niedziela, 6 maja 2012

zamagurske tajomstvo

Jak widać, Zamagurie ma swoje tajemnice, niektóre i tym razem pozostaną nieodkryte... To, że gablota niezwykle plastycznie ujawniająca zawartość talerzy w restauracji-pubie Nova w Spiskiej Starej Vsi przykuła moją uwagę, miało jednak swoje dalekosiężne konsekwencje. Skoro już zaczęłam czytać gabloty, pomyślałam, to kontynuujmy. I tak - przesunąwszy się nieco w lewo - trafiłam na tablicę ogłoszeń gminnych. Wśród nich widniał inserat zachęcający do kupowania staroveskiego miesięcznika, Zamagurskych Novin, za jedyne 1 EUR, do nabycia w mestskej knižnicy. Ponieważ znakomita część nieodpartego uroku Europy Środka (a zwłaszcza Słowacji) kryje się w bardzo lokalnych inicjatywach i projektach miejscowych zapaleńców, a każde miasteczko i każda wieś nieomal zawsze kryje w sobie jakieś tajomstvo, którego odkrycie sprawia, że nasze życie staje się od razu bogatsze, pełne inspiracji i zachwytu, nie oparłam się i tym razem. Ruszyliśmy dziarsko do mestskej knižnicy po miesięcznik - wywołując przy okazji niemałe poruszenie i nabywając okazji do miłej pogawędki po słowacku z personelem, zaskoczonym chyba naszą wizytą i zakupem nie mniej, niż gdyby zjawili się tam kosmici (mówiący po słowacku oczywiście). Przy okazji dostaliśmy gminne pisemko Starovešt'an i odkryliśmy - dzięki precyzyjnej informacji - wreszcie lokalizację bankomatu w Spišskej Starej Vsi, ukrytego przemyślnie w załomku muru (jedno tajomstvo mniej). Już pobieżny przegląd Zamagurskych Novin przy dość pospiesznym preso s mliekom w cukierni na rynku upewnił mnie, że to był - jak zawsze, kiedy kierujemy się inuticją - strzał w dziesiątkę. Gazetkę robi ekipa młodych Zamagurców, z których np. Lukaš Marhefka jest studentem Filmovej a televiznej fakulty na VŠMU w Bratysławie, a Lidia Dermova - kulturologii (czyli kulturoznawstwa) na Uniwersytecie Komenskiego tamże. Kolejna z redkatorek - Simona Bombarová studiuje etnologię na tym samym uniwersytecie, w ekipie jest jeszcze nauczyciel angielskiego i informatyki w szkole w Spišskej Starej Vsi. Wspólnie tworzą też miejscowe Divadlo Ramagu. 6 kartek miesięcznika wypełniają naprawdę interesujące artykuły, pisane z perspektywy młodych ludzi, dla których Zamagurie nie jest miejscem zsyłki, ale miejscem z wyboru - czuje się, że nie jest im obojętne, co się między kopcami dzieje. Przede wszystkim zaś widać, że potrafią wyłowić ludzi z inicjatywą: dwa bardzo fajne wywiady świadczą o tym najlepiej - jeden z Mariánem Štefaňákiem, najmłodszym wójtem Zamaguria (rocznik 1985!), starostującym w Matiašovcach (wsi, która od 86 lat ma swój teatr!), drugi - z młodym, 16-letnim raperem i hiphopowcem ze Starej Spišskej, Stano Mirgą, która mimo młodego wieku i przeciwności losu prezentuje godną podziwu determinację.
I wszystkie te tajomstva pozostałyby zupełnie nieodkryte, gdyby nie z pozoru bezcelowe przyglądanie się ścianom małego, zamagurskiego, trochę zagubionego między górami miasteczka. Jeśli wydaje Wam się, że Spišska Stara Ves jest senna, to padacie ofiarą powierzchownego, pierwszego spojrzenia - jeśli chodzi o słowackie wsie i miasteczka, nieraz takie spojrzenie prowadzi zupełnie na manowce. Pod tymi pozorami kryje się coś znacznie więcej. Jednym słowem, ekipie Zamagurskych Novin držime palce. I Stano Mirdze też. Romano čavo z Zamaguria, któremu "hudba od mala v žilach prudi".

czwartek, 3 maja 2012

bigos, tarninowe pułapki i padalec

Jak tylko otwarłam dzisiaj fejsbukową aplikację, od razu wpadł mi w oko post Per Niili. Po szwedzku, ale było z pewnością coś o bigosie. Okazało się, że Per Niila postawił już 10-litrowy gar z bigosem w niewielkiej kwaterze Stoorstålka w Sztokholmie. Niewątpliwie więc podróż naszych samskich przyjaciół na piastowskie ziemie nad Wisłą (hmmm. już raczej ziemie Państwa Wielkomorawskiego, co mówię jako konsekwentna separatystka i zwolenniczka raczej Europy Środka niż Polski) wywarła pewne wrażenie. Z pewnością takie wrażenie zrobił Kraków, sądząc po pytaniach o możliwość wynajmu mieszkania. W takich momentach łapię się na patriotyzmie lokalnym - na co dzień możemy sobie psioczyć na rozmaite krakowskie formy "zakocurzenia" i stagnacji, ale kiedy widzimy w oczach naszych gości niekłamane zauroczenie, to rosną nam serca i złego słowa nie damy powiedzieć na gród celtyckiego księcia Kraka (którego imię ma coś wspólnego z krukiem wg szwedzkiej Wikipedii - powiedział nam o tym Per Niila, bo jeden z joików, którego uczy w trakcie warsztatów, jest joikiem kruka). Końcówka kwietnia była jak sen; a właściwie jak senna podróż przez kilkanaście snów, wplątanych w siebie nawzajem i zapętlających się nieoczekiwanie - to się czasami zdarza we śnie i człowiek budzi się nie wiedząc gdzie jest, kim jest i czy na pewno jest. I kiedy jechaliśmy 1. maja do Zakopanego na spotkanie z długo nie widzianymi przyjaciółmi, wciąż byliśmy jeszcze z M. na etapie "czy na pewno jest". Wyjścia z oszołomienia nie ułatwił dwugodzinny pobyt w Zakopanem; zaprawdę powiadam Wam, bladego pojęcia nie mam, co każe ludziom jechać do tego paskudnego miasteczka z ohydnymi dworcami i w ogóle WTF. Po bardzo miłym spotkaniu zamknęliśmy oczy i szybko przemieściliśmy się w znajome i bliskie rejony Zamagurza, szybko przemykając przez Krościenko i przełęcz Chwała Bogu. I już siedzieliśmy na ulubionej werandzie słuchając niesamowitych koncertów ptasiego radia i kilku dowcipnych kosów udających papugi. Coś takiego jest w części Czerwonego Klasztoru zwanej Smierdzonką, że regenruje człowieka niemal natychmiast. Niewiele znamy miejsc z takim powietrzem (wbrew nazwie, która ma związek raczej z wodąmineralną o podobnej, jak w Szczawnicy specyfice). Wszystko ma tutaj właściwy rytm, wydarze się we właściwe sposób i o właściwym czasie. Dawno już porzuciliśmy szlaki i widoczne drogi i poruszamy się po ścieżkach pasterskich i jelenich. Co ma swoją cenę; dzisiaj zapłaciliśmy podraoanymi do krwi kolanami za próbę przedarcia się przez scrub z krzaków tarniny - zresztą bezskuteczną. Skapitulowaliśmy bez żalu, bo tu nie ma żadnych celów, żadnej napinki. Może dlatego udało nam się spotkać parę orłów przednich szybujących nad głową oraz stado dzików i... padalca. Ten ostatni do tej pory budzi moje przerażenie, jak wszystko, co pełza, bo nie wiadomo, czym jest, nie wiadomo, gdzie znika i dlaczego widać tylko ogon :-) Wiem, że padalec jest niegroźny, ale odzywa się małpia część mojego mózgu i koniec. Przepłoszyła nas burza, udaliśmy się więc na bardziej uczęszczane szlaki, ale to już temat na inną opowieść, która nastąpi szybko. Na razie jednak jest 19.30, człowiekowi kleją się oczy i - wysłuchawszy ptasiego radia - z największą, bezczelną radością udam się na 12godzinną sesję snu.

czwartek, 12 kwietnia 2012

wszyscy mieszkamy w czarnych dziurach

Wielkanocną przerwę spędziliśmy w miejscu całkowicie dla mnie egzotycznym, między Dusznikami Zdrój a Polanicą, w górskim domku nad wsią Jawornica, obok Lewina Kłodzkiego, z tarasem otwartym na północny zachód. Za plecami mieliśmy Czechy, telewizor na szczęście nie odbierał żadnych programów, a w radio można było posłuchać czeskiego programu drugiego oraz jakichś rumuńskich stacji. Duża ilość miejscowości z "jawor" w nazwie - zarówno po polskiej, jak i czeskiej stronie - znajduje uzasadnienie, właściwie wszędzie można trafić na piękne, stare jawory: drzewa, które w naszych okolicach należą do rzadkości. Podobnie jak szosy wysadzane liściastymi drzewami, o których M. od razu mówi: "Pożytki pszczele!". Zresztą nasza tymczasowa siedziba ujęła mnie od razu grupą dwóch lip i dębu, które - choć jeszcze bezlistne - promieniowały aurą spokoju. W dobie, kiedy duże drzewa przy domostwach są bezlistośnie okaleczane albo wycinane, takie miejsca są bezcenne. Idealne miejsce na długo odkładane lektury i odrabianie wszelkich zaległości, które nie wymagały siedzenia przed klawiaturą (bo na tym polegała idea przerwy świątecznej), choć oczywiście nie można się było oderwać od ekranów tak zupełnie; kusiły zwłaszcza te dotykowe. Aura podobno nie sprzyjała spacerom, ale to dla naszej niewielkiej, rodzinnej ekipy wędrowniczej zazwyczaj zupełnie nie ma żadnego znaczenia; z pewnością nie mogliśmy sobie darować kawałka tundry w postaci rezerwatu Torfowiska pod Zieleńcem (które rzeczywiście dały nam malutki posmak Północy; szkoda, że nie znaleźliśmy brzozy karłowatej), co z tego, że był "7 kwietnia i sypał śnieg...". Nie można było także odmówić sobie wycieczki do czeskich Olšanic - tym razem już świeciło słońce, choć było piekielnie zimno. Zapomniałam nazwy lokalnego browaru, który zaopatruje w piwo miejscową knajpę, ale było warto tam wejść, bo było jak zawsze przy takich okazjach - trochę, jak we wnętrzu filmu i bawiliśmy się świetnie. Nie wspomnę nawet o wieczorach przy kominku i 9-cio godzinnych dawkach snu, bo to rzeczywiście może budzić zazdrość. Spośród wszystkich zabranych ze sobą lektur utkwiłam w końcu przy historycznym dodaktu do "Polityki" traktującym o Prusach - jakby lekko w temacie, zważywszy na okoliczności. Bo nie da się ukryć - okolice piękne (włączając w to urocze Kłodzko) i dla przybyszy z przeludnionej Małopolski puste prawie jak Bieszczady, ale w powietrzu wisi smutny nastrój opuszczenia. Nie da się ukryć, na ten sam feeling cierpię na Mazurach, w Beskidzie Niskim i w Bieszczadach - oglądanie wielu miejsc, które wciąż noszą ślady innych obecności oraz wypędzenia nie należało nigdy do moich ulubionych czynności. Nic na to nie poradzę, że kiedy widzę resztki domostw i sadów (a wiem, w jakich okolicznościach opuszczonych), to robi się mało przyjemnie; nie wiem, może to energie tych miejsc zagnieżdżają się we mnie i nie puszczają łatwo. Wracam z depresją. Nie inaczej jest i tym razem; myślę głównie o tym, że wszyscy w Polsce żyjemy w takich energetycznych czarnych dziurach, na cmentarzach, w miejscach, z których wypędzono innych lub z których sami Innych wypędziliśmy. Nie odczyniamy uroków, nie staramy się zawrzeć przymierzy, nie umiemy prosić o wybaczenie. Te energetyczne czarne dziury nas pochłaniają, pożerają nasze emocje i nawet tego nie rejestrujemy - to ułatwia nieustanne tańce z upiorami; może stąd ta zachłanna potrzeba zaangażowania w śmierć i ekscytacja jej ciemną mocą, i jednoczesne wypieranie tego impulsu poza zbiorową świadomość kulturową i poza zbiorową psychikę. Zastanawiam się, czy kiedykolwiek - jako nację - będzie nas stać na terapię? Bo trzeba byłoby zacząć od wyznania winy, nawet jeśli winą jest dopuszczenie do kompletnego stoczenia się w ruinę dorobku wielu pokoleń Innych, którego depozytariuszami staliśmy się w wyniku niemiłych chichotów historii. To wrażenie życia na wielu cmentarzach jakoś zlało mi się z przerażającym, upiornym spektaklem, jaki wylewa się z telewizji około 10. kwietnia. Nie mam ochoty brać w nim udziału, nie mam ochoty niczego upamiętniać (bo i nie ma czego, zmarłym trzeba po prostu pozwolić odejść), więc uciekam się jak zwykle w takich sytuacjach do pomocy duchów Północy.

wtorek, 20 marca 2012

w ogródku krokodyla i inne opowieści

Stany skrajnego wyczerpania poznaję po tym, że cieszę się na podroż pociągiem. Bo zapadnę się w twardą (zazwyczaj) ławkę, jakby to był fotel lotniczy i z upodobaniem pogrążę w będącej wynikiem pewnego oszołomienia obserwacji życia za oknem, ludzi w przedziale (to wariant mniej korzystny) i na korytarzu (lepiej). Będzie mi wszystko jedno, czy pociąg pojedzie szybko czy wolno, ile razy po drodze zmieni się drużyna kolejarska i jak często skasują mi bilet (na trasie do Poznania zazwyczaj 4-5 razy). Podróże na koncerty mają jeszcze odmienną specyfikę. Mało snu, dużo akcji. Dużo pakowania i rozpakowywania. Dużo rozmów. Dużo nieprzewidzianych zdarzeń natury ludzko-technicznej. Dużo przygód. Pizza z pudełka i piwo w ostanich godzinach baru (bywa). Niektóre hotele łudzą obietnicą, że bar do 1.00, ale to czcze gadanie. Ale właściwie to jest świąteczny czas - z różnych powodów. Bo spotkało się ludzi niewidzianych od lat ...nastu: wpadają znienacka i jest jakbyśmy się rozstali wczoraj, tylko dzieci trochę urosły. Bo jest czas na kultywowanie spotkań i rozmów, na które normalnie nie ma czasu. Bo pojawia się czasem nostalgia. Kiedy ostatnio graliśmy w szczecińskiej KAnie, nie było jeszcze Piwnicy pod Kaną i trudno było namierzyć przzwoitą kawę w okolicy. Opowieści ludzi były trochę inne, wszyscy spotykamy się po wielu latach, podejmujemy przerwane wtedy rozmowy w innych miejscach, gdzie indziej stawiamy pauzy i przecinki, opowieści są bogatsze, strojone na inne nuty - i nawet kiedy głowa opada po długiej podróży, kilku trudnych zadaniach, to chce się słuchać i warto słuchać. Niby wszystko jest w pośpiechu i wydarzają się zawsze rzeczy niespodziewane, ale często wystarcza spojrzenie w oczy, żeby kontakt został nawiązany. To takie rzadkie i cenne okazje, ulotne; taka ich natura i dobrze. Nic nie jest na zawsze, ale to nie znaczy, że mniej cenne. 
A podróż przez północną Polskę - fascynująca. Utwierdzam się w przekonaniu, że jedyna Polska, jaka jest fascynująca, to Polska obrzeży i marginesów. Mam w głowie projekt wakacyjny - niespieszny przejazd ze Świnoujścia do Białegostoku i Sejn: lokalnymi pociągami i autobusami. Wtedy trafiają się znaleziska, miasteczka z historiami, szyldy, które mówią i ogródki krokodyla - ten ostatni to Lipiany pod Szczecinem, stacja benzynowa. 
I Zielona Góra - wstyd przyznać, że nigdy wcześniej tam nie byłam, a to takie fajne miasto.


czwartek, 15 marca 2012

na gigancie


Gigant wygląda tak: w piątek wieczorem idzie się do pracy na ładnych 7 godzin (zaczynając pobudką o 6.00 rano, żeby nie stać śpiąc przed grupą miłych młodych ludzi od 8.45), po powrocie siada przed kompem i jak zwykle od tygodni frenetycznie próbuje nadgonić pisanie, o 17.00 wychodzi się z domu, żeby w drodze na imprezkę u znajomych zdążyć jeszcze kupić bilety  Kraków-W-wa-Kraków, dociera się na imprezkę w samą porę około 20.00, wraca się do domu (na szczęście) przed 1.00 (bo się człowiek starzeje), wstaje się o 4.30 i wybiega do iCara, żeby zdążyć na 5.26, w pociągu można umrzeć z gorąca (pociąg nazywa się "Smok Wawelski") nie ma wagonu barowego ani nawet automatu z napojami; nie sposób czytać, bo podróżuje się z grupą kobiet zaangażowanych w jakiś system sprzedaży bezpośredniej a la Oriflame tylko pod inną nazwą i ich rozmowy są jak z kosmosu, więc nie można nie podsłuchiwać; po drodze człowiek stara się nie patrzeć przez okno, żeby nie zobaczyć resztek rozwalonego tydzień wcześniej pociągu; wysiada się na Centralnym (oh my, nareszcie go umyli po 40 latach i nazywają to remontem - ale jeśli Euro sprawiło, że toaleta na DC wygląda teraz tak, jak wygląda; GRAJĄ Z GŁOŚNIKÓW SMOOTH JAZZ i TRIP HOP!!! to warto było jednak); porywa się po drodze jakąś kawę w biegu i prowadzi czterogodzinne zajęcia; wybiega się z PANu tradycyjnie gubiąc się w korytarzach i biegnie na pociąg powrotny rejestrując po drodze kątem duszy, że choć Warszawka fajna i coraz fajniejsza, to jednak prawdziwe miasto jest w Krakowie (kochani Warszawiacy, naprawdę lubię stolicę, jest coraz większą metropolią z energią, fajnymi ludźmi i biglem, ale co poradzę na to, że nie czuję miasta na tym wygwizdowie pod Pałacem KUltury, no nie czuję, a w sennym, zaczadzonym, lekko śmierdzącym kotami i moczem ludzkim Krakowie i owszem, nawet pod Galerią Krakowską); zapada się człowiek w sen po tym wszystkim i... wstaje o 4.30, żeby zdążyć na autobus w Rohacze. A tam... cisza. Śnieg. Całe dwa metry tego śniegu. Grupa narciarzy wali na wyciągi, my w przeciwną stronę. Zakładamy foki i... oh my. Co za porażka. Ledwo mam siłę podnieść nartę, jeden krok za drugim. Nie myślę absolutnie o NICZYM, bo myślenie męczy. Każda kolejna myśl męczy. I tak do góry dobre 2,5 godziny. Krok za krokiem, ZERO myślenia, bo męczy. Ledwo starcza na złapanie oddechu. Ale na górze jestem lżejsza o co najmniej siedem dni przed komputerem i jedną podróż do W-wy. Jeszcze tylko aksamitny zjazd w dół, niesustannie w dół przez pół godziny, przed nami ktoś próbował, ale jest tylko jeden ślad, miejscami można nawet trochę pofrirajdować, chociaż śnieg ciężki. W przyszłym sezonie uczę się telemarkiem, a co. Zawsze podobała mi się niewymuszona elegancja telemarku - chyba jednego z trudniejszych stylów jazdy! W przyszłym sezonie... oby śnieg był głęboki  a komputer miał czas na pokrycie się warstewką kurzu. Dojeżdżamy do wyciągu, śnieg na ratrakowanym stoku jest gorszy niż ten, który mieliśmy po drodze z Rohačskich Plies - poznaję to po tempie, w jakim ludzie zjeżdżają w najbadziej stromym miejscu (a znam je dość dobrze). Zapadamy więc w obskurnej "jedalni". Obserwujemy wybory i, niestety, pożar zamku w Krasnej Horce (a raczej jego pozostałości). Krasna Horka... to temat na inną opowieść. Letnią i na rowerze, przed kilkoma laty.

poniedziałek, 5 marca 2012

w domu


Końcowka pisania - szczególnie w mało sprzyjających okolicznościach (rozumiem przez to setkę pilnych spraw na przedwczoraj, których nie mogę odsunąć na bok, bo zależy od tego większa całość) - może być torturą. Kończąc więc ostatni rozdział ksiązki uznałam, że nic nie polepszy się od tego, że będę drenować całkowicie wyczerpane już zasoby intelektualne i energetyczne. Krótko mówiąc, kiedy padla propozycja: a może wreszcie skitouring? pomyślałam, what the heck, i wsiedliśmy w sobotni ranek do samochodu, żeby udać się w poszukiwaniu śniegu i pustki. W takim przypadku jest oczywiste, że polska, północna strona Karpat odpada (pustka! kto widział pustkę w krainie paskudnych willi z okaleczonymi drzewami?) - to sprawia tylko, że szukanie śniegu jest jeszcze trudniejsze. Nie jest jednak - zwłaszcza przy wieloletniej praktyce - niemożliwe. I tak oto wylądowaliśmy w trzyosobowym składzie u podnóża Wysokiej Skałki, po słowakciej stronie. Tyle razy mijaliśmy to siodło, jadąc na rowerach albo licznymi samochodami znajomych i obiecując sobie: kiedyś się zatrzymamy. I tym razem wreszcie się zatrzymaliśmy. Z siodła można podążyć albo do Wyżnych Rużbachów, albo pod Wysoką. Wybraliśmy po prostu wariant "przed siebie po śniegu" - to jest w skitourze najfajniejsze, idzie się (i zjeżdża) absolutnie tam, gdzie się chce (no, chyba, że to Tatry z wyższym stopniem zagrożenia lawinowego). Z każdym krokiem przypominałam sobie wyraźniej słowa z któregoś z biuletynów Tricycle, o upływie czasu:
 "Aging isn't easy. Bodies break down, minds become forgetful, and death is always creeping closer. And yet, living into old age is the best that any of us can hope for. "
Bo kiedyś to wszystko przychodziło łatwiej - wstawanie po zarwanej nocy (i samo "zarywanie" nocy z byle powodu), wiosenne osłabienie było mniej dotkliwe (chociaż patrząc w pochmurny dzień na pasażerów autobusu linii 194 nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że ziemiste cery, wyssanie z energii życiowej i szaro-zielona barwa twarzy to przywilej przedwiosenny niezależny od wieku) i łatwiej było o gung-ho (czyli "wyjdę na ten szczyt w 20 minut za wszelką cenę"). No ale coś za coś. Zaczynam się delektować wszystkimi przywilejami upływu czasu - przede wszystkim tym zerową motywację do gung-ho i że nic już "nie muszę". Poza tym - czterdziestka to naprawdę fajny okres i chyba tylko w Polsce kategoria 50+ oznacza takie wyraźne, na pozór eleganckie odesłanie człowieka do lamusa. Dzięki temu delektowaniu się upływem czasu pośpiech został z tyłu. A to z kolei pozwoliło obserwować dwa stworzenia wariujące na sąsiednim zboczu (przypuszczalnie były to... jenoty, jak stwierdził M. po starannej obserwacji, choć z dużej odległości) i nie przegapić walki pary jastrzębi z myszołowem nad głową oraz śladow niedźwiedzia i wilka na dole. Świat jest pełen śladow Innych, rzadko tylko ma się okazję je zobaczyć. Nie minęly 3 godziny (i odrobina szaleństwa przy zjeździe po bardzo trudnym śniegu - szreń na przemian z nadtopioną gąbką) i już jechaliśmy w kierunku Starej Lubowni. Ile to razy podziwiałam tę panoramę? Nawet nie chce mi się liczyć, ale z wszystkich miejsc na Ziemi o tym myślę najczęściej, że jestem w domu.

poniedziałek, 27 lutego 2012

chciałoby się napisać...

... zawsze coś innego. Skończyla się pierwsza seria The Killing, zaczęła druga, a ja wciąż chodzę z pomysłem na napisanie czegoś o tym zankomitym serialu. I tak jesczze przez jakiś czas zostanie, to znaczy pomysły będę hołubić i odkladać na specjalną półkę, z której czasami trafiają do mainstreamu, a czasami nie. Póki co, od kilku tygodni piszę, śpię i jem (z rzadka udaje mi się jakaś domowa joga, ale i tak zapominam to odnotować na heiaheia) i skończy się chyba tylko odrobinę lepiej niż w Super Size Me, a to tylko dlatego, że nie objadam się hamburgerami. W międzyczasie pojawia się tysiąc mniej i bardziej irytujących spraw, ale nie zaprzątają mojej uwagi, bo piszę, jem i śpię, i na tyle wystarcza mi przytomności umysłu (a i to nie zawsze). Koncepcja pustki już dawno nie byla tak namacalna.
Czasem trafia się jakaś późnowieczorna chwila z muzyką. A jak chwila z muzyką, to tylko winyle. Tak już jest, że słuchanie muzyki z winyla to specjalna jakość - nie chodzi tylko o parametry dźwięku (kilka winyli to wciąż niedościgniony wzór dla swoich cyfrowych wersji, nawet z trzaskami materiału), ale o tę logiką 2 x 20 minu (mniej więcej) wyjętych z całego tego potoku, szumu i szaleństwa. W każdym razie ostatnie wieczory to renesans Niemena. Nie tego od znanych przebojów, ale tego od mellotronowych i wokalnych improwizacji, i nie zawsze zrozumiałego upodobania do Romantyków. Wczoraj było w każdym razie to, z oryginalną okładką, mocno już wystrzępioną:
Przy śniadaniu nieoczekiwanie powtórka - bo materiał nagrany w epokowym składzie, nie dosyć, że Niemen i SBB, to jeszcze Helmut NAdolski i Andrzej Przybielski. Czy była jakaś inna płyta, na której spotkali się Czeslaw Niemen, Józef Skrzek, Jerzy PIotrowski, Antymos Apostolis i dwaj już wymienieni? Dzisiaj taka płyta po prostu nie zobaczyłaby światla dziennego, podobnie jak - to inny wieczorny relaks winylowy - Sno-powiązałka, najlepsza płyta VooVoo (i to dlatego mizerne popłuczyny w obecnym kształcie Męskiej Muzyki mogą u mnie wywołać najwyżej litość). Brzmię jak "kiedyś, panie dzieju..." Co na to poradzę, tak jest. I co poradzę na to, że myślę sobie w takich okazjach: to dobrze mieć TAKĄ tradycję. Lata 70. były w Polsce najdziwniejszym, być może najpiękniejszym muzycznym czasem  ever. Niewiele dzisiaj z tego zostało, w każdym razie "na powierzchni". Kołacze mi się po głowie niepokojąca myśl, "a może poczytać Norwida?" (Skoro i tak nie pójdę dzisiaj spać przed 2.00, bo na jakieś 4 godziny harówy szacuję czarną robotę, jaką mam do wykonania w związku z quasikoordynacją zadania, które stało się modelowym przykładem rodzimej dezorganizacji i procedowania w sposób jak najbardziej typowy dla polskiego bałaganiarstwa. Nigdy nie polubię tego kraju. Niezależnie od tego, że lubię tutejszą Wielką Tradycję Muzycznego Szaleństwa)