niedziela, 31 maja 2009

filmy, part 2.

Dzisiaj najbardziej cieszyłam się z tego, że znam jeszcze (szczątkowo wprawdzie, ale zawsze) ... rosyjski. Film Petera Rippla "Leningrad - Man Who Sings" dużo bowiem tracił w tłumaczeniu (zwłaszcza na polski, gdzie ze dwa razy zdarzyła się straszna wpadka, bo bohater mówił coś, czego w napisach po prostu nie było). Koncertowa wersja nieba (z londyńskiego klubu, ale dla rosyjskiej publiki) znacznie lepsza wprawdziwe, ale ta daje wyobrażenie. Kapitalna piosenka "Sznur", której niejeden hit Kazika wiele zawdzięcza... (i nie tylko tej)Wyszliśmy z kilkoma tematami do przemyślenia: nieoficjalna grypsera "mat'", która jest czymś w rodzaju alternatywnego języka (i czymś więcej niż wulgaryzmami), rosyjski rock jako zjawisko (tamtejsze korzenie w... piosenkach więżiennych, które inspirowały też, zdaje się, Wysockiego), niezwykle ironiczne, inteligentne i drapieżne poczucie humoru frontmana Sergieja, ale też cały smutek Rosji (skondensowany w tej ironii i opisie rzeczywistości za pomocą "mat"). Mnie tylko trochę brakowało szerszego kontekstu - St. Petersburg to przecież stolica rosyjskiej sceny niezależnej, bohemy i awangardy (chciałoby się powiedzieć od zawsze), czego reżyser zupełnie nie jest świadomy, najwyraźniej (i nie chodzi wcale o historię sowieckiego rocka).
Wcześniej świetny pokaz 6 Konkursu międzynarodowego w Mikro,w którym nie było słabych punktów. Największe wrażenie to chyba "Człowiek z miedzi", ale głos oddałam na "Skhizein" - wahałam się długo, bo dowcipna (i świetna animacja!) "Wurst Kawałek Historii Niemiec" też na to zasługiwał.

sobota, 30 maja 2009

filmy, part 1.

Przez chwilę będzie bardziej filmowo, bo Krakowski Festiwal Filmowy. Wczoraj udało nam się dotrzeć na znakomity dokument Paula Mazursky'ego (Yippee! A Journey to Jewish Joy), niezwykle "gęsta" wbrew pozorom opowieść o wyprawie do Humania, gdzie chasydzi z całego świata zjeżdżają się na Rosz Haszana, żeby celebrować to święto przy grobie rabinaBaal Szem Towa. Film opowiedziany w bardzo prosty pozornie sposób, wiele momentów ujawniało jednak dosyć gęstą tkankę historii i zawikłanych w nią ludzkich losów, uczuć, wspomnień (nawet tych, których nie ma szansy się pamiętać, a które wchodzą pod skórę). Wszystko przyprawione znakomitym poczuciem humoru ("Przychodzi Schwartz do Cohena..."), w wersjach z różnych stron świata. Po raz kolejny zastanawiałam się, ile straciliśmy wspólnej historii i jak długo jeszcze trzeba będzie się z tym mierzyć, jak długo głupi i bezduszni ludzie w tym kraju (oraz innych) będą ignorować tragedię żydowskiej Europy. Czy o tym w ogóle można kiedykolwiek zapomnieć? Lepiej jednak nie zapominać, nawet jeśli wiąże się z bólem, który chce się pozostawić poza sobą. Mam nadzieję, że Polacy kiedyś zrozumieją, że Holocaust to także część ich historii (i duszy), i że nie da się jej tak latwo amputować. To nie był film, który kazałby o tym myśleć, ale i tak zawsze o tym myślę przy tej okazji, wspominając niegdysiejszą rozmowę z Lanny Harrison w Nowym Jorku.
Dzisiaj z kolei najpierw "August-Beijing" Pod Baranami - do tej pory nie mogę się otrząsnąc z oszołomienia. Kilka filmów określonych mianem "niezależnych", pokazujących olimpiadę w Pekinie oczyma samych Chińczyków i chcę wierzyć w strategie krytyczne tych dokumentów sprowadzające się do pokazywania np. ochotniczych straży obywatelskich, złożonych głównie ze starszych osób, które były niegdyś "strażnikami Rewolucji" a teraz z równą gorliwością strzegły swoich wspónot przed "niepożądanymi" elementami. Inaczej bowiem to, co widzieliśmy, byłoby jednak zbyt dużą dozą absurdu (jak pierwszy, krotki dokument o wolontariuszce z Sichuanu, zmagającej się z poczuciem winy, gdyż w sytuacji, kiedy jje rodzinne miasto zostało zniszczone przez trzęsienie ziemi, ona czuje kłopot w związku z yciem wolontariuszką - końcowy akord bylłjednak zdecydowanie groteskowo propagandowy, nastolatka zrozumiała, że nie musi się dręczyć, gdyż "jeden świat, jedno marzenie" i sportowcy zdobywający medale na olimpiadzie wkładają w to tyle samo wysiłku, ile ratownicy w Sichuanie...). Później "zwykła rozmowa" w "zwykłej taksowce" (jasne, każdy taksówkarz w Chinach codziennie ma mnóstwo pasażerów z kamerami wypytujących, co myśli o olimpiadzie...). Reżyserka filmu nie byla zbyt skłonna dodyskusji i trudno ej się dziwić, bo towarzyszył jej oficjel w ładnie skrojonym garniturze (ale wyszliśmy wcześniej żeby zdążyć na kolejny pokaz, więc może w końcu byla jakaś rozmowa). Chcę wierzyć w jakąś ukrytą strategię krytyczną, bo nie chce mi się wierzyć, żeby ktokolwiek z chińskich czynników oficjalnych naprawdę miał nadzieję, że ten zestaw filmów przekona odbiorców zachodnich, iż olimpiada byla wielkim sportowym świętem i spełnieniem marzeń obywateli Chin. Znamienny był moment, w którym gorliwa szefowa straży obywatelskiej nakazala młodemu człowiekowi, żeby się przesunął - ten zadał logiczne pytanie: "ale dlaczego?", na które nie otrzymał odpowiedzi (prócz ponowionego nakazu), nie rezygnował jednak i pytał dalej. Widać było w tej krotkiej sekwencji zderzenie dwóch kultur: tej, która - wobec nakazu - pyta "dlaczego?" i tej, która takiego pytania w ogóle nie bierze pod uwagę. Generalnie bardzo kształcące doświadczenie, ale trudno się otrząsnąć.
A później pokaz w Mikro, z którego zapadła w pamięci oczywiście czeska "Anatomia gagu" oraz świetny brytyjski dokument o corridzie ("Red Sands"). Zabawny, lekki, acz dający do myślenia był także niemiecki found footage "("Gender Tapes"). Nie obejrzeliśmy za to wczoraj "Unmistaken Child", czego do tej pory nie możemy odżałować (bo w czwartek, na powtórzony pokaz w Mikro raczej też nie dotrę).

wtorek, 26 maja 2009

104

W dalszym ciągu bardziej po stronie nietrwałości i zaawansowanej praktyki obserwacji przeciwności losu, przeszkód i klęsk różnego rodzaju (w rodzaju na przykład spotkania w sprawie pieniędzy za wykonaną kilkumiesięczną pracę, których raczej nie dostanę, a jeśli już, to nieprędko i być może po prawniczych ceregielach, o których nie mam pojęcia). Wyraźnie więc jestem na fali obdarowywania świata (choć niespodziewanego, niezamierzonego i mimowolnego) różnymi formami energii - od aparatów fotograficznych po zarobione, acz niewypłacone należności. Co robić, obserwuję więc tę wersję płynności starając się choć trochę tym ubawić, nawet jeśli wcale mi nie do śmiechu, a wręcz przeciwnie. Bonusem może być osiągnięcie stanu bodhisattwy jeszcze w tym wcieleniu, co jest ofertą nie do pogardzenia. No chyba, że odetną mi energię elektryczną, wtedy po prostu niczego nie zauważę. Bredzę.
A miało być o cudownym, opatrznościowym autobusie nr 104, który zawozi mnie z mojej pętli pod same bramy Wydziału Zarządzania i Komunikacji UJ. O to akurat nie prosiłam, a mam. Czyli te przepływy energii jakby się odrobinę wyrównują. I są już truskawki po 6 zł. I nie muszę po nie jechać na Kleparz.

THE PETER BRÖTZMANN CHICAGO TENTET

To było jeszcze w niedzielę (Centrum Mangha), ale koncert z gatunku tych, które na długo odbierają mowę. Nic więcej nie da się powiedzieć. Niewiele jest sytuacji, w których 10 osób na scenie i ani chwili poczucia, że ktoś jest zbędny, wręcz przeciwnie, wiele momentów, w których słychać, że absolutnie każdy muzyk jest niezbędny. Jak dla mnie absolutną klasą (oprócz samego Mistrza, rzecz jasna) jest Mats Gustafsson, świetne rzeczy z wiolonczelą (i to nie tylko przetwarzając ją elektronicznie, ale posługując się niezwykłą techniką gry) robił też Fred Lonberg-Holm, ale... no właśnie zaraz musiałabym wdać się w opis poszczególnych elementów, a to z kolei rozbiłoby całość na jakieś pojedyncze odpryski. Na razie chcę jeszcze pielęgnować to doswiadczenie w całości.

sobota, 23 maja 2009

Dig!

I znowu chwała TVP Kultura, tym razem za Dig! Brian Jonestown Massacre to kawał zwariowanej historii amerykańskiej Terra Nation również. Coś jest w tym, że wchodząc w show biznes przykrawanie do formatu jest wyraźne i natychmiastowe (przypadek Dandy Warhols, taki Greenday z ambicjami): w sumie to smutne, kiedy lider DW mowi grobowym głosem o tym, ile mają w życiu "fun" i że wszystko jest super - entuzjazm aż z niego emanuje. To może lepsze kompletne wariactwo Antona Newcomba. Miło w sercu się robiło na widok sali pewnego klubu w San Francisco oraz ujęcia z trasy, które równie dobrze mogłyby być nasze. Poza tym jednak na samą myśl o trasie tego typu czuję chroniczne zmęczenie i ból głowy, prawie czuję ten zapach kiepsko wietrzonej garderoby i poczucie nieadekwatności przy kolejnych milach. Fun. Apart from this - real fun. Może nie jestem w nastroju, może mi przejdzie, może wróci, może jeszcze kiedyś będę mieć entuzjazm.

piątek, 22 maja 2009

przeczekuję

Rodzaj żałoby po Nikonie oraz ogólna obniżka nastroju, energii, możliwości i chęci. Księżyc idzie do nowiu i ja też. Przeczekuję. Przejdzie.

Wszystkie zjawiska (dharmy) są aspektem pustki.
Nie rodzą się i nie umiera ją.
Nie są skalane i nie są czyste.
Nie zwiększa ją się i nie zmniejsza ją.
Tak więc w pustce nie ma formy, wrażeń, myśli, woli i świadomości.
Nie ma oczu, uszu, nosa, języka, ciała, umysłu.
Nie ma kolorów, dźwięku, zapachu, smaku, dotyku, zjawisk (dharm).
Nie ma widzenia, ani świadomości. Nie ma złudzeń ani kresu złudzeń.
Nie ma starości i śmierci, ani kresu starości i śmierci.
Nie ma cierpienia, przyczyny cierpienia, kresu cierpienia i drogi wyzwala-
jącej z cierpienia.
Nie ma mądrości, ani osiągnięcia mądrości.

środa, 20 maja 2009

Bardzo Zły Dzień

Ostatecznie okazał się być dzisiaj Bardzo Zły Dzień. Bardzo. M. pozbył się naszej ukochanej lustrzanki cyfrowej w fatalnych okolicznościach - aparat wprawdzie został na siedzeniu w autobusie firmy Szwagropol, którym M. o 15.20 wyjechał z Nowego Sącz do KRK, ale zaraz, jak tylko się zorientował, to zaczął wydzwanianie i do firmy, i do kierowcy, i na PKS, i nawet do dyspozytora. Niestety. Osobnik, który zabrał czarną torbę z naszym Nikonem i nie oddał jej kierowcy, sam się prosi o kłopoty. Bo że od tej pory spotykać go będą same nieszczęścia, to pewne. Rozpacz moja jest wielka, bo to ukochany aparat był (pal diabli stratę finansową, zresztą niebagatelną..., ale tyle wspomnień i tyle zdjęć...to jakby bliska osoba zaginęła). Ech.
Koniec ze zdjeciami na blogu na czas jakiś, dopóki nie pojawi się przypływ gotówki albo jakimś cudem nie wróci do nas nasz Nikon. Nie mogę przy tej okazji powstrzymać się od refleksji o tym, jak kiedyś w takich samych okolicznościach zostawiony portfel (Słowacja - nawet gorzej, bo po prostu na ławce w parku w Bardejowskich Kupelach) oraz trójwarstwowa kurtka górska (Bułgaria - autobus Sofia - Goce Delczew) jednak wróciły za pośrednictwem uczciwych ludzi posiadających sumienie (cokolwiek to znaczy), a tutaj nigdy (to samo spotkało T., który zostawił w autobusie PKS małą ndosongoni - już widzę, jak harfa afrykańska jest artykułem pierwszej potrzeby w małopolskich wioskach).
Raczej więc nic nie zmieni mojego zdania - Polska to paskudny kraj, no matter what. Biorę poprawkę na rozżalenie. Ale i tak. Zważywszy na ten wylewający się zewsząd religijny obłęd, powinien to być kraj niezwykle uczciwych i sumiennych ludzi. Nie jest. Idę sobie popłakać.

Więc Drodzy Czytelnicy / Drogie Czytelniczki, jeśli ktoś będzie oferował Wam pod Halą albo gdziekolwiek w necie Nikona D80 z obiektywem Nikkor 18-200/3,5-6,5 i ewentualnie kartą SanDisk SD 4GB (choć to najłatwiej wyjąć), to okażcie odrobinę serca i dajcie znać... Ewentualnie jeśli będzie to D80, a obiektyw bez parametrów w opisie, bo przecież nie musi to być znawca.

A jak się nie znajdzie i nigdy do mnie więcej nie trafi, to mam nadzieję, że ktoś, do kogo trafi, będzie szczęśliwy i będzie dbać o niego (wyjąwszy osobnika, który nie zwrócił zguby, ten sobie i tak nagrabił, szczęście nie dla niego).

jeszcze Remix

Oprócz imponującego stosu materialnych książek "do czytania w wolnej chwili" dochodzi jeszcze cały katalog pdfów, ale co tam. Ściągnęłam najnowszego Lessiga, niech czeka na swoją kolej. Może wieczorem - uporałam się z sylabusami, ale stanu półki to nie polepszyło, książki dalej w rozsypce. Może to ZNAK. Żeby wreszcie posprzątać drugi balkon, ten od strony palących studentów (warunkowanie klasyczne zadziałało, zdaje się, że przyswoili trudną sztukę emitowania mniejszej ilości decybeli po 23.00 - zasługują węc na nagrodę w postaci widoku na ślicznie wysprzątany balkon z gąszczem aloesowo-rozmarynowo-bazyliowym). Zwłaszcza, jak sobie przypomnę skąd przyjechał (i kiedy!) mój aloes: kawałek rośliny został pobrany w 1998 roku (WSZYSTKO było wtedy inaczej) z pewnej uliczki w Rapallo, dowieziony w jesienne, deszczowe Karpaty i wystawiony na ciężkie próby. Przetrwał. 3 przeprowadzki i kilka metamorfoz później przpomina mi o trwałości-nietrwałości i że nic nie jest czarno-białe. Bo czy to ta sama roślina czy inna? Nie wiem.
Marzę o górach.

poniedziałek, 18 maja 2009

książki mi się zbuntowały!

I wypadły z regału! A regał się trochę rozwalił! (to znaczy półki "wyszły" i spadły z podpórek). To wszystko chyba dlatego, że dzisiaj frenetyczne pisanie sylabusów (a więc ekstatyczne wertowanie literatury także), part 1. (wedle nadzwyczaj biurokratycznych nowych procedur, tabelek i szatańskich wymogów z urzędniczego piekła rodem). Aż się przy tym spociłam. A to dopiero jakieś 30% tych tabelek wypełnionych, geez.
I teraz leżą sobie książki w stosach, spadając z hukiem co i rusz. Kot zachwycony, że może to spadanie inicjować, ja się wściekam, bo na półkach znam ten układ na pamięć i sięgam bez otwierania oczu, a kiedy leżą w stosach, nie mogę polegać na pamięci ciała. Mała apokalipsa.

sobota, 16 maja 2009

RIP; A Remix Manifesto

W polskiej Telewizji Kultura pokazany dzisiaj jako "Kultura remixu", co jest zdecydowanie wydarzeniem! Żeby jeszcze polskie media czasem przedstawiały bardziej wyważoną dyskusję wokół tego, co najczęściej nazywają po prostu "piractwem". Ciekawe jednak jest, że film można obejrzeć w necie, można (i jest się do tego zachęcanym) zremiksować, nie można natomiast go ściągnąć, o ile nie mieszka się w USA...Oczywiście pojawia się Lawrence Lessig oraz Negativland. Pomyśleć tylko, że kultura daru sięga co najmniej czasów hippisowskich (Zeby już nie streszczać tutaj Lessiga, która sięga do znaczenie dawniejszych źródeł). Kontrkultura wiecznie żywa.

środa, 13 maja 2009

No i Topaz

Sciślej rzecz ujmując, hotel Topaz, w dość ciekawym miejscu między dwrocem PKS a jakimiś kolejowo-przemyslowymi opłotkami. Ale za to zacisznie. Udalo mi się jakoś przeżyć podróż do Poznania, choć za Wrockiem, kiedy już bateria mojego Maczka pwiedziała "nein", było ciężko. Co dziwne, skład z grubsza odpowiadał opisowi na stronie Inercity, był mój ulubiony wagon bezprzedziałowy (a nawet dwa takie) oraz Wars. Bo jest też pociąg do Poznania bez Warsu (a raczej z Zamościa do Szczecina)...W wagonie grupa dzieciaków z problemami (na oko rozmaite typy opóźnień w rozwoju psychofizycznym) wracała z wycieczki do Krakowa i okolic, i podziwiałam, jak zajmowali się nimi młodzi opiekunowie - w gruncie rzeczy grupa była dużo bardziej zdyscyplinowana niż ich zdrowi rówieśnicy pod opieką nauczycielek-rutyniarek, które zazwycaj w takich sytuacjach zajmują się sobą, czasem rzucając histeryczne okrzyki w kierunku wariującej grupy. Tutaj było zupełnie inaczej: dzieciaki nie były oczywiście słodkimi aniołkami, ale ich cierpliwość i tak była niewiarygodna podczas tej długiej jazdy. Opiekunowie bardzo umiejętnie rozmawiali i żartowali, kiedy była ku temu okazja, a czasem konsekwentnie pilnowali dyscypliny. Dzieciaki najwyraźniej rozumiały sytuację. Najbardziej zadziwiła mnie sytuacja, kiedy jeden z chłopców nabrudził na swoim siedzeniu - zdaje się, że eksplodował mu jakiś jogurt - opiekunowie szybko posprzątali, ale kazali chłopcu usiąść tam z powrotem , uzasadniając, że "każdy powinien ponosić konsekwencje swoich działań". Chłopiec wrócił na miejsce i nie było w tym żadnego męczeństwa, a raczej głębokie zrozumienie. Miałam więc szczęście 7-godzinnej praktyki, dość zaawansowanej.
A Poznań, jak to Poznań. Stary Browar na swoim miejscu, naprzeciw wejścia na teren Targów duży baner "Wolny Tybet", plakaty z trasą Mikrokolektywu (ale już było, niestety) i ryż z sosem pieczarkowym w nieśmiertelnym "Piccolo" (trochę niedogotowany, ale za to bardzo "budget", co akurat dzisiaj ma spore znaczenie), a także... bilboardy z Krakowem, gdzie się nie ruszyć (Art Boom i Selector). I dobrze, o tym jutro będę mówić na konferencji. O tym, jak miasto konsumuje sztukę i co z tego (dobrego i niedobrego) wynika.

wtorek, 12 maja 2009

jutro Poznań

Kolejna przygoda z PKP (zapewne poczuję się zmuszona do zdania relacji z tej mrożącej krew w żyłach peregrynacji, Kraków - Poznań to nie byle co, jakieś 7 godzin we wnętrzach pośpiesznego Przemyśl - Szczecin może, obawiam się, ponownie naruszyć moją psychikę, ledwo przywróconą do iluzorycznej równowagi po poprzednich tego typu okazjach). Ale konferencja "Sztuka. Kapitał kulturowy miasta" zapowiada się bardzo ciekawie, a poza tym lubię Poznań. Zwłaszcza, że jeszcze pamiętam różnice w rozmiarach pierogów krakowskich i poznańskich. Ufff, na samą myśl mi gorąco. Tym razem od pierogów będę stronić.

poniedziałek, 11 maja 2009

po burzy

Tym razem wersja fotobloga - jakąś godzinę temu szalała tutaj burza, a po burzy (jak to zazwyczaj bywa) niebo było zupełnie niesamowite. Moje osiedle ma tę przewagę, że jest na wzgórzu i widok na wszelkie burze mam najczęściej stereo, dzięki oknom wychodzącym z jednej strony na zachód (a stamtąd nadciągają burze), z drugiej na wschód (tam zanikają). Dzisiaj bonusem była podwójna tęcza (nie, nie nad Wawelem, to byłby już szczyt kiczu).

piątek, 8 maja 2009

rant and rave (uwaga, polityka!)

Mrożek musiał to jednak był przewidzieć, dlatego rozsądnie wyjechał do Paryża (a tak naprawdę, jak się okazało za sprawą komentującego czytelnika, do Nicei - dzięki!). Awantury sięgają już absolutnego szczytu absurdu. Dzisiejszym hitem nr 1 jest cytat z Olechowskiego: Co ma Kraków wspólnego z odzyskaniem niepodległości? Równie dobrze obchody można przenieść na Słowację, żeby było bezpieczniej. Mówimy, że zaczęło się w Polsce. Zaczęło się w Gdańsku. Kolebką "Solidarności" jest Gdańsk, nie Kraków - mówił Andrzej Olechowski o przeniesieniu obchodów rocznicy wyborów czerwcowych z Krakowa do Gdańska. To w Onecie, którego konsekwentnie nie linkuję za ogólną głupotę. Rzeczywiście Kraków z 4 czerwca nie ma nic wspólnego. Ani my wszyscy. Ważni są tylko stoczniowcy (i ich brudne gry), Gwiazdy intelektu i myślenia wspólnotowego. teraz wszyscy wydzierają sobie te ochłap (bo do tego to wszystko udało się sprowadzić) już wewnątrz kraju. To już nawet nie Polska, tylko Stocznia gdańska jest Chrystusem narodów. Absurd nr 2 (ale smutny i groźny) to szef kancelarii prezydenta, dla którego "palenie samochodow i opon" to normalka. Smutne, żałosne, chore i głupie. I nudne. Chce się puścić pawia na całą tę "Polskę" bez wyjątku. Na szczęście świeci słońce, mam sporo ciekawej pracy i mogę to wszystko po prostu mieć gdzieś. Gdyby nie to, że jednak obchodzi. Najwyraźniej to nieuleczalne. I co, czyżby to galopujący konsumpcjonizm nam zagrażał najbardziej? (tak, ovoo, "pun intended":-) Bo moim zdaniem - siermiężna, wrodzona u ludności nad Wisłą głupota i lenistwo umysłowe.

niedziela, 3 maja 2009

Cieszyn, cz. 2

Tak różowo jednak nie było, poprzedni post pisałam jeszcze przed próbą zjedzenia obiadu po polskiej stronie Olzy. Bo w poprzednie dni, wiedzeni doswiadczeniem i instynktem (oraz upodobaniem do hermelina) stołowaliśmy się po czeskiej stronie. I na tym trzeba było poprzestać, ćieszyn utkwiłby mi w głowie jako urocze (prowincjonalne, ale urocze miasteczko). A tak... Najpierw jedna pizzeria. PO złożeniu zamówienia (kiedy wreszcie przyszła pani kelnerka) dowiadujemy się, że na pizzę trzeba czekać... godzinę, bo... mają dużo zamówień telefonicznych. Na wszystko inne "z kuchni" ... jeszcze dłużej. Nie mamy tyle czasu, chcemy zdążyć na film Juraja Jakubisko, o którym czytałam recenzje z mieszanymi uczuciami (recenzentów). Wędrujemy więc dalej. Kolejna pizzeria. Samoobsługa, sala w piwnicy. Błeee, na zewnątrz świeci słońce i nie chcemy siedzieć w norze, i wcale nie pachnie pizzą z pieca. Natępna. Pani klenerka zjawia się po bardzo dłuższej chwili, po złożeniu zamówienia lojalnie uprzedza, że na pizzę trzeba czekać... godzinę, itp. itd. Zadowalamy się czymkolwiek (i nie chcę nawet pamiętać, co to było) i lecimy do Centrala, mijając po drodze smakowite hermeliny w jakiejś hospodzie przy Hlavni. Diabli nadali. Zamiast się trzymać własnego instynktu, wieloletniego doświadczenia podrożniczego i zaufania do kultury "starszych kelnerów" zachciało nam się eksperymentów.
I jescze droga powrotna: brak kłopotów z biletami w sobotę o godz. 9.00 także był zwodniczy. Reszta ludzkości wracającej do Krakowa nie była bowiem tak zapobiegliwa. Odjechaliśmy 12 minut po planowym odjeździe, kierowca wydawał się mieć nieograniczoną wiarę w rozciągliwość autobusu marki Solbus. Dojechaliśmy. W Krakowie przywitał nas nowy księżyc (dodatkowy, fajny, latający) i feeria świateł w wesołym miasteczku pod Forum oraz... 30 minut czekania na 114 albo 194. Wybraliśmy spacer od pętli 124. Dom.

Cieszyn

Jeszcze w Cieszynie, korzystając z WiFi w biurze organizacyjnym: to był (jeszcze jest!) uroczy weekend. Festiwal na ludzką miarę, żaden z tych wielkich spędów, które w gruncie rzeczy trudo się znosi. Kilka świetnych wrażeń, filmy, które mocno zapadły w pamięć ("Sestra" Vita Pancira oparta na powieści Joachyma Topola!); słowiki nad Olzą; transgraniczna (i jak symboliczna) projekcja filmu "Muzika" Juraja Nvoty - ekran na jednym brzegu rzeki, publiczność na drugim; "europska kvalita, polske ceny, ceske DPH"; czeska klawiatura komputera w hotelu, która była zagadką. Praca przy komputerze w sobotnie popołudnie, udało się prawie skończyć zaległy tekst. I słońce, poranna kawa; wszystko tak, jak ma być w piękny weekend majowy. TBC (jeśli mi się uda). Aha, i z biletami na autobus nie było żadnego problemu, więc nie muszę kupować oleju napędowego.