niedziela, 28 lutego 2010

sporty zimowe

I wyszło na moje - w sportach zimowych jesteśmy mocni :-) Jestem wprawdzie niepocieszona, że nie ma Polakow w żadnych sportach alpejskich (nie licząc zawodniczki, której nazwiska nie pamiętam i nie chce mi się sprawdzać, ale i tak szanuję za próbę startu w ogóle), ale co tam... Kibicowanie Justynie Kowalczyk na przemian z kibicowaniem Wielkiemu Bode to jedna z najfajniejszych okazji sportowych roku - i nareszcie przydał się Eurosport. Zwłaszcza po wyłączeniu polskiej ścieżki jęzkowej (choć komentatorzy tutaj to i tak szczyt profesjonalizmu w porównaniu ze studiem TVP, jak donieśli Znajomi Królika). Okazje sportowe ujawniają wszelkie narodowe psychozy, m.in. tendencję do popadania w skrajności (emocjonalnie niezrównoważenie na miarę borderline personality). A Bode jest wielki, nawet, jeśli odpadł z giganta, bo ma osobowość i stać go na totalną niezależność. Słuchać już nie mogę o "klątwie Fortuny" (zawsze to lepiej zrzucić winę na "czynniki magiczne" niż na nieudolność zasiedziałych aparatczyków z wszelkich związkow sportowych w tym kraju - no, może z wyjątkiem Tajnera), wstyd i żenada podkreślać na każdym kroku, że to pierwszy złoty medal od 38 lat (ba, okazuje się, że ja TEŻ nie pamiętam Wojceicha Fortuny w Sapporo, co okazuje się, podniosło mnie duchu - że mój wiek nie aż tak sędziwy jeszcze), kolo prowadzący studio olimpjskie w TVP ucieleśnia wszystko, co najgorsze w polskim dziennikarstwie (włącznie z fatalną fryzurą), podobnie jak Durczok, Kajdanowicz i inni megalomani wizji. W tym wszystkim jednak łza się w oku kręci - dziewczyny na biegowkach walczyły do końca, uparcie, kompetentnie i z pasją (najbardziej ujęła mnie zawodniczka, która walczyła o 41 miejsce tak, jakby to był złoty medal). No respect po prostu.
A wieczór zakończyliśmy - nieoczekiwanie - późno w nocy, przypadkiem trafiając na MTV2 na niejakiego Dizzee Rascala, totalny odlot. Jaka energia, groove i siła! Szkoda, że polski, wymoczkowaty i zrzędzący hip hop nie dorasta kolesiowi do skrawka pięty!

środa, 10 lutego 2010

L'incoronazione di Poppea

Muszę zapisać, bo inaczej zapomnę: genialne wykonanie opery Monteverdiego L'incoronazione di Poppea w wydaniu zespołu La Venexiana (właśnie skończyłam oglądać na Mezzo, nie mogłam się oderwać prawie przez trzy godziny). Głosy solistów wydają mi się idealnie odpowiadać wrażliwości i smakowi muzyki Monteverdiego. Z Monteverdim mam niezłą jazdę, WSZYSTKO tego kompozytora trafia mnie absolutnie celnie - a opery właściwie nie lubię, z wyjątkiem Monteverdiego, Roberta Ashley i Meredith Monk :-). Jak mój ukochany utwór wszechczasów, czyli Lament Nimfy z Ottavo Libro dei Madrigali (w pewnym sensie był bohaterem filmu Agnes Jaoui z 2004 r. Comme une image, czyli w Polsce Popatrz na mnie). W wersji La Venexiany jest nieco odmienny niż u Rinaldo Alessandriniego. Jak tylko kiedykolwiek i na jakimkowiek nośniku ukaże się Koronacja Poppei La Venexiany, to proszę siły kosmiczne, żeby skierowały to na moją półkę. I co zrobić, wysupłam pewnie tę koszmarną kasę, żeby ich usłyszeć na Misteria Paschalia.
W ogóle muyzka baroku odsłania nieco inne oblicze, kiedy wcześniej słuchało się inetnsywnie np. ... Johna Zorna albo (z innej przegródki) Giacinto Scelsi.
I to chyba też efekt pobytu na Północy, bo tak samo było w lecie - po powrocie jakoś inaczej wszystko się słyszało i odbierało.

Inukshuk

Za 2 dni zaczyna się kolejna olimpiada zimowa - tym razem w Vancouver. Choć takie imprezy wzbudzają mieszane uczucia, zwłaszcza jeśli chodzi o ochronę przyrody i relacje z tzw. indigenous people (wystarczy wspomnieć, że w Lillehammer w 1994 nie zaśpiewala Mari Boine, nie chcąc być traktowana jako "token", czyli wymówka organizatorów mająca pokazywać ich szlachetne intencje), to igrzyska w Vancouver odrobinę się różnią pod tym względem: symbolem igrzysk jest Inukshuk (a właściwie przyjęty w całej Kanadzie Inalaak), czyli znak służący do orientacji w terenie, ale także coś w rodzaju ducha opiekuńczego Inuitów, siłę, która ma nas w swojej opiece, kiedy jesteśmy w podróży. Ciekawe, czy polskie media to w ogóle zauważą? Po drugie, zimowej olimpiadzie w Vancouver towarzyszy też projekt społeczny - sponsorowany pzrez Nike, nic dziwnego (dobrze znamy te strategie) - faktem jest jednak że dla wielu dzieciaków z osad na kanadyjskiej Północy, gdzie nie prowadzi żadna droga ani kolej, jest to naprawdę coś znaczącego. Gdybym nie była w Kanadzie i gdybym nie widziała, jak świadome postkolonialnych strategii są tamtejsze organizacje i agendy First Nations, byłabym bardziej podejrzliwa...

dear reindeer


Tym razem dłuższa przerwa w zapiskach oznacza tygodniowy wypad na (dość) daleką Północ, czyli do Jokkmokk. Śmiejący się renifer obok dobrze obrazuje moje tam samopoczucie. Ciągle nie potrafię za bardzo ująć w słowa mojego szaleństwa arktycznego - nie ulega jednak wątpliwości, że jest to coś w rodzaju arctic fever, bo jak tylko widzę przed sobą otwartą przestrzeń pokrytą śniegiem, to natychmiast ruszam przed siebie bez zastanowienia. Kto by pomyślał, że taką przyjemność może sprawiać mroźne powietrze, słońce i śnieg po pas... Nawet w -26 stopniach czuję się ekstatycznie, choć uśmiech lekko zamarza na twarzy. Zdecydowanie przypomina to inne formy oszołomienia.
Jokkmokk było bajkowe, wiedzieliśmy, że jest bajkowo już na lotnisku w Lulei. Sama się zdziwiłam, jakim zaskoczeniem może być to, że śnieg jest tak bezwarunkowo, oślepiająco biały. Po krakowskiej brei (a nawet niżej w Tatrach wprawne oko może dostrzec na powierzchni dłużej leżącego śniegu lekki osad z sadzy). I kiedy jest go tak dużo, to wraca człowiekowi dziecięca radość tarzania się w białym puchu, zupełnie bez konsekwencji, bo dobrze zmrożony śnieg nie topi się i nie moczy ubrania. Kwintesencja świeżości i oddechu pełnią płuc.
Czas w Jokkmokk wykorzystałam na nagrywanie soundwalków (hmmm, zakupione w lecie w Nikkaluokta rękawice Hestra okazały się zbawienne), warsztaty joiku z Peterem Nilsem Stålka oraz dość intensywną pracę w cudownej bibliotece saamskiej Aja. Trafiłam na trop zupełnie niezwykłej opowieści o joiku Nilsa Mattiasa Anderssona, Renhorden på Oulavuolie, czyli Stado z Oulavuolie, nagranego w ramach projektu dokumentacji joik Sveriges Radios förlag prowadzonego w latach 50-tych, a wydanego po raz pierwszy w postaci książki i dwóch płyt w 1969 r. Właściwie wszystkie historie zamieszczone w tym wydawnictwe były niezwykłe (o nagraniu spontanicznego joiku Nilsa Hotti podczas podróży saniami z Karesuando do Kautokeino, co Israel Ruong, autor nagrania i joiker jednocześnie, nazwał "najbardziej autentycznym nagraniem joiku, jakie kiedykolwiek zostało zarejestrowane"). Historia Nilsa Mattiasa Anderssona jest jednak jeszcze bardziej niezwykła, bo ta pieśń o minionych latach ze stadami reniferów na górze Oulavuolie zostala przez niego wykonana... tylko raz. Na szczęście towarzyszący Anderssonowi rejestratorzy uchwycili ten niezwykły moment, kiedy ponad 80-letni pasterz reniferów powrócił za pomocą joiku do czasów, w których prowadził szczęśliwe życie nomady na stokach Oulavuolie. Słuchałam tego niesamowitego, wzruszającego (kiedy się zna jego historię) nagrania w archiwach Aja w Jokkmokk, za oknem zapadał arktyczny zmierzch i wszystko zdawało się wygasać, a w słuchawkach pojawiał się głos, który ulegał transformacji, jakby gdzieś spod spodu pojawiała się inna opowieść i inny głos, inna postać. Teraz mam kolejny mały cel w moim joikowym projekcie: zdobyć to nagranie. Mam w swojej kolekcji jedną z najwcześniejszych terenowych rejestracji joiku, wykonaną przez słynego Karla Tirénsa w latach 40-tych, ale projekt szwedzkiej rozgłośni radiowej z lat 50-tych to kolejna perełka.
Wieczory spędzaliśmy miło w towarzystwie naszych szwedzkich współlokatorów (dzieliliśmy wspólnie dom, a więc kuchnia stała się naturalnym centrum towarzyskiej aktywności): Davidem i Lilą oraz Matsem i Gun. David specjalizuje się w budowie saamskich łuków i pasjonuje go tak jak nas - wszystko, co dotyczy kultury Północy, więc mieliśmy mnóstwo wspólnych tematów, uznaliśmy nawet, że drugie miejsce Justyny Kowalczyk w kanadyjskiej Albercie (szwedzka telewizja właśnie transmitowala wydarzenie) jest OK, bo wygrała Szwedka, Christine Kalla, która - wg Davida - ma saamskie korzenie. Mats z kolei okazał się pasjonatem szwedzkiej muzyki ludowej i dzielił się z nami rzeczywiście interesującymi nagraniami ze swojego odtwrzacza MP3 (brzmiałt jak zdecydowanie bardziej interesujące wersje polskiej muzyki ludowej środkowej i północnej Polski, więc puryzm polskiego środowiska folkowego z jego lekko nacjonalistycznym - a bywa, że wręcz szowinistycznym - odcieniem, jest naprawdę zabawny). Gun okazała się duszą towarzystwa i jej opowieściom o rozmaitych drobnych wydarzeniach życia codziennego nie było końca (jest coś w tym skandynawskim upodobaniu do żywego słowa i tradycyjnych form kultury oralnej - tutaj ludzie po prostu lubią sobie opowiadać rozmaite historie siedząc przy stole i nie są to dyskusje, w ktorych trzeba kogoś do czegoś nakłonić, albo narzucić swoje racje). I tak dowiedzieliśmy się, że szwedzki szef kuchni z Muppet Show jest wzorowany na postaci autentycznej, która mieszka w okolicy Matsa i Gun, czyli w szwedzkiej Dalarnie.

Najważniejsza jednak była i tak Wielka Cisza, jaka nieodmiennie jest tutaj wpisana w krajobraz. To zdjęcie zrobiłam właściwie nad Zatooką Botnicką, w Lulei, gdzie granica między morzem, lądem i jeziorami jest nieuchwytna i nieokreślona i gdzie przestrzeń smakuje najlepiej, jak to możliwe. W Lulei spotkaliśmy jeszcze Andersa i Annelie, czyli Kapelusik! i Moonshake Festival, któremu zawdzięczamy pierwsze nasze kroki na trochę dalszej północy. Zabawne, kiedy dwa lata temu wyruszyliśmy w naszą legendarną podróż do Jokkmokk z Andersem, wydawało nam się, że jedziemy na Bardzo Daleką Północ. Dzisiaj myślę sobie, przekraczając krąg polarny (oznaczony odpowiednią tablicą 7 km na południe od miasteczka) "to zupełne Południe Północy".
Aha, tym razem też renifery nie chciały nas wypuścić - w powrotnej drodze do Lulei, kierowca autobusu znowu musiał wykazać się refleksem, żeby ominąć jakiegoś zagubionego na drodze rena. Przyszedł powiedzieć nam "see you soon".

poniedziałek, 1 lutego 2010

na Północ!

Rok zacząl się też nieszczególnie, jeśli kontynuować poprzedni wątek, bo ostatnie 4 tygodnie upłynęły pod znakiem totalnego zmęczenia, wyczerpania i wypalenia. Nie tylko z powodu nawału pracy; również ze wzgledu na to, że często była to sytuacja mocno stresująca. Może dlatego bardziej logiczne wydaje mi się to, że styczeń jest osttaniem miesiącem roku księżycowego. Zawsze czuję, że to miesiąc najtrudniejszy w roku.
A jutro uciekam na Północ, do pustki, śniegu i mrozu. To nic, że podczas Jokkmokk Markand trudno o taką zupełną pustkę, bo dla miasteczka to okres największego w roku ruchu, a Jokkmokk to jeszcze daleko od tundry. Wizja spaceru nad jeziorem, kiedy długo wschodzi słońce ok. 10.00 (bo już wschodzi!) i tak jest jednak kusząca - a tym razem będą zaprzęgi reniferowe i warsztaty joiku. W Skandynawii smak pustki kryje się właściwie na każdym kroku i ma to coś wspólnego z emcocjonalną oszcżędnoscią kultury luterańskiej, bliskiej w niektorych aspektach oszczędnej estetyce buddyzmu zen. Na razie jest to dla mnie niedościgniony ideał (a nie jestem pewna, czy na pewno chcialabym go realizować), ale bardzo inspirujący i dający oddech. Coś, czego w styczniu bardzo mi brakowało.
Jutro wieczorem - mam nadzieję - dobrze znany Ryggefjord Hostel w Sztokholmie, a we środę już samolot do Lulei z ulubionego lotniska Arlanda, później jeszcze autobus do Jokkmokk. Ech, Skandynawia, już mi się lepiej oddycha (nawet jeśli aktualnie -27 w Jokkmokk).
AAA!!! i nareszcie prawdziwa sauna!! Boskie bastu.

Kocia R.I.P.

Rok zaczął się nieszczególnie - to kolejny powód, dla którego chyba wolę kalendarz księżycowy, czyli taki, w ktorym początek roku wypada wraz z nowiem w lutym. W sobotę ok. 15.00 zmarła Kocia. Przetrwałyśmy razem 17 lat, kilka mieszkań, różnych facetów, różne konfiguracje. Od jakiegoś czasu było wiadomo, że umiera, ale te ostatnie godziny i tak były poruszające, zwłaszcza ostatnia doba, kiedy bardzo szukała naszego towarzystwa i spokojna była tylko wtedy, kiedy któreś z nas trzymało ją na kolanach, nie mogła już pod koniec chodzić, stopniowo traciła siły (najpierw powłóczyła tylnymi nogami zataczając się jak po narkozie, a później już po prostu leżala na sofie). Cieszę się, że odbyło się to bez medycznej interwencji - zadzwoniliśmy wprawdzie do pani weterynarz (przy okazji: przychodznia weterynaryjna na Chmieleńcu to naprawdę świetni fachowcy i ludzie rozumiejący zwierzęta oraz ich właścicieli), bo wydawało się, że kot bardzo się męczy, ale były to ostatnie chwile i po upływie 20 minut od telefonu było wiadomo, że wizyta z zastrzykiem skracającym Koci cierpienia nie będzie konieczna. Żałuję, że nie doczekaliśmy cmentarza dla zwierząt w Krakowie. Nie przechodzą mi przez gardło slowa "zdychać" i "grzebalisko", bo to... nieludzkie. Kocia była jednym z domowników i pustka po jej śmierci jest wyraźna - małe futrzane zwierzątko, a taka Nieobecność... To żaden sentymentalizm - każdy, kto miał szansę życia ze zwierzęciem pod jednym dachem wie, że to szczególny rodzaj więzi i szczególna forma komunikacji. Jestem nieskończenie wdzięczna za to, czego Kocia mnie nauczyła i że udało nam się spędzić wspólnie te 17 lat. Bez niej byłabym inną osobą. Szczególnie takie chwie, kiedy człowiek musi się konfrontować z własnym egoizmem, wykazywać cierpliwością, kiedy się człowiek wścieka na kota (bo potrafią zaleźć za skórę!), a po kilku minutach wściekłość się rozpuszcza - jeszcze jedna forma praktyki. Na końcu otrzymaliśmy jeszcze piękny epizod odchodzenia, rozpuszczania się formy, wytrwania, naukę o źródłach cierpienia i o ustaniu cierpienia, o Czterech Szlachetnych Prawdach.