wtorek, 13 lutego 2007

pracowite przedpołudnie

siedzę nad tekstem, który sprawia mi pewne problemy, trochę męczę się sobą. jako autorką, osobą, która zawsze zmusza się do wyprasowania paru bluzek dopóki nie urosną w całą stertę, kimś, kto... w ogóle jako kimś. czasem napada mnie pomysł, żeby nie musieć być kimś określonym. słucham sobie pre-terrascopowej audycji sprzed roku i wraca do mnie poranek w Providence, Rhode Island. Spacer do miasta, z lekkim bólem głowy i poczuciem jakiegoś lekkiego wyssania pod ogromnym białym niebem, pokrywającym się coraz szczelniej chmurami, ale podświetlonym gdzieś nie wiadomo skąd. SMAK tego spaceru, wdychanego powietrza, tego co nigdy się nie wydarzy, a być może mogłoby. Tego nie umiem w żaden sposób odtworzyć, ani nie umiem do tego wrócić, ani nawet w pełni zapragnąć. Jakby zapadło się w sen, który ledwo powraca do mnie w przebłyskach i nie wiem nawet, czy dotyczy mnie, czy kogoś innego. czy w ogóle kogoś. tęsknota za taką ameryką jest nie do uleczenia i nie do zapomnienia. kraj, w którym fabuły i narracje przychodzą same i daje się je łatwo zamieszkiwać i równie łatwo opuszczać. mój niespecjalnie monogamiczny instynkt znajduje satysfakcję.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz