czwartek, 27 lipca 2006

sesja

w międzyczasie skończyliśmy nagrywać nowy materiał. trwało to jakiś miesiąc (regularna praca co tydzień), nareszcie mamy studio pod nosem i nie trzeba nigdzie jeździć. trochę zaskakująca muzyka, również dla nas. Po raz pierwszy wydamy płytę bez głosu, wyłącznie instrumentalną. "Królową Śniegu" (zmiksowaną przeze mnie z terenowych nagrań zimowych + głos) zostawiamy na jakąś inną płytę, być może będzie to moja solowa płyta, a może pójdzie na split z Merzbowem (też dla VIVO).
Pojutrze w nocy ruszamy do Tolmina (nareszcie!), jednak przez Budapeszt, a nie przez Wiedeń, pociągiem. Znowu wsiądziemy do znajomych wagonów, tym razem Hidasnemeti zostanie za szybą...

poniedziałek, 24 lipca 2006

wyprawa węgierska


o 3.05 w nocy wysiedliśmy z pociągu budapeszteńskiego, żadnej uchwytnej różnicy, jeśli chodzi o temperaturę i gęstość powietrza... ale po kolei.

Dzień pierwszy - 20.07
wyszliśmy z pociągu w Hidasnemeti trochę za wcześnie, podszedł do nas kolejarz z groźną miną i kazał wsiąść z powrotem do pociągu - nie było jeszcze odprawy paszportowej. wreszcie wysiedliśmy po raz drugi (a rowery stały na peronie) i już wszystko było OK. znalezienie drogi na Gonc (brakuje mi węgierskich znaków) nie było takie trudne i już po ok. godzince piliśmy sobie znakomitą kawę w wiosce Goncruszka (nadaliśmy jej kryptonim Goncgruszka), w jakejś wiejskiej korcsma przydrożnej (karczma, jasne!), pod olbrzymim orzechem. Tak właśnie kojarzą mi się rowerowe Węgry - ciepłe, aksamitne poranne powietrze i znakomita kawka gdziekolwiek. Poczucie zagubienia (bo ledwo takie miejsce istnieje na mapie i nikt by nas tam nie wypatrzyl) i odnlazienia (bo odnajduję się poza wszystkimi terminami i pieklem kalendarza zsynchronizowanego z organizerem i zegarkiem). A później ruszyliśmy - smak wolności czuję tylko na rowerze. to najwłaściwszy sposób podróżowania wakacyjnego, w samochodzie jest się oddzielonym od przestrzeni, ciągle trzeba czegoś pilnować, zawsze coś jest zapakowane w innym miejscu, niż by się chciało, zatrzymanie się w miejscu, które wydaje się interesujące, zazwyczaj jest impulsem nie w porę (bo zakaz skrętu, bo nie ma gdzie zaparkować, bo jest za gorąco) - jednym słowem, kula u nogi. Na rowerze ma się ze sobą tyle, ile potrzeba (niewiele) i w tych skromnych zasobach jest się panią swojego losu. Do moich skromnych zasobów zaliczyłam tym razem "Pasaże" Benjamina - wozić ponad 1000 stron na rowerze jest łatwiej, niż nosić w plecaku.
Po lewej majaczyły nam Zempleni-hegy (czyli Wzgórza Żemplińskie), gdzieś przed nami krył się Tokaj, o którym marzyliśmy od kilku lat, od chwili, kiedy przejechaliśmy kiedyś samochodem most nad Cisą (oczywiście - nie zatrzymaliśmy się wtedy, bo trzeba było jechać dalej). Wioski węgierskie są niezwykle urocze, czyste, zadbane, kwiaty w niesamowitych miejscach (np. na przystanku autobusowym albo na słupach z oświetleniem). W takiej wiosce chce się - i można - zatrzymać. W Vizsoly przepiękny kościół kalwiński (zbudowany w XIII w.), jeden z tych reformatus templom, które tak licznie spotyka się w północnych Węgrzech. Bardzo lubię tam wchodzić - skromne wnętrze, atmosfera skupienia, żadnej nawiedzonej barokowej psychozy. prawie zupełnie świeckie wnętrze i brak ołtarza. Zachodni odpowiednik zen, w pewnym (dość odległym) sensie. Oprócz tego kościół rzymsko-katolicki i cerkiew. Przy wyjeździe ze wsi winne piwniczki, cała dzielnica. Po drodze majaczy sylwetka niesamowitego zamku Boldogkovaralja Niestety, strona www - podobnie jak Vizsoly i wielu innych miejsc - tylko po węgiersku. Pozostaje nauczyć się w końcu tego języka.
Robi się jednak coraz goręcej, do zamku 2 km raczej pod górkę (trzeba zboczyć z trasy), zadowalamy się więc majestatyczną sylwetą, która towarzyszy nam przez kilka kilometrów. W Tallya czas na sjestę. Zapadamy w ponad dwugodzinną drzemkę na jakichś ławkach w parku otaczającym miejscową szkołę (kiedyś był to chyba pałac, sądząc po piktogramach). Ruszamy dalej ok. 14.00 i szybko okazuje się, że upał jest straszliwy. Zwłaszcza, że droga prowadzi przez ścierniska, z których ciepło bucha, jak z otwartego pieca, a droga zaczyna wznosić się na mniejsze i większe wzgórza. Każda góra (nawet najwyższa) ma jednak dwa końce i kompensujemy sobie wylany pot przyjemnie zjeżdżając do Mad. Wioska jest absolutnie niezwykła, z pięknymi domami, olbrzymią, świeżo odrestaurowaną piękną synagogą, którą - jak można wywnioskować z tablicy - zbudowali Litwacy i Żydzi z Polski. Jest oczywiście reformatus templom, ale nie udaje się zajrzeć do środka.
Wybieramy boczną drogę i przez Tarcal podążamy do Tokaju. Gorsze od jazdy pod górę w pełnym słońcu jest tylko zmaganie się z równiną w pełnym słońcu. Nie cierpię równin! Jazda na rowerze męczy mnie tysiąc razy bardziej niż górskie odcinki, gdzie wprawdzie wiele potu wsiąka w rękawiczki (konieczne, żeby zmieniać przerzutki), ale za to te zjazdy! te widoki! I wysiłek jest może intensywniejszy, ale za to zawsze później przychodzi ten moment upajania się prędkością odczuwaną całym ciałem, a nie tylko przez szybę samochodu. Dojazd do Tokaju dłuży się niesłychanie. Zwłaszcza, że rzekoma boczna droga wcale nie jest taka boczna i TIRy co i rusz prawie spychają nas na pobocze.
Wreszcie - jest. Cisa, most, restauracja nad brzegiem. Centrum Tokaju za rogiem. Nie mamy siły szukać dalej, sałatka grecka okazuje się nieporozumieniem, ale za to wino... genialne. Znajdujemy kemping (Tisza Virag) i dostajemy pokoik za ok. 90 zl (na dwie noce!). Bardzo czyste łazienki, przyjemnie urządzony bufet, na miejscu wino tokajskie (a jakże). Ciepły wieczór zachęca do spaceru, rozkoszuję się atmosferą małego, sennego miasteczka z czymś w rodzaju małego ryneczku (z paskudnym Tokaj Aruhaz - czyli domem handlowym chyba - na jednaj ścianie), gdzie mieszkańcy przychodzą, żeby się spotkać i porozmawiać. Nie czujemy się tutaj obco, wbrew pozorom nie ma wielu turystów (nie licząc krzykliwych, jak zwykle Rosjan - okrzyk "Ruski w gorodie!" zabrzmiał trochę... hm... jak to ująć i nikogo nie obrazić... - i polskich rodzin w drodze nad ciepłe morza, pojedynczych grupek Francuzów i Niemców). Tokaj jest taki, jaki sobie wymarzyliśmy.

Dzień drugi - 21.07
Leniwy. Kawa w Bachus Etterem (kombinacja pizzerii z cukiernią) na rynku, lektura Benjamnina na laweczce w cieniu. Upał. Czasem moczymy się przy studni albo jemy lody. Zmiana ławek na bardziej zacienione w pobliżu parafii ewangelickiej, w bardzo urokliwym zakątku, jak z obrazów Friedricha - omszałe pomniki i kamienne mury pokryte bluszczem. Drzemka za wczoraj, za dziś i za ostatnich kilka miesięcy. Refleksy słońca na pniu i liściach platana wyraźnie odcinających się od błękitu. Głosy wilg i brzęczenie much.
Po południu wypożyczamy canoe i ruszamy w górę Bodrogu a potem jeszcze trochę Cisą. Obie rzeki piękne, ale woda nie zachęca do pływania. Lepiej pozostać przy własnej florze bakteryjnej. Przyjemność zakłócają odgłosy grzmotów, dalekie błyskawice i podmuchy wiatru. Zbiera się na burzę, więc przybijamy do brzegu.
Szybki prysznic i ruszamy do centrum. Burza rozeszła się gdzieś po bokach. Kręcimy się bez celu tu i tam. Odkrywamy piękną synagogę, właśnie zakończono odnawianie. Jest piątek wieczorem i na ulicach spotykamy Żydów podążających do synagogi: cała rodzina a dziećmi, młody chłopak, starszy pan w czarnym kapeluszu - coś, czego u nas nie da się już właściwie zobaczyć, albo bardzo nieczęsto. A przecież to żywa wyrwa w organizmach wielu miast - część naszej pamięci, która zanikła, którą zniszczyliśmy; ludzie, których już nie ma; kultura odświeżana tylko od święta i z oporami, sprowadzana do roli muzealnego eksponatu. Przypominamy sobie rozmowę z Lanny Harrison w Nowym Jorku - jak trudno o polsko-żydowskiej historii rozmawiać bez emocji i jak wiele emocji jednak drzemie w ukryciu. Zresztą, co to znaczy, polsko-żydowskiej? Czy da się przeprowadzić wyraźną kreskę? Im mocniej będziemy wypierać tę część naszej pamięci, tym ubożsi będziemy. Czuliśmy to w Nowym Jorku, czujemy to w Tokaju.
Przypadkiem - ale przecież nie ma przypadków - trafiamy na koncert muzyki dawnej w urządzonej w kościele galerii. Francuskie tańce barokowe brzmią tutaj znakomicie - tylko na żywo można docenić klawesyn - bogactwo i barwy brzmienia, głębokość rejestrów basowych... Szkoda, że nie będzie nas tutaj za dwa dni - w programie mój ulubiony Telemann...
Dzień kończymy na wyśmienitych langoszach, przy których uwija się cała rodzina - dziewczyna świetnie mówi po angielsku, co jest dużą ulgą. Warto poczekać, aż nadejdzie nasza kolei i świeżo wyciągnięte z gorącego oleju placki trafią do naszych rąk.
Jeszcze tylko wizyta w słynnych piwnicach Rakoczych, gdzie - oprócz smakowania tokaju - daje się schronić przed upałem.

Dzień trzeci - 22.07
Awanturniczy. Decydujemy się nas wjazd wgłąb wzgórz, o których piszą w ulotkach informacyjnych, że są "nietknięte ludzką ręką". Brzmi zachęcająco. Niczego nie planujemy, prócz tego, żeby dotrzeć do wioski Basko, gdzie kończy się asfaltowa droga, ale gdzie - jak się wydaje patrząc na inne mapy - powinny być jakieś leśne drogi na drugą stronę wzgórz. Jak się uda, to wieczorem znajdziemy się w Sarospatak. Początek niezły - w Bodrogkeresztur nabywamy morele prosto z drzewa. Z dwoma kilogramami z głodu nie zginiemy. Na drodze ekspresowanej pojawia się znak "zakaz poruszania się rowerów", co oznacza, że kierują nas na boczną, równoległą do oblężonej "37". I dobrze, nareszcie odpoczynek od TIRów. W Szegilong zjeżdżamy w kierunku Erdobenye, które okazuje się kolejną uroczą wsią (małym miasteczkiem) pełną piwnic winnych, a później dalej, w kierunku "kopców". Za wsią robi się rzeczywiście dość odludnie - to są Węgry, które kochamy - laski dębowe, pojedyncze drzewa na łąkach pokrywających wzgórza, otwarta przestrzeń. Z daleka słychać odgłosy burzy, ale niespieszne, jedziemy więc dalej. Droga do wsi Sima okazuje się być niezłym podjazdem (bo wcześniej zjeżdżaliśmy z przełęczy przyjemnie zacienionym laskiem bukowym). W Sima na znużonych wędrowców czeka coś, co można sobie tylko wymarzyć - bardzo przyjemnie zadaszony przystanek autobusowy, a właściwie piękna, drewniana altana z - a jakże inaczej - studnią w pobliżu. Poczekamy tu, aż przejdzie burza. Jest sielsko. Wioska raczej letniskowa, ale w ogóle wioski węgierskie nie są wsiami chłopskimi, jak u nas, gdzie w niedzielę można oberwać za sam fakt bycia obcym i gdzie coś takiego, jak dobro wspólne po prostu nie ma racji bytu (tu jeszcze nie widzieliśmy zniszczonej ławki czy rozbitej szyby w budce telefonicznej). Mitologię wsi w Polsce (gdzie tradycje chłopomańskie mają przecieć dość mocne korzenie, jak wiadomo z literatury) mogą uprawiać tylko ci, którzy trafiają tam od święta albo ci, którzy lubią wiejską, siermiężną rubaszność zaprawioną sporą dozą mocnych alkoholi.
Burza powoli przemieszcza się gdzieś nas południe, decydujemy się więc na Basko. Znów przepiękny odcinek drogi, niemal zupełnie pusty, jeśli nie licząc pary orłów, które patrzą na nas z góry. Basko jest inną wsią, niż te, które mijaliśmy po drodze. Nie możemy oprzeć się wrażeniu, że silniejszy tutaj element wołoszczyzny, którą u nas zna się z wysoko położonych przysiółków. Jak było do przewidzenia - asfalt znika, kamienista droga wchodzi w las. Niczym nie zrażeni pniemy się do góry. Na razie kierunek się zgadza, topografia też. Tyle tylko, że nasza mapa, to drogowa mapa całych Węgier... Towarzyszą nam błękitne wstążki zawieszone w regularnych odstępach na drzewach, uznajemy więc, że dokądś nas ta droga zaprowadzi. Sytuacja zaczyna się komplikować, kiedy droga ostro skręca na wschód (a powinniśmy na północ) i zamienia się w drogę zrywkową z potężnymi koleinami wyżłobionymi przez ciężki sprzęt leśny... Brniemy dalej, bardziej prowadząc rowery (a raczej przenosząc je przez potężne wądoły) niż jadąc, sprawę pogarszają całe stada gzów (muszą tu być gdzieś w pobliżu jeszcze jakieś duże ssaki - oprócz nas oczywiście, za chwilę okazuje się, że dziki). Robi się coraz mniej zabawnie, ale za to interesująco. Kompletnie nie wiemy, gdzie jesteśmy. OK, na Węgrzech, w Zemplen-hegy. Góra dzień drogi od najbliższych wsi w każdym kierunku. Ale... cywilizacja zniknęła nam za plecami a od północy znów się chmurzy i grzmi. Rozmyślając nad nietrwałością ludzich śladów na Ziemi staram się nie myśleć, że są to wzgórza wulkaniczne i nie przypominać sobie, jak wyglądała burza, którą przeżyliśmy kiedyś na innej wulkanicznej górze, Poljanie na Słowacji, gdzie pod drzewami leżały świeże drzazgi ponad metrowej długości odłupane przez pioruny... Droga zrwykowa konsekwentnie zmierza jednak w dół i zaczyna w ogóle przypominać drogę leśną. Słychać głosy - to jacyś węgierscy rowerzyści (na górakach, my na trekkerach obiążonych dodatkowo sakwami), na szczęście znają angielski. Patrzą na nas i chyba trochę się podśmiechują po udzieleniu nam informacji, gdzie właściwie się znajdujemy (zwłaszcza, kiedy wyciągam tę naszą mapę drogową Węgier...). My też się z nich podśmiechujemy w duchu, bo wiemy, co ich za chwilę czeka. Rozstajemy się więc w ogólnej wesołości. Okazuje się, że jesteśmy blisko Erdohorvati, a więc zrobiliśmy dużo większy skrót (i dużo dla nas dogodniejszy) niż pierwotnie planowaliśmy (bo liczyliśmy, że uda się dojechać do Mogyoroski).
Zjeżdżamy i zjeżdżamy, rowery ledwo wytrzymują naprężenia i obciążenia (zastanawiam się, ile wytrzymają moje piszczące żałośnie hamulce). Ale - jest! jest! Prawdziwy asfalt! Prawie całujemy czarną nawierzchnię. I myjemy się przy studni, bo inaczej ludzie we wsi mogliby nas wziąć za duchy gór albo coś w tym rodzaju (mieszanka smaru i czerwonego błota, w które wielokrotnie wpadaliśmy). Na dole zatrzymujemy się przy karczmie. Jeszcze nigdy Schweppes Lemon nie smakował tak, jak teraz (zagadka: dlaczego nie ma go w Polsce, to musi byc jakiś UKŁAD). Zatrzymujemy się przy stosiku z preclami obok jakiegoś domu. Dwóch mężczyzn, jeden zagaduje nas po polsku. Jest dość zagadkowy, mówi, że ma polskiego psa i rzeczywiście woła na niego Reksiunio. Okazuje się, że jego przodkowie przybyli tu przed 400 laty i że okoliczne wsie były zasiedlone przez przybyszy z pogranicza polsko-słowackiego (m.in. z Orawy) - rzeczywiscie, w Basko widzieliśmy tablicę powitalną po słowacku. Jego dziadkowie nosili nazwisko Ladomirski. Zaprasza nas do swojej piwnicy i już po chwili raczymy się znakomitym winem. Mówi o sobie, że jest nie tyle winiarzem, ile tym, co Francuzi nazywają "viticultureur" - czyli bardziej zajmuje go uprawa winorośli. POkazuje nam specjalny rodzaj pleśni pokrywający ściany poiwnicy. Na pożegnanie dostajemy butelkę wyśmienitego winka. Po wypitych dwóch szklaneczkach mam nadzieję, że nie spotka nas patrol z alkomatem.
Z Erdohorvati przez Tolcsvę zjeżdżamy do Sarospatak. Tu kłopoty z noclegiem, wszystko zapełnione. Kierujemy się do ciepłych źródeł i w końcu rozbijamy namiot na przyjemnym (ale ogromnym) kempingu z niewielkim basenem. Po rozbiciu namiotu i zabiegach toaletowych mamy siłę już tylko na posmarowanie kromek chleba pastą paprykową. W środku nocy budzi nas wesoła grupka młodych Hunów, którzy przedłużają sobie nocną imprezę dużo ponad miarę. Zwłaszcza koleś o tubalnym głosie wydaje się być uzależniony od wrzeszczenia. W końcu rzucam rytualne "Would you shut your mouths up" co, o dziwo, działa. Zasypiamy na trochę.

Dzień czwarty - 23.07
Pożegnalny. Nie wiedzieć czemu, nie wzięliśmy mapy słowackiej części Żemplina i nie wiemy, co nas czeka na drodze do Koszyc (tzn. pamiętam jak przez mgłę z podróży samochodowych, że były jakieś dość górskie odcinki w Slanskych Vrchach). Może dlatego, że to miała być zupełnie inna wycieczka. Co najmniej tygodniowa. Coraz trudniej udaje się nam jednak wykroić 7 dni. Dobre i pełne 4. Zwłaszcza, że już po pierwszym dziesiątku kilometrów oboje poczuliśmy, że układa się, co się miało ułożyć i jak szybko się regenerujemy w przestrzeni. TRasa przez Karolyfalva i Rudabanyacska jest jak pożegnanie z węgierskim Zemplenem - wszystko to, co najlepsze w skrócie. Otwarte, bezludne przestrzenie i zacienione bukowe laski. Można nawet wybaczyć urywającą się w szczerym polu ścieżką rowerową (między Sarospatak a Karolyfalva). Później granica i niemal nieskończone monotonne ścierniska albo pola rzepaku, w każdym razie coś, od czego wali gorące powietrze i znikąd ani odrobiny ochłody. Dobrze choć, że niedziela, więc nie jeżdżą TIRy. Wioski w tej części Słowacji noszą piętno zapomnienia przez rząd, bogów i ludzi, co nie dodaje entuzjazmu. Przy podjeździe pod Slanec doznaję kryzysu, czuję, że jak zsiądę z roweru, to po prostu umrę, więc jadę pod górę i modlę się o jak najczęściej mijające mnie z lewej duże samochody, bo niosą za sobą odrobinę powiewu. Na górze zsiadamy z rowerów w szczątkowym cieniu drzewa i walimy się na asfalt. Jest na pewno w okolicach 35 stopni. W dodatku nie widać żadnego czynnego hostinca, a my nie mamy już wody. Okazuje się, że to nie koniec podjazdu, sklep jest w górę wsi. Jakiś człowiek otwiera nam sklep wyraźnie poruszony naszym wyglądem, a my zaopatrujemy się w prawie wszystko, co aktualnie bylo w lodówce. Spijamy słodkie lemoniady winogronowe i bóg wie, jakie jeszcze płyny i uzupełniamy zasoby wody. Za to za Slancem... 7 kilometrów zjazdu. I niestety, najdłuższa dorga dojazdowa do centrum Koszyc. I rozpalona słońcem równina. Gdzieś czają się jakieś jeziorka i plaże, ale myślimy już tylko o jedzeniu i żeby to się wreszcie skończyło. Upał jest naprawdę piekielny. I nareszcie - dobrze znane corso z fontannami, restauracjami, kawiarniami.
Pociąg o 23.27, jest raptem 17.00 - przez 6 godzin przesuwamy się od knajpki do knajpki z przerwą na chłodzenie się w fontannach i wcale nie mamy wrażenia, że mamy za dużo czasu. Romantyczny wieczór w Koszycach.

czwartek, 20 lipca 2006

już za 76 minut

wsiadamy do pociągu relacji Kraków - Budapeszt, ale wysiądziemy na uroczej stacji o nazwie Hidasnemeti, żeby dalej, na rowerach podążyć ku miasteczku Tokaj. U zbiegu Cisy i Bodrogu uptarujemy chwilowego raju, który znaleźć coraz trudniej. Hidasnemeti pamiętam z jakiegoś przebudzenia w środku nocy (a raczej tuż przed wschodem słońca), z niebem zaczerwienionym od mrozu i przestrzenią, za którą czaiła się puszta. To był chyba styczeń albo luty 1998 roku i jechaliśmy, żeby zagrać koncert na festiwalu w MU Szinhaz w Budapeszcie. Nocowaliśmy wtedy w ambasadzie polskiej na Wzgórzu Róż, ech, to były czasy...
może chociaż halaszle, może uda się zrozumieć choć dwa słowa po węgiersku, jednym z najbardziej abstrakcyjnych języków w naszych okolicach. i za to kocham Węgry, za odpoczynek od semiotyki...

poniedziałek, 17 lipca 2006

nie było soprano


bo jakoś nam tam specjalnie się nie podobało. tak naprawdę trudno było namierzyć w gorlicach coś zjadliwego (bo ile można zjeść ruskich!). to jakiś największy mit tubylczy: że polska żywność jest taka świetna. może tak, jak się nie widziało organic food co-op za wielką wodą ani nie wyjeżdżało na bałkany czy do italii. u nas generalnie - im dalej od dużego miasta, tym gorzej. zdrową żywność (tzn. taką, którą da się zjeść i po której nie boli żołądek) na wsiach i w małych miasteczkach znają tylko z opowieści. jakoś trudno mi się zachwycać kawą rozpuszczalną w jakimś "ogródku piwnym" w bieczu (bo na rynku ogródek zamknięty w piątek o godz. 17.00). zresztą na ścianie tegoż barku wisi plazma za jakieś, na oko, 6 tys. (a co najmniej 4) więc nie rozumiem, co zabrania tym ludziom kupić ekspres ciśnieniowy za 600 złociszy (chyba już mniej, może nawet i ja kiedyś nabędę). a tak pozostaje kawa, z którą nie można wygrać - jak się jej nie dosłodzi, to jest gorzka, a jak się uda dosłodzić, to jest kwaśna. inny wariant nie istnieje. tak smakują małe miasteczka, niestety. choćby nie wiem, jak urocze (a biecz jest uroczy, fajnie się leżało na ławce przy biskupie marcinie kramerze), to osad na zębach i niesmak pozostają dużo dłużej, niż by się chciało.
ale za to gorlickie centrum kultury to jest jazda! klasyka z lat 50-tych, jak tylko zobaczyłam salę, to od razu usłyszałam te akademie, powiewające czerwone flagi itp. działa na wyobraźnię!
resztę opisał marek, a ja niewiele mam do dodania. najpierw muszę się napić dobrej kawy.


czwartek, 13 lipca 2006

bam, bam



jaki tytuł dać mam? (ale najpierw - zanim cokolwiek - ginko biloba czyli miłorząb japoński sprzed mojego okna, w naszym mini-miniogródku o wymiarach 3m x 2,5m). i jak przewidywałam, włosi zostali mistrzami świata. szkoda, że był to ich najsłabszy mecz. querowy framing mojej osobowści ze strony tubylczej kultury postępuje. oto, co proponował wczoraj - czerstwy, jak zwykle - onet. pl, w swoim dziale sportowym, w przegródce piłka nożna: konkurs na najładniejszą fankę. dzisiaj: dziewczyny i żony piłkarzy (sonda z głosowaniem, na najładniejszą). młodzieńczą fazę feminizmu mam już za sobą, ale onet jest po prostu głupi, nudny i żenujący. i czerstwy, jak kaczka, co ziemniakiem się stała. i stosują cenzurę, mój komantarz wcale się nie pojawił, a zaczęłam nowy wątek. mogę sobie popatrzeć na dziewczyny, fakt, są ładne. ale żeby choć raz konkurs na "ładnego fana", dla złamania rutyny. nie "przystojnego" a "ładnego" właśnie. cute - w tym sensie.

oprócz tego w zastraszającym tempie gromadzą mi się na półce książki do przeczytania. marzę, żeby znaleźć na to czas, a bardziej nawet niż czas, jakąś wolną przestrzeń w mojej głowie, nie zagraconą terminami i koniecznością zapamiętania. poczytać po prostu dla przyjemności obcowania z tekstem prowokującym do myślenia, ale nie w żadnym określonym kierunku. po prostu do myślenia. spełaniają tę role "pasaże" benjamina, przez które brnę sobie bez pośpiechu już drugi miesiąc, ale jak wozić ze sobą tysiąc stronicową książkę?!

A dzisiaj po południu będziemy już tutaj.

TRaktuję te 2 i pół dnia trochę jak odpoczynek, może zabiorę ze sobą książkę Peoggelera o drodze myślowej Heideggera, to w sam raz na ten rodzaj wypoczynku, o który mi chodzi. jest szansa, że może da się gdzieś (nawet w Gorlichach) upolować dobrą kawę - bez espresso nie ma dla mnie życia na ziemi. jest taka nadzieja, w zwiazku z tym, ze w pizzerii Soprano podają piwo bananowe (!), o którym nigdy nie słyszałam. nie, zeby zaraz je pić, co to, to nie. ale interesujące.

Największym jak dla mnie hitem dzisiejszego dnia jest nowa historia o powstaniu wszechświata (autorstwa, a jakżeby inaczej, Hawkinga i Hertoga). czytałam o tym akurat w SME, po słowacku. Wynika z niej, że jeśli przyjąć wnioski fizyki kwantowej - ni mniej ni więcej - nie było jednego początku!!! a wszechświat składa się z milionów potencjalnych i alternatywnych trybów egzystencji. i że początek przypominał projekcję milionów filmów przez siebie nawzajem (co za przestrzeń intertekstualności!!!). to przemawia do mojej wyobraźni dużo bardzij niż metafora o rajskim (jednym) początku. zawsze tak podejrzewałam. mało tego, gdyby zestawić Upaniszady z tymi nowymi wersjami, to okazałoby się, że nie ma między nimi wielkiej róznicy. to właśnie w klasycznej myśli Indii zawsze mówiono o tym, że materia jest rodzajem energii...

sobota, 8 lipca 2006

rozkosze chwilowego zakorzenienia

tak właśnie. po raz pierwszy od niepamiętnych czasów spędziłam 6 dni pod rząd we własnym domu (oraz w jednym miejscu). to bardzo przyjemne, choć oznacza też konieczność walki z kurzem i pajęczynami uporczywie odradzającymi się pod kątach, z całą tą materią nieustannie próbującą nas pochłonąć. można też spojrzeć na to od innej strony, choć czasem wzdragam się przed tym - przypomniała mi o tym praca Dust Breeding Man Raya, którą znalazłam w sieci. kurz ma też miękką fakturę, która przypomina plusz. kurz kojarzy mi się z ciszą i późnojesiennym zachodem słońca. może dlatego, że dawno temu, moje zajęcia na pierwszym roku studiów (obecna AP, gdzie kiedyś zaczynałam...) najczęściej odbywały się w salach z oknami zwróconymi ku zachodowi, na ostatnich piętrze gmachu przy ul. podchorążych. niektóre były śmiertelnie nudne, więc jedyne, co pozostawało, to obserwacja skomplikowanych relacji światła i drobin kurzu unoszących się w powietrzu. o tym właśnie jest dla mnie Dust Breeding.

piątek, 7 lipca 2006

plyty, kontakty, koments please

fajnie jest dostawać sygnały, że ktos tu zagląda! jeśli jednak chcecie dostać odpowiedź, dołączajcie swoje adresy e-mailowe. W innym przypadku widzę tylko "anonymus-blogger..." etc. i nie moge odpisać. Taki jest kłopot np. z Radkiem z San Francisco - Radku, jeśli tu zaglądasz, to odezwij sie ze swoim adresem...

najlepiej pisać do nas bezpośrednio ze znanej strony, która figuruje w linkach. (najlepiej zdaje się klinknąć na "kontakt"). i tak ja to odbieram:-)) dotyczy to także płyt - można je kupić od nas bezposrednio, albo w serpencie albo u vivo , whatever. kapitalistyczni krwiopijcy w empiku potrafią narzucić i z 200 procent marży, jak to było w przypadku amerykańskiej płyty "nytu"...

uff, gorąco. Marek lata gdzieś w terenie z grupą studentów ochrony środowiska, ja teoretycznie powinnam gnać z tłumaczeniem.

włosi będą mistrzami świata, na 100%! Super, wolałam ich niż brazylię od samego początku!

środa, 5 lipca 2006

tęsknię za wodą


Tak było rok temu w Tolminie, mam nadzieję, że teraz też tak będzie. Zanim jednak wsiądziemy w Wiedniu do autobusu Praga - Triest (och, ta symbolika geograficzno-kulturowa!:-) muszę jeszcze uporać się z tłumaczeniem książki, no i to jeszcze całe trzy tygodnie. Wcześniej może się uda wyruszyć na rowerach z Budapesztu wzdłuż Dunaju do Bratysławy (a po drodze pohasać sobie po malowniczych wzgórzach wokół Szentendre). Póki co, muszę wracać do tłumaczenia.

niedziela, 2 lipca 2006

pierwsze półrocze za nami

przerzuciłam dzisiaj kartkę w kalendarzu i okazało się, że muszę w ogóle odwrócić go na drugą stronę. minęło pierwsze półrocze 2006... w ten sposób niespotrzeżenie upływa czas. zawsze wydaje mi się, że można jakoś ten upływ pochwycić, nakreślić jakąś granicę, żeby świadomiej żyć, ale ostatecznie wszystko się rozpada na miliony pojedynczych zdarzeń i kiedy budzę się rano, to codziennie prawie stwarzam świat od nowa. albo zdarzenia zlewają się ze sobą w ciągi, dla których podział na dni czy godziny nie ma żadnego znaczenia. tak czy owak, mój czas jest nieciągły i absolutnie nielinearny (żeby nie powiedzieć, cyberdyskursywny).
we czwartek z sukcesem obroniła się Monika, więc miała miejsce mała imprezka w Krakowie na Fieldorfa, u Marty, która właśnie otwarła przewód. mam niejasne wrażenie, że powinnam to wszystko jakoś uczcić, ale tak naprawdę nie mam pojęcia jak. pijaństwa nie mają żadnego sensu (ten ból głowy, kłopoty z żołądkiem i nieadekwatność następnego poranka! - jak można to w ogóle znosić z własnej woli). coraz częściej myślę o jakiejś formie wyłączenia się z wszystkiego choćby na tydzień. może rowerowa wyprawa wzdłuż Dunaju spełni tę rolę.