czwartek, 24 grudnia 2009

handy andy

Już jakiś czas noszę się z nowym pomysłem, ale ponieważ cierpię na ich poważny nadmiar, to nauczyłam się...przeczekiwać. Samoograniczenie w inwencji to w moim przypadku konieczna strategia przetrwania, choć nie obywa się, oczywiście, bez kosztów własnych innego rodzaju. W każdym razie mniej więcej około połowy roku miałam taki przebłysk, kiedy najpierw zaskoczył mnie niezwykle złożony i przestrzenny dźwięk miotły, która ktoś na Plantach zamiatał jakieś śmieci, dosyć wcześnie rano to chyba było, a później, kiedy mniej więcej w tym samym czasie usłyszałam nocą sowy odzywające się na nowymi budynkami Osiedla Europejskiego. Pomyślałam sobie, że interesująco byłoby prowadzić rodzaj sound journala. Nie wprowadziłam tego na razie do realizacji, ale mój soundwalk z tundry już jest gotowy i 200 płytek czeka na odbiór w dogodnej chwili. A od dzisiaj jestem bardzo szczęśliwą posiadaczką Zooma H2, bardzo poręcznego sprzętu do nagrywania (nagrywa w WAVach i MP3kach, a zatem jest idealny do podcastów...), którym nagrywałam w lipcu za kręgiem polarnym, ale wtedy tylko testowałam ten model. Bardzo wygodny w terenie, zupełnie przyzwoita jakość nagrań, powiedziałabym, że wręcz zadziwiająco dobra w porównaniu z minidyskiem Sony, którego używaliśmy do tej pory przy takich okazjach. Brzmienie nagrań trochę przypominało mi ciepłe i dynamiczne parametry uzyskiwane na naszym historycznym już modelu przenośnego DAT-a, jak do tej pory urządzenia dającego nagrania najlepszej jakości (z wszystkich, które miałam w ręku). DAT, został niestety lekko "zajechany" przez znajomych, którym niefrasobliwie go pożyczyliśmy i w efekcie padł mu akumulator, co jest niepowetowaną stratą. Nagrywa, ale tylko podpięty do sieci, a więc w terenie jest zupełnie bezużyteczny. Żal mi go, bo towarzyszył nam m.in. podczas nagrywania w Himalajach, przy stupie Bodnath, w Sarnath Park i w wielu innych fascynujących miejscach. Dzisiaj ma swoje honorowe miejsce na półce obok rozmaitych mniej czy bardziej muzealnych eksponatów (jak np. "miękka" dyskietka wyprodukowana przez nizapomniane Zakłady Włókien Chemicznych "Stilon" z Gorzowa Wielkopolskiego - tak, tak, te same, które produkowały kultowe kasety magnetofonowe stanowiące swego czasu bezsprzeczny obiekt pożądania). H2 być może pozwoli mi powrocić do pomysłu, który odłożyłam - w odruchu instynktu samozachowawczego - na półkę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz