czwartek, 3 maja 2012

bigos, tarninowe pułapki i padalec

Jak tylko otwarłam dzisiaj fejsbukową aplikację, od razu wpadł mi w oko post Per Niili. Po szwedzku, ale było z pewnością coś o bigosie. Okazało się, że Per Niila postawił już 10-litrowy gar z bigosem w niewielkiej kwaterze Stoorstålka w Sztokholmie. Niewątpliwie więc podróż naszych samskich przyjaciół na piastowskie ziemie nad Wisłą (hmmm. już raczej ziemie Państwa Wielkomorawskiego, co mówię jako konsekwentna separatystka i zwolenniczka raczej Europy Środka niż Polski) wywarła pewne wrażenie. Z pewnością takie wrażenie zrobił Kraków, sądząc po pytaniach o możliwość wynajmu mieszkania. W takich momentach łapię się na patriotyzmie lokalnym - na co dzień możemy sobie psioczyć na rozmaite krakowskie formy "zakocurzenia" i stagnacji, ale kiedy widzimy w oczach naszych gości niekłamane zauroczenie, to rosną nam serca i złego słowa nie damy powiedzieć na gród celtyckiego księcia Kraka (którego imię ma coś wspólnego z krukiem wg szwedzkiej Wikipedii - powiedział nam o tym Per Niila, bo jeden z joików, którego uczy w trakcie warsztatów, jest joikiem kruka). Końcówka kwietnia była jak sen; a właściwie jak senna podróż przez kilkanaście snów, wplątanych w siebie nawzajem i zapętlających się nieoczekiwanie - to się czasami zdarza we śnie i człowiek budzi się nie wiedząc gdzie jest, kim jest i czy na pewno jest. I kiedy jechaliśmy 1. maja do Zakopanego na spotkanie z długo nie widzianymi przyjaciółmi, wciąż byliśmy jeszcze z M. na etapie "czy na pewno jest". Wyjścia z oszołomienia nie ułatwił dwugodzinny pobyt w Zakopanem; zaprawdę powiadam Wam, bladego pojęcia nie mam, co każe ludziom jechać do tego paskudnego miasteczka z ohydnymi dworcami i w ogóle WTF. Po bardzo miłym spotkaniu zamknęliśmy oczy i szybko przemieściliśmy się w znajome i bliskie rejony Zamagurza, szybko przemykając przez Krościenko i przełęcz Chwała Bogu. I już siedzieliśmy na ulubionej werandzie słuchając niesamowitych koncertów ptasiego radia i kilku dowcipnych kosów udających papugi. Coś takiego jest w części Czerwonego Klasztoru zwanej Smierdzonką, że regenruje człowieka niemal natychmiast. Niewiele znamy miejsc z takim powietrzem (wbrew nazwie, która ma związek raczej z wodąmineralną o podobnej, jak w Szczawnicy specyfice). Wszystko ma tutaj właściwy rytm, wydarze się we właściwe sposób i o właściwym czasie. Dawno już porzuciliśmy szlaki i widoczne drogi i poruszamy się po ścieżkach pasterskich i jelenich. Co ma swoją cenę; dzisiaj zapłaciliśmy podraoanymi do krwi kolanami za próbę przedarcia się przez scrub z krzaków tarniny - zresztą bezskuteczną. Skapitulowaliśmy bez żalu, bo tu nie ma żadnych celów, żadnej napinki. Może dlatego udało nam się spotkać parę orłów przednich szybujących nad głową oraz stado dzików i... padalca. Ten ostatni do tej pory budzi moje przerażenie, jak wszystko, co pełza, bo nie wiadomo, czym jest, nie wiadomo, gdzie znika i dlaczego widać tylko ogon :-) Wiem, że padalec jest niegroźny, ale odzywa się małpia część mojego mózgu i koniec. Przepłoszyła nas burza, udaliśmy się więc na bardziej uczęszczane szlaki, ale to już temat na inną opowieść, która nastąpi szybko. Na razie jednak jest 19.30, człowiekowi kleją się oczy i - wysłuchawszy ptasiego radia - z największą, bezczelną radością udam się na 12godzinną sesję snu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz