wtorek, 30 maja 2006

po objezdzie

to był dopiero weekend. we czwartek jechaliśmy cały dzień znajomą trasą do Bratysławy, ledwie znaleźliśmy pół godzinki na haluszki gdzieś pod Żiliną oraz na kawkę w tradycyjnym barku naprzeciw zamku w Trenczynie. Prosto z samochodu na próbę dźwięku, ledwo starczyło czasu, żeby odebrać klucze od lokum (użyczonego przez Instytut POlski w Bratysławie) i uścisnąć prawicę Petera Suleja z Vlny. Na szczęście bardzo sprawny pan akustyk nie miał żadnych problemów i o 17.00 mogliśmy stawić się pod Narodnym Divadlem na spotkanie z Sziną i DAnem (Dlhe Diely). Jak się okazało, BA to małe miasto i wpadliśmy także prosto w objęcia Potkana i Eleny. Z Dlhymi Dielami poszliśmy tradycyjnie na 'maly poharik' do knajpki na lodzi przy nabrzezu i godzinka ledwo starczyla, zeby wymienic podstawowe informacje i wrażenia z naszych ostatnich podróży (oni grali w Londynie, my w USA). Wróciliśmy do A4 na obiad ('klasik' czyli vyprażany syr, zemiaky i velke pivo) i na szczątkowe pogaduchy z organizatorami, zbyt dużo wspólnych wątków, za mało czasu. Pół dnia w Bratysławie, to zbyt okrutne. Pomyślałam sobie, że kiedy już udaje się znaleźć fundusze na spotkanie V4, to szybko okazuje się, jak bardzo wszyscy jesteśmy zabiegani... Kiedyś chyba mieliśmy więcej czasu (a może to tylko złudzenie?). Tak czy owak udaje nam się rzucić okiem na performance taneczny, jaki proponuje Węgierka, Virag Dezso - bardzo interesująca rzecz, w bardzo ciekawy sposób łączy ruch z rozmaitymi mediami. We wspólnej garderobie wymieniamy kilka uwag o znajomych miejscach i ludziach w Budapeszcie, MU Szinhaz jest, jak się okazuje, dobrze jej znany (a my przypominamy sobie bardzo miły pobyt na festiwalu tam organizowanym, w roku, o ile mnie pamięć nie myli, 1998). Pojawiają się Tania i Sonia, POtkan przyniósł mi czeską antologię "Design: aktualita nebo vecnost? Antologie textu k teorii a dejinam umenia". Autorka wyboru, Maria Pachmanova, ma na swoim koncie jeszcze inne interesujące dla mnie książki, np. "Neznama uzemi ceskeho moderniho umenia: pod lupou genderu". Czyli jak zwykle w Bratyslawie - inspirująco, interesująco, przyjemnie. Winko, które Peter przyniósł w dobrze mi znanych plastikowych butelkach po mineralnej; mniej doswiadczeni wędrowcy zapewne dali by się zniechęcić temu imejdżowi, ale nie ja; to nieodłączny urok wina prosto z domowej piwniczki, smak wskazuje na Pezinok... Czerwone wino okazało się być "burcziakiem" czyli bardzo młodym, lekkim trunkiem o nieodmienne rozweselającym działaniu.
Koncert to zupełnie inna jazda, grało nam się bardzo dobrze, publiczność uważnie słuchała, więc mogliśmy skupić się niemal zupełnie na muzyce. To było trochę, jak dalszy ciąg amerykańskiej wyprawy. Poczucie sensu w tym, co się robi. Skończyliśmy tuż przed północą, a konieczne jeszcze rozmowy ciągnęły się co najmniej do 2.00. Po czym kawalkada pieszych z rozmaitymi instrumentami powlokła się na Niedbalovą.
Rano (o 8.00!) wypiliśmy bardzo miłą poranną kawę z dyrektorem Instytutu POlskiego, przy ciekawej rozmowie i pewnych planach na przyszlosc, po czym wsiedlismy w samochod i wysiedlismy z naszego TRansportera tuż przed Kłodzkiem (no dobra, byly male zakupy w Billi w Malackach). Czeskie drogi są gorsze niż u nas! Ale na rowerze może tam być bardzo fajnie.
Do Wrocławia dojechaliśmy spóźnieni (korki!), wysiadłam po 8 godzinach jazdy i prowadziłam dwugodzinny warsztat. Wysiadłam z innego samochodu tuż pod Galerią BWA i poszłam poszukać MArka, który prowadził zajęcia w Galerii Miejskiej, na Kiełbaśniczej. Szłam ulicami miasta i chyba pierwszy raz w życiu przydarzyło mi się coś takiego: patrzyłam na mijane ulice, domy i place ze świadomością, że znam to miasto, ale nijak nie mogłam przypasować doń właściwej nazwy. Trochę się przestraszyłam. Na szczęście rynek przyniósł olśnienie: Wrocław!
I te trzy dni we Wrocławiu zlały się w jedno. Kiedy pracuję intensywnie z ludźmi i głosem (a tak jest zawsze, kiedy prowadzę warsztaty), odrywam się totalnie. Jakby powiedzieli Słowacy, "sem uplnie mimo".
A potem już wysiadłam z busa na Oleandrów i za chwilę stałam za biurkiem i dyskutowałam ze studentami o nowej formule telewizji epoki globalizacji. Inne wcielenie.
Aha, wszędzie po przekroczeniu granicy prześladował nas Benek. Lama Benek, inkarnacja poprzedniego szamana. Podobno nawet tęcza była. Ha.

czwartek, 18 maja 2006

zwykły jazz


montepulciano d'abruzzo jest pewną odmianą po całej kolekcji tegorocznych win bułgarskich. lubię jednak odmiany - czy raczej nie lubię, kiedy z niewiadomych powodów zamykam się w kręgu dobrze znanych rzeczy (kosmetyków, ubrań, jedzenia, partnerów, przyjaciół i podróży w te same miejsca - do Krakowa:-))), czuję się wtedy skostniała. Więc po odmianie, którą wniosło australijskie Shiraz (lub, jak kto woli Syriah), jeszcze na Brooklynie u Tomka i Asi, wracam do korzeni: Montepulciano d'Abruzzo, wino, od którego się to wszystko zaczęło. Włochy, 1997, u progu Karpat Magicznych. Enigmatyczne, ale jakże prawdziwe. A za tydzień białe, lekkie, jak życie nad brzegami Dunaju w maju winko z Pezinka, ze znajomej piwnicy na uboczu Hlavneho.

wtorek, 16 maja 2006

i już

Już mam polskie znaki. Czego nie ma: sushi barów, Amy, mostu williamsburskiego, chasydów na ulicy. Co jest: mizeria, brud w umysłach, nowe znaki drogowe ("w dniach 26. - 28.05 z powodu wizyty papieża objazd dla pojazdów powyżej 12 DMt").
Jeszcze 8 dni i będę w Bratysławie.

czwartek, 11 maja 2006

brooklyn blue...


na wylocie. staram sie o tym nie myslec. odsuwam od siebie depresje, ktora bedzie nieunikniona. dekompresja zawsze jest bolesna. to, o czym myslec tutaj - ze jest mozliwe, ze przeciez wystarczy tylko wziac sie do roboty - juz pojutrze zostanie pochloniete przez te smole, ktora szczeelnie wypelnia kraj nad wisla do wysokosci oddechu. rozmawialismy o tym wczoraj przy kolacji, z Tomkiem i Asia, na ten sam temat byl mail od Rafala z Hati. jedyna strategia przetrwania jest nieustajaca aktywnosc, ale to taka, ktora nie pozwala za bardzo rozgladac sie na boki. moze dlatego zawsze biore na siebie zbyt duzo obowiazkow, to szalenstwo jest pewna forma ucieczki i zawsze odbywa sie troche niepostrzezenie, jakbym wpisujac zadania do kalendarza byla zupelnie gdzie indziej.
poki co, wloczylismy sie dzisiaj po Manhattanie, w dol i w gore Broadwayem, rozkoszujac sie wydawaniem pieniedzy (i jednoczesnie bardzo sie meczac, Bauman ma racje, konsumpcja jest rowniez ciezka praca). nie byly to jakies wielkie pieniadze, ale za to zarobione tutaj. satysfakcja podwojna lub nawet potrojna: w ksiegarni New York University przekonalam sie, ze kupowanie w Strandzie bylo dobrym wyborem; ze kolekcja, ktora zgromadzilam na polkach w domu jest naprawde niezla nawet w tutejszych warunkach. upojona tym sukcesem zaupilam w Staples cardbox do porzadkowania fiszek w kolorze rozowym. inne zakupy obejmuja: torbe manhattan, o ktorej snilam po nocach od ostatniej wizyty, mokasyny o barwie lawendy i kolejna torbe z logo sklepu 'yellow rat bastard'. torby staly sie chyba moja zyciowa pasja, tylko w ostatnich trzech miesiacach kupilam cztery. w zyciu nomady to jednak podstawa. teraz zastanawiam sie, jak to wszystko upchac. (no, przydalaby sie jeszcze jedna torba:-)))))))) zaluje tylko t-shirta z logo linii subwaya, 20 dolcow to jednak za duzo, nawet jak na osobe totalnie w NY zakochana.
w kazdym razie siedzac w restauracji Datong na Broadwayu (oczywiscie rolki z awokado oraz rolki z lososiem i ogorkiem) zapisalam w notesie tylko tyle, ze jestem kompletnie pusta. wrazenia gdzies sie zapadaja. jesli jedna udaje mi sie przysiasc gdzies na dluzej niz 30 minut, to zaraz pojawia sie przekonanie, ze zycie jest piekne. nie tylko na Manhattanie.
i tak wole Brooklyn (z wyjatkiem greenpointu).
jutro moze byc ciezko.
tutaj jest 22.15, tam 4.15. pojutrze bedzie odwrotnie. nie wiem, gdzie napisac: u mnie.

środa, 10 maja 2006

nie brooklynski most


nie, nie brooklynski. williamsburg bridge. ktorym spacerowalismy o 24.00, po koncercie w klubie Tonic, i czulismy sie szczesliwi. rzezby ze swiatla wokol nas, za nami, przed nami. ruch. ludzie jezdza na rowerach spaceruja. za mostem spotykamy shannon, ktora krzyczy: "hey, magic carpathians!". przed chwila byla w tonicu, teraz zmierza na urodzinowe party gdzies tam, w plataninie ulic. wedrujemy dalej i przypomina sie kazdy bliski sercu film: brooklyn boogie, lulu na moscie, dym, clerks, kawa i papierosy, film Spike'a Lee o goracym Brooklynie i MArtina Scorses o jego Nowym Jorku... czuje, ze Wielkie Jablko stalo sie odrobine i moje. dobrze znane ulice (lepiej niz na przyklad w Lomzy czy Olsztynie), ulubione miejsca sniadaniowe (bajgle i kawa), ulubione sushi bary (rolki z avocado sa i tutaj...). przygladanie sie ulicy z poczuciem, ze jestem u siebie. small talk z wlascicielem bookstore'u Albatros przy czwartej ulicy, zawrot glowy w http://www.strandbooks.com - w koncu to 18 mil ksiazek! Dotarcie do polki "social studies" i podpolki "cultural studies" zajelo mi 30 minut, tyle bylo ciekawych rzeczy po drodze. Zwyciezyl obowiazek, zakupilam solidny zestaw kulturoznwczy i medioznwaczy (m.in. ksiazke o reality tv z 2005 r., wiec na pewno bedzie troche swiezych rzeczy). nie znalazlam ksiazki Homi Bhaby, ani Nestora Canclini, na ktore poluje, ale za t natknelam sie na ksiazke Gauntletta Media, Gender and Identity, na ktora poluje od 3 lat. wzcesniej, w albatrosie, zakupilam tomik Carlosa Williamsa Carlosa, jednego z moich ulubionych poetow. 5 dolcow. niewiele za odrobine poezji, ktora ratuje swiat. tak naprawde chcialabym jednak kupowac ksiazki motywowana czystym pozadaniem - kupilabym wtedy cala polke ksiazek o Ameryce i o Nowym Jorku.
A popoludniowa sjeste spedzilismy na gornym MAnhattanie, w cudzym mieszkaniu, gdzie wisza obrazy Picassa (si, si!) oraz Diego Rivery. Ale to dluga historia. O gadach.
Moze innym razem.
w kazdym razie Nowy Jork jest nieobliczalny. krazymy w jego arterich bez strachu, bez nadziei, bez oczekiwan, z dobra energia. zawsze. i za to go kocham.

czwartek, 4 maja 2006

polnoc, polnocny zachod


(fot. - Anna Nacher)

od ostaniego wpisu minelo zaledwie kilka dni (raptem cztery), a oznaczaja dla mnie cala epoke. od Davis w Kalifornii, ktore jest wlasciwie duzym kampusem, po Seattle w stanie Waszyngotn (a po drodze bardzo mily przystanek u dziewczyn z kapeli punkowej w POrtland). Udalo nam sie w koncu pojechac do Seattle samochodem, z Larrym (DJ, pol krwi Indianin z poludniowej Kalifornii, ktorego mieszkanie w SAcramento przypomina duza kaplice wyznawcy Santerii, czlowiek nadzwyczaj serdeczny i obdarzony sklonnoscia do tubalnego smiechu) oraz Andym (dzwiekowcem z rozglosni KDVS w Davis) - rozwazalismy opcje: Greyhound, kiedy okazalo sie, ze Andy dysponuje samochodem i chce pojechac z nami do Seattle (16 godzin jazdy). Wczesniej zagralismy w Davis 3 koncerty - w schronie przeciwatomowym (bardzo dziwne miejsce), w Delta of Venus oraz w 97 minut zupelnie improwizowanej sesji w bardzo ciekawym akustycznie holu rozglosni (z Amy z Living Breathing MUsic). Po drodze zajechalismy do niezwyklej galerii Richarda TRacy w Centralii miedzy Portland a Seattle - niesmaowite rzezby i instalacje z odpadkow, przypominajace troche rzezby Hasiora. Prace Richarda mozna zobaczyc w w albumie Icons wydanym przez Taschen. Kilka rzeczy, ktore powiedzial nam Richard w swoim monologu, zabrzmialo przedziwnie: na przyklad, kiedy z uporem prowadzil nas w kierunku samochodu z przyciemnionymi szybami, zeby pokazac, ze rzezby nabieraja dopiero wlasciwego wyrazu, kiedy sa odbite w szybie. "Everything is in mirror, mirrors are everywhere" I tylko czesciowo mozna to uznac za przejaw nieco schizofrenicznej wrazliwosci Richarda.
Krazylismy dzisiaj caly dzien po Seattle, a na zakonczenie udalismy sie na plaze. Tutaj, na skrawku asfaltu, poznalismy dwojke muzykow, ktorzy grali gesty, mocno improwizowany set. Po chwili rozmowy dalam sie wciagnac we wspolne muzykowanie i dalo nam to prawdziwa przyjemnosc. To piekny swiat, kiedy ludzie po prostu rozkladaja sprzet i muzykuja dla samej przyjemnosci i nie sa to rzewne ballady Led Zeppelin.
Ledwo starcza mi czasu, zeby to wszystko przyswoic. CZuje sie pusta, calkowicie wyczerpana i marze o kilku tygodniach, zeby to sobie jakos poukladac. Ale pozniej bedzie jeszcze trudniej, bez tego entuzjazmu, ktory tutaj przepaja wszystko.
Wlacznie z niezwyklym miejscem, w ktorym stacjonujemy. Gdyby ktos powiedzial mi 3 lata temu, ze bedziemy pic poranna kawe w duzym lofcie (na parterze) Sun City Girls i toczyc fascynujace rozmowy z Allene Bishopem do 3 rano... to temat na osobna narracje i nie wiem, jak znalezc na to kawalek wolnej przestrzeni w moim nadzwyczaj przepelnionym i lekko afukncjonalnym umysle.