wtorek, 2 grudnia 2008

cyberrobota

Po małej wyprawie do Gdańska wróciłam przeziębiona, z potwornym katarem. Ściślej rzecz biorąc, z katarem wyjechałam z Krakowa, a że EX Małopolska (albo inny potwór) przemierza obecnie trasę na Wybrzeże w 10 godzin, z czego 40 min. - 1 godz. tkwi się w uroczym szczerym polu podziwiając tzw. kostkę polską na Wielkiej Równinie i przyglądając się nieśpiesznej pracy zespołu koszałków-opałków z dumnym napisem "PLK Lublin" na plecach (dla niewtajemniczonych: Polskie Linie Kolejowe), przy czym przeciętna temperatura bardzo starannie zaprojektowanego wnętrza przedziału owej "strzały Północy" wynosi jakieś 38 stopni (Celsjusza) i to tylko dlatego taka niska, że okna mieliśmy otwarte po obu stronach, to...łatwo się domyśleć. No, big fun po prostu.
O Gdańsku może będzie oddzielnie (nie, żadne z nas nie grało ani na lu-shengu, ani na miniharmonium, jak pisała Wyborcza, ale co tam), jak trochę ochłonę. Bo dzisiaj dobre 14 godzin siedziałam przy kompie uaktualniając, robiąc film, konwertując rozmaite pliki wideo do MPEG4 i inne takie. W każdym razie bóg stworzył Maca (kto wie, może nawet cała potrójna szajka maczala w tym palce, diabeł siedzi w PC - a nie w IKEI, jak donosi jeden maksymalnie odjazdowy koleżka w sobotniej Wyborczej). O tym też oddzielnie, i to chyba raczej M., to jego działka. Ja się nie podejmuję. Mnie to tak śmieszy, że klawiatura mogłaby mi się wykrzywić i pewnie oplułabym ekran. A przecież Maczek jest dany od boga i tak nie wolno.
A katar i tak mnie dobija. Gorączki już nie mam, po tylu godzinach przed ekranem można osiąnąć stan pozagorączkowy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz