poniedziałek, 9 lutego 2009

kryzysowa... ścieżka dźwiękowa

Niezawodne BBC donosi o kompozycji, która obrazuje (dosłownie) kryzys finansowy (tak się zabawnie składa, że przy użyciu nowego softwaru Microsoftu, który miał konkurować z macowskim GarageBand). Nie sposób jednak wymknąć się mediasferze i chcąc, nie chcąc, wyłapuję z nasyconego falami elektromagnetycznymi powietrza newsy, komentarz i analizy. Polska jest biednym krajem. Media publiczne są tak słabe i kiepskie, że nie istnieją, a TVN24 osiąga powoli kompletne dno, jeśli chodzi o jakość informacji. Większość dziennikarzy zdaje się cieszyć niesłychanie, że może podkręcić atmosferę paniki i pesymizmu. Nie jest to jednak z mojej strony słowotok w stylu "świat-zmierza-ku-zagładzie". Czasem człowiek jednak wyjątkowo jest zawstydzony, zniechęcony i zniesmaczony porównaniem rodzimego chłamu dziennikarskiego ze standardami CNN (i piszę to wiedząc, jaką prasę ma ta stacja i jak daleko jej do rzetelenego dziennikarstwa!). Kiedy w październiku śledziłam w Montrealu coś w rodzaju bezpośredniej relacji z kryzysu finansowego ("minuta po minucie") prezentowanej przez amerykańską CNN, nie przypuszczałam, że będę tęsknić do wyważonych opinii i odpowiedzialności tamtych dziennikarzy. Bo kiedy porównuję tamten styl z napastliwą histerią Pochanke, która nie tyle rozmawia z ministrem finansów, ile go przesłuchuje, nie dając skończyć ani jednego zdania w całości, to jest mi wstyd i ogólnie be. Żeby wszystko było jasne: nie odpowiada mi także wazeliniarska postawa dziennikarzy np. radiowej Trójki, którzy ministrom poprzedniego rządu pozwalali lać wodę i opowiadać bzdury w dowonym limicie czasowym. Jako osoba, której rozmaite sprawy życiowe dość mocno jednak zależą od kursu złotego, czasem chciałabym jednak czegoś się DOWIEDZIEĆ od ministra, a nie tylko być zmuszana do oglądania show w wydaniu dziennikarki (to chyba efekt wody sodowej po Telekamerach???).
I jeszcze tragiczna historia inżynieria pozostawionego samego sobie w rękach jakichś rzezimieszków w Pakistanie (bo wersją o Talibach i Al-Kaidzie to chyba pocieszają się ci k tórzy chcą wierzyć w jakieś potężne, centralnie zarządzane organizacje): to są realia polskiego mitu ojczyźnianego. Nawet nie chcę wiedzieć, czego ten kraj chce ode mnie (bo że ja mam od niego nie chcieć nic i że zawsze zostawi mnie na lodzie, to oczywiste). Gdyby porwano Amerykanina, to wszystkie służby stanełyby na głowie, żeby sprawę załatwić. Legalnie, nielegalnie, za pomocą wypożyczonego od Anglików Jamesa Bonda, wszystko jedno: obywatel amerykański może zawsze liczyć na wsparcie. U nas nikt nie zechciał sięgnąć po ludzi, którzy nieźle znają kulturę Pasztunów (a pewnie nawet język, realia i kraj), żadna ekipa dziennikarska nie narobiła szumu na skalę globalną, nikt nie zaalarmował UE ani NATO (a w każdym razie nieiwele o tym było słychać), nie zrobił nic prezydent (tak przecież liczący się na arenie międzynarodowej i tak odważny, że kulom się nie kłania) ani czołowe organizacje humanitarne. To nie jest lista winnych, to ma pokazać jak działa ten nasz wielki narodowy mit-kit. Jest tylko od święta, tylko na pokaz, i tylko za pomocą Największych Słów. Nakłada na nas tylko obowiązki, nic nie mówi o prawach ani przywilejach, ani nawet przyjemności. Zbiorowy, narodowy psychomasochizm. Rocznice powstań (zazwyczaj przegranych), fantazmat bojowników bez skazy (w sutannach i bez) któryz nieodmiennie ponoszą klęskę, rozmaite fasony koron cierniowych na wiele okazji. Ja mam dosyć, jeszcze od czasów młodzieńczej rewolty punkowej. Jak słyszę, że młodzież alternatywna nagrywa dzisiaj piosenki o Powstaniu Warszawskim i wiersze Broniewskiego, to trochę mi jednak nie bardzo.
Poza tym fajnie jest epatować złotymi radami z ciepłych fotelików w studiu TVN (gdzie o porwanym inżynierze też słyszliśmy tylko dwa razy: we wrześniu i teraz) zwłaszcza po tragicznym fakcie. Teraz zlatują się hieny i sępy (dziennikarskie i polityczne), żeby coś na tym ugrać dla siebie, cokolwiek.
Reality bites.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz