czwartek, 27 listopada 2008

smoothies

Nic nie dorównuje oczywiście smoothies produkowanym samodzielnie (można testować najbardziej egzotyczne zestawienia, np. melon z ogórkiem w lecie, blender zniesie (prawie) wszystko). Kiedy jednak jest się skazanym na sklep (np. w podróży) to nic dorównuje amerykańskiej Odwalla. Jeśli jednak nie ma się chwilowo wizy w paszporcie (a czekanie, aż amerykanska administracja zrozumie, że USA nie jest już rajem dla gasterbeiterów z Polski nieco się dłuży), to można się zadowolić Innocence z niezawodnych Wysp Brytyjskich. Żal tylko, że w polskich sklepach pod nazwą smoothie funkcjonuje jakieś potworne oszustwo - ten sam koncentrat "mango" co zwykle, tylko mniej rozcieńczony. Fatalnie, że przoduje w tym Marwit, który wcześniej dał się poznać z kapitalnych jednodniowych soków marchewkowych. Aha, i prawdziwe smoothie nie ma nic wspólnego z koktajlem! Procent przetworow mlecznych jest w prawdziwym smoothie ledwo zauważalny, tylko tyle, żeby było to właśnie... smoothie.
Wszystko dlatego, że nie mam pod ręką żadnego smoothie a blendować też nie ma co (zeschłe jabłko? nein...). Czas przerzucić się na sok marchewkowy.

wtorek, 25 listopada 2008

london calling


I już z powrotem. Szybki wypad do Londynu na weekend, żeby trochę zapomnieć o depresji zimowej - i jak na zamówienie: sobota na Tamizą była bardzo słoneczna, a pora zachodu słońca tak urocza, że obrazy Constable'a same się narzucały (gdybyż tylko jakaś grupka nie zasłoniła nam widoku na północny brzeg Londynu z zemsty za to, że nie daliśmy się odgonić od wolnego stolika w kawiarni w Tate Modern :-). Tym razem weekend był dryfujący (kapitalna wlóczęga w okolicach Brick Lane, później oczywiście Covent Garden i Soho) i kulinarny (ulubiony barek Wasabi na Victoria Street, prawdziwe chow mein gdzieś w Chinatown oraz wszelkiej maści szkockie short breads tu i tam). Były oczywiście plany ambitne i BArdzo KUlturalne, ale ostatecznie, jeśli chodzi o Kulturę Wysoką (choć nie aż tak bardzo:-) skończyłam na dodatkach do Sunday Timesa, który dumnie dzierżyłam, nie bacząc na jego wagę, przez calą drogę powrotną (czyli przemierzając kilka kilometrów korytarzy lotniska Gatwick). Prasa brytyjska nigdy nie rozczarowuje: w dniu, w ktorym przylecieliśmy, Madonna rozwiodła się z Guyem Ritchie co skwapliwie zaanalizowały z różnych perspektyw wszystkie tytuły, można też było się dowiedzieć, jak zaoszczędzić, a jednak wywrzeć wrażenie osoby przyzwyczajonej do luksusu. I kilka absolutnych perełek brytyjskiego humoru, które oczywiście są nie do przetłumaczenia (nie na język, tylko na realia). Kolejnych kilkanaście fotek korniszona (wolę myśleć o nim "jajo", bo nam przypomina pisankę), który stał się moim londyńskim fetyszem - jak bym nie wyznaczała sobie marszruty po City, to i tak zawsze prędzej czy później znajdę się pod Swiss Re).
Lądowanie w zadymce śnieżnej w krzakach na Balicach przypomniało jednak, gdzie jestem. Na szczęście jakoś osładza mi ten fakt kilka płyt zakupionych w Rough Trade: Evan Parker/ Matthew Shipp (Abbey Road Duos), fenomenalna "Evangelista" Carli Bozulich (nareszcie, nareszcie udało mi się tę płytkę znaleźć na półce sklepu muzycznego) i "Etnic Minority Music of North Vietnam" dobrych znajomych z labeli Sublime Frequencies.

wtorek, 18 listopada 2008

filmowo, part 2

Widzę, że jury doceniło mniej więcej to samo, co i nam się podobało: nagrodę główną w konkursie "Etiuda" dostał rzeczywiście piękny i poruszający film "Mój ojciec śpi", a inni nasi faworyci (słoweński "Pogawędka z Piko" oraz filmik, który dał nam chwilę jakże miłego wytchnienia i sprawił, że niestraszne nam karaluchy, czyli węgierski" III. emelet 14") w czołówce.

filmowo

Po części za sprawą festiwlau Etiuda&Anima, na który udawało mi się zaglądać w piątek i sobotę. Znakomity film Hany Makhmalbaf, "Budda collapsed out of shame" - nie dawała mi spokoju myśl o kontraście między końcową "listą płac" kończącą ten film a analogicznymi długaśnymi spisami rozmaitych dobroczyńców zamieszczonych przy najkrótszym nawet "dziełku" stąd. Jak się robi filmy w Afganistanie? Co ten kontrast mówi o sztuce fimowej w dzisiejszym świecie? (Choćby była najwyższego lotu, to jednak uwikłana jest w reguły rynkowe, co ppokazuje kontrast, o którym piszę). Jak się robi filmy w Afganistanie? Sama Hana opowiada o tym oszczędnie, ale nie pozostawiając wątpliwości: to więcej, niż po prostu "robienie filmów", to życie. Sam obraz pozostawia z wieloma pytaniami i z nielicznymi odpwiedziami, sprawia, że żyje się tym jeszcze długo po wyjsciu z kina i za to lubię filmy Makhmalbafów (są także piękne wizualnie i dźwiękowo, jak "Gebbeh", "DZień, w którym stała się kobietą" czy "Cisza"). Ten ma wyjątkowy ładunek emocjonalny - i nie chodzi tu tylko o dzieci bawiące się w wojnę(nie wiemy jednak na pewno, czy to tylko zabawa, bo przez cały czas ma się wrażenie, że za moment zostanie przekroczona cienka granica między grą a prawdziwą egzekucją) czy wysadzane w powierze gigantyczne figury Buddy (widziałam to po raz pierwszy w marcu 2001 roku na ekranie telewizora gdzieś w San Francisco, co jest jednym z tych obrazów telewizyjnych, które utkwiły mi w głowie chyba na zawsze) - ważny jest także fakt, że jesteśmy jak najdalej od jednoznacznych ocen i łatwego dydaktyzmu. Kultura naznaczona przemocą, bez wątpienia okrutna, ale także przesycona pewną czystością intencji, surowością, ale i prawdziwością w relacjach między ludźmi, szczególną szlachetnoscią zwyczajnych kontaktów. Byłoby chyba niedobrze, gdyby ten świat został zupełnie zniszczony przez uproszczoną i postkolonialną wersję "demokratyzacji". Mała Baktai nie jest także obsadzona wylącznie w roli ofiary - jest dziewczynką upartą, żądną przygody i zabawy, dążącą do realizacji swoich celów.
Rodzina Makhmalbafów sprawiała bardzo skromne wrażenie na scenie kina Kijów, ładnie i elegancko wypowiedział się Mohsen Makhmalbaf odbierając nagrodę Złotego Dinzoaura (czy to na pewno dobra nazwa?), kierownik artystyczny festiwalu nie powstrzymał się, niestety, w swojej przemowie otwierającej całe zdarzenie od przykopania kolegom organizującym inne festiwale. A szkoda, nie wydaje mi się, żeby to była stosowna ku temu okazja, zwłaszcza, że wszyscy w Krakowie i tak wiedzą (a jak nie wiedzą, to łatwo się mogą dowiedzieć), kto kogo nie lubi i za co. Część konkursowa (przynajmniej w piątek) to całkowita porażka polskiego kina, jak zwykle. Tani sentymentalizm, niby-parodie, które ani nie śmieszą, ani w ogóle NIC, jakaś przedziwna nostalgia za socrealem, którego zresztą twórcy chyba wcale nie mieli pecha doświadczyć (może właśnie dlatego). Niemal w każdej przerost ideolo (takiej czy innej) nad koncepcją, to chyba jakaś choroba narodowa zresztą. Na tym tle krotki filmik z pracowni Bławuta oraz pewna zabawna wariacja na temat "Popiołu i diamentu" wypadły w miarę nieźle.
Na szczęście w sobotę obejrzeliśmy baskijskie krótkometrażówki i to był bez wątpienia strzał w dziesiątkę. Dlaczego polscy młodzi (?) twórcy boją się po prostu robić filmy?

niedziela, 16 listopada 2008

i się przetarło



Jak tylko mgła opadła, wsiedliśmy szybko w autobus do Szczawnicy - albo raczej to ten autobus nas wywiózł poza mgłę, to było tydzień temu. Ale żeby 9. listopada leżeć sobie na znajomych łąkach nad Lesnicą w słońcu, żywiąc się chlebem z bryndzą i jałowcem? Przecież miala być zima? Znowu nie pojeździmy na nartach (ski-tourowych, żeby było jasne - wizja stoków wypełnionych nie zawsze trzeźwymi tłumami "narciarzy" z równin mazowieckich, łamiących kończyny do wtóru hałaśliwej muzyki rażącej z megafonów jakoś nie jest zbyt kusząca).

Mgły przetarły się na tyle, że dostrzeglam dwa tytuły w prasie codziennej (bo od jakiegoś czasu czytam wyłącznie tytuły i nagłówki), oba nastrajające równie pozytywnie. Tytuł nr jeden, dostrzeżony wczoraj późnym wieczorem w "Żabce" na Chmieleńcu, pochodzi z Gazety Krakowskiej: "Dlaczego Kraków nie słucha Radia Maryja?" Okazało się, że słuchalność w tym mieście oscyluje w okolicach 0,8%. Może dlatego, że - to z innej gazety (przeczytane przez ramię współpasażera w autobusie kilka dni temu) - mieszkancy Krakowa piją o jeden litr mniej "twardych" alkoholi niż wynosi polska średnia... (hm, ciekawe swoją drogą, czy w badaniach uwzględniono brać studencką). Z drugiej strony - obserwując życie tramwajowo-autobusowe - należałoby przyznać, że średnia wariatów znacznie powyżej ogólnopolskiej, ale krakowskie szaleństwo polega na czymś innym niż omamienie toruńskimi wyziewami. Tak czy owak, może nawet mgła nie taka zła pod Wawelem...

piątek, 7 listopada 2008

mgła, hmla, mgła

Jeszcze jeden dzień mokrej, szarej mgły, a osunęłabym się chyba w stan roślinny, bo zwierzęcy już osiągnęłam (a może raczej gąbczasty) - w takim oświetleniu (a raczej braku oświetlenia) nic nie poradzę na to, że mja przysadka mózgowa po prostu się wyłącza. Przestaję myśleć i nie budzę się prawie wcale. Byłoby to nawet nie tak złe, gdyby nie fakt, że spora część mojej aktywności to ma być praca intelektualna.
Na szczęście na chwilę rozsunęły się mgły i ...zwycięstwo. Wygrał Obama. Nie żebym była jakąś szczególną jego fanką (choć to sympatyczny facet), ale pozazdrościłam Ameryce entuzjazmu, chęci do pracy na rzecz wspólnego dobra, uśmiechu, zdolności do wzruszenia, kiedy potrzeba, wiary w sukces i optymizmu. Wszystkiego tego, co tutaj jest tak rzadko spotykanym skarbem. W każdym razie najpierw kwitłam przed ekranem przełączając się między BBC a CNN - TVN i w ogóle polska telewizja byla nie do zniesienia: albo jakieś gadające dziadki piaskowe z mądrymi minami albo jakieś totalne bzdety - do 1.00 w nocy, a później kiedy musiałam wstać o 5.00 rano, żeby zdążyć na seminarium postpanoptyczne do Łodzi, szybko znowu wrzuciłam CNN i okazało się, że obudzilam się w nowym świecie. Złapałam jeszcze - w pośpiechu pijąc herbatę przed wyjściem na autobus - pierwsze przemówienie prezydenta-elekta. Eleganckie, piękne, proste i wzruszające. Niech zgorzkniali radykalni młodzieńcy (jakoś tak mi się napisało, bo mam taki portret psychofizyczny przed oczami - wysokiego, chudego i zgorzkniałego radykała-ortodoksa w okularach, wszekie podobienstwo do realnyc postaci absolutnie niezamierzone) uśmiechają się ironicznie, mam to gdzieś. To jest Ameryka, jaką kocham i to dzięki tej wizji zanurzam się wytrwale w szarą mgłę. Inaczej już dawno stoczyłabym się w stan marazmu, ospałości i utajonej, przewlekłej depresji na którą cierpi tutaj 90% populacji.
A już na pewno taksówkarze. Korporacje powinny im zabronić rozmów z klientami. W poniedziałek bylam tak zmęczona, zmarznięta i w tak kiepskim nastroju po obiedzie z wciaż narzekającą na coś koleżanką, że na samą myśl o czekaniu 20 min. na przepełnioną do granic 114 albo 194, wykręciłam znajomy numer Barbakanu. I się zaczęło. Ponieważ bardziej staliśmy w korkach niż jechaliśmy, to przez blisko 20 minut wysłuchałam WSZYSTKICH pretensji do świata. Jeszcze raz. Jak wielokrotnie przedtem. Jak codziennie, przez wiele lat, przy wielu okazjach. Kiedy wreszcie weszłam do domu, miałam ochotę rzucić się z okna, ale tam ta szara mgła... I kot, który natychmiast kazał mi przestać marudzić i gotować kuraka. A później powtorka z rozrywki w łódzkiej taksówce. 2 razy. Kiedy tylko w przedziale pociągu współpasażerka zaczęła coś o braku WARSU, autystycznie zamknelam się w sobie i ostentacyjnie wyjełam laptopa udając zapracowaną japiszonkę. W tej sytuacji naprawdę trudno nie zazdroscić Ameryce.

sobota, 1 listopada 2008

Sopatowiec



Sopatowiec to dość niezwykłe miejsce. Najbardziej zaskakuje mnie to, że spotykają się tam bardzo różni ludzie, a jednak koegzystuje się w niewymuszenie swobodny sposób, bez jakiegoś szczególnego obowiązku bycia przesadnie miłym - co bardzo mi odpowiada, szczególnie rano, kiedy jestem zupełnie pogrążona w swoim świecie i bardzo nietowarzyska, a nawet niekontaktowa. Zawsze kiedy zasiadamy do wspólnego stołu na werandzie nachodzi nas historia miejsca - od czasów zupełnie zamierzchłych, których najstarsi bywalcy nie pamiętają :-). Dokładnie pamiętam dzień, w którym trafiliśmy tam z Markiem, w poszukiwaniu domu do kupienia dla naszej koleżanki, pamiętam rozmowę z właścicielką, starszą panią, która mówiła miejscową gwarą (bardzo specyficzną, kiedy przyspieszała wymowę, mieliśmy kłopoty ze zrozumieniem), ładnych ...naście lat temu. Od tamtej pory zmieniliśmy kilka mieszkań i opuściliśmy dom, który miał być "na zawsze", odwiedziliśmy kilka niewiarygodnych miejsc na ziemi, przemierzaliśmy rozmaite konstelacje i układy słoneczne, a planeta Sopatowiec była tam, gdzie jest dzisiaj.
Kiedy więc jakiś czas temu zaczął kiełkować pomysł sesji nagraniowej i jednocześnie 10-lecia Karpat Magicznych, Sopatowiec wydawał się najbardziej oczywistym miejscem na ziemi - stodoła, w której Sirsasana okazała się wcale nie być taka trudna, jawiła się jako dobre miejsce do pracy. I tak było. Prawie 48 godzin muzykowania (z kilkugodzinną przerwą chyba na sen, nie jestem pewna) przyniosło sporej dobrej muzyki. Jestem szalenie wdzięczna, że mogę sobie taką przyjemność zafundować - muzykowanie z przyjaciółmi poza wszelką logiką rynkową, konieczością udawania, że przystaje się na śmierdzącą norę zwaną klubem, na rozszczepienie między tym, co się widzi i wie a tym, co trzeba pokazywać na zewnątrz. Najcenniejszy prezent jaki mogliśmy otrzymać po tych 10 latach uporczywego drążenia w topornej materii i walki z całym światem o odrobinę własnej przestrzeni na oddech (pompatyczne, ale co mi tam!): to miejsce, ten czas, poczucie, że liczy się tylko muzyka, moment, w którym wszystko BRZMI, wszystko się udaje i że płynie się razem z tym wszystkim. Cała reszta dogoni nas jutro, ale to będzie już gdzie indziej. Taka absolutnie doskonała przerwa na życie teraz. Co widać na zdjęciach. I jeszcze: Eric przyjechał z Wiednia, a my znowu nie mogliśmy oprzeć się wspomnieniu - kiedyś, w marcu 2001 siedzieliśmy przy śniadaniu w Austin, w Texasie, po całonocnej prawie sesji, Vanessa serwowała teksańskie śniadanie złożone z trzech dań, Charalambides dopiero za kilka lat mieli zostać gwiazdą weird folk ewentualnie new wild America, nikt z nas nie przeczuwał, że to koniec pewnej epoki. Teraz, 7 lat później, wszystko ułożyło się tak a nie inaczej i mam wrażenie, że lepiej nie mogło.