czwartek, 31 sierpnia 2006

nothing

znowu mam do dyspozycji telewizję, która zresztą coraz częściej mnie nudzi. filmy to filmy, telewizja to telewizja. wkręciłam się w "Lost", więc chyba zacznę oglądać drugą serię. w każdym razie wczoraj HBO uraczyło widzów świetnym i zabawnym "nothing" (w polskiej wersji "wielkie nic") Vincenzo Natali. przez chwilę nawet poczułam się przyjemnie oderwana od podłoża, a przez głowę przemknęła mi myśl "a jeśli rzeczywiście żadne oczekiwane reguły prowadzenia narracji nie mają tu miejsca?". muszę przyznać, że pojawił się przyjemny dreszczyk emocji mający coś wspólnego z lękiem przed zagubieniem w pustce. ale oczywiście takowe reguły są nie do ominięcia, jeśli opowiada się cokolwiek :-))) w każdym razie pewnie jest to jeden z najtańszych filmów - wystarczy blue box:-)) albo jedno pomieszczenie wyłożone białym, sprężynującym materacem.

środa, 30 sierpnia 2006

dzikie kaczki

... są bardzo agresywne. przekonałam się nad jeziorem pod Sejnami. jedna taka wypadała z sitowia z głośnym gdkaniem, ile razy zobaczyła na pomoście kogoś z czymkolwiek do jedzenia w ręku.

całe dwa tygodnie spędziłam "out in the woods", czyli w dziczy. prowadząc warsztaty. najpierw na Kaszubach, później na Suwalszczyźnie. nawet z zasięgiem było tam kiepsko, co dopiero z internetem czy czymś podobnym. czułam się tak, jakbym spędziła ten czas daleko od Polski, newsy zaczęły do mnie docierać dopiero po powrocie. między innymi taki, że jestem "wykształciuchem natargetowanym". wygląda na to, że z tytułem doktorskim będzie trzeba się kryć po krzakach niedługo... kto ogląda "szkło kontaktowe" (program absolutnie kultowy, bo dający chwilę oddechu od zatykania się codzienną frustracją), ten wie. kto nie wie, niech zajrzy na forum

mówię sobie, że dystans do tego wszystkiego jest koniecznym warunkiem zachowania zdrowia i że wejście w polski dyskurs publiczny jest obecnie zanurzeniem w gnojówę (a raczej w PiSuar i to bynajmniej nie Duchampa), ale mimo wszystko czasami wkurza. jeszcze częściej frustruje. bo przewidywalność męczy.


piątek, 11 sierpnia 2006

znowu pakowanie

jutro ruszamy do Kieżmarku (Słowacja), gramy tam na festiwalu Lokal Life
na szczęście to tylko 80 km stąd, więc jutro wieczorem będziemy w domu. możliwość spania we własnym łóżku jawi mi się jako coraz cenniejsza. zwłaszcza, że już pokutrze wyjeżdżam na 2 tygodnie i to wcale nie na wakacje (Marek wróci wcześniej, szczęściarz) tylko na warsztat za warsztatem. Kaszuby i Suwalszczyzna. Miejsca w Polsce, które uwielbiam, ale do pracy potrzebuję dobrej kawy z prawdziwej maszyny (stały wątek) i jedzenia, które jest wegetariańskie a nie bezmięsne. I w ogóle odrobiny wygody. Praca to praca, wakacje to co innego, wtedy mogę się myć w jeziorze. Raz na 3 dni. Dobrze chociaż, że na Kaszubach ma gotować Tadziu Bylica - to sprawdzona firma (ech, te uczty w niegdysiejszej Tęczowej Dolinie...) i nie widzieliśmy się kopę lat.
Choć trzeba uważać, podobna za wegetarianizm teraz przesłuchują na policji (patrz artykuł w Przekroju o sektofobach - wreszcie ktoś nazwał te parafiańszczyznę, ciemnotę i idiotyzm po imieniu...)

środa, 9 sierpnia 2006

mikrokosmosy


Ester z Tolmina przysłała dzisiaj fotkę znad Socy. To przynosi ulgę - wiedzieć, że to miejsce istnieje za naszymi plecami...
Po powrocie z Tolmina sięgnęłam po Mikrokosmosy Magrisa. Inaczej się czyta tę natchnioną opowieść o Mitteleuropie, kiedy dopiero co było się w niej zanurzonym po czubek głowy. Czy może być bardziej metaforyczna trasa, niż z Krakowa przez Budapeszt do Ljubljany? (Owszem, z Krakowa przez Wiedeń do Ljubljany:-) Magris przynosi też, jak zwykle, kilka odpowiedzi, które są pomocne w wyartykułowaniu właściwych pytań. Kilka brzmień staje się w każdym razie zrozumiałych, kiedy czyta się o przejściu do sproblematyzowanej Mitteleuropy, wielkiego i melancholijnego laboratorium kultury jako źródła cierpień, które dobrze wie, co to pustka i śmierć. (s.67) Lepiej rozumiem też, skąd ten ból głowy po powrocie i uczucie klaustrofobii po lekturze tutejszej prasy i spacerze ulicami. To dlatego, że wszelka endogamia jest toksyczna; także college, uniwersyteckie kampusy, ekskluzywne kluby, klasy pilotażowe, zebrania polityków i sympozja poświęcone kulturze stanowią negację życia, które przypomina raczej port morski. (s.12) Polska jest taką Magrisowską pseudokawiarnią (to taka, w której koczuje jedno plemię); tutaj istnieje przymus należenia do ściśle określonych obozów, wrogich wobec innych - równie dogmatycznych. Dlatego coraz większym zniechęceniem napawa mnie tutejszy anty(i alter-) globalizm, ruch ekologiczny, feministyczny i każdy inny. Brak powietrza. Istnieje tylko dialektyka i u-ja-rzmienie. Duchota restrykcyjnych polityk tożsamości, ślepcyh na własne uzurpacje. Marzy mi się ucieczka od tożsamości, bo wszelka tożsamość jest także nieznośna, ponieważ, aby istnieć, musi nakreślić linię podziału i odepchnąć tego, kto znalazł się po drugiej stronie. (s. 38) To dlatego tak przyjemnie jest się roztopić w środowisku ljublańskiego hostelu, budapeszteńskiej ulicy albo pociągu do Jesenic, gdzie przeplatają się brzmienia słoweńskie, włoskie, niemieckie, angielskie, francuskie, węgierskie, czeskie i słowackie. Wbrew poglądowi, który funduje tutejszy dyskurs o "tożsamości narodowej" (tfu, tfu, zgiń, przepadnij maro piekielna!), nie oznacza to ani bezkształtnej, niesprecyzowanej kosmopolitycznej przeżutej papki, ani też nie jest opartą na etnocentrycznym i w gruncie rzeczy rasistowskim koncepcie (ulubionym przez berlińskich lewicowców z tamtejszych pseudokawiarni) multi-kulti. Niektórzy potrafią zachować wrażliwość na miejscowe wartości, a jednocześnie nie żywić owego fizycznego poczucia przynależności do wspólnoty, które tak często czyni bezmyślnym i regresywnym odkrywanie na nowo tożsamości i etnicznych korzeni (...). (s.39) Niektórzy tak. Tutaj prawie się to nie zdarza, zazwyczaj chodzi jednak o to, żeby przyłączyć się do plechy, takiej czy innej. I jeśli być może jedynym sposobem na to, aby zneutralizować śmiercionośną moc granic, jest opowiadać się zawsze po drugiej stronie (s.68) to trzeba nauczyć się żyć z tym niewygodnym a czasem bolesnym poczuciem, że zawsze i nieodwołalnie przynależy się do niemile widzianej mniejszości, a raczej całej ich gamy. Bardziej od tych z "innego obozu" nienawidzi się tutaj tych, którzy nie należą do żadnego.
Na marginesie: to żałosne, że batalia o Rospudę przypomina wszystkie poprzednie - Czorsztyn, górę św. Anny, Tatry... Powtarza się ten sam wariant: gazeta rozgrywa swoje batalie posługując się ekologami, ci cieszą się jak dzieci z kilku słów rzuconych na wiatr przez prezydneta oraz z Poparcia Bardzo Szanownych Osób Różnej Maści (jeden z guru ekologicznych niegdysiejszej epoki mawiał przy takich okazjach o "poparciu tuzów życia społeczno-kulturalnego") a także rozgłaszają, że przykują się do drzew. Geeez, nic nowego od 1987 roku? Czy zawsze chodzi tylko o to, żeby dzieciaki (w różnym wieku) mogły się przechadzać w nimbie męczenników? Czasem przeklinam swoją pamięć (a także niewygodną wiedzę o dalszym ciągu losów niektórych z niegdysiejszych wojowników)... Gdyby ekolodzy wyszli kiedyś ze swojej pseudokawiarni...

poniedziałek, 7 sierpnia 2006

Sajeta 2006


i już w domu. i już po Sajecie. nawet 7 dni deszczu w Alpach Julijskich jakoś ostatecznie nie przeszkadzało. Jasne, że chcieliśmy popływać canoe po Soczy i wyjść na Tolminski Triglav, ale plany i życzenia mają to do siebie, że rzadko się w pełni spełniają. Było inaczej. Koncerty w większości w klubie Mink obok Mercatora (były schron przeciwatomowy, co my mamy z tymi schronami - od Kalifornii po Słowenię), na Sotocju odbył siętylko jeden (i to najnudniejszy, żałosna forma nadętej i pretensjonalnej "nowej elektroniki" z Francji, w nimbie rewolucyjnej krucjaty anty-kapitalistycznej, oczywiście z nadgryzionym jabłkiem na pierwszym planie, a jakże oraz koleżka z Niemiec, który tak naprawdę chciałby robić disco, tylko nie wypada tak zupełnie oddać się niskim przyjemnościom). Dwa najlepsze koncerty: świetny Suchar-Majewski Mikrokolektyw (część Robotaobiboka) oraz fenomenalny Zlatko Kaucic z Trevorem Wattsem - w roznych konfiguracjach, solo i w duecie. Tym razem nie graliśmy koncertu, prowadziłam warsztaty głosowe (ale osiągnęliśmy niezły wynik: całkiem sporo sprzedanych płyt i dwie wzmianki w słoweńskim Delo relacjonującym rzetelnie każdy dzień festiwalu). Bardzo pięknie nam się z grupą warsztatową śpiewało - nagraliśmy efekt końcowy w trzech wersjach i kto wie, może nawet będzie z tego jakaś płytka (po zmiksowaniu). W Słowenii znakomicie się pracuje i przyjemnie podróżuje - ludzie są mili, otwarci, przyjacielscy i porządni. Na przykład sami z siebie dadzą zniżkę na pokój w hostelu w Ljubljanie (bo już kiedyś tam nocowaliśmy) albo konduktor nie policzy za przejazd pociągiem "bo to przecież tylko jedna stacja". Że już nie wspomnę o bardzo wzruszających powitaniach i pożegnaniach. POjawiły się też smutne wieści - jeden z Tolminskich Madrygalistów (pasterz) w listopadzie popełnił samobójstwo... Szulc nie mógł przyjechać, nie mógł zostawić swoich krów, bo ze względu na straszliwą suszę musi donosić im codziennie wodę do picia na halę... Susza rzeczywiście pozostawiła swoje piętno - bukowe lasy, którymi pokryte są stoki nad Soczą wyglądały wręcz na przypalone.
Poza tym wszystko w Tolminie idzie swoim trybem - znowu piliśmy codzienną kawę w Gostilni Pri Kranjcu (oraz ze względu na uporczywy deszcz zajrzeliśmy chyba do wszystkich miejscowych barów, kawiarni i okrepcewalnic). Jedzenie serwowała tym razem stołówka Dijaskiego Domu (bo noclegi już nie w Paradiso, które właściciel chyba nie bardzo jest za festiwalem - ale który ozdobił za to wejścia świecącymi palmami i pomalował cały przybytek w kolorze fuchsia + zielonym). Było kilka wpadek (ryż z sosem pomidorowym, brrrr....), ale za to było też dużo warzyw i owoców (w pełni dojrzałe brzoskwinie...). No i dostaliśmy słynną tolminską frikę, miejscowy przysmak z jajek, ziemniaków i sera, o którym wspominał nasz przypadkowy towarzysz z pociągu relacji Budapeszt - Ljubljana (osiem godzin zygzakowania po Europie Środkowej). Jak się już człowiek przyzwyczaił do egzotycznych zestawień (np. polenta z friką - tzw. dzień "żółty"), to kuchnia okazała się zupełnie smaczna (zwłaszcza w porównaniu z tzw. analogicznymi sytuacjami w Polszcze, gdzie stołówki zawsze serwują zdechłą marchewkę w charakterze warzyw a kuchnia wegetariańska oznacza granulat sojowy bez końca pod różnymi postaciami). Ech, i to wino z plastikowego kanistra w Minku... Teraz będę mieć problem - lepszy refosk słoweński czy Melnik w Melniku. A może tokaj w Tokaju? Pod koniec jesieni trzeba będzie rozstrzygnąć ten ranking robiąc zapasy winne na zimę. Tylko gdzie tu nabyć refosk u nas? Trzeba będzie ruszyć przez Budapeszt i Ljubljane na alpejskie szlaki. Co sobie i tak obiecujemy już po raz drugi - tym razem jednak bogatsi w doświadczenie. Do Słowenii bardzo ładnie i stosunkowo niedrogo daje się dojechać pociągami przez Budapeszt. W dodatku koleje węgierskie i słoweńskie są bardzo przyjazne dla rowerzystów. Nie to, co PKP, gdzie - owszem, trafiają się wagone do przewozu rowerów, ale generalnie kolejarze to czerstwe kazie (Elokwentny Kaziu, jak widziałam na Onecie szerzy swój infantylizm za pomocą bloga) i traktują nas zawsze chamowato, a o pomocy z ich strony można tylko pomarzyć. W Słowenii i na Węgrzech przedziały do przewozu rowerów są w KAŻDYM pociągu, a cały wysiłek rowerzysty sprowadza się do podprowadzenia roweru pod taki właśnie oznaczony przedział.
A po powrocie - jak zwykle. Wsiedliśmy do taksówki pod dworcem o 4.55 rano i powitało nas sączące się jadowicie ("nawiedzony" głos) Radio Maryja. Chamowaty taksówkarz przywitał nas - rozgrzanych jeszcze budapeszteńskim ciepełkiem - stwierdzeniem, że nareszcie pogoda jest świetna, bo się ochłodziło i deszcz "polewa"... Jak widać, ze słuchaczami Radyja nie możemy się zrozumieć w najprostszych kwestiach...
Będzie być może kilka zdjęć (choć aparat to niezupełnie Zorka 5)


czwartek, 3 sierpnia 2006

a w Tolminie leje jak z cebra...

no i co, mielismy plywac sobie po Socy, a tu trzeci dzien ulewa... na szczescie wieczorem troche ustaje i wychodzi slonce. ale Tolmin jak zwykle - dobra kawa w Gostilni pri Kranjcu, wysmienite czerwone wino, wszelkie dobra w Merkatorze i wieczorna muzyka. wiecej jak troche swiat wyschnie.