piątek, 7 listopada 2008

mgła, hmla, mgła

Jeszcze jeden dzień mokrej, szarej mgły, a osunęłabym się chyba w stan roślinny, bo zwierzęcy już osiągnęłam (a może raczej gąbczasty) - w takim oświetleniu (a raczej braku oświetlenia) nic nie poradzę na to, że mja przysadka mózgowa po prostu się wyłącza. Przestaję myśleć i nie budzę się prawie wcale. Byłoby to nawet nie tak złe, gdyby nie fakt, że spora część mojej aktywności to ma być praca intelektualna.
Na szczęście na chwilę rozsunęły się mgły i ...zwycięstwo. Wygrał Obama. Nie żebym była jakąś szczególną jego fanką (choć to sympatyczny facet), ale pozazdrościłam Ameryce entuzjazmu, chęci do pracy na rzecz wspólnego dobra, uśmiechu, zdolności do wzruszenia, kiedy potrzeba, wiary w sukces i optymizmu. Wszystkiego tego, co tutaj jest tak rzadko spotykanym skarbem. W każdym razie najpierw kwitłam przed ekranem przełączając się między BBC a CNN - TVN i w ogóle polska telewizja byla nie do zniesienia: albo jakieś gadające dziadki piaskowe z mądrymi minami albo jakieś totalne bzdety - do 1.00 w nocy, a później kiedy musiałam wstać o 5.00 rano, żeby zdążyć na seminarium postpanoptyczne do Łodzi, szybko znowu wrzuciłam CNN i okazało się, że obudzilam się w nowym świecie. Złapałam jeszcze - w pośpiechu pijąc herbatę przed wyjściem na autobus - pierwsze przemówienie prezydenta-elekta. Eleganckie, piękne, proste i wzruszające. Niech zgorzkniali radykalni młodzieńcy (jakoś tak mi się napisało, bo mam taki portret psychofizyczny przed oczami - wysokiego, chudego i zgorzkniałego radykała-ortodoksa w okularach, wszekie podobienstwo do realnyc postaci absolutnie niezamierzone) uśmiechają się ironicznie, mam to gdzieś. To jest Ameryka, jaką kocham i to dzięki tej wizji zanurzam się wytrwale w szarą mgłę. Inaczej już dawno stoczyłabym się w stan marazmu, ospałości i utajonej, przewlekłej depresji na którą cierpi tutaj 90% populacji.
A już na pewno taksówkarze. Korporacje powinny im zabronić rozmów z klientami. W poniedziałek bylam tak zmęczona, zmarznięta i w tak kiepskim nastroju po obiedzie z wciaż narzekającą na coś koleżanką, że na samą myśl o czekaniu 20 min. na przepełnioną do granic 114 albo 194, wykręciłam znajomy numer Barbakanu. I się zaczęło. Ponieważ bardziej staliśmy w korkach niż jechaliśmy, to przez blisko 20 minut wysłuchałam WSZYSTKICH pretensji do świata. Jeszcze raz. Jak wielokrotnie przedtem. Jak codziennie, przez wiele lat, przy wielu okazjach. Kiedy wreszcie weszłam do domu, miałam ochotę rzucić się z okna, ale tam ta szara mgła... I kot, który natychmiast kazał mi przestać marudzić i gotować kuraka. A później powtorka z rozrywki w łódzkiej taksówce. 2 razy. Kiedy tylko w przedziale pociągu współpasażerka zaczęła coś o braku WARSU, autystycznie zamknelam się w sobie i ostentacyjnie wyjełam laptopa udając zapracowaną japiszonkę. W tej sytuacji naprawdę trudno nie zazdroscić Ameryce.

2 komentarze:

  1. Nie lepiej ograniczyc znajomosc z osoba ktora tak narzeka? Zamiast narzekac na jej narzekanie (i na mgle)...

    OdpowiedzUsuń
  2. bo ja wiem... tych nie-narzekających jest znacznie mniej, zwłaszcza podczas mgły :-)

    OdpowiedzUsuń