niedziela, 31 października 2010

Babia

Tak było wczoraj na Babiej Górze. Na fotografii nie ma tylko... wiatru, który na samym szczycie wiał z szybkością powyżej 100 km/h. Ledwo mogliśmy utrzymać się na nogach i to mocno zapierając się kijami. Schronisko na Markowych Szczawinach zupełnie, ale to zupełnie inne niż pamiętam sprzed  ekhmm, ...nastu lat. Bo jakoś drogi nie prowadziły w tamtą stronę. Zmieniło się i nie zmieniło jednocześnie. Schronisko ma teraz świetny standard (naprawdę! bez przekąsu), ale jakoś... brak ducha. Mimo rozmaitych pamiątek spod Everestu na ścianach (na przykład obowiązkowy suwenir z Kathmandu, czyli małe sarangi - kto wie, o czym mówię, ten wie; ale też znajome panoramki i inne gadżety). Brak ducha przejawia się na przykład w jakoś zimnym (mimo suwenirow z Himalajów) wnętrzu jadalni, ale najbardziej chyba w obojętnej i niedbałej obsłudze. Rano stoliki pokryte są takimi samymi okruszynami jak wieczorem, na naszych oczach pani "posprzątała" ścierając mopem (nie wiedzieć czemu) miejsce między dwoma stolikami, inne pozostawiając kompletnie brudne. Jakoś tak... jak w PRLu, tylko bez uroku nostalgii. Jest "wypasiona" recepcja, zawalona reklamówkami biura organizującego komercyjnie wyprawy w rozmaite egzotyczne góry. Są "bywalcy" i "wyjadacze", jak zwykle przepełnieni pogardą dla "przypadkowych". Jest klimat kanjpiano-usługowy. jednym słowem to wszystko, za czym nie tęsknimy w schroniskach słowackich, słoweńskich, szwedzkich i włoskich (o bułgarskich nie wspominam, bo do nich lepiej się nie zbliżać, za to tam tęskni się za rodzimymi w dwójnasób). Jest na ścianach bogata historia (warto sprawdzić, jakim odlotowcem był patron schroniska, Hugo Zapałowicz! Kolejna z barwnych postaci XIX wieku).
Podobnie jak dwa, pięć, dziesięć lat temu i przed wiekami nie sposób dojechać na Krowiarki - a na stopa nie weźmie nikt (naliczyliśmy 17 prób na trasie do odejścia niebieskiego szlaku w leśne ostępy). I nie o to chodzi, ze nam się nie chce na piechotę do góry, tylko nie chce nam się po asfalcie zasuwać sześć kilometrów. To samo zresztą w drodze powrotnej (i żeby jeszcze rozkłady jazdy odpowiadały rzeczywistości - pozdrawiamy Pana Kierowcę autobusu firmy Beskidus, ktory o 15.04 miał jechać z Zawoi Widły do Krakowa, mamy nadzieję, że niedzielny obiad się chociaż udał). Całe paskudztwo wsi, jaką jest Zawoja (nie ona jedna, właściwie większość poslkich wsi jest paskudna, z nielicznymi wyjątkami) dało się jednak przetrwać dzięki a) bardzo smacznej zupie stylowo podanej w niepozornej restauracji węgierskiej "Czarda" b) bardzo przyzwoitej, żeby nie powiedzieć wręcz świetnej kawie w Karczmie w Zawoi Widły (już nawet można przeboleć ten pseudofolklor, czyli kawę w glinianym kubku oraz wszelkiego rodzaju osprzęt rolniczy sprzed stulecia, prawdziwy lub reknstruowany, na ścianach (zawsze zastanawiam się, dlaczego w lokalach typu "góralska karczma" godzinami czeka się na obsługę - może datego, że właściciele "tną koszty" zatrudniając dwie zabiegane do szczytu możliwości dziewczyny na areale, lekko licząc i na oko, ok. 100 m kwadratowych , z dwiema salami). Po odczekaniu na istniejący, lecz najwyraźniej nierealny pojazd do Krakowa na przystanku naprzeciw karczmy, ruszyliśmy w dół wsi z wizją kolejnych czterech kilometrów po chodniku z kostki, wśród upiornie brzydkich domów przetykanych gdzieniegdzie "pałacami" oraz pozostałościami po latach 70-tych w postaci rozmaitych "domow wczasowych". Po drodze spostrzegliśmy już nie pałac, a istny zamek miejscowego króla busów (na podwórku stało kilka rejsowych) - pewnie biedak końca z końcem związać nie może (jak to zwykle firmy transportowe) i stąd ten okazały zamtuz. Na kolejnym przystanku zobaczyliśmy rozkład jazdy, którego na poprzednim przystanku nie było, a w nim - nadzieję. Otóż bus do Krakowa miał odjechać o 15.41. Pamiętając jednak o dotychczasowych doswiadczeniach, wdaliśmy się w pogawędkę z dwójką ludzi tzw. miejscowych, którzy najwyraźniej dotarli do przytsanku i też oczekiwali. Zgodnie twierdzili - musi jechać. 10 minut nie wieczność, stwierdziliśmy, damy firmie Merc Bus szansę (choć numer telefonu podany jako "informacja" nie odpowiadał). W międzyczasie dowiedziliśmy się, że nasz rozmówca ma za sobą karierę... kinooperatora. I że pracę w kinie łączył z pracą... w piekarni. Niezłe scenariusze trafiają się po drodze. Bus nadjechał i w ten sposób udalo nam się ujść z Zawoi.

Jeśli tak się zżymam na tę nieszczęsną Zawoję, to głównie dlatego, że przez całą zimę czytam i słyszę, jak to stawia się tam na turystykę i takie obwiązkowe brednie. Sęk w tym, że gdyby nie dwie zupełnie prywatne inicjatywy i Babiogórski Park Narodowy, to pies z kulawą nogą do Zawoi by nie trafiał, bo po co? Żeby obejrzeć kilka brzydkich domów, pospacerować ruchliwą, jak w mieście drogą i nawąchać się śmierdzących pozostałości z czyjegoś szamba w rowie (autentyk z Zawoi Policzne, po drodze na Krowiarki)? Nieporozumienie nr 1: jeździmy na Babią Górę, nie do Zawoi (scena na przystanku: 
- tzw. miejscowy: "To zwiedziliście Państwo Zawoję?"
- my: ???!!! (zdumienie malujące się w oczach) "Nie, my byliśmy na Babiej Górze"
- tzw. miejscowy: ???!!! (zdumienie malujące się w oczach)
Jeszcze większe zdumienie ogarnęło mnie na widok "stacji narciarskiej" Mosorny Groń, ale tego nie czuję się na siłach komentować. 
Zupełnym dramatem jest to, że miejscowi najczęściej sądzą, że to park narodowy przeszkadza im w rozwoju. Gdyby nie Babiogorski Park Narodowy, moi drodzy, to w życiu nie jechalibyśmy przepełnionym busem 2 godziny i 10 minut do jakiejś kiepskiej imitacji prowincjonalnego miasteczka z rowami wypelnionymi cuchnącym szlamem. Na szczęście trasa Krowiarki - Sokolica - Gówniak (tak, tak! ludowa frywolność!) - Babia Góra oraz Markowe Szczawiny - Cyl - Przełęcz Jałowiecka wynagrodzają te udręki w pełni (chciałoby się dodać: jeszcze - bo pomysły z quadami, motocrossem, rynnami do zjeżdżania, nadmuchiwanymi zamkami i parkiem dinozaurów i innymi atrakcjami pewnie już się rodzą).




poniedziałek, 18 października 2010

sobota, 16 października 2010

c.d.

... czyli po prostu ciąg dalszy. Bo to: niewidzialność = obojętność jest z tej samej kategorii, choć z ekologią pozornie nie ma nic wspólnego. Pozornie. To jest ta sama postawa: parkuję na chodniku tak, że matka z wózkiem nie przejdzie, popędzam z niecierpliwością (najczęściej odgłosami wydawanymi paszczą) nieporadnie wysiadającą z windy albo autobusu osobę  i wyrzucam tekturowy kubek w lesie albo do rzeki, albo do rowu koło drogi. Albo resztki z remontu na łące w krzakach na Ruczaju. Wbrew pozorom nie moralizuję. Próbuję wyjaśnić, że zasłanianie się "świadomością ekologiczną", którą trzeba zmienić, psu na budę się naet nie zda. Jest tylko wygodnym wytrychem technokratów. Tematu jeszcze wciąż nie wyczerpałam.

czwartek, 14 października 2010

ludzkość to my a my to idioci

Hmmm... tak mi się napisało z rozpędu trochę. Pod wpływem pewnej dyskusji, której fragment przytoczę: "W każdym razie prawdziwe pole do działania jest tam gdzie istnieje zgromadzony kapitał, tylko ten sektor może wprowadzić coś realnie w życie. No chyba, że weźmiemy pod uwagę właśnie możliwość zmian świadomościowych i sił społecznych. Dlatego pomyślałem wcześniej o odpowiednim "marketingu". Chyba zmiana sposobu myślenia będzie tak na prawdę przyczynkiem do polepszenia sytuacji. Na starym torze ludzkość daleko nie zajedzie ;) ..." Dyskusja zainicjowana poprzednim postem oczywiście. Katastrofa na Węgrzech podzieliła los innych katastrof - wiadomości o dalszym ciągu trzeba wyławiać w powodzi tego, co TERAZ i szukać cierpliwie. Chociaż... w dzisiejszych "Faktach" TVNu pojawił się materiał o pociągnięciu do odpowiedzialności kierownictwa firmy i o kontekście politycznym. Kontekst polityczny akurat w tym przypadku właściwie nie ma większego znaczenia. Lewica czy prawica - ma takie same przestępstwa ekologiczne na sumieniu. Lewica w niektórych krajach może nieco bardziej stara się zachować zieloną twarz. Jest w tym pewna logika, ale o tym innym razem, jak znajdę pewien odpowiedni fragment z Lefebvre'a stawiający w nowym świetle Marksa. W każdym razie tym, co budzi moją największą wątpliwość jest termin "ludzkość" oraz wizja zmiany sposobu myślenia. Zacznę od tego drugiego. Jednym ze znaczących symptomów działania racjonalności instrumentalnej (czyli takiego czysto technokratycznego podejścia) jest przekonanie, że ochrona przyrody to to samo, co ochrona środowiska - wynika to oczywiście z podstawowego dla kapitalizmu myślenia w kategoriach "zasobów". Nie będę tu jednak wchodzić do strumienia (!), z ktrego kiedyś już wyszłam. Posłużę się innym przykładem. Jeśli sięgnąć czasem do historii niektorych parków narodowych - rownież w Polsce - to nie powstały by one, gdyby nie humanistyczne motywacje, które przyświecały inicjatorom (a czasem wymagały, jak w przypadku Pienińskiego PN wręcz wykupienia gruntów). Tacy ludzie, jak Walery Goetel czy Władysław Szafer, byli - oprócz przyrodniczej formacji - również humanistami w takim odlskulowym znaczeniu, którego dzisiaj trochę brakuje. Pisali znakomitą polszczyzną i wiedzieli, że ochrona przyrody to kwestia kultury, a nie managementu. W pewnym sensie ma rację Bruno Latour (w różnych książkach, w tym w wydanej w Polsce przez "Krytykę Polityczną" "Polityce Natury"), że warto, aby "naura" zniknęła - jest bowiem (jako koncepcja, idea i konstrukt) wytworem zachodniej nowoczesności z wysztkimi jej obciążeniami i dziedzictwem. Ale o Latourze będzie gdzie indziej i kiedy indziej. Zmierzam tylko do tego, że tak powszechna w Polsce i byłych krajach bloku wshcodniego pogarda dla "ekologii" i "ekologów" ma więcej wspólnego z kulturą niż z mityczną "świadomoscią ekologiczną". Ludzie albo są skłonni zachowywać się odpowiedzialnie wobec siebie i innych, albo nie. W  polskim warunkach sama konceptualizacja "Innego" oznacza zagrożenie - wszystko jedno, czy to będzie inny człowiek czy inna istota. Może gorzej nawet, jeśli jest to inna istota, tzw. aktor świata nieludziego - drzewo (bo zaśmieca liśćmi działkę), sikorka (bo wydala i brudzi balkon), kot (bo przynosi pecha), pies (groźny z natury rzeczy), bocian (bo może dziobnąć), komar (bo może ugryźć), bakteria (wiadomo). Zamiast tego wywodu mógłby wystarczyć jeden obrazek, jakich mnóstwo ogląda się na wycieczkach na wieś: stanu  w jakim są zwierzęta gospodarskie. I zanim ktoś się pochyli nad moim sentymentalizmem, spieszę donieść, że widuje się zwierzęta zadbane, czyste i na oko zadowolone na wsi - tyle, że słoweńskiej, węgierskiej, słowackiej. Utkwił mi swego czasu taki obraz: podwórko jednego z domów zalanych przez powódź, trzy miesiące po ustąpieniu wody. Gospodarz (?) w jednym słowotoku wylewa z siebie lawinę pretensji do wszystkich i morze skarg na to, że nic się nie da wyremontować, bo błoto. Jednocześnie za jego plecami widać okalającego jego własne podwórko kuriozalnie przycięte drzewa (a raczej pozostałosci po nich) - jakieś czarne olsze ucięte do połowy, bezlistne i bez gałęzi. Nie mógł nic zrobić, ale pierwsze, co mu przyszło do głowy to bezsensowne przycięcie drzew (widać było świeżą robotę)?! Ta kompulsywna nienawiść do drzew jest na wsi zastanawiająca. W tym przypadu bohater materiału uzyskał paskudne, ubłocone podwórko z jakimś złomem maszyn rolniczych, starymi oponami i śmietniskiem. To nie brak świadomości ekologicznej, to w ogóle brak odpowiedzialnosci, ignorancja i kilka jeszcze splątanych patologii. A ludzkość jest kategorią równie mityczną, jak natura. To nie ludzkość niszczy przyrodę. To ja, moi sąsiedzi i posłowie, których wybraliśmy. I nasza wspólnota, która nie może zdobyć się na segregację śmieci, choć "dzwony" w naszej okolicy wypełniają się co trzy dni (czyli jest więcej takich maniaków, jak my, którzy wbrew uśmieszkom w mediach jednak zdobywają się na wysiłek odłożenia puszki tu, a butelki tam). I... pewnie jeszcze wrócę do tematu, bo się rozkręcam :-)))

sobota, 9 października 2010

o tym, co umyka

Codziennie coś umyka i to jest nieuniknione; właściwie więcej jest tych rzeczy ,które niepostrzeżenie znikają za horyzontem - być może uważność w dzisiejszych czasach jest najtrudniejszym sprawdzianem dla osób na full zanurzonych w zwykłej rzeczywistości, w której DZIEJĄ się sprawy. W każdym razie kiedy po raz pierwszy zobaczyłam wiadomość o katastrofie ekologicznej na Węgrzech, (w postaci charakterystcznego "dymka" z TweetDecka w górnym prawym rogu ekranu) to tylko musnęło mój umysł, zajęty czymś zupełnie innym, terminowym, naglącym i pilnym. Ale w kilka godzin później trafiła mnie nazwa, którą dobrze znam: Ajka. Nazwa stacji kolejowej, którą mijaliśmy kilkakrotnie, jeżdżąc pociągiem z Budapestu do Ljubljany jakieś 3-4 lata temu. Kilka pięknych widoków z okna pociągu, ale dobrze zapamiętanych, jakoś charakterystycznych, myśl, że chciałoby się kiedyś wrócić, poeksplorować na rowerze albo na piechotę z plecakiem... I teraz ta wielka czerwona kałuża, z którą najwyraźniej nie wiadomo, co robić. Nasze media donosiły o tym jakby z mniejszą determinacją niż przy innych tego typu okazjach, już na drugi dzień ważniejsze było, co jeden pan drugiemu panu i te wszystkie smrody polskiej pseudopolityki. Przy takich okazjach jakoś ci sami dziennikarze, tacy nieustępliwi i bezkompromisowi, nie pytają o "przemysłowych terrorystów" ani o duże zaniedbania i przekręty, które zazwyczaj się za tym kryją. Dokładnie tak samo było w przypadku BP - i można sobie tylko wyobrazić, co by było, gdyby sprawa BP zdarzyła się w ktorymś z krajów byłych demoludów: tutaj ciągle dominuje przekonanie, że organizacje ekologiczne i służby ochrony przyrody to "ekoterroryści". I na pewno jeszcze nieraz ten epitet usłyszymy, na pewno nieraz będziemy oglądać niewiadome osoby na ekranach magazynów informacyjnych podpisane po prostu "ekolog", jakby to coś w ogóle mówiło... Póki co, duży obszar w środku Europy jest martwy. Nie wiadomo, co będzie z Dunajem. Rzeka, którą kocham. Toksyny wpłynęły do Dunaju na wysokości nieco przed przełomem w okolicach Vyšehradu - spłyną w dół rzeki i jakoś nie wierzę w opowieść o ich nieszkodliwości. Ph 9 - nawet jeśli nie jest się chemikiem z wykształcenia, można się tylko domyśleć, co się stanie z bogactwem życia w Rzece. Oczywiście nic nie jest nieodwracalne, przyroda rzeczywiście ma niemal nieskończone możliwości regenneracji, ale kiedy w latach 90-tych rtęć z kopalni złota w Rumunii skaziła Cisę, to trzeba było czekać prawie 10 lat... W każdym razie nasze media już się znudziły sprawą, nie widziałam jakichś pogłębionych komentarzy, niektOrzy dziennikarze nawet nie sprawdzili na mapie, jaki jest bieg Dunaju i przez jakie kraje przepływa (warszawskocentryzm TVNu, a jakże) - no chyba, że walnie drugi zbiornik, już się wyczuwa ekscytację, a nuż... Światełkiem w tunelu są niezależni dziennikarze - Jerzy Jurecki z "Tygodnika Podhalańskiego" (który już wcześniej dawał przykład solidnej niezależnosci) wybrał się na miejsce i opisał, co zobaczył i co tam się dzieje. W dobie korporacyjnego dziennikarstwa, zjadającego własny ogon i smakującego jak fast food to naprawdę godne uwagi.
I takie rzeczy umykają, łatwo jest nie przywiązywać uwagi, nie dbać i się nie przejmować. NIMB (Not In My Backyard).

środa, 6 października 2010

dym w płynie

Poniedziałek spędziłam w Poznaniu, wtorek (przez chwilę) w Warszawie, między tym były pociągi. I, o dziwo, nie będzie to rant (czyli swobodny strumień świadomości krytycznej i sfrustrowanej). Tym razem TLK Kraków - Poznań był szybki i czysty, a obsługa kumata, a nawet miła (posunięto się do tak daleko idących ustępstw i troski o pasażerów, że konduktorzy nie sprawdzali biletów setki razy każdemu,  tylko pytali "Kto z Państwa się dosiadł"i robili swoje pozwalając ludności - np. mnie - zatopić się w lekturze). Pani z wózkiem z dobrami spożywczymi jeździła bardzo regularnie i nie było problemu z podwójnym cukrem do kawy. Jeszcze większe zaskoczenie czekało mnie we wtorkowe przedpołudnie: kupując bilet na InterRegio firmy Przewozy Regionalne pomyślałam sobie w duchu, jakoś przetrzymam, to tylko 3 godz. 20 minut. Ku mojemu najwyższemu zdumeniu, we wtorek o 9.15 na peronie IV stał pociąg z nowoczesnymi, klimatyzowanymi wagonami tzw. bezprzedziałowymi (ale świeższej daty niż te na trasie KRK-W-wa). Nawet się trochę przestraszyłam i gorączkowo rozpytywałam pasażerów, czy to na pewno InterRegio firmy Przewozy Regionalne do Warszawy... Nie był to jednak sen. W dodatku 10 minutowe opóźnienie zostało "nadrobione" i w czeluście Dworca Centralnego wtoczyliśmy się punktualnie. A później jeszcze jeden pociąg, znowu TLK na znanej do bólu trasie z W-wy do KRK. Tym razem bez jakichś fajerwerków (koleś, który zaprojektował siedzenia w tych "odnowionych" wagonach będzie się smażył w piekle, przypiekany na wolnym ogniu przez cierpiących na skoliozę), ale za to za 40 zł, więc nie ma co, ćwiczyłam rozmaite siedzące asany na przemian ze spacerami po korytarzu).  I jakoś poszło. Ale nie obyła się jednak bez zaskoczeń. W Jubilacie, gdzie ostatnio robię zakupy, jeśli jestem w centrum, przykuł moją uwagę sos z bakłażanów i papryki (znany mi z Bułgarii, a właściwie Macedonii bułgarskiej jako "kiopolu"). Już, już miał wylądować w moim koszyku, ale na etykiecie wśród składników dostrzegłam "dym w płynie". Pomyślałam sobie, nie będę kusić losu, przeżyłam w dobrej formie trzy pociągi PKP w 24 godziny i wystarczy!

sobota, 2 października 2010

Dwójka vs. BBC3

To będzie kolejny rant z cyklu "Polska jako krzywe zwierciadło", więc jeśli ktoś nie lubi tej jazdy i uważa, że w tym się wyraża u mnie brak patriotyzmu (skądinąd to fakt, patriotyzm jest mi obcy organicznie), to najlepiej niech nie czyta. Od kilku dni Dwójka (czyli II program Polskiego Radia) ma nowy design - nosi znaczek "beta", więc może ten mój rant na coś jednak się przyda... i jest... okropny.  Generalnie jest to krok w dobrą stronę, przynajmniej sądząc z tzw. statementu http://www.polskieradio.pl/13/15/Artykul/262537#faq1 Jak jednak wiadomo, diabeł tkwi w szczegółach. Layout strony jest nieczytelny, trudno się połapać w tym, co na antenie, trudno dowiedzieć się o audycjach (zwłaszcza muzycznych) czegokolwiek konkretnego, jeśli nie kliknie się przynajmniej trzy razy. Najgorsze jest jednak to, że dźwięk w streamingu jest po prostu fatalnej jakości - potworna kompresja, która np. u mnie powoduje dobrze słyszalne cyfrowe "echo". Jeśi się słucha klasyki (zwłaszcza, jeśli jest to fortepian pod palcami Marty Argerich, jak teraz), to jest to naprawdę uciążliwe. No i to upodobanie polskich multimediów w sieci do Windowsa - nie wiedzieć czemu, dla Polskiego Radia formatem "domyślnym" jest ten najbardziej kompresujący dźwięk, czyli Windows Media Audio obsługiwany przez Windows Media Playera. Dobrze, że łaskawcy dopuszczają możliwość, że się z tego softu nie korzysta - Telewizja Polska takiej możliwosci nie dopuszcza i "makowcy" niczego ze stron telewizji publicznej nie obejrzą... Z niecierpliwością czekam na zdigitalizowanie Dwójkowych materiałów archiwalnych - na początek może przydałoby się wprowadzić możliwość odsłuchiwania poprzednich wydań audycji, tak jak to funkcjonuje na niedościgninym, moim zdaniem, serwisie Radio BBC 3, które ma podobny, jak Dwójka profil. Już pierwszy rzut oka pozwala zobaczyć różnicę - BBC3 znakomicie kontaktuje się ze swoimi onlinowymi słuchaczami (również za pomocą Twittera, gdzie zawsze pojawia się informacja o tym, co aktualnie gra i co za chwilę będzie grało. Zazwyczaj można posłuchać kilku poprzednich wydań audycji (dostępne są przez tydzień). Dzięki temu wiem, że jeśli przegapię w tym tygodniu program Donalda Macleoda, Composer of the Week z ulubionym Thomasem Tallisem, to będę mogla sobie go posłuchać także po emisji w radio. Podobnie z innym ukochanym programem, Late Junction, w tym tygodniu akurat z Maxem Reinhardtem, ale lubię także playlisty Fiony Talkington i Verity Sharp. Nie wspominając już o tym, co się dzieje w trakcie serii koncertow BBC Proms - słuchania muzyki w najlepszych wykonaniach jest wtedy tyle, że prawie ne da się ogarnąć. Dwójka też proponuje znakomite rzeczy, tym bardziej więc szkoda, że ma tak (na razie) fatalny serwis onlinowy - przy słabym zasięgu (pamiętamy, rząd PiSowski odebrał częstotliwości Dwójce, żeby dać je Radiu Maryja) serwis internetowy powinien być oczkiem w głowie i priorytetem, a nie "dodatkiem" do regularnego programu. Podobnie, jak w przypadku innych dziedzin kultury - "wersja" online nie może być tylko wersją czegoś, co istnieje w innych sferach, bo Internet ma swoją specyfikę. "Uciekł" mi w Dwójce koncert z Warszawskiej Jesieni z utworem Beata Furrera i już go nie posłucham, dobrze chcociaż, że mam "Begehre" na DVD i słyszałam to w Berlinie w Kamermusisaal... Chyba jednak zrezygnuję z pięknego koncertu Marty Argerich i Nelsona Freire, bo cyfrowa kompresja staje się naprawdę irytująca. Swoją drogą, ciekawe, czy po remoncie torowiska pod Filharmonią koncerty wolne będą od dodatkowych efektow sonicznych (byłoby szkoda nie słyszeć tramwaju w Filharmonii Krakowskiej, tak się do tego przyzwyczailiśmy...).