wtorek, 30 grudnia 2008

i znowu koncówka roku

Kolejny Sylwester - znowu na Sopatowcu (to już chyba poza raz trzeci, albo czwarty?). Tym razem chętniej zaszylabym się w jakiejś odleglej siedzibie arktycznej albo choćby w opactwie tynieckim (mają tam pokoje do wynajęcia i nie musi się uczęszczać!), ale co zrobić, powitam NOwy Rok w grupie miłych ludzi (częściowo zapewne znanych). Zazdroszczę jednak trochę kotu i wszystkim, którzy mogą się zaszyć. Ma być mroźnie, to pocieszające i może wybierzemy się na Przehybę. Nie bierzemy nart, bo targamy ze sobą instrumenty. Mam nadzieję, że na szusowanie jeszcze przyjdzie pora, czas sylwestrowy to najgorszy okres z możliwych, zresztą Zakopane już podobno zakorkowane, w słowackich Tatrach mniej lub bardziej podobnie (ciekawe, czy są tłumy Rosjan i Ukraińców, jak w latach ubiegłych?).

niedziela, 28 grudnia 2008

Australia

Nie da się ukryć, wybrałam się na "Australię", głównie ze względu na Nicole Kidman, której rola w "Godzinach" na długo zapadła mi w pamięć oraz z powodu samej Australii, która pozostaje dla mnie miejscem fascnującym, aczkolwiek wciąż tajemniczym. Po wyjściu z kina pozostało nam oszołomienie: jak można zrobić tak niedobry film mając kilka tak kapitalnych tematów do dyspozycji? Długo by wyliczać: brak konsekwencji w fabule (może dlatego, że scenariusz pisały aż 4 osoby, które najwyraźniej miały ze sobą luźny kontakt); łzawość, ckliwość i tani sentymentalizm w dawkach horrendalnych (trzeba było uważać na buty, bo łzy publiczności, nas nie wyłączając, lały się strumieniami); schematyzm i naiwność wątku, który miałby być zapewne szlachetną w zamierzeniach krytyką kolonializmu oraz rozliczeniem z dramatem tzw. Straconego Pokolenia (a jest jednym wielkim stereotypem, mimo interesującego elementu dzieci z mieszanych związków). Aborygeni koniecznie muszą być albo ofiarami, albo pojawiać się niespodziewanie, acz malowniczo i mówić niezrozumiałym językiem (wypisz, wymaluj, jak z opisu XIX-wiecznych podróżników). Jedyne plusy: zabójczo przystojny, fakt, Hugh Jackman i krajobrazy. I może wątek muzyczny (idea tzw. songlines, choć mocno tutaj uproszczona, stanowiła jednak dość ważny, a nawet zasadniczy temat). Najgorsze: (pomijając ckliwość) kiedy człowiek myśli, że to już koniec, okazuje się, że to dopiero połowa. Największa żenada: gołym okiem widać "komputerowość" scen po bombardowaniu Darwin (recenzent "Dziennika" uznał je za...realistyczne).
Nawet biorąc poprawkę na to, że to miało być "widowisko" i "fresk historyczny", naprawdę trudno uwierzyć, że twórcy nie widzieli mistrzowskich: "Ostatniej fali" Weira czy "Walkabout" Roegga, a nawet "Polowania na króliki" (o dwie klasy niżej) Noyce'a. Naprawdę fascynujące jest jednak to, jak dobrze film jest przyjęty przez odbiorców (wczoraj śledziłam dyskusję na "The Independent" a dziisaj na "Filmweb", ale nie chce mi się szukać linków). I wcale nie zamierzam utyskiwać na brak wyrobienia odbiorców, naprawdę wydaje mi się to niezwykle interesujące: co uwodzi nas w takich "widowiskach"? Oczywiście mam kilka odpowiedz na podorędziu, ale to temat na innego bloga :-).

sobota, 27 grudnia 2008

arktyka

Entry Island wygląda na idealne miejsce dla mnie (oprócz Cadrgu w Słoweńskich Alpach). POdobnie, jak terytorium Nunavik. Krótko mówiąc, opanowało mnie znowu arktyczne szaleństwo. Wiem już za to, czym polecimy do wiosek Nunavik, jak już się tam wybierzemy (bo stanie się to kiedyś bez wątpienia). Na razie jednak plan z ubiegłego roku, porzucony ze względu na brak czasu w lipcu i rozmaite terminy, które trzymały mnie w KRK prawie do końca lipca: góry Abisko za kręgiem polarnym, na pograniczu szwedzko-norweskim. Na razie śledzę zorzę polarną (a nuż się pojawi) z webkamerki na dachu Abisko Mountain Station. A w Jokkmokk już znają program tegorocznego Jokkmokks Marknad. Ech, jak fajnie byłoby znowu błąkać się po zasypanym śniegiem miasteczku przemieszczając się między jednym namiotem a drugim i słuchać, jak saamskie nastolatki na parkingu przed sklepem żartobliwie joikują... Anders chyba jednak nie dałby się namówić po raz drugi na wyścigi z reniferami na szosie, które przez blisko 400 km wiedzie przez pustkowia.

czwartek, 25 grudnia 2008

świątecznie

Powoli upływają święta (na świętowaniu, tzn. znajdujemy czas na rozmowy, kucharzenie i zasiadanie do stołu z przyjaciółmi, bez pośpiechu, bez poczucia udręki i bez zmęczenia). Przemieszczamy się między stołem, blatem kuchennym, sofą przed telewizorem oraz stanowiskiem kosaćców syberyjskich na tyłach budynku Motoroli; a wcześniej płynnie zrobiliśmy zakupy w Tesco i byłam zaskoczona, jak sprawnie i przyjemnie to się odbyło. Przypomniałam sobie te wszystkie moralizatorskie materiały telewizyjne, radiowe, gazetowe i wszelkie inne na temat komercjalizacji świąt. Jak zwykle odezwał się duch przekory i zaczęłam się zastanawiać, w czym problem? Live and let live. Nie u nas jednak, nasz kraj wypełniony jest prorokami wszelkich odmian, którzy wiedzą absolutnie wszystko, a już zwłaszcza to, jak żyć i co robić powinni ich współobywatele. Czasem atmosfera robi się ciężkawa, zazwyczaj przy okazji świąt. Ktoś, kto nie jest katolikiem i ma nietypowy układ rodzinny może czuć się kompletnie wyalienowany - normalizująca siła owych "rodzinnych" opowieści (wszystko jedno czy TVN czy TVP, linia jest jedna-jedyna: rzewna opowieść o Polakach powracających na święta do kraju, bo "tylko tutaj spędza się święta tak rodzinnie"??? - a może po prostu gdzie indziej spędza się je fajnie?) jest chyba dokładnie odwrotnie proporcjonalna do rzeczywistych sytuacji (tak neurotycznych układów rodzinnych na dużą skalę i tak wielu pokrzywdzonych przez nie ludzi, jak w naszym kraju, trudno byłoby chyba znaleźć w przeciętnym kraju europejskim, tylko tylko, że u nas żadne Lars von Trier tego nie pokazał). Największy swądzik można było jednak wyczuć w rozpaczliwym performance jakiegoś księdza, który ustawił się z konfesjonałem pod Galerią Krakowską i z wyżyn swego stanu ( w którym, jak powszechnie wiadomo, o sprawy doczesne dba, nazwijmy to, organizacja) zapodawał teksty o duchowym odrodzeniu świątecznym. Nie rozumiem, dlaczego ma w tym przeszkodzić wycieczka do Galerii Krakowskiej czy Tesco??? A później inna opowieść z dziennika: opłatki dla zwierząt. Niepoświęcone, do "zwierzęta nie mają duszy". Uśmialiśmy się z naszym kotem serdecznie, dobrze że nie wymusza na nas opłatków, bo dopiero mielibyśmy się z pyszna. Jeśli dodać do tego patroszone żywcem karpie z Carrefoura i tekst "przecież i tak się je zabije", to wyłania się obraz nie-świątecznej codzienności, która sprawia, że ta fasada bożego narodzena staje się wręcz groteskowa. Po drodze mignęłli gdzieś przelotnie na kanale religia.tv dwaj zakonnicy zupełnie poważnie rozprawiający o tym, czym jest małżeństwo i jak z dwóch ciał stanie się jedno (??? nie wiem, czy dobrze to pojęłam, bo tego typu zawiłości zazwyczaj zupełnie nie rozumiem - ze coś jest trzy, ale jedno itp., a w tym przypadku dwa, ale jedno itp.). Ów kanał zafundowała nam UPC w miejsce TV Trwam i ja naprawdę protestuję, bo tyle zabawy, ile dostarczało nam rzucanie okiem na Trwam, to naprawdę... nawet Buster Keaton wysiada. Skądinąd na tym nowym kanale zobaczyliśmy kiedyś znakomity dokument o wsi Obcina i o Hucułach mieszkających po rumuńskiej stronie. Tylko Hołownia jest nie do znesienia w swoim gwiazdorskim szale.
W newsach nie zauważa się nawet, że żyją obok katolików także protestanci, prawosławni i niewierzący (nie wspominając o innych możliwościach, żeby nie komplikować obrazka, chociaż, pardon, prezydent wybrał się z okazji Chanuki do synagogi,, ale więcej przy tej okazji było zawistnego seplenienia niż świętowania). Dla odpoczynku od nadmiaru gipsowej fasady i nadętych twarzy hierarchów oglądam sobie więc wiadomości kanadyjskie, i nie poznaję Montrealu zasypanego śniegiem. Co dopiero w Vancouver, gdzie spadło 70 cm! I to jest optymistczne, że gdzieś jest Prawdziwy Śnieg! Tutaj dzisiaj tylko prószył, na idealny grudniowy dzień z odrobiną słońca przezierającego spoza chmur, na sikorki szalejące w krzakach dzikiej róży, na pustułkę, która przysiadła na wierzchołku drzewa, na nas błądzących po bezdrożach między doliną Wisły, Pychowicami i Kampusem.

sobota, 20 grudnia 2008

i oczywiście breja

Zgodnie z przewidywaniami na zewnątrz leżą zwłoki wczorajszego białego szaleństwa. Ale i tak wklepałam "Christmas songs" w Last.fm i pierwszym rezultatem okazał się evergreen White Christmas (tym razem w wykonaniu Boltona, wczoraj pierwszy był Bing Crosby). Późny, leniwy, rozkoszny poranek w łóżku i pachnąca kawa. Nie ma jednak aż tak cudownie, zaraz ruszamy na pierwszą fazę zakupów do Makro, ze śniadaniem po drodze w Ikei. Nie znoszę świątecznych zakupów.

piątek, 19 grudnia 2008

śnieg, śnieg, śnieg!

M. tkwi gdzieś za Brzeskiem w autobusie, a tu śnieg, śnieg, śnieg! To nic, że się roztapia i wszystko jest wilgotne i rozpaćkane; jest go naprawdę dużo i nawet kiedy błąkałam się dzisiaj po ulicach, nawet kiedy stałam 20 minut w kolejce na poczcie, nawet kiedy tradycyjnie bezskutecznie (ok. 8 minut) czekałam na litość losu w postaci 114, 194 albo 178 na przystanku za Tesco, nawet wtedy czułam się absolutnie euforycznie, jak zawsze, kiedy po raz pierwszy naprawdę pada śnieg. Teraz trochę przestało, ale może jeszcze popada? Bo potem będzie już tylko szara breja, więc najfajniej jest, kiedy sypie.

czwartek, 18 grudnia 2008

gloomy

To bardzo ładne angielskie słówko jakże trafnie oddaje uroki krakowskiego grudniowego popołudnia, powiedzmy około 14.30, kiedy w przerwie między jednymi a drugimi zajęciami pochłaniam lazanię w Marago, śledząc na moim kochanym ekraniku nagłówki na Onecie albo gazeta.pl. Nie wiem, czy dzisiaj był jakiś dzień, bo trudno uznać za takowy szarą poświatę, która pochłonęła nie tylko klasztor kamedułów, który normalnie widać z mojego okna, ale także najbliższe wzgórza w Pychowicach, a nawet przepiękną rurę majaczącą w niezbyt odległej oddali na skrzyżowaniu z Zawiłą. Później prowadziłam wykład przy zasuniętych roletach i świetle obrazu z rzutnika. W każdym razie kiedy wreszcie o 14.30 mniej więcej podniosłam głowę znad mojej lazanii i wyjrzałam przez okno na niewyraźne kontury Plant i zamazane kształty przemieszczające się ul. Straszewskiego, ogarnęło mnie autentyczne, szczere zadziwienie stanem określanem właśnie mianem "gloominess". Pewnym rodzimym odpowiednikiem bylaby tutaj "szaruga". Tym razem byla to szaruga modelowa i wzorcowa, absolutnie godna podziwu w swojej doskonałości. Chyba wiem, jak wygląda epifania. Ewentualnie oświecenie. Bo z tego wszystkiego (z tego podziwu znaczy) zapomniałam, że mogłoby mnie to przygnębić. Mało tego, wzorcowość tego tworu / nastroju / specyficznej konfiguracji warunkow atmosferycznych i społecznych (szarość mdłego światła przesączającego się niechętnie przez gruby koc z burych chmur + przenikliwa wilgoć biorąca się z mżawki która oscyluje na granicy między realnym a wyobrażonym tak, że nigdy do końca się nie wie, czy to moczy naprawdę, czy tylko się wydaje + zapach długotrwale mokrych parasoli w autobusach miejskich) do tej pory wywołuje we mnie rodzaj autentycznego zachwytu idealną formą.
A wino piję dopiero teraz. Za idealne krakowskiego popołudnia, których z pewnoscią jeszcze wiele do maja się zdarzy.
Złośliwej, przyznaję, satysfakcji dostarczyły mi nagłówki prasowe o błędzie w Internecie Explorerze 7 (LOL, jeszcze nie tak dawno niektóre polskie banki nie uznawały innych przeglądarek za bezpieczne!) Materiał w Onecie, którego nie linkuję bo to żałosna miejscowka przypominał propagandę w najlepszym stylu: cały artykuł o konieczności samodzielnego sciągnięcia łaty do IE7 zakończył się zdaniem o tym, że Firefoks też wydał uaktualnienia mające na celu zwiększenie bezpieczenstwa. Zapewne KAŻDY, kto korzysta z Liska od lat uśmiała się setnie. O mało nie wylałam cappucino na klawiaturę.

wtorek, 9 grudnia 2008

ubywa


Ubywa słońca, dnia, energii... To dość niezwykły czas, odkąd pamiętam, grudzień był dla mnie szczególnym czasem, takim zawijaniem się w sobie i zapadaniem w letarg. I zawsze utwierdzała mnie w słuszności takiej postawy obserwacja roślin, krajobrazu i zwierząt. Dlatego grudniowe spacery są takie inspirujące. To wtedy najczęściej udaje się odnalexć prawdziwą ciszę, nawet w takim miejscu, jak Dolina Sąspowska w niedzielne przedpołudnie. Było idealnie: tylko my i mgła. Każde z naszej czworki mogło albo dołączyć do rozmów, albo wybrać własne tempo. Na codzień bardzo brakuje mi ciszy i samotności, wykorzystałam więc okazję, żeby posmakować tego rzadkiego daru.
OBecność w Polsce Jego Świątobliwosci to temat na oddzielną historię. Towarzyszy mi w każdym razie głęboka wdzięcznosć za to, że można uczestniczyć w tym spotkaniu na wiele rożnych sposobów: rownież streaming spełnia tutaj niebagatelną rolę. Rzadko miewamy jakieś święta, hm, religijne (choć kwestia "religii" jest tutaj mocno dyskusyjna, buddyzm raczej określiłabym jako praktykę pracy z umysłem). Po prostu, Święta. I to jest takie Święto. Wyjście z codzienności, funkcjonowanie w nieco innej przestrzeni.
Małym świętem jest też to, że jakaś nadzwyczajnie dobra dusza zamieściła film kultowy film z Sun Ra z lat 70-tych, który oboje z M. darzymy ogromnym sentymentem i teraz przypominamy sobie co lepsze kawałki (i samego Sun Ra z durszlakiem na glowie w roli przybysza z odległej planety). Czym bez netu byłoby moje życie. To nie pytanie, to westchnienie.

piątek, 5 grudnia 2008

101

Dashboard mi podpowiada, że to mój 101-szy post! A więc dzień jest dzisiaj wyjątkowy - po pierwsze z powodu tej okrągłej liczby, po drugie właśnie skończyłam swój pierwszy film (z wędrówki po bułgarskich górach sprzed 3 lat, po trzecie... to za chwilę. Film jest naprawdę wyjątkowy, bo w tym roku bardzo rygorystycznie przestrzegano zakazu filmowania na terenie Rożeńskiego Monastyru, nie wspominając już o Rilskim. A my mamy sfilmowane dość dokładnie oba, włącznie z obrzędami święta Monastyru Rożeńskiego, które przypada na początek września. W Rilskim udało się uchwycić mnicha obchodzącego z drewnianą kołatką główną cerkiew oraz... ekipę z profesjonalnym sprzęem filmowym (statyw!), zawróconą spod drzwi. Nasze partyzanckie metody okazały się skuteczne, a może raczej niezłomna determinacja i szczególny związek z Pirinem.
Po trzecie... w moim organizerze tkwi mały kartonik, o którym zapewne marzy wiele osób. Zaproszenie, które oznacza, że w poniedziałek mam duże szanse znaleźć się w Audytorium Maximum na spotkaniu z Jego Świątobliwością XIV Dalajlamą. Dzięki pomyślnemu splotowi sprzyjających okoliczności oraz dobrej woli Kilku Osób za co pozostanę dozgonnie wdzięczna. Spotkanie w Nottingham - zupełnie zresztą inne, bo poświęcone praktyce - było niezapomnianym przeżyciem. Ale o tym nie lubię mówić za dużo. May All Beings Be Happy.

wtorek, 2 grudnia 2008

cyberrobota

Po małej wyprawie do Gdańska wróciłam przeziębiona, z potwornym katarem. Ściślej rzecz biorąc, z katarem wyjechałam z Krakowa, a że EX Małopolska (albo inny potwór) przemierza obecnie trasę na Wybrzeże w 10 godzin, z czego 40 min. - 1 godz. tkwi się w uroczym szczerym polu podziwiając tzw. kostkę polską na Wielkiej Równinie i przyglądając się nieśpiesznej pracy zespołu koszałków-opałków z dumnym napisem "PLK Lublin" na plecach (dla niewtajemniczonych: Polskie Linie Kolejowe), przy czym przeciętna temperatura bardzo starannie zaprojektowanego wnętrza przedziału owej "strzały Północy" wynosi jakieś 38 stopni (Celsjusza) i to tylko dlatego taka niska, że okna mieliśmy otwarte po obu stronach, to...łatwo się domyśleć. No, big fun po prostu.
O Gdańsku może będzie oddzielnie (nie, żadne z nas nie grało ani na lu-shengu, ani na miniharmonium, jak pisała Wyborcza, ale co tam), jak trochę ochłonę. Bo dzisiaj dobre 14 godzin siedziałam przy kompie uaktualniając, robiąc film, konwertując rozmaite pliki wideo do MPEG4 i inne takie. W każdym razie bóg stworzył Maca (kto wie, może nawet cała potrójna szajka maczala w tym palce, diabeł siedzi w PC - a nie w IKEI, jak donosi jeden maksymalnie odjazdowy koleżka w sobotniej Wyborczej). O tym też oddzielnie, i to chyba raczej M., to jego działka. Ja się nie podejmuję. Mnie to tak śmieszy, że klawiatura mogłaby mi się wykrzywić i pewnie oplułabym ekran. A przecież Maczek jest dany od boga i tak nie wolno.
A katar i tak mnie dobija. Gorączki już nie mam, po tylu godzinach przed ekranem można osiąnąć stan pozagorączkowy.

czwartek, 27 listopada 2008

smoothies

Nic nie dorównuje oczywiście smoothies produkowanym samodzielnie (można testować najbardziej egzotyczne zestawienia, np. melon z ogórkiem w lecie, blender zniesie (prawie) wszystko). Kiedy jednak jest się skazanym na sklep (np. w podróży) to nic dorównuje amerykańskiej Odwalla. Jeśli jednak nie ma się chwilowo wizy w paszporcie (a czekanie, aż amerykanska administracja zrozumie, że USA nie jest już rajem dla gasterbeiterów z Polski nieco się dłuży), to można się zadowolić Innocence z niezawodnych Wysp Brytyjskich. Żal tylko, że w polskich sklepach pod nazwą smoothie funkcjonuje jakieś potworne oszustwo - ten sam koncentrat "mango" co zwykle, tylko mniej rozcieńczony. Fatalnie, że przoduje w tym Marwit, który wcześniej dał się poznać z kapitalnych jednodniowych soków marchewkowych. Aha, i prawdziwe smoothie nie ma nic wspólnego z koktajlem! Procent przetworow mlecznych jest w prawdziwym smoothie ledwo zauważalny, tylko tyle, żeby było to właśnie... smoothie.
Wszystko dlatego, że nie mam pod ręką żadnego smoothie a blendować też nie ma co (zeschłe jabłko? nein...). Czas przerzucić się na sok marchewkowy.

wtorek, 25 listopada 2008

london calling


I już z powrotem. Szybki wypad do Londynu na weekend, żeby trochę zapomnieć o depresji zimowej - i jak na zamówienie: sobota na Tamizą była bardzo słoneczna, a pora zachodu słońca tak urocza, że obrazy Constable'a same się narzucały (gdybyż tylko jakaś grupka nie zasłoniła nam widoku na północny brzeg Londynu z zemsty za to, że nie daliśmy się odgonić od wolnego stolika w kawiarni w Tate Modern :-). Tym razem weekend był dryfujący (kapitalna wlóczęga w okolicach Brick Lane, później oczywiście Covent Garden i Soho) i kulinarny (ulubiony barek Wasabi na Victoria Street, prawdziwe chow mein gdzieś w Chinatown oraz wszelkiej maści szkockie short breads tu i tam). Były oczywiście plany ambitne i BArdzo KUlturalne, ale ostatecznie, jeśli chodzi o Kulturę Wysoką (choć nie aż tak bardzo:-) skończyłam na dodatkach do Sunday Timesa, który dumnie dzierżyłam, nie bacząc na jego wagę, przez calą drogę powrotną (czyli przemierzając kilka kilometrów korytarzy lotniska Gatwick). Prasa brytyjska nigdy nie rozczarowuje: w dniu, w ktorym przylecieliśmy, Madonna rozwiodła się z Guyem Ritchie co skwapliwie zaanalizowały z różnych perspektyw wszystkie tytuły, można też było się dowiedzieć, jak zaoszczędzić, a jednak wywrzeć wrażenie osoby przyzwyczajonej do luksusu. I kilka absolutnych perełek brytyjskiego humoru, które oczywiście są nie do przetłumaczenia (nie na język, tylko na realia). Kolejnych kilkanaście fotek korniszona (wolę myśleć o nim "jajo", bo nam przypomina pisankę), który stał się moim londyńskim fetyszem - jak bym nie wyznaczała sobie marszruty po City, to i tak zawsze prędzej czy później znajdę się pod Swiss Re).
Lądowanie w zadymce śnieżnej w krzakach na Balicach przypomniało jednak, gdzie jestem. Na szczęście jakoś osładza mi ten fakt kilka płyt zakupionych w Rough Trade: Evan Parker/ Matthew Shipp (Abbey Road Duos), fenomenalna "Evangelista" Carli Bozulich (nareszcie, nareszcie udało mi się tę płytkę znaleźć na półce sklepu muzycznego) i "Etnic Minority Music of North Vietnam" dobrych znajomych z labeli Sublime Frequencies.

wtorek, 18 listopada 2008

filmowo, part 2

Widzę, że jury doceniło mniej więcej to samo, co i nam się podobało: nagrodę główną w konkursie "Etiuda" dostał rzeczywiście piękny i poruszający film "Mój ojciec śpi", a inni nasi faworyci (słoweński "Pogawędka z Piko" oraz filmik, który dał nam chwilę jakże miłego wytchnienia i sprawił, że niestraszne nam karaluchy, czyli węgierski" III. emelet 14") w czołówce.

filmowo

Po części za sprawą festiwlau Etiuda&Anima, na który udawało mi się zaglądać w piątek i sobotę. Znakomity film Hany Makhmalbaf, "Budda collapsed out of shame" - nie dawała mi spokoju myśl o kontraście między końcową "listą płac" kończącą ten film a analogicznymi długaśnymi spisami rozmaitych dobroczyńców zamieszczonych przy najkrótszym nawet "dziełku" stąd. Jak się robi filmy w Afganistanie? Co ten kontrast mówi o sztuce fimowej w dzisiejszym świecie? (Choćby była najwyższego lotu, to jednak uwikłana jest w reguły rynkowe, co ppokazuje kontrast, o którym piszę). Jak się robi filmy w Afganistanie? Sama Hana opowiada o tym oszczędnie, ale nie pozostawiając wątpliwości: to więcej, niż po prostu "robienie filmów", to życie. Sam obraz pozostawia z wieloma pytaniami i z nielicznymi odpwiedziami, sprawia, że żyje się tym jeszcze długo po wyjsciu z kina i za to lubię filmy Makhmalbafów (są także piękne wizualnie i dźwiękowo, jak "Gebbeh", "DZień, w którym stała się kobietą" czy "Cisza"). Ten ma wyjątkowy ładunek emocjonalny - i nie chodzi tu tylko o dzieci bawiące się w wojnę(nie wiemy jednak na pewno, czy to tylko zabawa, bo przez cały czas ma się wrażenie, że za moment zostanie przekroczona cienka granica między grą a prawdziwą egzekucją) czy wysadzane w powierze gigantyczne figury Buddy (widziałam to po raz pierwszy w marcu 2001 roku na ekranie telewizora gdzieś w San Francisco, co jest jednym z tych obrazów telewizyjnych, które utkwiły mi w głowie chyba na zawsze) - ważny jest także fakt, że jesteśmy jak najdalej od jednoznacznych ocen i łatwego dydaktyzmu. Kultura naznaczona przemocą, bez wątpienia okrutna, ale także przesycona pewną czystością intencji, surowością, ale i prawdziwością w relacjach między ludźmi, szczególną szlachetnoscią zwyczajnych kontaktów. Byłoby chyba niedobrze, gdyby ten świat został zupełnie zniszczony przez uproszczoną i postkolonialną wersję "demokratyzacji". Mała Baktai nie jest także obsadzona wylącznie w roli ofiary - jest dziewczynką upartą, żądną przygody i zabawy, dążącą do realizacji swoich celów.
Rodzina Makhmalbafów sprawiała bardzo skromne wrażenie na scenie kina Kijów, ładnie i elegancko wypowiedział się Mohsen Makhmalbaf odbierając nagrodę Złotego Dinzoaura (czy to na pewno dobra nazwa?), kierownik artystyczny festiwalu nie powstrzymał się, niestety, w swojej przemowie otwierającej całe zdarzenie od przykopania kolegom organizującym inne festiwale. A szkoda, nie wydaje mi się, żeby to była stosowna ku temu okazja, zwłaszcza, że wszyscy w Krakowie i tak wiedzą (a jak nie wiedzą, to łatwo się mogą dowiedzieć), kto kogo nie lubi i za co. Część konkursowa (przynajmniej w piątek) to całkowita porażka polskiego kina, jak zwykle. Tani sentymentalizm, niby-parodie, które ani nie śmieszą, ani w ogóle NIC, jakaś przedziwna nostalgia za socrealem, którego zresztą twórcy chyba wcale nie mieli pecha doświadczyć (może właśnie dlatego). Niemal w każdej przerost ideolo (takiej czy innej) nad koncepcją, to chyba jakaś choroba narodowa zresztą. Na tym tle krotki filmik z pracowni Bławuta oraz pewna zabawna wariacja na temat "Popiołu i diamentu" wypadły w miarę nieźle.
Na szczęście w sobotę obejrzeliśmy baskijskie krótkometrażówki i to był bez wątpienia strzał w dziesiątkę. Dlaczego polscy młodzi (?) twórcy boją się po prostu robić filmy?

niedziela, 16 listopada 2008

i się przetarło



Jak tylko mgła opadła, wsiedliśmy szybko w autobus do Szczawnicy - albo raczej to ten autobus nas wywiózł poza mgłę, to było tydzień temu. Ale żeby 9. listopada leżeć sobie na znajomych łąkach nad Lesnicą w słońcu, żywiąc się chlebem z bryndzą i jałowcem? Przecież miala być zima? Znowu nie pojeździmy na nartach (ski-tourowych, żeby było jasne - wizja stoków wypełnionych nie zawsze trzeźwymi tłumami "narciarzy" z równin mazowieckich, łamiących kończyny do wtóru hałaśliwej muzyki rażącej z megafonów jakoś nie jest zbyt kusząca).

Mgły przetarły się na tyle, że dostrzeglam dwa tytuły w prasie codziennej (bo od jakiegoś czasu czytam wyłącznie tytuły i nagłówki), oba nastrajające równie pozytywnie. Tytuł nr jeden, dostrzeżony wczoraj późnym wieczorem w "Żabce" na Chmieleńcu, pochodzi z Gazety Krakowskiej: "Dlaczego Kraków nie słucha Radia Maryja?" Okazało się, że słuchalność w tym mieście oscyluje w okolicach 0,8%. Może dlatego, że - to z innej gazety (przeczytane przez ramię współpasażera w autobusie kilka dni temu) - mieszkancy Krakowa piją o jeden litr mniej "twardych" alkoholi niż wynosi polska średnia... (hm, ciekawe swoją drogą, czy w badaniach uwzględniono brać studencką). Z drugiej strony - obserwując życie tramwajowo-autobusowe - należałoby przyznać, że średnia wariatów znacznie powyżej ogólnopolskiej, ale krakowskie szaleństwo polega na czymś innym niż omamienie toruńskimi wyziewami. Tak czy owak, może nawet mgła nie taka zła pod Wawelem...

piątek, 7 listopada 2008

mgła, hmla, mgła

Jeszcze jeden dzień mokrej, szarej mgły, a osunęłabym się chyba w stan roślinny, bo zwierzęcy już osiągnęłam (a może raczej gąbczasty) - w takim oświetleniu (a raczej braku oświetlenia) nic nie poradzę na to, że mja przysadka mózgowa po prostu się wyłącza. Przestaję myśleć i nie budzę się prawie wcale. Byłoby to nawet nie tak złe, gdyby nie fakt, że spora część mojej aktywności to ma być praca intelektualna.
Na szczęście na chwilę rozsunęły się mgły i ...zwycięstwo. Wygrał Obama. Nie żebym była jakąś szczególną jego fanką (choć to sympatyczny facet), ale pozazdrościłam Ameryce entuzjazmu, chęci do pracy na rzecz wspólnego dobra, uśmiechu, zdolności do wzruszenia, kiedy potrzeba, wiary w sukces i optymizmu. Wszystkiego tego, co tutaj jest tak rzadko spotykanym skarbem. W każdym razie najpierw kwitłam przed ekranem przełączając się między BBC a CNN - TVN i w ogóle polska telewizja byla nie do zniesienia: albo jakieś gadające dziadki piaskowe z mądrymi minami albo jakieś totalne bzdety - do 1.00 w nocy, a później kiedy musiałam wstać o 5.00 rano, żeby zdążyć na seminarium postpanoptyczne do Łodzi, szybko znowu wrzuciłam CNN i okazało się, że obudzilam się w nowym świecie. Złapałam jeszcze - w pośpiechu pijąc herbatę przed wyjściem na autobus - pierwsze przemówienie prezydenta-elekta. Eleganckie, piękne, proste i wzruszające. Niech zgorzkniali radykalni młodzieńcy (jakoś tak mi się napisało, bo mam taki portret psychofizyczny przed oczami - wysokiego, chudego i zgorzkniałego radykała-ortodoksa w okularach, wszekie podobienstwo do realnyc postaci absolutnie niezamierzone) uśmiechają się ironicznie, mam to gdzieś. To jest Ameryka, jaką kocham i to dzięki tej wizji zanurzam się wytrwale w szarą mgłę. Inaczej już dawno stoczyłabym się w stan marazmu, ospałości i utajonej, przewlekłej depresji na którą cierpi tutaj 90% populacji.
A już na pewno taksówkarze. Korporacje powinny im zabronić rozmów z klientami. W poniedziałek bylam tak zmęczona, zmarznięta i w tak kiepskim nastroju po obiedzie z wciaż narzekającą na coś koleżanką, że na samą myśl o czekaniu 20 min. na przepełnioną do granic 114 albo 194, wykręciłam znajomy numer Barbakanu. I się zaczęło. Ponieważ bardziej staliśmy w korkach niż jechaliśmy, to przez blisko 20 minut wysłuchałam WSZYSTKICH pretensji do świata. Jeszcze raz. Jak wielokrotnie przedtem. Jak codziennie, przez wiele lat, przy wielu okazjach. Kiedy wreszcie weszłam do domu, miałam ochotę rzucić się z okna, ale tam ta szara mgła... I kot, który natychmiast kazał mi przestać marudzić i gotować kuraka. A później powtorka z rozrywki w łódzkiej taksówce. 2 razy. Kiedy tylko w przedziale pociągu współpasażerka zaczęła coś o braku WARSU, autystycznie zamknelam się w sobie i ostentacyjnie wyjełam laptopa udając zapracowaną japiszonkę. W tej sytuacji naprawdę trudno nie zazdroscić Ameryce.

sobota, 1 listopada 2008

Sopatowiec



Sopatowiec to dość niezwykłe miejsce. Najbardziej zaskakuje mnie to, że spotykają się tam bardzo różni ludzie, a jednak koegzystuje się w niewymuszenie swobodny sposób, bez jakiegoś szczególnego obowiązku bycia przesadnie miłym - co bardzo mi odpowiada, szczególnie rano, kiedy jestem zupełnie pogrążona w swoim świecie i bardzo nietowarzyska, a nawet niekontaktowa. Zawsze kiedy zasiadamy do wspólnego stołu na werandzie nachodzi nas historia miejsca - od czasów zupełnie zamierzchłych, których najstarsi bywalcy nie pamiętają :-). Dokładnie pamiętam dzień, w którym trafiliśmy tam z Markiem, w poszukiwaniu domu do kupienia dla naszej koleżanki, pamiętam rozmowę z właścicielką, starszą panią, która mówiła miejscową gwarą (bardzo specyficzną, kiedy przyspieszała wymowę, mieliśmy kłopoty ze zrozumieniem), ładnych ...naście lat temu. Od tamtej pory zmieniliśmy kilka mieszkań i opuściliśmy dom, który miał być "na zawsze", odwiedziliśmy kilka niewiarygodnych miejsc na ziemi, przemierzaliśmy rozmaite konstelacje i układy słoneczne, a planeta Sopatowiec była tam, gdzie jest dzisiaj.
Kiedy więc jakiś czas temu zaczął kiełkować pomysł sesji nagraniowej i jednocześnie 10-lecia Karpat Magicznych, Sopatowiec wydawał się najbardziej oczywistym miejscem na ziemi - stodoła, w której Sirsasana okazała się wcale nie być taka trudna, jawiła się jako dobre miejsce do pracy. I tak było. Prawie 48 godzin muzykowania (z kilkugodzinną przerwą chyba na sen, nie jestem pewna) przyniosło sporej dobrej muzyki. Jestem szalenie wdzięczna, że mogę sobie taką przyjemność zafundować - muzykowanie z przyjaciółmi poza wszelką logiką rynkową, konieczością udawania, że przystaje się na śmierdzącą norę zwaną klubem, na rozszczepienie między tym, co się widzi i wie a tym, co trzeba pokazywać na zewnątrz. Najcenniejszy prezent jaki mogliśmy otrzymać po tych 10 latach uporczywego drążenia w topornej materii i walki z całym światem o odrobinę własnej przestrzeni na oddech (pompatyczne, ale co mi tam!): to miejsce, ten czas, poczucie, że liczy się tylko muzyka, moment, w którym wszystko BRZMI, wszystko się udaje i że płynie się razem z tym wszystkim. Cała reszta dogoni nas jutro, ale to będzie już gdzie indziej. Taka absolutnie doskonała przerwa na życie teraz. Co widać na zdjęciach. I jeszcze: Eric przyjechał z Wiednia, a my znowu nie mogliśmy oprzeć się wspomnieniu - kiedyś, w marcu 2001 siedzieliśmy przy śniadaniu w Austin, w Texasie, po całonocnej prawie sesji, Vanessa serwowała teksańskie śniadanie złożone z trzech dań, Charalambides dopiero za kilka lat mieli zostać gwiazdą weird folk ewentualnie new wild America, nikt z nas nie przeczuwał, że to koniec pewnej epoki. Teraz, 7 lat później, wszystko ułożyło się tak a nie inaczej i mam wrażenie, że lepiej nie mogło.

poniedziałek, 20 października 2008

marząc o Starbucksie przy St. Catherine

Żeby wszystko było jasne: nie cierpię Starbucksa. W każdym razie, kiedy jestem Tam - za nachalność i wszędobylskość. Od czasu, kiedy zobaczyłam na jednym skrzyżowaniu w Chicago 6 szyldów ze znajomym zielonym logo. To było przerażające, skrzyżowanie to były raptem cztery ulice w cztery świata strony, a Starbucksów było więcej niż stron świata! Kiedy jednak zobaczyłam szyld przy St. Catherine (ciągle flashback), na wysokości Muzeum Sztuki Współczesnej, skąd pochodzi moja nowa torba z recyklowanego billboardu (uzależnienie od kupowania toreb jest u mnie porównywane tylko z uzależneniem od kupowania butów), jakoś zatęskniłam za znajomymi klimatami i przysiadlam na chwilę z jakże znaną (taką samą wszędzie!) kawą. Chciałabym czasem umieć zatrzymywać takie chwile, kiedy pozornie nic się nie dzieje, w każdym razie nic spektakularnego, ale jest się trochę kimś innymi, trochę tą samą osobą, ale przefiltrowaną przez wiele kilometrów miejskiej flanerii. Najfajniejsze jest radykalne uwolnienie od myślenia o celu wędrowki, konieczności sensu, czasu, słów. O ile oczywiście można sobie pozwolić na flanerię absolutnie samotniczą, totalne zanurzenie w żywiole, bez konieczności wymiany uwag, podtrzymywania konwersacji czy odpowiadania na pytania. Ciekawe jest, że koniecznym parametrem tego doświadczenia jest Wielkie Miasto. Kraków - od biedy - też może pełnić taką funkcję, ale tutaj na każdym kroku kogoś znajomego się spotyka i to już nie to samo.
Oczywiście to wszystko dawno już zniknęło, uparcie wskrzeszam czas sprzed tygodnia, choć wiem, że to na nic, zwłaszcza, kiedy w zatloczonej do granic 194ce przypominam sobie jak to jest jeździć do miasta i wracać do domu w godzinach szczytu. Ciekawe, czy kiedyś będzie można wystąpić o odszkodowanie z tytułu życia w nazwyczajnie ciekawych czasach transformacji i Nieustającego Korka Wszystkich Wszędzie. Nie sądzę. Może lepiej wróce do lektury po francusku i ćwiczenia rygorystycznej struktury artykułu naukowego po angielsku.

środa, 15 października 2008

80's

Ja napisała dzisiaj Dorothy: zawsze byłam przekonana, że młodzieżowa kultura popularna lat 80tych była fenomenem międzynarodowym. Wstępne wnioski sformułowaliśmy wprawdzie już w ubiegły piątek przekrzykując hałaśliwe wersje dobrze nam znanych hitów z czasów nastolatkowych nad piwem w którymś z licznych klubów przy Rue Crescent. OKazało się, że międz Polską, kanadyjską Kolmbią Brytyjską, Holandią i Brazylią krążyły mniej więcej te same dźwięki i wzruszenia. Czy to wspónota pokoleniowa? Bo ja wiem. Zbyt dobrze jesteśmy oczytani w teorii postkolonialnej, żeby dać sie zwieść tym złudzeniom. Ale faktem jest, że dobrze znany refren "tonight, tonight, tonight" przywodzi na myśl kilka niezapomnianych chwil. Nie wspominając już o budzącym absolutny dreszcz ekscytacji "Purple Rain", a nawet "Too Shy" nie wydaje się już dzisiaj takie całkiem "cheesy". Urządzam sobie więc wieczór wspominkowy.
More to come. Jak zwykle.

wtorek, 14 października 2008

Kanada pachnąca...


...rzeczywiście żywicą. Przynajmniej w Parku Narodowym Mont-Orford, gdzie udało mi się spędzić uroczy dzień. Zdjęcia z tego dnia w lasach Kanady jak zwykle tutaj. Podróż transoceaniczna zawsze jest jak rodzaj snu, tym razem zastanawiałam się nad tym, że łyk amerykańskiej przestrzeni jest mi niezbędny, trochę jak zaczerpnięcie śweżego powietrza po długim dniu spędzonym w klimatyzowanym pomieszczeniu. Już pierwszego dnia, wieczorem po rodzinnej kolacji i po całym tym zawieszeniu między strefami czasowymi, kiedy Denis pokazywał widok na miasto ze wzgórza Mont-Royal przypomniałam sobie, że tęsknię za TYM niebem. Jest zupełnie inne niż gdziekolwiek w Europie (może daleko na północy wyczuwa się obecność bezkresu, może w Rosji) i zapowiada Niespodziewane. A później to Niespodziewane się zdarza i jest inne za każdym razem, kiedy odwiedzam ten kontynent. W Ameryce tkwię w nieswoim czasie, albo raczej w czasie podwojonym (co najmniej), bo co innego podpowiada mi organizm, a co innego zegarek. Ciekawe, że tak trudno przyzwyczaić ciało do tej różnicy, wydaje się być niemal niemożliwa do oswojenia przez co najmniej 2 tygodnie. A teraz jestem już po Tej stronie i jak zwykle w takich momentach brakuje mi Tamtej strony. Coś nieodwołalnie zostaje bowiem Tam, już się przeciw temu nie buntuję, bo może dlatego tak chce się wracać. Jadąc wczoraj z Warszawy zorientowałam się, że jesień kanadyjska ma jednak zupełnie niezwykłe kolory, za którymi teraz tęsknię. Niby tutaj bardzo pdobnie, a jednak nie tak samo: kolory jakby trochę wypłowiałe i wyblakłe, może datego, że nie udziela im się ten bezkres.
Z Warszawą to też niezła historia (bo nigdy w życie nie wybrałabym Okęcia jako miejsca docelowego po tym, jak raz zgubiono mi bagaże, których dowiezienie to była cała historia a raz lądowanie przebiegało w taki sposób, że wolałabym o tym nie pamiętać): samolot powrotny z Monachium (przesiadka w drodze z Montrealu) napierw krążył nad Krakowem dokładnie 1 godzinę i 20 minut (jakieś 30 okrążeń, podczas których podziwianie Tatr wyłaniających się z mgły stało się prawdziwym koszmarem), a w końcu - z pwodu mgły - zmuszony został do lądowania w W-wie. Tutaj z kolei trafiliśmy na ewakuację terminalu, bo ktoś zapomniał o swojej walizce pozostawionej w Relayu... Tak czy owak, czekałam nieprzytomna ze zmęczenia na autobus, który miał (lub nie miał, w zależności od tego, z którą z uroczych, ale kompletnie niezorganizowanych pań z polskiego biura Luftanhsy się rozmawiało) dowieźć nas do Krakowa. W końcu jednak, po blisko 6 godzinach podróży (z czego 90 minut przypadało na przejazd trasą 29 ulica - Opolska - Balice) "wylądowałam" wreszcie w Balicach. Przelot z Montrealu do Monachium trwał 8 godzin... To zaczyna być jakaś reguła w moim życiu, że powrót do Polski za każdym razem oznacza jakąś piętrzącą się górę kłopotów (od łapania w ostatniej chwili smaolotu w Nottingham w maju przez 4-godzinne spóźnienie pociągu z Wiednia jadącego przez Czechy akurat w dniu kiedy wykoleił się pociąg Kraków-Praga po wczorajszy koszmar). Ciekawe dlaczego?
More to come (jak zwykle).

niedziela, 14 września 2008

Dolinki

Proszę, a tak ładnie szło przed miesiącem - udawało mi się coś codziennie zapisywać. No cóż, jak powiedział Tony Soprano do jednego ze swoich współpracowników, który chwilę potem zszedł na serce w chwili niedyspozycji żołądkowej: "bądź wytrwały!".
To, co po drodze, nie liczy się, gdybym chciała wracać do licznych luk, to nigdy nie doszłabym do siebie dzisiaj. Festiwal (T)Urban w Preszowie zostanie więc pochłonięty przez historię raczej milcząco. Poza tym, że ostatecznie b. fajnie nam się grało Andrzejem Widotą (takie bardziej noise'owe wcielenie), ale cholernie nie lubię kwitnąć pod sceną o 1.00, czekając na organizatorów, którzy mają nas doholować do hotelu. Słowacja to jednak Słowacja, kraj absolutnie piękny, gdzie swobodnie znikam w przestrzeni i wszystko nastraja mnie nostalgicznie, łagodnie i dobrze.
Dzisiaj zaś i wczoraj celebrowaliśmy jesień. Wczoraj za pomocą rozgrzewającej zupy, dzisiaj na wycieczce do Doliny Będkowskiej, która okazała się taka sobie. Zarośnięta jakimiś pokrzywami i burzanami, skałki fajne, ale ogólne wrażenie ruderalne. Przy Sąspowskiej sprawia wrażenie opuszczonej wsi. I jakieś zawody rowerowe w połowie Doliny, krzyki przez megafon ze sceny i wszystko to, od czego po całym tygodniu w mieście chce się uciec. Szare chmury nisko nad horyzontem (cool!) i migrenowy ból głowy (niecool!). Tak czy owak, jakoś trudno mi było nastawić się bardziej entuzjastycznie, poza tym, że odrobina koniecznego zmęczenia mięśni. Tęsknię za Tatrami.
Jutro ma się zacząć Wielki Deszcz Jesienny. Zobaczymy.
We wtorek wieczorem Theatre of Voices Pala Hilliarda ze Stockhausenem w Fabryce Schindera. Cieszę się.

niedziela, 24 sierpnia 2008

pre-jesienne remanenty

Grzebiąc w rozlicznych naszych archiwach natrafiłam na CD-Ry ze zdjęciami i prezentacjami. Niektóre z nich są jak wspomnienie z odległego snu, a może wręcz z innego życia... Tak, jak to zdjęcie powyżej. 1998, stary klasztor (przypuszczalnie Nyinmga) nad wioską Dumbe w dolinie Kali Gandaki, gdzieś za naszymi plecami w górę rzeki znajduje się Jomsom... Kim teraz są nasi ówcześni towarzysze drogi? Po wieloletniej wojnie domowej, po tym, jak zbudowano drogę do Jomsom, po tym, jak zmieniło się wszystko dookoła. A kim ja jestem? Może zmieniło się wszystko, a może to tylko jakaś kolejna konstelacja, jedna z wielu, w jakich się bierze udział?
Najlepiej myśli się o tym leżąc na trawie i patrząc w chmury. Może też być to znajoma skałka pod opactwem tynieckim, nad samą Wisłą. Dzisiaj spotkaliśmy tam ostatnie dni lata i dobrze znanego łysego palanta (proszę, jak Ladnie się zarapowało), który ujeżdża swój skuter wodny właśnie tutaj, w zakolu Wisły, gdzie przypuszczalnie nie wolno uruchamiać motorowych jednostek pływających. Ta kompulsywna potrzeba smrodzenia spalinami i hałasowania bywa dość zastanawiająca.
W Krakowie odbył się Wielki Festiwal. Chęć obejrzenia / posłuchania Prodigy przegrała z niechęcią do imprez masowych (i pewną koniecznością natury zawodowo-artystycznej, w sobotę graliśmy w NS na Karpaty Offer). Poza tym reszta obsady do bani i sponsor do bani. I za daleko. Muzeum Lotnictwa.
Zrzędzę. Nadchodzi jesień, dużymi krokami nadchodzi praca, którą bardzo lubię, ale... fajnie jest liczyć czas w dniach, a nie godzinach i minutach.

środa, 20 sierpnia 2008

Makowa epopeja

Wciąż pod urokiem. Choć już z wolna zaczynam wychodzić na ulicę :-) Opanowałam tajniki przesyłania plików z jednego kompa do drugiego przez Bluetooth, genialna rzecz. Przy okazji porządkuję wnętrzności obu. Ciekawe, kiedy zauważę ubytki Bardzo Ważnych Plików, Które Odeszły w Siny Kod Binarny. Zupełnie nie wiedzieć czemu zakupiłam wśród stosu DVD serial "Dyrektorzy", tłumacząc sobie, że to zalążek kolekcji historii polskiej telewizji (przyda się na zajęcia). A tak naprawdę to chyba jakiś flashback, pamiętam ten serial z dzieciństwa. Tak czy owak, każde zderzenie z siermiężnością i szarością PRLu w dalszym ciągu wywołuje dojmujące stany przeddepresyjne. Oprócz zrozumiałej nostalgii z powodu dzieciństwa, które upływało w latach 70-tych, czasem ciąży jednak dorastanie w latach 80-tych, które pamiętam jako nieustającą szarość (z małymi wyjątkami), coś jakby zawsze panował wtedy listopadowy wieczór z siąpiącą uporczywie marznącą mżawką. A przecież było jeszcze Duran Duran, punkowa rewolucja, Jarocin, przemycane pod kurtkami zine'y, wagary w Teatrze Witkacego i Tatrach, tanie wino na studniowce, a także klasyka filmu w telewizji, DKF początki nowej fali i plastikowe brzmienia dziwnego disco. Czasem o tym pamiętam. Żeby choć jakaś martyrologia, ale nie - szarość. I mogę sobie to bezpiecznie wspominać siedząc przy podświetlonej klawiaturze mojego Maczka.

poniedziałek, 18 sierpnia 2008

jeszcze o Maczku

No już! Na razie najtrudniej przyzwyczaić się do "alt" tylko po lewej. To - jak do tej pory - JEDYNA trudność w pracy na Maku. Poza tym kazał mi przemeblować pokój i nowe ustawienie okazało się brzmieć ładnie w przestrzeni dopiero, kiedy otwarłam na biurku mojego Maczka. Potrzebował (i ja też) po prostu nieco więcej przestrzeni. Lampka jest z innej strony i lepiej widzę księżyc oraz storczyka numer 2 z mojej rozwijającej się, mam nadzieję, kolekcji storczyków. Ruszam na podbój Makowego softwaru.

niedziela, 17 sierpnia 2008

ja jako Mac user

Zanim powrócę do podróży (jak zwykle flashback): JEST! JEST! JEST! Mój nowy MacBook! Prosto z Nottingham. Miro zdażył mi pokazać tylko najważniejsze tricki i pognał do Preszowa (no, ujechaliśmy razem kawałek)... i zostałam z nim sam na sam. Moja dawna miłość z czasów PowerBooka jeszcze, z pierwszej podróży do USA. Mimo, że to nowe wcielenie, to chemia między nami istnieje (Eva! Wall-e!), mam wrażenie, że jest bardzo milutki i na wszystko sie zgadza. Trochę się grzeje, ale to u niego chyba normalka (tak wynikałoby z instrukcji). Nie uporałam się tylko jeszcze z polskimi czcionkami, więc wciąż kooperuję z moim równie milutkim HPekiem, smutno byłoby mi go porzucić. Choć kupowany w pośpiechu, stresie i bez znamysłu (w obliczu niespodziewanego, nagłego i stanowczego NEIN jego poprzednika) niepostrzeżenie zdążył podbić moje serce. Stara miłosc nie rdzewieje, ale nowa tuż, tuż...

poniedziałek, 11 sierpnia 2008

w Niszu

Oto, co przywitało nas podczas porannego spaceru słonecznymi ulicami miasta Nisz w Serbii. Miasta, przez które tylko przejeżdżaliśmy do tej pory, wzdychając, że fajnie byłoby tu się kiedyś zatrzymać (głównie z powodu bardzo obiecujących skał w przełomie Niszawki, po drodze do Dimitrowgradu i Sofii). No i wreszcie się udało. Po drodze z Tolmina na Słowenii (z noclegiem na kempingu nad Krką), przez całą Chorwację i prawie całą Serbię, w egipskich już ciemnościach szukaliśmy hostelu Marvel w Niszu, wyobrażając sobie dość obskurne lokum ze śladami niegdysiejszej świetności z czasów jugosłowiańskich. I jaka niespodzianka: hostel okazał sie być bardzo miłym domem rodzinnym na jednym ze wzgórz okalających centrum miasta. Duży pokój dzienny, malutkie, ale czyste sypialnie (zaledwie kilka pokoi), 2 łazienki, do dyspozycji kuchnia i komputer. Tylko z podłączeniem do netu było dziwnie. Za żadne skarby nie dało się uruchomić na zaoferowanym gościom komputerze stacjonarnym, dopiero A. podłączył swój laptop i zadziałało. Miło było stukać w klawisze czarnego HPeka, dokładnie takiego samego, jak mój. Odrobina domu. Później dopiero napadła mnie refleksja, że może trzeba było najpierw połaązyć się na tym kompie za pomocą starożytnego modemu na przykład, płacąc za każdą minutę połączenia. Ech, życie - zapominałam już, co to połączenie modemowe i jak to działa. Nie rozwiązaliśmy jednak tej zagadki. POdobnie jak zagadki Pekary Simpson, bo była zamknięta. cdn.

środa, 30 lipca 2008

bezdroza tolminskie

Poniewaz tym razem jestesmy samochodem (ba, to wlasciwie fetysz, bo land rover), to korzystamy z okazji i ujezdzamy pobliskie bezdroza. Wczoraj wreszcie udalo nam sie dojechac do tajemniczej wioski Cadrg, o ktorej zawsze wiele slyszelismy, ale do tej pory nie udalo nam sie jej odwiedzic. Okazala sie byc rajem na Ziemi, bo nie ma tam NIC. To znaczy jest kilka domow, sa owce, sa gory, ... i tyle. Szybko wiec pobralismy ulotke z jednego gospodarstwa i mam nadzieje, ze za rok uda nam sie tam zaszyc na cale 7 dni (co najmniej ) z dala od cywilizacji. Tym bardziej, ze znakomicie drzemalo sie na pachnacej ziolami lace na wzgorzu nad wioska. 7 dni takiej drzemki oraz zaawansowana i doglebna obserwacja chmur plynacych po niebie - raj na ziemi. Dzisiaj wieczorem performance z uczestnikami mojego warsztatu wokalnego (na rynku w Tolminie, jak sie okazuje), a jutro... kto to wie. Przez Zagrzeb i Belgrad w kierunku Melnika. Na granicy serbsko-bulgarskiej mamy spenetrowac jakies niezwykle gory oraz poruszac sie drogami, ktore sa tylko na niektorych mapach. Zobaczymy. Juz niedlugo mam nadzieje spjac melnickie wino i objadac sie szopska oraz kjopolu.

wtorek, 29 lipca 2008

znowu Tolmin

I znowu szybki przerzut przez Bratyslawe, Wieden, Graz, Podljubinj, Bled i Bohinj do Tolmina. Po drodze tylko dwie burze, ale w "disko" (Land Rover Discovery) nie tak straszne. A dzisiaj jak zwykle poranna kawa na glownym placu w Tolminie. Wczraj, korzysrajac z samochodu, jezdzilismy po okolicznych bezdrozach i... nie dojechalismy do Cadrgu, moze uda nam sie dzisiaj. Po drodze usiedlismy w kawiarence w Lazoch z widokiem na masyw Vogela, po ktorym blakalismy sie rok temu.

piątek, 25 lipca 2008

no i ciągle nie wiem

Nie wiem, nie wiem, nie wiem i nie chcę wiedzieć, co mam ze sobą zabrać. Nie wiem, nie wiem, nie wiem i nie chce wiedzieć, kim mam w podróży być. To się wyjaśni w trakcie, przy moim minimalnym, mam nadzieję, udziale. Mam tez nadzieję wypić przedpołudniowe "preso s mliekom" gdzieś w okolicach Żyliny, lunchyk zjeśc gdzieś pod Bratysławą, a kolację nad Bledem. Kot jest niepocieszony, przeczuwa, co go czeka. Aha, jutro mam imieniny.

czwartek, 24 lipca 2008

przed podróżą

Zawsze jestem przed podróżą. Ten stan różni się tylko ilością dni dzielących mnie od zamknięcia za sobą drzwi mieszkania na dłużej lub krócej. Osiągnęłam już wakacyjny stan umysłu, to znaczy, że nie chce mi się pakować żadnych ubrań ani książek, przypuszczalnie wezmę, co aktualnie wpadnie mi w rękę (no, może z wyjątkiem butów górskich i reszty wyposażenia). Pewnie będzie to "Czarne słońce" Kristevej i kilka podkoszulków, które bez żalu moge zostawić w jakimś koszu na śmieci po drodze. Fajnie. Tym razem cała podróż już zaplanowana bez mojego udziału, land rover powiezie nas najpierw do Tolmina przez całą Europę Środka, a potem się zobaczy. Tak czy owak, 8.08 siedzimy w samolocie Sofia - Wiedeń, a 9.08 gramy na Off Festiwal w Mysłowicach. Co będzie pomiędzy jest niewiadomą i to mnie cieszy. Dryf bałkański.

środa, 23 lipca 2008

jesień latem

A Vintage Burden Charalambides: idealna muzyka na pełne zachmurzenie, kontury wzgórz nad Wisłą rozmywające sie w chmurach, na niskie ciśnienie i jeszcze niższe ciśnienie,na kolejny słoik nutelli; rozstania na krótko, na dłużej i na zawsze, wymuszone przez okoliczności lub brak słów; na zamknięcia długo odwlekane i na układane w głowie rozstrzygnięcia, które nigdy nie zaistnieją; na chwile, które łatwo odchodzą pogrzebane słowami, a niemożliwe do wskrzeszenia. Na jeże, ślimaki i śpiące koty. There Is No End.

godzina duchów

00:01 to godzina idealna dla mnie. Podobnie jak 01:00, 01:10, 00:10, 11:00, itp.itd...

wtorek, 22 lipca 2008

bosko, bosko


Takim oto ślimakiem jestem bez wątpienia (albo byłam w którymś z poprzednich wcieleń). Bo kolejny rok stracony dla mojego blogowania z powodów, które przemilczę łaskawie dla świata. Ale za to nauczyłam się funkcjonować śpiąc 4 godziny na dobę, co kiedyż wydawało mi się niemożliwe. Tak czy inaczej, wpadłam w ekstazę komunikacyjną - fajnie jest przełączać się między profilem na Facebooku, stroną MC tamże oraz na Majspejsie, a do tego jeszcze uaktalniać, wrzucać fotki do Picasy i what not... I gadać na skypie z trzema osobami na raz, nie zawsze w tym samym języku. Lepsze niż pół butelki kalifornijskiego Zinfandela. Po czym poznałam, że mam wakacje? Po tym, że spędziłam dzisiaj 3 godziny grając w The Neverhood Chronicles, a jak wstałam od monitora i wyszłam na ulicę, to chciałam otworzyć drzwi autobusu kliknięciem myszki (co nie jest az tak pozbawione sensu, w niektórych autobusach drzwi otwieraja sie tylko na przycisk). Niektórzy narkotyzują się substancjami, ja elektronicznym światłem monitora.