoby się napisać...

... zawsze coś innego. Skończyla się pierwsza seria The Killing, zaczęła druga, a ja wciąż chodzę z pomysłem na napisanie czegoś o tym zankomitym serialu. I tak jesczze przez jakiś czas zostanie, to znaczy pomysły będę hołubić i odkladać na specjalną półkę, z której czasami trafiają do mainstreamu, a czasami nie. Póki co, od kilku tygodni piszę, śpię i jem (z rzadka udaje mi się jakaś domowa joga, ale i tak zapominam to odnotować na heiaheia) i skończy się chyba tylko odrobinę lepiej niż w Super Size Me, a to tylko dlatego, że nie objadam się hamburgerami. W międzyczasie pojawia się tysiąc mniej i bardziej irytujących spraw, ale nie zaprzątają mojej uwagi, bo piszę, jem i śpię, i na tyle wystarcza mi przytomności umysłu (a i to nie zawsze). Koncepcja pustki już dawno nie byla tak namacalna.
Czasem trafia się jakaś późnowieczorna chwila z muzyką. A jak chwila z muzyką, to tylko winyle. Tak już jest, że słuchanie muzyki z winyla to specjalna jakość - nie chodzi tylko o parametry dźwięku (kilka winyli to wciąż niedościgniony wzór dla swoich cyfrowych wersji, nawet z trzaskami materiału), ale o tę logiką 2 x 20 minu (mniej więcej) wyjętych z całego tego potoku, szumu i szaleństwa. W każdym razie ostatnie wieczory to renesans Niemena. Nie tego od znanych przebojów, ale tego od mellotronowych i wokalnych improwizacji, i nie zawsze zrozumiałego upodobania do Romantyków. Wczoraj było w każdym razie to, z oryginalną okładką, mocno już wystrzępioną:
Przy śniadaniu nieoczekiwanie powtórka - bo materiał nagrany w epokowym składzie, nie dosyć, że Niemen i SBB, to jeszcze Helmut NAdolski i Andrzej Przybielski. Czy była jakaś inna płyta, na której spotkali się Czeslaw Niemen, Józef Skrzek, Jerzy PIotrowski, Antymos Apostolis i dwaj już wymienieni? Dzisiaj taka płyta po prostu nie zobaczyłaby światla dziennego, podobnie jak - to inny wieczorny relaks winylowy - Sno-powiązałka, najlepsza płyta VooVoo (i to dlatego mizerne popłuczyny w obecnym kształcie Męskiej Muzyki mogą u mnie wywołać najwyżej litość). Brzmię jak "kiedyś, panie dzieju..." Co na to poradzę, tak jest. I co poradzę na to, że myślę sobie w takich okazjach: to dobrze mieć TAKĄ tradycję. Lata 70. były w Polsce najdziwniejszym, być może najpiękniejszym muzycznym czasem  ever. Niewiele dzisiaj z tego zostało, w każdym razie "na powierzchni". Kołacze mi się po głowie niepokojąca myśl, "a może poczytać Norwida?" (Skoro i tak nie pójdę dzisiaj spać przed 2.00, bo na jakieś 4 godziny harówy szacuję czarną robotę, jaką mam do wykonania w związku z quasikoordynacją zadania, które stało się modelowym przykładem rodzimej dezorganizacji i procedowania w sposób jak najbardziej typowy dla polskiego bałaganiarstwa. Nigdy nie polubię tego kraju. Niezależnie od tego, że lubię tutejszą Wielką Tradycję Muzycznego Szaleństwa)



czwartek, 16 lutego 2012

do połowy pusta



Szkoda, że dni spektakularnego śniegu są w mieście takie krótkie. Kiedy pada śnieg, jest cicho. Samochody jeżdża ciszej, ludzie też są jacyś cichsi, przemykają szybko, żeby się schować - obserwuję to czasem wieczorem, kiedy sypie śnieg, z piątego piętra. I już co najmniej kilka razy pisalam tutaj o Dniu PIerwszego Śniegu. Ale jest też Dzień Zbliżającego się Końca Śniegu. I ten dzień właśnie nastąpił. Śnieżyca wczorajsza była typowo wiosenna, przynajmniej ta przedpołudniowa. Powietrze pachnie wiosną. Niestety (i wiem, że są ludzie którzy nie wierzą, że mowię to szczerze). Wiedzą to też sikorki, które odyzwają się już wiosennymi "cucuferkami". A tego roku nawet nie byłam na nartach. Wszystko przez pisanie. W dodatku czuję się zmęczona, pusta, mało kreatywna i niezbyt oczytana. Przejdzie, jak śnieg. Taka zamieć. I gdzieś mam zdjęcie padającego śniegu, ale nie mam siły tego zdjęcia tutaj wkleić (bo trzeba byłoby je zlokalizować na dysku). To zadziwiające, jak lokalizowanie rzeczy na dysku, podwójne klikanie, żeby je otworzyć, jak to może być męczące.

wtorek, 7 lutego 2012

wtf

Chrzanić to. Potrzebuję znowu przestrzeni ekshibicjonizmu oraz prywatnego mnemotoposu, whatever it  really is. O co chodzi? O to, że zgubiłam kilka cholernych kartek z cholernego kalendarza i jedynym sposobem na przypomnienie sobie paru dat - bo, niestety, nie rozmów, nazw i miejsc - okazało się sięgnięcie do tego bloga, do zapisków z 2006. Pisząc książkę, borykam się nieustannie z problemem archiwum, a raczej jego braku i dostrzegam (jak to się ładnie pisze, poniewczasie), że trzeba jednak było zachowywać WSZYSTKO. Stare kalendarze, stare zapiski, zgromadzone czasopisma i wycinki z gazet, ulotki i reklamy, kartki pocztowe i znaczki. To wszystko gdzieś jest; bez wątpienia przeleguje w którymś z pudeł, w jakiejś teczce lub worku foliowym między Krakowem a Nowym Sączem, w dwóch piwnicach i na piętnastu regałach. Brakuje tylko wolnych kilku miesięcy, żeby to sprawdzić. To jest jakiś pomysł, tanie wakacje we własnym archiwum. Powraca, wszystko powraca, w nowej konfiguracji, ale jednak znane: problem z archiwum z powodu książki jest też zainspirowany planem wydania nagrań... na kasecie. No i gdzie jest ten niebieski brulion, w którym zapisywałam sumy i ilości kaset FLY Music rozsyłane po Polsce, świecie i przyległościach? Do dzisiaj czuję w ręku jego ciężar i wiem, w którym miejscu się rozklejał od nadmiaru papierowych przekazów pocztowych. To nie nostalgia za minionym czasem, bo tego czasu niezbyt chętnie bym wrociła; to raczej nostalgia za rzeczami i za sposobem, w jaki przechowują pamięć. A dzisiaj dostrzegam, że taką "rzeczą" jest blog, choćby zawierał najwięcej literówek i naiwnych wpisów w podwyższonym stanie napięcia emocjonalnego. Co mi tam. Wracam.