poniedziałek, 26 lutego 2007

klimaty



Wcześniej byliśmy u przyjaciół ze Starej Lubowni i Koszyc, ale ostatni weekend zastał nas na prowadzeniu warsztatów teatralno-muzycznych w Raciborzu. Pojechaliśmy tam pociągiem, przez Kędzierzyn-Koźle. W kędzierzynie zaś znajduje się obiekt godny wciągnięcia na listę UNESCO - jedyny TAKI bar dworcowy Wszystkich RP!
Zdjęcie z aparatu w komórce oczywiście nie oddaje pełni klimatu, to trzeba zobaczyć / tego trzeba doświadczyć samemu.
Przy stoliku za moimi plecami starsza romska kobieta wróżyła z kart jakiemuś zabłąkanemu podróżnemu, który spożywał 'ogórkową i kawusię'. Wpadliśmy w nastrój postmodernistyczny, z którego nie mieliśmy wyjść również w Raciborzu. W knajpie Bakszysz na Rynku (kiedy błąkaliśmy się między 10.00, kiedy trzeba było opuścić hotel a 15.00, kiedy zaczynaliśmy zajęcia) z wielkiego ekranu LCD przemówił do nas Benedykt XVI (zwany przez niektórych B16 lub Benkiem ewentualnie) do wtóru włoskich canzone sączących się z głośników w drugiem kącie sali, której wystrój jako żywo przypominał lupanar w Stambule.

środa, 14 lutego 2007

nowojorska nostalgia

...ciąg dalszy. łagodniej niz wczoraj, ale nieodwołalnie. Spotykam np. na taki zwykły opis na którejś z list dyskusyjnych:

*Directions*

Brooklyn-bound F / G trains to Carroll St.
2.5 blocks from stop (between Bond & Nevins)

15 minutes from 2nd Ave. F stop
10 minutes from Metropolitan Ave. G stop

Brooklyn-bound R train to Union St.
Walk 3 blocks west; left onto Nevins; right onto Carroll

http://www.issueprojectroom.org/

I już zjawia się we mnie zapach metra, gęstość wieczornego powietrza po wyjściu na powierzchnię, dobrze znane oznakowania z F, G i R... ech, to gorzej niż zakochanie się w kimś dalekim i nieosiągalnym. To totalna szajba.
W innych miastach miło byłoby być. Nowy Jork płynie w moich żyłach.

wtorek, 13 lutego 2007

pracowite przedpołudnie

siedzę nad tekstem, który sprawia mi pewne problemy, trochę męczę się sobą. jako autorką, osobą, która zawsze zmusza się do wyprasowania paru bluzek dopóki nie urosną w całą stertę, kimś, kto... w ogóle jako kimś. czasem napada mnie pomysł, żeby nie musieć być kimś określonym. słucham sobie pre-terrascopowej audycji sprzed roku i wraca do mnie poranek w Providence, Rhode Island. Spacer do miasta, z lekkim bólem głowy i poczuciem jakiegoś lekkiego wyssania pod ogromnym białym niebem, pokrywającym się coraz szczelniej chmurami, ale podświetlonym gdzieś nie wiadomo skąd. SMAK tego spaceru, wdychanego powietrza, tego co nigdy się nie wydarzy, a być może mogłoby. Tego nie umiem w żaden sposób odtworzyć, ani nie umiem do tego wrócić, ani nawet w pełni zapragnąć. Jakby zapadło się w sen, który ledwo powraca do mnie w przebłyskach i nie wiem nawet, czy dotyczy mnie, czy kogoś innego. czy w ogóle kogoś. tęsknota za taką ameryką jest nie do uleczenia i nie do zapomnienia. kraj, w którym fabuły i narracje przychodzą same i daje się je łatwo zamieszkiwać i równie łatwo opuszczać. mój niespecjalnie monogamiczny instynkt znajduje satysfakcję.

poniedziałek, 12 lutego 2007

no dobra

Upgrejdowałam do nie-bety. Tzn. kiedyś to była beta version, a teraz jest już chyba normalna. Upłynął miesiąc. Bardzo trudny miesiąc, nie tylko z powodu przeprowadzki. Bywają też zmiany nieodwracalne. Qrcze powinnam już kończyć naszą nową stronę, ale ciągnie się ta robota i ciągnie. MUSZĘ. Już niebawem. Już za chwileczkę. Będzie.