niedziela, 8 lutego 2009

halny


Żeby uciec od wszechobecnego kryzysu atakującego z telewizji, radia, gazet i powietrza, wybraliśmy tym razem Pieniny (jazda na mokrym "technicznym" śniegu nie należy do przyjemności). Wpływ halnego można było odczuć już w autobusie Kraków-Szczawnica (i to w obie strony), gdzie jakiś wiejski aktyw partyjny PiS najwyraźniej prowadził agitację kierowców autobusów (podatnych zresztą na każde hasło w stylu "wyprzedali-panie-Polskę-i-chcą-wyniszczyć-Polaków"). Jak wiadomo (dowiodły tego badania kliniczne), na Podhalu halny znacznie podnosi ryzyko wystąpienia zaburzeń psychicznych u podatnych jednostek (czyli u połowy populacji co najmniej). Kiedy więc już się wydawało, że nie umkniemy zgniłemu powiewowi, autobus na szczęscie dotarł po ponad 150 minutach do Krościenka, gdzie wreszcie mogliśmy wysiąść na dobrze znanym, sennym ryneczku i podążyć równie znaną drogą w górę, wysoko ponad smog z zasiarczonego węgla oraz psychopatologię małych miasteczek. To kolejny powód, żeby lubić późną jesień, zimę i wczesne przedwiośnie: jedyny czas, kiedy na szlaku z Krościenka na Trzy Korony i do Sromowiec nie spotyka się prawie nikogo. Cisza i spokój w kanjpie w centrum Czerwonego Klasztoru, opustoszały sam Czerwony Klasztor, pojedynczy spacerowicze w przełomie Dunajca. Takie Pieniny kocham. Plus zasnute mgłami albo skute mrozem. Po drodze były jeszcze Tatry podczas halnego (najpiękniejsza gra chmur i światła, najbardziej niesamowity czas, można spędzić z aparatem fotograficznym cały dzień obserwując, jak chmury kotłują się ponad i pomiędzy szczytami).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz