sobota, 29 kwietnia 2006

karpaty at bay

taaa... codzienna kawka u Kolumbijczykow (Cole Coffee, rog College St. i 63-ej) - czy musze dodawac, ze organiczna? - w poblizu Berkeley, kalifornijskie truskawki, na sniadanie granola z jogurtem, obiady duzo pozniej niz zwykle, w przyjemnym towarzystwie (kalifornijska kuchnia fusion, ktora uwielbiam, a ktorej nie ma na razie prawie nigdzie na swiecie, probka to np. burrito z chinskimi warzywami mu shu w srodku i sosem inspirowanym pesto), bez kolacji, smoothies Odwalla... Oh maaan. Oh MAAAAAAN.
Czasem musze zagladac na onet, zeby sprawdzic konto Karpat i wtedy oblewa mnie zimny pot. Ze strachu. Dopoki nie beda odbierac paszportow, jest niezle, bo zawsze mozna spakowac plecak i fiuuuu w kierunku normalniejszych rejonow swiata, gdzie mniejszy ulamek populacji cierpi na powazne schorzenia mentalne. A kiedy juz fala zimnego strachu przetoczy sie przez moj zoladek, pojawia sie obrzydzenie. I zmeczenie. Mam wrazenie, ze w Polsce zaczyna smierdziec, a ten smrod przebija sie nawet przez kalifornijski jasmin. Zebym tylko zdazyla obronic doktorat.
Coz. To jedna z tych rzeczy, ktorych sie nie wybiera (po ktorej stronie globu i po jakiej stronie granicy sie rodzisz i w zwiazku z tym za kogo musisz sie uwazac). Fuck it. Down with National State. Thumbs Up for the United States of Europe.
Maly interwal swiadczacy o tym, ze moj zwiazek z rodzinnym krajem przybral forme tak typowa dla wielu: love&hate thing, dobrze wiem, ze ten stopien obrzydzenia, ktory czuje, tez jest paradoksalna i pokrecona forma czegos w rodzaju milosci, jesli mozna tak to okreslic, ze ciagle mnie obchodzi, nawet jesli przybiera to forme nienawisci. Cos jak Gomrowicz, (toutes proportiones gardees) ktory bez konca naigrawal sie z polskosci, ale byl z nia zwiazany totalnie. Martwi mnie to, bo wolalabym zimna obojetnosc. Z drugiej jednak strony - nie tesknie i moglabym mieszkac gdziekolwiek i mowic w jakimkolwiek jezyku, a smak wolnosci czuje w zasadzie tylko poza granicami Polski. Nie dla mnie spliny Wielkiej Emigracji. Nie moge zrozumiec Milosza, ktory wrocil z Berkeley do Krakowa. Z BERKELEY. Do Krakowa. Jeeeeezz!
Mialo byc zupelnie o czyms innym. I jeszcze bedzie.
Na razie ide zapijac organiczna kawa miazmaty, ktory wyzieraja na mnie z onetu (co za kretyn to wymyslil, zeby logujac sie na strone republiki i konto pocztowe, trzeba bylo koniecznie miec pierwsza strone z tymi "newsami" skaczacymi do oczu). Tylko to psuje mi nastroj w USA, Land of Free.
Kupilam wczoraj dosc stara juz pozycje Boorstina: "The Americans: The Colonial Experience", o samym poczatku, o odrebnosciach miedzy rozmaitymi rejonami Stanow, o tym wielkim kraju, ktory fascynuje mnie coraz bardziej, wbrew widmu zwulgaryzowanego antyamerykanizmu krazacego po Europie. Lapie sie na tym, ze nic nie wiem o tutejszej kulturze / kulturach (np. o roznicy miedzy Wirginia, Nowa Anglia a Teksasem chociazby), ani o tutejszej historii / historiach. Jak idiotyczne, aroganckie i eurocentryczne jest wymaganie od Amerykanow, zeby znali kazdy niuans pokreconej europejskiej historii. Europejczycy zazwyczaj nie wiedza o USA prawie nic i nie potrafia wymienic nawet 5 stanow, nie mowiac juz o ich lokalizacji.
O tym, o seksizmie wciaz przenikajacym scene muzyki eksperymentalnej, o telewizji ("Przez 24 godziny"!, nowy reality show w amerykanskiej telewizji, ktory gdzies musze zlapac), o komputerach, o ruchu gejowskim i feminizmie rozmawialismy z Amy do pozna w nocy, pociagajac czasem IPA i zagryzajac bardzo niezdrowymi chipsami imitujacymi nachos.
Wczesniej krazylismy po fascynujacym w swej industrailnej zlowieszczej brzydocie porcie Oakland i terminalu Amtraku (zdaje sie, ze chyba tutaj kiedys bitnicy konczyli swoja podroz towarowym...). W samym srodku tego rozpasanego szalenstwa stali i betonu - park. Baaardzo niezwykle miejsce. Przystrzyzony trawnik, fontanny, laweczki. Miedzy gigantycznymi zurawiami portowymi z zjednej, oraz calym skladem kontenerow z drugiej strony. Na San Francisco splywala mgla i miasto jawilo sie zupelnie nierealnie.
Dzisiaj znow ruszamy na polnoc, do Davis. Ostatni rzut oka na zatoke. Bedzie mi bardzo smutno. Nie wiem, kiedy znowu... i czy w ogole...
POtem bede myslec, ze to wszystko przestaje istniec. Kiedy odwracam sie plecami.

wtorek, 25 kwietnia 2006

coast to coast


(Cole Coffee na rogu College i 63-ciej, w poblizu Berkeley - fot. Marek Styczynski)

no wiec udalo sie! siedzimy w zakatku Oakland, gdzie zaczal sie ruch Czarnych Panter, a miejsce nosi nazwisko Jacka Londona. Dwa samoloty i trzy starty po wyruszeniu z - jak to okreslila Cristina - malego lotniska Providence. Security checks na lotniskach amerykasnkich to rzeczywiscie troche too much. Generalnie przystaje na to, ale kiedy otwarli plecak Marka i wyciagali po kolei stare sandaly, worek z brudna bielizna i plastikowy mikrofon, to poczulismy sie troche dziwnie. Jeszcze dziwniej poczulam sie, kiedy zaprosozno mnie do komory, w ktorej gazuja czlowieka czyms z gory. Podobno chodzi o zarazki, wirusy itp. ale spotyka to ludzi podejrzanych o kontakt z podejrzanymi substancjami. Nie wyjasniaja po co to robia ani na czym to polega, kaza tylko wejsc do komory i czujesz gaz z gory. Fun.
Kolowalismy dwa razy, bo 9-cioletnia dziewczynka wpadla w histerie i jej krzyki: "I don't wanna die", "this plane ain't gonna make it" itp., chyba wyprowadzily obsluge z rownowagi, bo zawrocili z pasa startowego i poprosili caloa rodzine o opuszczenie pokladu.
Turbulencje nad srodkowym zachodem, gdzies na wysokosci Kansas/Texasu. Ale widzielismy z gory Southwest, patrzylam na Wielki Kanion i pustynie, ktora ostatnio przemierzylismy samochodem. Tesknilam.
W Phoenix bylismy 15 minut. Wystarczajaco, zeby zlapac samolot to Oakland i wyslac SMSa do Nataszy. Okazalo sie, za samolot po drodze laduje w LA. Na pokladzie czadowa stewardessa, ogromna Afroamerykanka z rubasznym poczuciem humoru, dzieki niej lot byl naprawde fajny. Teksty w stylu: "That's why I don't miss my husband, I always have one on a plane, I miss my dog". Oooooch i ten akcent: "Lemme tell you, hooooney". Oh man. Moglabym sluchac jej godzinami.
Na LAXie stalismy jakies 20 minut, samolot ruszyl w strone oceanu, patrzylam na miejsca, ktore przemierzalismy na piechote lub samolotem 5 lat temu. To bylo wtedy bardzo wazne dla mnie doswiadczenie. Jak bedzie teraz. Czego znowu o sobie sie dowiem?
I wreszcie wyladowalismy na Zatoka. Siedze przy obcym Macu i stukam w klawisze, zeby uchwycic te chwile. Ze siedze; ze pije piwo, ktorego smak tak dobrze pamietam; ze sluchamy genialnych dzwiekow Living Breathing Music i ze cieszymy sie na wspolne granie; ze w tej podrozy, tym razem, niebo i ziemia polaczyly sie ze soba bardziej harmonijnie niz kiedykolwiek, bo latanie to nie tylko a) odpuszczenie sobie kontroli (letting go) b) zaufanie, ale (to wlasnie odkrylam) c) kwestia harmonii i polaczenia nieba z ziemia. Dla mnie juz nie sa oddzielne. Pokonalam strach przed lataniem.
A teraz mam wrazenie, ze kolysze sie ziemia, a to przeciez San Francisco...

poniedziałek, 24 kwietnia 2006

terrastock, part 2


(Neal, ja i Cristina - fot. Marek Styczynski)

i jak tu zapisac te dwa dni? od czego zaczac i na czym skonczyc? przed chwila przyszla Crtistina i stwierdzilysmy: we need some time to process it. No wiec potrzebuje troche czasu, zeby jakos to wszystko uporzadkowac. Trzy dni wypelnione muzyka, ale rownie dobrze moglabym napisac 10 dni albo 20, bo czujemy (oboje z Markiem), ze tak wlasnie wygladal uplyw czasu tutaj. Zbyt wiele sie dzialo, zeby to ujac w jakas rozsadna narracje. Podziele to najprosciej jak sie da:
highlights (kolejnosc bez znaczenia): Bardo Pond, Charalambides, Windy& Carl, niektore fragmenty Ghosta, Kemialliset Ystavat, jedna z piosenek Kitchen Cynics (czyli naszego sasiada), organizacja.
odkrycie wszechczasow: Spires That In the Sunset Rise (riot grrls psychedelic abstract bastardized punk world) - cztery dziewczyny, ktore swietnie sie bawia, a Meredith Monk pewnie by sie cieszyla slyszac, jak uzywaja glosow.
ale to cala reszta czyni Terrastock. czyli dziesiatki interesujacych rozmow i spotkan, setki wymienionych z wzajemnoscia usmiechow, ktos, kto podczas koncertu rozdaje czekoladki, bo poczul taka ochote, ktos, kto stawia piwo, bo podoba mu sie uzyka, ktos, kto daje ci w prezencie grajace zabaweczki, bo wydaje mu sie, ze moze cie to ucieszyc...
czlowiek z teksasu, ktory mowi: widzialem wasz koncert w sklepie w Austin w 2001 roku, pierwsza plyta z tego rodzaju muzyka, jaka kiedykolwiek kupilem, to byl ATMAN, pozniej Charalambides i tak sie wciagnalem, a teraz jestem tutaj;
czlowiek z Nashville, ktory mowi: widzialem wasz koncert w Nashville w 2001 roku, ja mowie: it was a weird show (bo byl, jeden z najgorszych koncertow, jakie zagralismy kiedykolwiek, na najgorszym na tym kontynencie naglosnieniu, dla grupy mocno 'trafionych' nastolatkow, po kapeli, ktora nawet nie stroila instrumentow), a on odpowiada: it was a weird venue - usmiechamy sie, bo oboje wiemy, o co chodzi;
Erin z Urdoga, ktora studiowala w Krakowie na ASP film animowany i z 40 minut wymienialismy w foyer Pell Chafee krakowskie plotki i historie o Slawomirze Shutym (wielkim pisarzem mlodego pokolenia teraz jest, ale bywalo inaczej...);
czlowiek z Washington, DC, ktory pracuje w bibliotece kongresu i robi doktorat z zarzadzania zasobami, ale to zupelnie inna jazda niz przasny dyskurs tego typu w Polsce, rozmawialismy o teorii chaosu i muzyce poludniowo-indyjskiej;
dwaj ludzie z Bostonu, z ktorymi z pol godziny przegadalismy o muzyce przelatujac od Arvo Parta do no-wave i Glenna Branki;
mlody czlowiek o polskich korzeniach, z ktorym mielismy fascynujaca rozmowe o tradycji, o tym, co to znaczy miec takie korzenie i o tym, ze moze spotkamy sie w lecie w Slowenii;
ciastka upieczone przez Cristine, ktore czekaly na nas na stoel, kiedy wrocilismy do domu o 12.00 w nocy, ociekajac deszczem (Cristina spi 5 godzin na dobe, pracuje jako wolontariuszka przy Terrastocku i ma full time job w tutejszej Radzie Miasta czy raczej w agencji stanowej d/s urbanistyki). Promienny usmiech Cristiny, kiedy kladac sie spac po prawie 12 godzinach pracy, zyczyla nam dobrych snow.
Dobrych snow, Providence, Rhode Island. Kraj, ktory niektorzy barbarzyncy uwazaja za barbarzynski.

sobota, 22 kwietnia 2006

terrastock


(Isobel z Bardo Pond - fot. Marek Styczynski)

No wiec zaczelo sie! Wczoraj! Po znakomitej kolacji, ktorej towarzyszyly bardzo interesujace rozmowy z naszymi gospodarzami, wyruszylismy do AS220. Zdazylismy akurat na Urdoga, ktorego perkusistka, jak sie okazalo, studiowala w Polsce 'film-making'. Bardzo transowa miejscami rockowa jazda, ale z bardzo przyjemnymi psychedelicznymi wycieczkami. Odpuscilismy sobie Major Stars, poczatek nie byl zbyt fascynujacy: rzezenie pieciu gitar + perkusja, a muzyki jak na lekarstwo. Zadziwiajace, ze tyle osob na scenie potrafi wyprodukowac tylko tyle. Jesli chodzi zreszta o psychedeliczny noise, to Bardo Pond pozostaja mistrzami. POgadalismy chwilke z Michaelem, Isobel i Johnem - to zadziwiajace, ze po tylu latach pamietaja jeszcze tamta zwariowana noc w Lemur House i koncert w Khyber. Zreszta, moze nie ma sie co dziwic, my przeciez tez mamy to niezwykle spotkanie w pamieci. Sa takie momenty, kiedy ma sie wrazenie wrecz namacalnego dotkniecia niezwykle silnej energii - to byl taki moment. Az dziw, ze wyszlismy z tego calo. Przemknela mi przez glowe niezwykla mysl: a moze to my bylismy zrodlem tego wszystkiego, co sie pozniej na swiecie wydarzylo? Dotkniecie tej energii jest wszak doswiadczeniem ambiwalentnym. Trudno bylo nam w kazdym razie opanowac wzruszenie - widzimy sie znowu, znowu probujemy dotrzec do czegos, co trudno sobie nawet uswiadomic (wizualizacje Bardo Pond jak zwykle pelne sa muchomorow, ale mam wrazenie, ze to tylko wygodny wybieg dla wytlumaczenia tego, co sie przydarza na tej sciezce, a do czego zadne substancje nie sa potrzebne), tyle tylko, ze zmienilo sie prawie wszystko. Zyjemy w innej epoce niz wtedy, w marcu 2001 roku. Byc moze nawet jest to kolejne wcielenie.
Prosto z rozwibrowanego pola nasyconego elektrycznoscia wpadlismy w kamerlany, klimatyczny swiat Sharron Kraus. Na zywo slucha sie jej o wiele lepiej, niz z plyt (nie, zeby z plyt bylo zle). Jakie to jedna dziwne: dwie kobiety na scenie (jedna z gitara, druga z wiolonczela), a muzyki o wiele wiecej niz w przypadku szostki z Major Stars.
Po drodze miedzy Pell Chafee i scena w AS220 (dzieli je raptem 20 metrow) spotkalismy jeszcze Matsa i Anne oraz Avarusow (jeden z nich nie dotarl, klopoty z paszportem i rezimem wizowym), w salce z plytami natknelismy sie na The Spacious Mind. Rzeczywiscie czujemy sie tutaj dosyc rodzinnie.
Odpuscilismy sobie after-party, w koncu mamy dzisiaj zagrac i na razie to jest najwazniejsze.
Lekki bol glowy, jednak tutejsze Boston Ale jest dosc mocne. Na sniadanie prawdziwe amerykanskie pankejki, zapachnialo Teksasem i trzydaniowymi sniadaniami z przysmazanymi ziemniakami, jajkami sadzonymi oraz pankejkami wlasnie. Nie, to nie sa nalesniki. To sa wlasnie pankejks. Coltrane i Koncerty Brandenburskie Bacha (moj ulubiony, czwarty).

piątek, 21 kwietnia 2006

i juz providence!


w dalszym ciagu wolnosc od diakrytyki... (wymuszona przez Maca tym razem, pewnie moglabym zmienic ustawienia, ale szkoda czasu).
5 i pol godziny Grehoundem z NYC do Providence to jednak nie calkiem rozkosz, zwlaszcza zwazywszy na nerwowa jazde taksowka po Manhattanie, zeby zdazyc na autobus o 10.15. Porth Authority (czyli glowny tutejszy dworzec pks:-)) miesci sie na rogu 42. ulicy i 8 alei, a wiec w samym srodku Manhattanu. Chyba zaczynam rozumiec, na czym polega nowojorski stres i dlaczego tutejszych oskarza sie o nieuprzejmosc. Zasady sa jasne: nie ma miejsca na budyn , bo odrobina nieuwagi naprawde moze diametralnie zmienic twoje zycie...
Ale gdybym miala kiedys wolne 3 miesiace i wolne jakies 2 tysiace dolarow, to ruszam w objazd Ameryki Greyhoundem. To niepowtarzalne doswiadczenie, ktore chyba najlepiej pozwala poznac ten kraj, ktory z okna Greyhounda jest ogromny, bardzo roznorodny i nieprzystajacy do zadnych stereotypow (ani tych any- ani tych filoamerykasnkich).
No wiec jestesmy w Providence - od razu po tym, jak tylko podeszlismy do drzwi AS220, znalezli sie: Aamir, ktory rezewowal nam bilety, Phil McMullen, Neal (u ktorego stacjonujemy), Jefferey (organizator i muzyk Black Forest / Black Sea) i stalo sie jasne, ze jestesmy w domu. Troche to dziwne uczucie - w domu o tysiace kilometrow od tego, co za dom uznajemy. I bardziej u siebie niz u siebie. Juz zeszta w Nowym Jorku czulismy sie bardziej u siebie niz u siebie, w kraju, przez ktory przeplywa wisla i gdzie rzadko cos sie udaje. a gdzie prawie zawsze musimy tlumaczyc sie z diety, upodoban i stylu zycia. Tutaj jestesmy tacy jak wszyscy (czyli niepowtarzalni:-)) i nikogo, absolutnie nikogo to nie niepokoi.
Odsluchalismy sesje z WFMU, przygotowujemy sie do jutrzejszego koncertu.
Dzisiaj idziemy posluchac m.in. Bardo Pond (i przywitac sie, nie widzielismy sie 5 lat...), Kinski, Sharron Kraus, Urdoga, PG Six i mnostwa innych kapel - samo ich zgroamdzenie w jednym miejscu to sztuka nie lada.

czwartek, 20 kwietnia 2006


Wbrew pozorom to nie jest scena z Canal Street i ulicznych straganow, ale z naszego nagrania w WFMU (fot. Scott Williams). Nie mam tutaj polskich znakow, rezygnuje wiec z diakrytyki na jakis czas. Przeprawilismy sie subwayem oraz WTC Path do Jersey City i usiedlismy w sloncu na nabrzezu, ktore tak dobrze pamietamy. Piec lat temu bylo stad widac iweze World Trade Center... Teraz mijalismy Ground Zero miedzy Chambers Street a WTC Path i nie da sie ukryc, zimny dreszcz przebiega po plecach. Zwlaszcza, kiedy czytamy: to jest pozostalosc po WTC a nad glowa widzimy postrzepiony siding... W ciagu tych pieciu lat skonczyla sie pewna epoka, rozmawialismy o tym z Chrisem i Richem po nagraniu, o tym, co w tym czasie stalo sie ze swiatem, radiem i z nami. Wszystko sie zmienilo, ale WFMU w dalszym ciagu jest ostoja audiowedrowcow i wolnych duchow. Jutro ruszamy Grehoundem do Providence i tak rozpocznie sie rozdzial zatytulowany Terrastock.
O jet lagu, spacerze po brooklynskim moscie, betonowo-aluminiowo-ceglano-szklanej instalacji zatytulowanej Manhattan bedzie innym razem. Moze jutro, na razie ledwo starcza mi czasu na zwykla poczte.

niedziela, 16 kwietnia 2006

końcowe odliczanie


Tak było w 2001 roku...

Your Voice From The Moon Kawabaty Makoto jest świetnym podkładem muzycznym do naszych ostatnich przygotowań: drukuję teksty, zapisujemy swoje 'partytury' w kilku wersjach (z on-line włącznie), uzupełniam Plaxo, pakuje podkoszulki i dżinsy, które już chyba zostaną w swojej ojczyźnie. Szkoda, że programowo nie zabieramy ze sobą żadnej muzyki (ani na MP3 ani na dyskach ani w ogóle na niczym, żeby nie obciążać umysłu i nie separować się od tego, co się zdarza podczas podróży), Makoto byłby FANTASTYCZNĄ propozycją na długie godziny w samolocie. Umilę je sobie (o ile w ogóle da się czymś umilić 9 i pół godziny w samolocie) za to "Scenes from American Deserta", które przypomniały mi o mojej fascynacji Południowym Zachodem. Jaka szkoda, że tym razem nie dotrzemy na pustynię...

piątek, 14 kwietnia 2006

odliczanie

Jeszcze tylko mniej niż 72 godziny do wylotu... Amok podróżny trwa już od kilku dni i zdaje się powoli wchodzić w fazę apogeum. Dzisiaj ścigaliśmy faceta, która robi mi przegląd gitary, bo beztrosko chciał umówić się na po świętach. Marek wędrował w strugach deszczu z naprawioną gitarą (wymienione gniazdo) w nowym pokrowcu (może wytrzyma LOT), ja siedziałam przy komputerze, kot obrażony. Obrażony to dopiero będzie od poniedziałku. Świąteczna krzątanina z tej perspektywy jawi się jak dziwaczny rytuał z obcej planety, a my czujemy się trochę kosmicznie z paczką szpinaku i pięcioma jajkami w lodówce.

czwartek, 13 kwietnia 2006

muzyka-polityka

słuchając Anima Sound System z sieci myślę sobie, że połączenie muzyki tanecznej z politycznym przekazem stanowi szczególną mieszankę wybuchową - zmysłowa przyjemność, jaką daje muzyka taneczna o bardzo "groovy" potencjale, koduje się z wezwaniem do walki o swoje prawa. TO może / musi wzniecić rewolucję! to chyba dlatego popmachina tak mocno pracuje, żeby ten potencjał przyswoić (ale on się sam o to prosi) albo znieczulić (kultura dragów, zwłaszcza trawy i haszu, jaka towarzyszy części tej muzyki). No ale po rave nic już nie jest takie samo... Więc Shake Your Ass przyjacielu.

wtorek, 11 kwietnia 2006

miejski fetyszyzm

W weekend oddawalam sie fetyszystycznym przyjemnosciom zakupowym. To znaczy w tym wszystkim nie chodzi o samo kupowanie, ale o zanurzenie się w świecie fantazji, designu, wyglądu, pozoru, gry... Jak pisze Walter Benjamin w Pasażach: Moda, jak rajfurka, żywe ciało kojarzy ze światem nieorganicznym, do żyjącego stosuje prawa truposza. Fetyszyzm, leżący u podstaw tego, co nieorganiczne, jest jej nerwem witalnym. Nie ma jednak ta zabawa wiele wspólnego z kultem towaru - już raczej chodzi o wcielanie się we wciąż inne role, zabawę maskami i rolami w ciasnej przestrzeni przymierzalni i w wielkiej przestrzeni wyobraźni. I zmysłową przyjemność włączania się w ruch wielu takich historii rozgrywających się w tym samym sklepie, wibrującym w rytm muzyki i owładniętym ruchem. To przyjemność, w której najbardziej lubię zanurzać się sama, bez żadnego towarzystwa.

piątek, 7 kwietnia 2006

berlin

berlin
berlin,
originally uploaded by nytuan.
Berlin – miejsca
5.04.2006
Ostbanhof, najciemniejsza strona Berlina, DeDeeR w postaci fluidu emanującego z betonowych bloków, które pozostały szare mimo, że w ramach gigantycznych ruchów finansowych postarano się trochę umilić te osiedla. Otóż prawda jest taka, że nie da się ich umilić. Pozostają stalowoszare jak oczy Ericha Honeckera, niezależnie od aktualnego koloru fasad. Chociaż może jest to kwestia jakiegoś szaleństwa kwadratów i bloczków, absolutnie żaden element nie wyłamuje się z tej estetyki, drzewa rosnące wzdłuż alei wydają się zanikać, jakby ostentacyjnie przestawały istnieć w zderzeniu z tym geometrycznym rozpasaniem. Kolejki do kas, na szczęście Jutte dzowni z propozycją przełożenia spotkania na 19.00, bardzo nam to odpowiada. Jest więc czas, żeby pojechać na Alexanderplatz i wejść w kontakt z moim absolutnie kultowym obiektem, czyli wieżą.
Od pierwszej wizyty w Berlinie, gdzieś z 10 lat temu, uosabia dla mnie ambiwalentny urok tego miasta. 10 lat temu stacjonowaliśmy na Lichtenbergu u Henninga i cała pełnia DeDeeRu była wtedy dostrzegalna dużo wyraźniej. Betonowa wieża (nie miała jeszcze czerwonawych wzorów na kopule, jak teraz) górowała nad miastem i błyskała rytmiczne zimnym światłem lampy jarzeniowej o gigantycznej mocy. Pojechaliśmy pod wieżę niemal od razu, jej odpychający, drętwo-zimny charakter miał w sobie coś przyciągającego, pełna ambiwalencja berlińskiej dekadencji. Staliśmy na balkonach otaczających wieżę, wokół nie było nikogo oprócz grupy brudnych punków z psami, wiał lodowaty wiatr i plac był zalany zimnym światłem jarzeniówek oraz dużymi napisami reklam na budynkach, które pasowały tutaj jak pieść do nosa. Coś jakby świat po katastrofie. Kiedy wtedy kładłam się spać mojej pierwszej nocy w Berlinie, miałam wrażenie, że czuwa nade mną ta złowieszcza betonowa moc, że błyskające na fioletowo oko widzi dobrze mnie i moje sny. Płynęło stąd zło i jednocześnie uczucie dziwnego poczucia bezpieczeństwa wobec czegoś, co tak nieodwołalnie i ostatecznie JEST. Przez te dziesięć lat Alexanderplatz zmienił swój entourage, ale nie zmienił charakteru, który jeszcze pogłębiła lekka, modernistyczna i ascetyczna konstrukcja City Center. Tylko wieża JEST trochę mniej, kula pomalowana w jakieś czerwonawe wzory wygląda jak clown, którego prawdziwym powołaniem jest kariera funkcjonariusza aparatu przymusu i dozoru. Nie wyjadę tam na górę windą, nie dlatego, że się boję czy mam zawroty głowy. To jest dla mnie rodzaj bluźnierczej świętej góry, a świętych gór się nie zdobywa, ich szczyty są siedzibą bogów. Tych bogów tym bardziej wolałabym nie zobaczyć twarzą w twarz, mogłabym spotkać się z tym, co mnie do nich ciągnie. Wyprawa na Alexanderplatz jest dla mnie rodzajem bluźnierczej pielgrzymki (bluźnierczej nie wobec jakichkolwiek świętości, ale wobec życia wymykającego się siłom geometrii, przejrzystości i dozoru), ponawianej za każdym razem kiedy jestem w Berlinie; powtarzalność rytuału nasyca działanie rodzajem czułości i swojskości. Nie inaczej jest w tym przypadku. Groza betonu staje się więc przedmiotem czułego wzruszenia, ale bez cienia nostalgii, czułość bez najmniejszego śladu ciepła, o ile jest to w ogóle możliwe. Wiem, że dla mnie jest – w Berlinie.

kreuzberg

kreuzberg
kreuzberg,
originally uploaded by nytuan.
Berlin - zdarzenia
4.04.2006
Ostatnie dni, jak zwykle w Berlinie, minęły w zawrotnym tempie. Przez trzy dni właściwie nie opuszczaliśmy KMA Antenne przy Friedrichstrasse 2, wychodziliśmy od Ewy przed 10.00 i wracaliśmy do zacisznego azylu zazwyczaj ok. 23.00. Całe dnie mieliśmy wypełnione pracą z młodymi ludźmi nad powstającym zupełnie od zera utworem muzycznym. Już pierwszego wieczoru okazało się, jak małym kosmosem jest Europa Środkowa: na party podszedł do nas Luka ze Słowenii, z którym spotkaliśmy się na festiwalu Sajeta ubiegłego lata a chwila rozmowy z Raminte z Litwy wystarczyła, żeby okazało się, że mamy wspólnego znajomego, Ramunasa Jarasa. Ustąpiło więc poczucie chwilowego zagubienia związanego z faktem, że jadąc tutaj, nie bardzo wiedzieliśmy, jaka jest nasza rola w projekcie Junge Botschaften für Mitel- und Osteuropa (Musik Erweiterung: Europa jams! – einem Film-Happening – vom 29.3. bis 2.4 in Berlin), w skrócie JuBoMio. Już podczas tego wieczornego party stało się jasne, że chętnych do muzykowania nie brakuje i że – co najważniejsze – gotowi są do wspólnych improwizacji.

Zręby utworu powstały pierwszego dnia, dzieciaki zdecydowały, że ma to być reggae. Wyszło reggae z elementami ragga i ska (my i reggae…) Wyszedł bardzo melodyjny, kołyszący utwór, z bogatą harmonią, w której dało się odnaleźć wiele linii melodycznych. Co prawda reggae w roli utworu jednoczącego rozliczne nacje Europy Środka to koncept bardzo specyficzny, ale jakoś tam zgodny z pokrętną logiką globalnej rewolucji.

KMA Antenne to świetna przestrzeń do pracy. Na miejscu mamy wszystkie potrzebne instrumenty, pełne nagłośnienie, kilka sal i w czasie przerw zazwyczaj dodatkowo muzykujemy z Luką, Raminte i innymi chętnymi (saksofonista Arne i Feliks grający na basie też chętnie wypuszczają się na takie wycieczki).

Koszmarne jest tylko to, że po podróży pociągiem dopadł mnie katar, a wkrótce również gorączka i ogólne przeziębienie. Najchętniej położyłabym się do łóżka, tym bardziej, że przez cały czas muszę walczyć z sennością. Niby nie wstajemy wcześnie, bo o ósmej, ale kładziemy się spać – po wszystkich fascynujących rozmowach z naszą gospodynią - dobrze po północy. Krytycznym dniem jest sobota, która wygląda tak: 10.00 meeting, rozdanie ról na dzisiaj, nagranie piosenki, która powstała (a złożył się regularny big band z 15 osób!), później mamy jedyną możliwość, żeby przygotować zarysy programu, który zagramy na wieczornym koncercie z niektórymi uczestnikami, więc na obiad przychodzimy spóźnieni, kiedy wszyscy już kończą, o 13.30; ledwo kończymy kreatywną grochówkę (neue deutsche cuisine), o 14.15, trzeba się zbierać do studia, gdzie ma być nagrywany wideoklip do naszej piosenki - podróż metrem do Mitte, o 15.00 zaczynamy i w gorącym świetle lamp blue boxa kołyszemy się, tańczymy, powtarzamy, robimy nakładki i tak dalej do 17.15; szybko z powrotem, o 18.00 soundcheck, zaczyna się zamieszanie, bo okazuje się, że nikt nie ma pomysłu na porządek wieczornego party, które jest zaplanowane na 20.00, z koncertem w dużej sali KMA; w końcu lądujemy w jakiejś cafe i mamy 30 minut, żeby porozmawiać tylko ze sobą; kiedy o 21.15 docieramy do Antenne Jutta nerwowo rozgląda się w poszukiwaniu nas, Luki i Raminte (okazuje się, że ani Feliksa, ani Aleksa, którzy pracowali z nami nad piosenką, nie będzie – w końcu sobota… i że – z muzyków - tylko my zostaliśmy na placu boju); zaczynamy więc koncert ok. 21.30, najpierw wspólna piosenka, później od razu przechodzimy w nasz program, pomyślany w taki sposób, żeby w dowolnym momencie chętni z publiczności mogli dołączyć; zjawia się Czarny tancerz, który ewidentnie czuje, o co chodzi (to ciekawe, bo muzyka, którą gramy ma się przecież do afrykańskich tradycji zupełnie nijak – no, chyba, żeby uwzględnić potencjał free jazzu - a jednak w międzynarodowych sytuacjach zawsze znajdujemy z Czarnymi muzykami wspólny język), impreza się rozkręca i gra nam się naprawdę dobrze, ale kiedy kończymy po wszystkich interesujących rozmowach z nowymi znajomymi, jest 0.30; wędrujemy w głąb Kreuzbergu ulicami, po których ludzie przemieszczają się z jednych imprez na drugie albo po prostu wracają do domu; u Ewy kolejne party, wpadamy w sam jego środek ze świadomością, że nie spełnimy oczekiwań gości co do naszego grania, bo po prostu padamy z nóg; przysiadamy więc z Jackiem i Anią (czyli Galerią Zero) w kąciku, nie przyznając się właściwie nikomu, że to my jesteśmy tymi muzykami, na których wszyscy czekali; o 3.44 padam na materac i ledwo wiem, jak się nazywam. I tak sobota przeszła w niedzielę, ZUPEŁNIE niepostrzeżenie. Kiedy jesteśmy w trasie, pojęcie dnia staje się więc bardzo względne. Ile to jest dwa dni? Zdaje się, że tyle, ile od piątku do niedzieli, ale kiedy zamykamy oczy nad ranem, wcale nie jestem tego pewna.

Umówiliśmy się z Jackiem i Anią na wspólny wypad na pchli targ w ich okolicy (Friedrichshain), około 13.00. Wypada więc zwlec się z łóżka, zwłaszcza, że w kuchni przy stole siedzą mili ludzie i nie wiadomo, czy to jeszcze część wieczora/nocy czy też już rano. Wspólnie ustalamy, że rano jest wtedy, kiedy się wstaje. Tak poznajemy rodziców Ani, bardzo barwne postacie, które w stu procentach odpowiadają określeniu: prawdziwi artyści. Nad Berlin dotarła fala ciepłego powietrza (znad Atlantyku, czuje się tę swobodę wolnych ludzi z drugiego kontynentu, Land of Free), czujemy więc pewną wspólnotę beztroski z ludźmi, który mijają nas na ulicy i w podziemnych korytarzach U-Bahnu.

Friedrichshain jest trochę inne niż Kreuzberg. Też freakowo, ale Wolni Ludzie nieco bliżsi establishmentu, widać to po schludnych bramach kamienic i wymytych oknach kryjących staranne aranżacje. Mniej Turczynek w chustach i mniej krzykliwych grupek wyrostków, mniej menelstwa maskującego się pod postacia punkowej alternatywy, która nigdy nie zagląda pod prysznic i nie rozstaje się z butelką taniego wina. Pchli targ jest rzeczywiście świetny, spenetrowanie tego miejsca zajmuje nam jakieś 2 godziny, ale na stosiku z książkami po 1 Euro kupuję książkę Howarda Rheingolda „Virtual Communities”, pierwszy tom autobiografii Mayi Angelou, „Scenes in American Deserta” i tom Media Studiem Journal (Radio – the Forgotten Medium). Kupujemy też drumlę z Tuwy i jakieś ubraniowe gadżety (paski, czapki itp.), przez moje ręce przechodzi mnóstwo dziwacznej biżuterii, ale nie jest to mój dzień na kupowanie. Wspólny obiad w jakiejś włoskiej luncherii, śmiejemy się, że rodzinny, bo niedziela to dzień dla rodziny. I udajemy się w dalszą wędrówkę, o 18.00 jesteśmy umówieni na obiad z Juttą, a musimy jeszcze kupić bilety.

Telefon: czy możemy przełożyć spotkanie na 19.00? Możemy. Jak zwykle tutaj, na miejscu jesteśmy pierwsi ( punktualność to w Niemczech kwestia naszego honoru), ale nigdy nie czekamy długo, najwyżej 5 minut. Nie inaczej i teraz. Okazuje się, że mamy jechać z powrotem do Mitte, zabierają nas do jakiejś knajpki. Miasto – zwłaszcza Berlin – jest jednak przestrzenią ruchu i transformacji, na miejscu knajpki mieści się trenderski klub, w którym właśnie instaluje się didżej. Dźwięków mamy zdecydowanie aż nadto, więc wybieramy restaurację o swojskiej dla krakowian nazwie ”Körber” czyli „Dynia”. Serwują tutaj wariacje na temat kuchni niemieckiej, które – zaskakująco – okazują się być smaczne. Pozostaję jednak przy sałacie z endywii (genialny sos), mój żołądek pamięta jeszcze spaghetti diavolo z wczesnego popołudnia. Przy szampanie, którym Jutta zapragnęła uczcić nasze spotkanie i sukces projektu (ma sporo dokumentacji i konkretnych „produktów” do pokazania), rozpoczynamy dyskusje o Europie Środkowej, dialogu międzykulturowym oraz edukacji medialnej, które przeciągną się prawie do 23.00. Znowu idziemy spać w środku nocy, a ja mam poczucie, że już nigdy nie uda mi się po prostu odpocząć, nic-nie-robiąc, nic-nie-myśląc.

Pół poniedziałku to trochę za mało, żeby dojść do siebie po karuzeli ostatnich dni. Włóczymy się po znanych miejscach, jakieś ciuchowo-kulinarno-głupawe zakupy (kiedy próbujemy w sklepie z papierem wszystkie nakręcane niedźwiadki, ekspedientki są chyba bliskie telefonu po policję), kupuję ajurwedyjską herbatkę Tridosha – jeśli moje życie przez najbliższych kilka tygodni ma wyglądać tak, jak ostatnio (a na to się zanosi), to będę potrzebować zrównoważenia zaburzeń dosha. Tym bardziej, że – jak się zdaje jestem vatta-pitta. Po południu zaczyna padać i robi się zimno. W Junction Barze pojawiamy się ok. 19.00, dobrze, że jest tutaj piętro z kawiarnią, oddzielne od klubu. Przysłuchiwanie się próbie zespołów punkowych grających przed nami to ostatnia rzecz, na którą mam ochotę. Zjawiają się Luka i Raminte, umawiamy się może na Sajetę w sierpniu i na Sumirimas w Kownie jesienią. Na tym polega dla nas sukces tego projektu, że znowu chce się z kimś muzykować, że z tej wymiany płynie jakaś energia. Straszymy niemiecką publiczność koncertem, w którym znajdują ujście nasze dzikie środkowoeuropejskie dusze. Tutaj wychodzenie poza gatunkowe przegródki to grzech śmiertelny: zwłaszcza dla rockmanów (jak Alex) oraz punkowców (jak publiczność). No i frenetyczne wyścigi saksofonowo-klarnetowe wraz z czystym gitarowym noisem to too much dla naszej dzisiejszej publiczności. Ale ci, na którym nam zależy, słuchają z uwagą i są zadowoleni. Nam zaś od dawna przestało zależeć na kokietowaniu publiczności, szacunek dla słuchaczy – jak dla mnie – polega na czymś innym niż mizdrzeniu się do nastolatków. Zwłaszcza, że z rockmanami od samego początku nie przypadliśmy sobie do gustu, stąd nasz soundcheck był najkrótszy, wykrojono dla nas raptem 20 minut. Co za ironia losu, na samo ustawienie gitar potrzebuję tyle, nie mówiąc o Marku i jego zabawkach. Cóż, w tej sytuacji zagraliśmy „siłowo” i była to forma prawa karmicznego – macie to, co możecie mieć; ekipa techniczna musiała nas wysłuchac do końca i było słychać, że zgrzytają zębami. Tak, jakby granie Hendrixa w 2006 roku miało jeszcze jakiś sens.

I znowu poszliśmy spać o 3.00. Wstajemy o 7.15, 4 godziny snu, trening kondycyjny przed Ameryką.

Berlin 2004

Berlin 2004
Berlin 2004,
originally uploaded by nytuan.
za to kochamy Berlin... ekstaza ruchu. To zdjęcie pochodzi sprzed dwóch lat. Więcej o najświeższej wyprawie do Berlina juz wkrótce.