sobota, 18 sierpnia 2007

małe pieniny

uratowała mnie wyprawa w Małe Pieniny. Prawie 7 godzin, Wielkie Koło - od pustej o 7.30 Szczawnicy, na niebieski szlak graniczny przez Szafranówkę, błądzenie po Wysokim Wierchu (tu już Schengen, przekroczyliśmy granicę w jakimś zupełnie niespodziewanym miejscu, koło ogromnych kapeluszy kani wystających ze spalonych słońcem pienińskich traw), na słowacką stronę do znajomego siodła nad Lesnicą, znajomym szlakiem przez Haligowskie Skałki do ulubionej przełęczy Cerla nad Czerwonym Klasztorem i przez górkę do Lesnicy a potem w dół, do ujścia Lesnickiego Potoku i do Szczawnicy. Z taką mapą wędrowaliśmy.

Żar lał się z nieba, ale można było do woli nasycić się przestrzenią i powietrzem. Nie bez znaczenia jest też konieczność treningu przed wyprawą w Alpy (właśnie kupiłam bilety na autobus do Ljubljany, okazuje się, że jest połączenie z Krakowa!), ale tak naprawdę w krytycznych momentach wiem, że tylko góry i kontakt z przyrodą mogą mnie uratować.

Na szlakach niewiele ludzi, wszyscy tkwią w knajpach, spływają Dunajcem albo moczą się w mętnym Grajcarku. Błędem natomiast ogromnym był przystanek w Karczmie U Madejów. Fatalna obsługa, na oscypek z grilla czeka się pół godziny, kelnerki jak śnięte ryby. A pomyśleć, że chcieliśmy uniknąć czekania w Chacie Pieniny w Lesnicy (gdzie w wakacje, przy nawale turystów, czasem odstawiają fuszerę i jedzenie nie jest tak dobre, jak w innych porach roku, kiedy jest mniej ludzi - lub wręcz zupełnie pusto, jak np. w grudniu)! W Szczawnicy jest tylko jedno miejsce, gdzie można coś zjeść w miarę smacznego - kłopotem są tylko palacze, fuj! - Barchatka. To oczywiście kryptonim, ale łatwy do odcyfrowania. I tego trzeba się trzymać, angielski konserwatyzm to jedynie słuszna droga.

poniedziałek, 13 sierpnia 2007

dzisiaj nów!

i 13-tego... czuję, że przesilenie zaczyna sie przesilać. zmuszam się do pracy nad książką i choć kompletnie nie mam weny, to coś się między 9.00 rano a 20.00 udaje zrobić. wyjątkowo paskudny nów. dobrze chociaż, że w polityce cyrk, jak rzadko. ogarnia mnie schadenfreude i nie mogę zaprzeczyć satysfakcji, kiedy widzę zmartwiony pysiaczek mr zero oraz ogólny kociokwik wrażych sił mordoru...

sobota, 11 sierpnia 2007

regularność

kluczem do sukcesu tutaj jest regularność (chyba). to znaczy, zaglądać tu codziennie lub prawie codziennie, nawet jeśli nie mam nic szczególnego do napisania. po ostatniej podróży i wyczerpującej pracy czuje się kompletnie pusta. nic się nie układa. niedługo pewnie znowu zaskoczy, ale póki co, jałowy bieg.

piątek, 10 sierpnia 2007

francuskie piosenki

przyszedł czas na grzebanie w sieci. Hurra! znalazłam wreszcie francuską piosenkę, która mnie uwiodła - to L'ete indien Joe Dassina. Przy okazji niespodzianek a la last.fm znalazłam kilka perełek, np. Nino Ferrera Si Tu M'Aimes Encore.







.

niedziela, 5 sierpnia 2007

ohohohoho!

jaka piękna przerwa. od kwietnia. mamy sierpień. cóż, to się nazywa po prostu życie hipertekstowe. albo immanentny agent cybernetyczny czy jakoś podobnie, monika wie lepiej.
w każdym razie wróciliśmy dopiero co z Sajety, jak co roku od trzech lat o tej porze. Szczątki tej obecności są rozrzucone tu i ówdzie w sieci oraz w niniejszym blogu mniej więcej rok temu. Ten sam pociąg do Budapesztu i dalej, do Ljubljany. Kilka zmian: w Abecedarium nie ma już mojej ulubionej sałatki z kozim serem. Ale za to znaleźliśmy inną przyjemną knajpkę, o uroczej nazwie Julija przy Starym Trgu 9 (tylko proszę mi nie zajmować stolika przy oknie!), mają tam świetne słoweńskie wino i niezłą włoską kuchnię. Bardzo trudno wieczorem o miejsce. A Maczą Stezą (czyli chyba Kocią Ścieżką?) dotarliśmy wreszcie na zamek. I absolutny hit: w drodze powrotnej spotkaliśmy tego samego Słoweńca, z którym w ubiegłym roku gawędziliśmy jadąc z Budapesztu do Ljubljany! Poznał nas i przywitał, jak starych znajomych, a nam się zrobiło głupio, że filmy Jarmuscha wydawały się fikcją...
festiwal w tym roku w niezbyt dobrych nastrojach, z różnych powodów; między innymi dlatego, że w Soczy utopił się młody chłopak oraz dlatego, że irytował nas horrendalny egocentryzm, brak uważności, brak chęci do pracy, totalna gnuśność i głuchota sporej części ekipy Embryo. Za dużo przypalają i zbyt są przejęci swoją legendą. Jedno z najgorszych doświadczeń roku. Zaraz po koncercie Pod Jaszczurami, który się nie odbył (bo znany z psucia imprez akustyk o wdzięczne ksywie 'Murzyn' był kompletnie pijany, bardziej niż zazwyczaj).
Gdyby nie takie zdarzenia, jak koncert na Erze Nowe Horyzonty w lipcu (kapitalna, słuchająca publiczność), to nie warto byłoby się w to już bawić.
I jednego dnia zmarł Bergman, a kolejnego Antonioni. Trudno nie westchnąć przed ekranem. Zwłaszcza, że na forum Onetu, ktoś zapytał: "kto to takie, ten Bergman, że piszą o nim w pierwszym njusie dnia?" a ktoś następny dodał: "a właściwie to on był Ingmar czy Ingrid?". Taki to kraj.
W tamtym roku czytałam Magrisa (? chyba tak!), a teraz Kłopoty z kulturą Clifforda. Zaczęłam Rorty'ego siedząc przy lampce wina tuż przy moście Erzsebet w Budapeszcie, w całym przyjemnym chaosie Europy Środka kłębiącym się dookoła.
A na wakacje wracamy do Słowenii. To już zdecydowane. Ruszymy na słoweński odcinek Via Alpiny.