czwartek, 31 grudnia 2009

ostatnie godziny

Wypada podsumować: proste statystyczne zestawienie pokazuje mi, że był to rok dosyć szczególny - udało mi się utrzymać dyscyplinę i blogowalam pilnie przez cały rok. Między innymi z tej okazji piję szampana i zaraz odpalamy naszą fajkę wodną. Dookoła strzelają (sztuczne ognie), słuchamy Frode Haltli z Mają Ratkje a wcześnije Anoura Brahema i Stephena Micusa, jeszcze wcześniej mojego ulubionego BBC 3 i myślę sobie, oby jak najmniej było przełomów i rewolucji, żeby wszystko szło swoim torem, było jak zwykle płynne, zmienne i niestałe, żeby nie było mnie stać na luksus powiedzenia: to już tu, dalej nie idę.

poniedziałek, 28 grudnia 2009

piraci?

Wczorajszy dryf w poszukiwaniu buddyjskiego kalendarza firmy Tushita oraz strun do gitary upewnił mnie w tym, że istnieją jednak na tym świecie pewniki. Jedno ani drugie nie zostało znalezione (od roku mniej więcej 1998 testuję z mizernym zazwyczaj skutkiem rozmaite sklepy muzyczne na okoliczność strun "12"-tek Dean Markley do gitary elektrycznej, z grzecznosci nie mówię sprzedawcom, co mogą sobie zrobić z oferowanymi mi nieodmiennie D'Addario), przekopaliśmy za to wszystkie kalendarze na półkach Empiku w Galerii Krakowskiej oraz w Rynku. Zadowoliliśmy się, z braku Tushity, pięknym skądinąd kalendarzem "Tibet 2010" TeNeues. Gdyby ktoś gdzieś przypadkiem namierzył kalendarz firmy Tushita (albo inny) z buddyjskimi świętami, to proszę o cynk - ale pewnie kupię go po prostu w Sztokholmie w lutym (na rok 2009 kupiłam kalendarz w Montrealu albo Londku). Przy okazji jednak Empikowego dryfu zawiodły nas wiatry ku półkom z płytami i... doznaliśmy urazu (też niezmiennego). Po pierwsze, wybór (żałosny, marny, siermiężny i kompletnie bez żadnego klucza). Po drugie (i gorsze): ceny. Nawet gdybym zarabiała 10 razy więcej, to nie kupię nowej płyty z ciekawej serii ECM ze współczesną kameralistyką za blisko 70 (a bywa, że i 80) zł, bo uwazam tę cenę za nienormalną i w dodatku obraźliwą dla mojego rozsądku. Założę się, że ta cena jest wynikiem raczej obłąkanej polityki Empiku, a nie tylko samej zasłużonej labeli (tym bardziej, że ECM uruchomiła także wersję starszych płyt w wersji "budget"). Wzruszyliśmy tylko ramionami, płyt w Empiku i tak nie kupujemy, ale jeśli następnym razem jakiś Kazik będzie nazywał złodziejami dzieciaki (i starszaki) ściągające muzykę z sieci, to może warto podjąć dyskusję? Bo wydaje mi się, że "piraci" i "złodzieje" to zupełnie ktoś inny i gdzie indziej...

czwartek, 24 grudnia 2009

handy andy

Już jakiś czas noszę się z nowym pomysłem, ale ponieważ cierpię na ich poważny nadmiar, to nauczyłam się...przeczekiwać. Samoograniczenie w inwencji to w moim przypadku konieczna strategia przetrwania, choć nie obywa się, oczywiście, bez kosztów własnych innego rodzaju. W każdym razie mniej więcej około połowy roku miałam taki przebłysk, kiedy najpierw zaskoczył mnie niezwykle złożony i przestrzenny dźwięk miotły, która ktoś na Plantach zamiatał jakieś śmieci, dosyć wcześnie rano to chyba było, a później, kiedy mniej więcej w tym samym czasie usłyszałam nocą sowy odzywające się na nowymi budynkami Osiedla Europejskiego. Pomyślałam sobie, że interesująco byłoby prowadzić rodzaj sound journala. Nie wprowadziłam tego na razie do realizacji, ale mój soundwalk z tundry już jest gotowy i 200 płytek czeka na odbiór w dogodnej chwili. A od dzisiaj jestem bardzo szczęśliwą posiadaczką Zooma H2, bardzo poręcznego sprzętu do nagrywania (nagrywa w WAVach i MP3kach, a zatem jest idealny do podcastów...), którym nagrywałam w lipcu za kręgiem polarnym, ale wtedy tylko testowałam ten model. Bardzo wygodny w terenie, zupełnie przyzwoita jakość nagrań, powiedziałabym, że wręcz zadziwiająco dobra w porównaniu z minidyskiem Sony, którego używaliśmy do tej pory przy takich okazjach. Brzmienie nagrań trochę przypominało mi ciepłe i dynamiczne parametry uzyskiwane na naszym historycznym już modelu przenośnego DAT-a, jak do tej pory urządzenia dającego nagrania najlepszej jakości (z wszystkich, które miałam w ręku). DAT, został niestety lekko "zajechany" przez znajomych, którym niefrasobliwie go pożyczyliśmy i w efekcie padł mu akumulator, co jest niepowetowaną stratą. Nagrywa, ale tylko podpięty do sieci, a więc w terenie jest zupełnie bezużyteczny. Żal mi go, bo towarzyszył nam m.in. podczas nagrywania w Himalajach, przy stupie Bodnath, w Sarnath Park i w wielu innych fascynujących miejscach. Dzisiaj ma swoje honorowe miejsce na półce obok rozmaitych mniej czy bardziej muzealnych eksponatów (jak np. "miękka" dyskietka wyprodukowana przez nizapomniane Zakłady Włókien Chemicznych "Stilon" z Gorzowa Wielkopolskiego - tak, tak, te same, które produkowały kultowe kasety magnetofonowe stanowiące swego czasu bezsprzeczny obiekt pożądania). H2 być może pozwoli mi powrocić do pomysłu, który odłożyłam - w odruchu instynktu samozachowawczego - na półkę.

środa, 23 grudnia 2009

końcowka

Końcowka roku przyniosła oslabienie i zaniechanie, to fakt. Ostatni wpis tutaj miał miejsce prawie 20 dni temu! Co jakiś czas kryzysy się zdarzają.
Mam za sobą inaugurację sezony narciarskiego pod Rohaczami, jazda na nartach przy -17 stopniach była przygodą nie lada, ale za to można było najeździć się ile dusza zapragnie, nawet jeśli udostępniona była tylko jedna trasa. Po raz kolejny przyszło mi stwierdzić, że narty to jedna z największych przyjemności, jakie znam.
A teraz już prawie święta, które średnio lubię i z obserwacji wynika, że jakaś połowa populacji także lubi je rownie średnio. Wszystkim cierpiącym i nie życzę, żeby zawsze mieli na co czekać i żeby zawsze mieli o czym marzyć. Żeby było jakieś "gdzie indziej", "tam" i żeby to, co za horyzontem było bardziej kuszące, ale żeby to, co teraz było jak najbardziej odczuwalne i namacalne. I Ciepła, Światła, Energii. Na ten rok i wszystkie pozostałe. I żeby pociągi, do których wsiadamy, zawsze były ogrzewane.

sobota, 12 grudnia 2009

Dzień Drugiego Sniegu

Jest! Bardzo anemiczny i opieszały, ale jednak! Pada śnieg! Marzy mi się prawdziwa zamieć śnieżna, mam nadzieję, że jeszcze kiedyś taką w życiu zobaczę - gołym okiem widać, że zmiany klimatyczne to nie bajka ani teoria spiskowa, a jednak w sondzie Onetu przytłaczająca większość uznała, że to wymysł. Tak łatwo sterować tłumem w Polsce, że czasami aż strach człowieka ogarnia. Wystarczył artykuł o jakichś nie do końca jasnych zabiegach hackerów z Rosji, którzy rzekomo wykradli "tajne" dane. Coraz częściej myślę o tym, jaka to ogromna strata - Arktyka powoli odchodzi w przeszłość. Póki co, zaglądam, co słychać na głównym placu w Kirunie. Obraz odświeża się co 30 sekund, więc można potraktować tę kamerkę prawie jak telewizję. Słońce rzeczywiście nie podnosi się zza widnokręgu, ale i tak jest znacznie jaśniej, niż pod grubą krakowską zasłoną z szarych mgieł.
Kilka dni temu skończyłam "Vággi Várri", która już jest w tłoczni i lada moment na świecie będzie 200 sztuk płyty, która dla mnie jest dosyć osobistą historią totalnego związku z Północą. Najszybciej informacja pojawiła się na portalu, z ktorym współpracujemy przy tym projekcie, związanym także z magazynem "Zew Północy". Miło wiedzieć, że jest nas - ludzi zafascynowanych Skandynawią - więcej.

niedziela, 6 grudnia 2009

R.I.P. Jack Rose

No pora wreszcie ocknąć się z niechęci wobec... mniejsza z tym. Life's hard.
Tym bardziej, że w zabieganiu, totalnym stresie, nawale pracy, gonitwie myśli uporczywie krążących wokół potrzeby zyskania miejsca na pustkę, ciszę, świeżość i śnieg (ewentualnie także muzykę, która nie przychodzi łatwo między starannie wyliczonymi w minutach odcinkami czasu) zdarza się zazwyczaj uderzenie znienacka. Lub dwa. Po pierwsze: black out, zanik pamięci/świadomości, w środku zajęć. Po drugie: zmarł Jack Rose. Miał 38 lat, mój rówieśnik. Spotkaliśmy się jakieś 8 lat temu, jego akustyczny set otwierał nasz wspólny koncert z Bardo Pond w Filadelfii, w marcu 2001 roku. Słuchając jego solowego występu zrozumieliśmy kilka ważnych rzeczy, m.in. to, jak cenna jest różnorodność, jakie piękno kryje się w amerykańskiej gitarze akustycznej traktowanej z wirtuozerią i uczuciem, po co w ogóle warto to robić. Zawsze będę podziwiać kilku muzyków z tamtego kręgu (i kilku znajomych z bliższych miejsc), którzy - niezależnie od koniunktur i powiewów - tak konsekwentnie podążają swoją scieżką. Zastanawiam się najczęściej, skąd biorą na to siłę, zwłaszcza, kiedy źródło mojej energii nie jest w najlepszym stanie i coraz gorzej znoszę konfrontację, która jest jednak istotą działań scenicznych. Dlatego zachowam obraz Jacka pochylonego nad swoją gitarą tak, jakby nie istniało nic innego na świecie i ciszę, która wtedy zapanowała nad - normalnie hałaśliwym - klubem Khyber w Filadelfii.
Om Namo Buddhaya.