sobota, 14 lutego 2009

jak już to już

I w końcu udało mi się przywołać zimę, tym razem na poważnie. Super. Dodatkowy pozytyw: studenci dwa piętra niżej (i trzy piętra niżej, i na przeciwko) rzadziej i na krócej odpalają gromadnie papierosy na balkon drąc japy o każdej porze. Nie dosyć, że osobnicy śmierdzą (to w sumie ich prywatna broszka), to jeszcze głusi są najwyraźniej, a to już uciążliwe jest dla otoczenia. Chyba nawet już kiedyś zrzędziłam na ten temat, możliwe, że przy okazji dorocznych jesiennych lamentów na łamach Wyborczej o biednych-krakowskich-żakach-którym-nikt -nie-chce-tanio-wynająć. 22.02. Sympatyczny czas. Nie-zero-jedynkowy. Pora spać, jeśli mam jutro stać na przystanku o 6.03 z nartami. Rozkoszuję się jednak dłuższą chwilą z lampką chilijskiego Cabernet Sauvignion patrząc z wysokości piątego piętra na wszystko pokryte białym śniegiem, przez chwilę czyste, ciche. Senność, gęsta jak śnieg i krążąca, jak śnieg - to dla mnie jedna z najbardziej sugestywnych fraz polskiej poezji (oczywiście, że nieodmiennie "sklastrowana" z głosem Grechuty...), podobnie jak "Deszcz dzwoni o szyby deszcz dzwoni jesienny". Czego to człowiek nie przechowuje na swoim osobistym twardym dysku, pogrzebane pod plikami nowszej daty i żywszych wspomnień; to jednak prawie jak BIOS: ilekroć widzę padający śnieg, kręci się w głowie taśma z dobrze znaną melodią.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz