czwartek, 26 lutego 2009

...

Kiepski dzień. Nawet nie, że zły, po prostu nie istniejący, wymazany z kalendarza szarą gumką., nijak-się-nie-zaczynający-ani-nijak-kończący. Najgorsze w takich dniach jest to, że nie można tego nie widzieć i jednocześnie nie można na to przystać - trzeba wypełniać kolejne punkty programu, jeść, ubierać się, pakować i rozpakowywać. Załatwiam obiad chińską zupką nie zastanawiając się nad tym, co zawiera tych kilka małych torebek, które po kolei rozcinam nożyczkami i wrzucam do wrzącej wody. A może hodować psy zaprzęgowe na Alasce. Każda szara mgła jest lepsza niż tutejsza.
P.S. Zupkę chińską przeżyłam. Nadal się nie zastanawiam nad zawartością. Czekam aż podniesie się mgła. Cieszy mnie przeszklony hall na Łojasiewicza 4.

środa, 25 lutego 2009

satoko fuji

taki koncertowy czas się zrobił. Dzisiaj znowu Manggha, tym razem Satoko Fuji - hasło "jazz fusion" trochę niepokoiło, ale to przecież Satoko Fuji, więc...? Wątpliwości się rozwiały, bo fuzja dotyczyła jazzu i awangardy (preparowanie fortepianu, ironiczna dodekafonia i takie tam, które bardzo lubię). FENOMENALNY perkusista (nadzwyczaj sesksowny - nie mylić z zaledwie "atrakcyjny" - w tym, że wie, jak zdecydowanie postępować z zestawem perkusyjnym). Sama Satoko Fuji z uroczą nieśmiałością na koniec koncertu dopiero opowiedziała kilka dosyć intymnych historii, co uznałam za bardzo autentyczne, bo zawsze wydaje mi się, że "czarowanie" publicznosci na początku kncertu pachnie nieco hucpą i marketingiem (zależy, rzecz jasna, kto, co i po co). Duuużo energii w dialogach zestawu z fortepianem, w ogóle bezbłędna, choć nie epatująca efekciarstwem, sekcja rytmiczna. Zapragnęłam wziąć tę muzykę do domu i oto "Heat Wave" czeka na odpalenie jakiegoś mglistego, oślizgłego krakowskiego poranka (pewnie jutro). Nic to, ważne, żeby usiąść rano z twarzą ku południowemu-wschodowi. Może wyjrzy słońce.

wtorek, 24 lutego 2009

jest! jest!

aurora borealis! albo zorza polarna. Marzę o tym, że kiedyś uda mi się zobaczyć ją naprawdę. Na razie znalazłam tylko w sieci, kolejne miejsce, gdzie ludzie dzielą się zdjęciami (czy to przypadek, że tak wiele zdjęć jest z Kanady, zwłaszcza z Nunvik i Nunavut?). One day...
Nów (jutro). Narastająca entropia, nieuchronna klaustrofobia w powodzi wszystkiego, co się POWINNO. Zorza znaleziona w samą porę.

niedziela, 22 lutego 2009

jeden po drugim


dzień, jeden po drugim, bardzo szybko. We czwartek wieczorem Warszawska Grupa Gamelanowa w Mandze (ze wsparciem indonezyjskich muzyków), w piątek miły wieczór towarzyski + Trilok Gurtu i Arke String Quartet (Manggha), a w sobotę... o 12.00 w południe już człapaliśmy (słowackie słowo na tę czynność jest równie urocze: šlapat') na naszych skitourach sobie tylko znanymi ścieżkami z Doliny Roztoki na Przehybę. Ponieważ większą część trasy przecieraliśmy szlak, to miałam sporo czasu na rozmaite przemyślenia, na które normalnie brakuje czasu, bo trzeba przemyśleć coś konkretnego na określoną datę. Tutaj co prawda ścigały mnie telefony, system ERK, rejestracje kandydatów itp., ale kiedy idzie się pod górę na skitourach (każda narta waży nieco ponad 1kg, nie licząc butów, które są przecież prawie takie, jak zjazdowe), to wszystko wydaje się dość odległe, a ludzie zazwyczaj radzą sobie sami z palącymi i wymagającymi natychmiastowej reakcji problemami. Miałam więc czas pomyśleć o dźwiękach, koncertach i muzyce. Że właściwie koncert z perfekcyjnie odegraną kompozycją sprawia mi zawód (tak było w przypadku Stockhausena w wykonaniu Hilliard Ensemble: piękna muzyka, zaśpiewana idealnie, a czegoś istotnego bardzo brakowało), bo koncert to jest rodzaj bardzo szczególnej komunikacji. Że Warszawskiej Grupie Gamelanowej udało się coś bardzo trudnego: bo mimo wyraźnie wyczuwalnego spięcia na początku, udało się w końcu stworzyć atmosferę, która kazała marzyć o tym, że taka sesja moglaby trwać całą noc, jak na Bali (i wcale nie chodzi znowu o "idealny" gamelan, ten taki nie był, ale też wcale nie czułam się rozczarowana, a wręcz przeciwnie: wdzięczna za rodzaj polifonii i polirytmii, który każe inaczej myśleć o przestrzeni, o dzianiu się, o rozumieniu i percepcji. I o czasie). Że Trilok Gurtu - choć ma na swoim koncie kilka przykładow fusion w bardzo złym guście - jest absolutnym mistrzem rytmu, jest wcieleniem muzyki, gra na perkusji w sposób zupełnie niepowtarzalny, a jednocześnie bardzo charakterystyczny (jako tablista jest zresztą równie znakomity, ale jego styl muzyczny jest nieco bardziej plebejski od wyrafinowanego, ale w gruncie rzeczy bardzo zgodnego z regułami północnoindyjskimi stylu Zakira Husseina). Że Arke String Quartet pokazało coś niezwykłego - jak być tłem w dobrym tego słowa znaczeniu dla Mistrza: bez dygania, przyklękania na kolanko, bez kompleksów, ale robiąc przestrzeń tam, gdzie jest ona potrzebna. Koncert Triloka Gurtu był zresztą jednocześnie wysmakowany i żywiołowy, co niesłychanie rzadko idzie ze sobą w parze.

I tak dalej, i tak dalej... Im było dalej w las, tym dalej, jak mówi jedna koleżanka Princess. Kiedy wreszcie wyłoniła się Hala Konieczna - albo ja się wyłoniłam Hali Koniecznej, bo już na tym etapie pracy z umysłem / ciałem byłam rozważając podczas KAŻDEGO kolejnego kroku, kto jest tym, kogo tak potwornie bolą nogi, kto ledwo dyszy i kto o mało nie zasnął na stojąco przystając na chwilę i przymykając oczy - to pojęłam inne znaczenie te nazwy, które zachowam dla siebie. Na szczęscie po koniecznym w tych warunkach kryzysie i kanapce pochłoniętej z widokiem na Radziejową oraz przedsmakiem odmrożonych palców - jak zwykle w takich okolicznościach - przypłynęło do mnie niewzruszone przekonanie, że mogę już teraz iść dowolnie długo i pod górę dowolnie stromą. Co okazało się oczywiście prawdą, tyle tylko, że szliśmy nie tyle pod górę ile w górze śniegu, torując znany sobie skrót na zboczu Przehyby. Wszystko było jednak absolutnie idealne, włącznie ze zmęczeniem. Nie wspominając już o śniegu WSZĘDZIE dookoła i ciszy, która jest tak rzadko dostępnym skarbem.
Musieliśmy być jak duchy, bo chyba wystraszyliśmy grupkę turystów wyłaniając się niemal bezszelestnie z ośnieżonego lasu, ze śnieżnego nikąd na beskidzki graniowy szlak czerwony, w każdym razie umilkli na nasz widok wyraźnie, a później zostawiliśmy ich w tyle na ostatnim podejściu do schroniska na Przehybie. Reszta była snem (długim, głębokim i po czterech naleśnikach z czekoladą), a dzisiaj rano czekala nas seria widoków "za chwilę dalszy ciąg programu", co oczywiście skwapliwie uwieczniliśmy (nazwa pochodzi, jeśli ktoś nie pamięta, z plansz z zimowymi obrazkami, ktorymi telewizja polska w czasach minionych umilała widzom przerwy w nadawaniu programu wywołane rdzewiejącymi częściami starożytnej machinerii). Nie da się jednak ukryć, biegałam w ekstazie z aparatem fotograficznym wokół schroniska o 8.00 rano, najwyraźniej będąc pierwszą osobą, która wychodzila z budynku tego ranka. Zjazd do Szczawnicy był znacznie szybszy niż można było się spodziewać, nawet mimo rozkosznego popasu w słońcu, żeby ugotować wyśmienite chińske zupki firmy TaoTao, niezastąpione podczas zimowego biwakowania. Wcale nie kusiło mnie, żeby pojeździć sobie na stoku (naprzeciw ludzie zmagali się z Palenicą), ledwo udało mi się zagnieździć w sobie i przechowac trochę ciszy, może wystarczy do następnego...

piątek, 20 lutego 2009

23.32

Właściwie to powinno być wczoraj, ale o 23.32 nie chciało mi się ruszyć tyłka z kanapy i niczego zapisywać. Bo o 23.32 myślałam sobie ciągle o chmurze dźwięków wyczarowanych przez Warszawską Grupę Gamelanową. Kiedy spojrzałam ponownie na wyświetlacz dekodera UPC, była 00.02. Cu u licha? Mam jakieś niesłychane szczęście do dziwnych godzin. O gamelanie może będzie później, bo teraz jest dzisiaj i znowu tkwię w znajomych koleinach (a raczej staram się poruszać w nich z szybkoscią ponaddźwiękową, wszystko to w mieście nawiedzonym przez nato i antynato, i what not).

poniedziałek, 16 lutego 2009

jak już to już, cz. II

Narty w niedzielę były absolutnie BOSKIE! Może dlatego, że aura była skrajnie niesprzyjająca (fantastyczna śnieżyca, chyba jeszcze nie jeździłam nigdy w takich warunkach - że nie było nic widać, ale nie z powodu mgły, tylko z pwodu padającego śniegu, aż dziw, że nie zamknęli jednak wyciągu krzesełkowego) i w górnej części stoku (jak zwykle Zverovka/Spalena) grasowali tylko nieliczni straceńcy, a na "ściankę" jakoś nie było tłumu chętnych nowicjuszy. Mogły też odstraszać niezłe muldy, choć tylko pozornie trudne, bo stosunkowo "miękkie". I tak trzeba było jednak przyjąć odmienną filozofię jazdy tzn. znaleźć balans między tym, co dyktuje teren, a tym, co człowiekowi wydaje się, że można. Często takie mikronegocjacje muszą zachodzicw ułamku sekundy, kiedy wykonuje się skręt jednocześnie czując, jak wyrzuca nas w powietrze, nie ma czasu na filozofie - jest inny rodzaj myślenia, odczuwanie przestrzeni ciałem, nie wzrokiem. To najbardziej fascynuje mnie w narciarstwie - właściwie nie ma dwóch takich samych dni. Za każdym razem śnieg, temperatura, wilgotność dyktuje trochę inne możliwości, trzeba poswięcić nieco uwagi na "odczytanie" danych, na nawiązanie kontaktu z przestrzenią, z górą, z własnym ciałem. W tych warunkach mogliśmy odkryć niezwykle rzadką w anszych warunkach przyjemność: jazdę w kopnym śniegu. To tak, jakby się leciało albo płynęło. Ponieważ śnieg padał bardzo gęsty, to momentami zatracało się poczucie granicy między górą i dołem, między niebem i ziemią, śnieg wydawał się być wszechogarniającym żywiołem, czymś, czym się oddycha, w czym można się bez obaw zanurzyć, w co można wskoczyć. Po paru godzinach jazdy byłam absolutnie wykończona fizycznie, wbrew pozorom taki śnieg wymaga olbrzymiego wysiłku, zasypiałam prawie przy stoliku nad cesnaczką i varenym winkiem, a z drogi powrotnej do KRK pamiętam tylko jakiegoś dziadka piaskowego, którego monotonny głos nie pozwalał w pełni pogrążyć się we śnie. Jak można ględzić przez 3 godziny non-stop??? (znane warianty tematów "A my, panie dzieju, na Ukrainie..." ,"Wyniszczyli Panie, Polskę...", "Najtańsze, Panie, to są.... w....") W jedną i w drugą stronę???
W każdym czekając na 114 w niedzielę wieczorem i przyglądając się witrynie z prasą uświadomiłam sobie, że te kilka godzin wyłączyło mnie z tu i teraz, zregenerowało, przeniosło w inny wymiar.

sobota, 14 lutego 2009

jak już to już

I w końcu udało mi się przywołać zimę, tym razem na poważnie. Super. Dodatkowy pozytyw: studenci dwa piętra niżej (i trzy piętra niżej, i na przeciwko) rzadziej i na krócej odpalają gromadnie papierosy na balkon drąc japy o każdej porze. Nie dosyć, że osobnicy śmierdzą (to w sumie ich prywatna broszka), to jeszcze głusi są najwyraźniej, a to już uciążliwe jest dla otoczenia. Chyba nawet już kiedyś zrzędziłam na ten temat, możliwe, że przy okazji dorocznych jesiennych lamentów na łamach Wyborczej o biednych-krakowskich-żakach-którym-nikt -nie-chce-tanio-wynająć. 22.02. Sympatyczny czas. Nie-zero-jedynkowy. Pora spać, jeśli mam jutro stać na przystanku o 6.03 z nartami. Rozkoszuję się jednak dłuższą chwilą z lampką chilijskiego Cabernet Sauvignion patrząc z wysokości piątego piętra na wszystko pokryte białym śniegiem, przez chwilę czyste, ciche. Senność, gęsta jak śnieg i krążąca, jak śnieg - to dla mnie jedna z najbardziej sugestywnych fraz polskiej poezji (oczywiście, że nieodmiennie "sklastrowana" z głosem Grechuty...), podobnie jak "Deszcz dzwoni o szyby deszcz dzwoni jesienny". Czego to człowiek nie przechowuje na swoim osobistym twardym dysku, pogrzebane pod plikami nowszej daty i żywszych wspomnień; to jednak prawie jak BIOS: ilekroć widzę padający śnieg, kręci się w głowie taśma z dobrze znaną melodią.

wtorek, 10 lutego 2009

nowy dzień


Dzisiaj jest nowy dzień, pod wieloma względami. Na przykład z tego powodu, że świeci słońce. I to jak! Prawie jak w lecie, musiałam zasłonić storyczki roletą, bo nie lubią takiego bezpośredniego światła. I kot też nie mógł w to uwierzyć, a teraz zajał zwykłą swoją pozycję na oparciu sofy za biurkiem i mruczy z ukontentowania.
Nowy dzień również dlatego, że "things change" i na szczęście wczorajszy wpis nieco się zdezktualizował - o dziwo, politycy i media zachowują się w sprawie tragedii w Pakistanie całkiem odpowiedzialnie (albo ja oglądałam mniej telewizji i czytałam mniej newsów). To bardzo cieszy, jeśli w takich sytuacjach czlowiek się myli. Co nie zmienia faktu, że fanką koturnowego hurra-patriotyzmu raczej nie zostanę.
A w Pekinie pożar mocno nadwerężył słynną siedzibę chińskiej telewizji zaprojektowaną przez Rema Koolhasa. To chyba rzeczywiście niezbyt dobry omen jak na początek Nowego Roku (chińskiego).

poniedziałek, 9 lutego 2009

kryzysowa... ścieżka dźwiękowa

Niezawodne BBC donosi o kompozycji, która obrazuje (dosłownie) kryzys finansowy (tak się zabawnie składa, że przy użyciu nowego softwaru Microsoftu, który miał konkurować z macowskim GarageBand). Nie sposób jednak wymknąć się mediasferze i chcąc, nie chcąc, wyłapuję z nasyconego falami elektromagnetycznymi powietrza newsy, komentarz i analizy. Polska jest biednym krajem. Media publiczne są tak słabe i kiepskie, że nie istnieją, a TVN24 osiąga powoli kompletne dno, jeśli chodzi o jakość informacji. Większość dziennikarzy zdaje się cieszyć niesłychanie, że może podkręcić atmosferę paniki i pesymizmu. Nie jest to jednak z mojej strony słowotok w stylu "świat-zmierza-ku-zagładzie". Czasem człowiek jednak wyjątkowo jest zawstydzony, zniechęcony i zniesmaczony porównaniem rodzimego chłamu dziennikarskiego ze standardami CNN (i piszę to wiedząc, jaką prasę ma ta stacja i jak daleko jej do rzetelenego dziennikarstwa!). Kiedy w październiku śledziłam w Montrealu coś w rodzaju bezpośredniej relacji z kryzysu finansowego ("minuta po minucie") prezentowanej przez amerykańską CNN, nie przypuszczałam, że będę tęsknić do wyważonych opinii i odpowiedzialności tamtych dziennikarzy. Bo kiedy porównuję tamten styl z napastliwą histerią Pochanke, która nie tyle rozmawia z ministrem finansów, ile go przesłuchuje, nie dając skończyć ani jednego zdania w całości, to jest mi wstyd i ogólnie be. Żeby wszystko było jasne: nie odpowiada mi także wazeliniarska postawa dziennikarzy np. radiowej Trójki, którzy ministrom poprzedniego rządu pozwalali lać wodę i opowiadać bzdury w dowonym limicie czasowym. Jako osoba, której rozmaite sprawy życiowe dość mocno jednak zależą od kursu złotego, czasem chciałabym jednak czegoś się DOWIEDZIEĆ od ministra, a nie tylko być zmuszana do oglądania show w wydaniu dziennikarki (to chyba efekt wody sodowej po Telekamerach???).
I jeszcze tragiczna historia inżynieria pozostawionego samego sobie w rękach jakichś rzezimieszków w Pakistanie (bo wersją o Talibach i Al-Kaidzie to chyba pocieszają się ci k tórzy chcą wierzyć w jakieś potężne, centralnie zarządzane organizacje): to są realia polskiego mitu ojczyźnianego. Nawet nie chcę wiedzieć, czego ten kraj chce ode mnie (bo że ja mam od niego nie chcieć nic i że zawsze zostawi mnie na lodzie, to oczywiste). Gdyby porwano Amerykanina, to wszystkie służby stanełyby na głowie, żeby sprawę załatwić. Legalnie, nielegalnie, za pomocą wypożyczonego od Anglików Jamesa Bonda, wszystko jedno: obywatel amerykański może zawsze liczyć na wsparcie. U nas nikt nie zechciał sięgnąć po ludzi, którzy nieźle znają kulturę Pasztunów (a pewnie nawet język, realia i kraj), żadna ekipa dziennikarska nie narobiła szumu na skalę globalną, nikt nie zaalarmował UE ani NATO (a w każdym razie nieiwele o tym było słychać), nie zrobił nic prezydent (tak przecież liczący się na arenie międzynarodowej i tak odważny, że kulom się nie kłania) ani czołowe organizacje humanitarne. To nie jest lista winnych, to ma pokazać jak działa ten nasz wielki narodowy mit-kit. Jest tylko od święta, tylko na pokaz, i tylko za pomocą Największych Słów. Nakłada na nas tylko obowiązki, nic nie mówi o prawach ani przywilejach, ani nawet przyjemności. Zbiorowy, narodowy psychomasochizm. Rocznice powstań (zazwyczaj przegranych), fantazmat bojowników bez skazy (w sutannach i bez) któryz nieodmiennie ponoszą klęskę, rozmaite fasony koron cierniowych na wiele okazji. Ja mam dosyć, jeszcze od czasów młodzieńczej rewolty punkowej. Jak słyszę, że młodzież alternatywna nagrywa dzisiaj piosenki o Powstaniu Warszawskim i wiersze Broniewskiego, to trochę mi jednak nie bardzo.
Poza tym fajnie jest epatować złotymi radami z ciepłych fotelików w studiu TVN (gdzie o porwanym inżynierze też słyszliśmy tylko dwa razy: we wrześniu i teraz) zwłaszcza po tragicznym fakcie. Teraz zlatują się hieny i sępy (dziennikarskie i polityczne), żeby coś na tym ugrać dla siebie, cokolwiek.
Reality bites.

niedziela, 8 lutego 2009

halny


Żeby uciec od wszechobecnego kryzysu atakującego z telewizji, radia, gazet i powietrza, wybraliśmy tym razem Pieniny (jazda na mokrym "technicznym" śniegu nie należy do przyjemności). Wpływ halnego można było odczuć już w autobusie Kraków-Szczawnica (i to w obie strony), gdzie jakiś wiejski aktyw partyjny PiS najwyraźniej prowadził agitację kierowców autobusów (podatnych zresztą na każde hasło w stylu "wyprzedali-panie-Polskę-i-chcą-wyniszczyć-Polaków"). Jak wiadomo (dowiodły tego badania kliniczne), na Podhalu halny znacznie podnosi ryzyko wystąpienia zaburzeń psychicznych u podatnych jednostek (czyli u połowy populacji co najmniej). Kiedy więc już się wydawało, że nie umkniemy zgniłemu powiewowi, autobus na szczęscie dotarł po ponad 150 minutach do Krościenka, gdzie wreszcie mogliśmy wysiąść na dobrze znanym, sennym ryneczku i podążyć równie znaną drogą w górę, wysoko ponad smog z zasiarczonego węgla oraz psychopatologię małych miasteczek. To kolejny powód, żeby lubić późną jesień, zimę i wczesne przedwiośnie: jedyny czas, kiedy na szlaku z Krościenka na Trzy Korony i do Sromowiec nie spotyka się prawie nikogo. Cisza i spokój w kanjpie w centrum Czerwonego Klasztoru, opustoszały sam Czerwony Klasztor, pojedynczy spacerowicze w przełomie Dunajca. Takie Pieniny kocham. Plus zasnute mgłami albo skute mrozem. Po drodze były jeszcze Tatry podczas halnego (najpiękniejsza gra chmur i światła, najbardziej niesamowity czas, można spędzić z aparatem fotograficznym cały dzień obserwując, jak chmury kotłują się ponad i pomiędzy szczytami).

środa, 4 lutego 2009

ech

Kilka ładnych dni upłynęło na bieganinie, kolokwiach, poprawach tychże, poprawach popraw itp. Wreszcie ludność zaliczyła, co miała zaliczyć (w większości) i mam małą chwilkę upragnionego świętego spokoju (czyt. gorączkowego nadrabiania zaleglości w innych dziedzinach życia). Co od razu przekłada się na rozkoszne bujanie się po własnym mieszkaniu, podziwianie storczyków (jeden ma już pięć kwiatów!), słuchanie muzyki i marzenia o nartach. Właśnie zastanawiałam się nad tym, czy moje obserwacje ze stoków nie są jednak stronnicze i uprzedzone ;-), kiedy w ciągu jednego-dwóch dni pojawił się cały wysyp tragicznych zdarzeń: włącznie z przypadkiem skiaplinisty, który zginął pod lawiną w Rohacskiej Dolinie. I pomyśleć, że w niedzielę podziwialiśmy zamglone szczyty wokoł Rohacskich Ples, marznąc na krzesełkach wlokących się pod górę na niezłīm chyba mrozie. I znowu, kiedy stanęłam przypadkowo obok jakiegoś kolesia poprawiającego buty, poczułam charakterystyczną woń - bynajmniej nie było to zaledwie "varene vinko" ani też herbata z rumem. Jakoś trudno mi obudzić współczucie, kiedy tacy goście rozbijają się potem na drzewach albo próbują pokonać ratrak po zamknięciu stoku. Zwłaszcza, że ta seria wypadków spowodowała znowu taką samą reakcję Czynników: konieczność noszenia kasku czyha za rogiem. Nienawidzę kasków. Nic w nim słyszę. A jak nie słyszę, to mam wrażenie, że gorzej widzę. Nie mam zamiaru trenować do biegów zjazdowych na stokach, gdzie kłębi się tłum ludzi, nie uprawiam sportów ekstremalnych, nie chcę jeździć w kasku ani na rowerze, ani na nartach. Robię się libertarianką, jak słyszę takie pomysły. Niech Czynniki odpuszczą sobie może tę troskę o mnie, potrafię się troszczyć sama o siebie, nie wychodzi mi to wcale najgorzej. I oczywiście znowu gadka o konieczności poszerzenia tras narciarskich - wcale nie zależy mi na szerszych trasach, jeśli mają przy okazji ciąć kosówkę, jak to np. miało miejsce przy okazji nowej trasy w Łomnicy Tatrzańskiej. Jeśli jest coś co psuje frajdę z nart, to świadomość, jak uciążliwa dla przyrody jest ta przyemnosć w swojej industrialnej formie (którą, co tu kryć, też jednak lubię, w sensie fajnych stoków, na których można lecieć w dół jak na skrzydłach). Jazda na nartach jest prawie tak przyjemna, jak seks (a jak będzie w kasku????). A tu odwilż idzie znowu...