niedziela, 31 października 2010

Babia

Tak było wczoraj na Babiej Górze. Na fotografii nie ma tylko... wiatru, który na samym szczycie wiał z szybkością powyżej 100 km/h. Ledwo mogliśmy utrzymać się na nogach i to mocno zapierając się kijami. Schronisko na Markowych Szczawinach zupełnie, ale to zupełnie inne niż pamiętam sprzed  ekhmm, ...nastu lat. Bo jakoś drogi nie prowadziły w tamtą stronę. Zmieniło się i nie zmieniło jednocześnie. Schronisko ma teraz świetny standard (naprawdę! bez przekąsu), ale jakoś... brak ducha. Mimo rozmaitych pamiątek spod Everestu na ścianach (na przykład obowiązkowy suwenir z Kathmandu, czyli małe sarangi - kto wie, o czym mówię, ten wie; ale też znajome panoramki i inne gadżety). Brak ducha przejawia się na przykład w jakoś zimnym (mimo suwenirow z Himalajów) wnętrzu jadalni, ale najbardziej chyba w obojętnej i niedbałej obsłudze. Rano stoliki pokryte są takimi samymi okruszynami jak wieczorem, na naszych oczach pani "posprzątała" ścierając mopem (nie wiedzieć czemu) miejsce między dwoma stolikami, inne pozostawiając kompletnie brudne. Jakoś tak... jak w PRLu, tylko bez uroku nostalgii. Jest "wypasiona" recepcja, zawalona reklamówkami biura organizującego komercyjnie wyprawy w rozmaite egzotyczne góry. Są "bywalcy" i "wyjadacze", jak zwykle przepełnieni pogardą dla "przypadkowych". Jest klimat kanjpiano-usługowy. jednym słowem to wszystko, za czym nie tęsknimy w schroniskach słowackich, słoweńskich, szwedzkich i włoskich (o bułgarskich nie wspominam, bo do nich lepiej się nie zbliżać, za to tam tęskni się za rodzimymi w dwójnasób). Jest na ścianach bogata historia (warto sprawdzić, jakim odlotowcem był patron schroniska, Hugo Zapałowicz! Kolejna z barwnych postaci XIX wieku).
Podobnie jak dwa, pięć, dziesięć lat temu i przed wiekami nie sposób dojechać na Krowiarki - a na stopa nie weźmie nikt (naliczyliśmy 17 prób na trasie do odejścia niebieskiego szlaku w leśne ostępy). I nie o to chodzi, ze nam się nie chce na piechotę do góry, tylko nie chce nam się po asfalcie zasuwać sześć kilometrów. To samo zresztą w drodze powrotnej (i żeby jeszcze rozkłady jazdy odpowiadały rzeczywistości - pozdrawiamy Pana Kierowcę autobusu firmy Beskidus, ktory o 15.04 miał jechać z Zawoi Widły do Krakowa, mamy nadzieję, że niedzielny obiad się chociaż udał). Całe paskudztwo wsi, jaką jest Zawoja (nie ona jedna, właściwie większość poslkich wsi jest paskudna, z nielicznymi wyjątkami) dało się jednak przetrwać dzięki a) bardzo smacznej zupie stylowo podanej w niepozornej restauracji węgierskiej "Czarda" b) bardzo przyzwoitej, żeby nie powiedzieć wręcz świetnej kawie w Karczmie w Zawoi Widły (już nawet można przeboleć ten pseudofolklor, czyli kawę w glinianym kubku oraz wszelkiego rodzaju osprzęt rolniczy sprzed stulecia, prawdziwy lub reknstruowany, na ścianach (zawsze zastanawiam się, dlaczego w lokalach typu "góralska karczma" godzinami czeka się na obsługę - może datego, że właściciele "tną koszty" zatrudniając dwie zabiegane do szczytu możliwości dziewczyny na areale, lekko licząc i na oko, ok. 100 m kwadratowych , z dwiema salami). Po odczekaniu na istniejący, lecz najwyraźniej nierealny pojazd do Krakowa na przystanku naprzeciw karczmy, ruszyliśmy w dół wsi z wizją kolejnych czterech kilometrów po chodniku z kostki, wśród upiornie brzydkich domów przetykanych gdzieniegdzie "pałacami" oraz pozostałościami po latach 70-tych w postaci rozmaitych "domow wczasowych". Po drodze spostrzegliśmy już nie pałac, a istny zamek miejscowego króla busów (na podwórku stało kilka rejsowych) - pewnie biedak końca z końcem związać nie może (jak to zwykle firmy transportowe) i stąd ten okazały zamtuz. Na kolejnym przystanku zobaczyliśmy rozkład jazdy, którego na poprzednim przystanku nie było, a w nim - nadzieję. Otóż bus do Krakowa miał odjechać o 15.41. Pamiętając jednak o dotychczasowych doswiadczeniach, wdaliśmy się w pogawędkę z dwójką ludzi tzw. miejscowych, którzy najwyraźniej dotarli do przytsanku i też oczekiwali. Zgodnie twierdzili - musi jechać. 10 minut nie wieczność, stwierdziliśmy, damy firmie Merc Bus szansę (choć numer telefonu podany jako "informacja" nie odpowiadał). W międzyczasie dowiedziliśmy się, że nasz rozmówca ma za sobą karierę... kinooperatora. I że pracę w kinie łączył z pracą... w piekarni. Niezłe scenariusze trafiają się po drodze. Bus nadjechał i w ten sposób udalo nam się ujść z Zawoi.

Jeśli tak się zżymam na tę nieszczęsną Zawoję, to głównie dlatego, że przez całą zimę czytam i słyszę, jak to stawia się tam na turystykę i takie obwiązkowe brednie. Sęk w tym, że gdyby nie dwie zupełnie prywatne inicjatywy i Babiogórski Park Narodowy, to pies z kulawą nogą do Zawoi by nie trafiał, bo po co? Żeby obejrzeć kilka brzydkich domów, pospacerować ruchliwą, jak w mieście drogą i nawąchać się śmierdzących pozostałości z czyjegoś szamba w rowie (autentyk z Zawoi Policzne, po drodze na Krowiarki)? Nieporozumienie nr 1: jeździmy na Babią Górę, nie do Zawoi (scena na przystanku: 
- tzw. miejscowy: "To zwiedziliście Państwo Zawoję?"
- my: ???!!! (zdumienie malujące się w oczach) "Nie, my byliśmy na Babiej Górze"
- tzw. miejscowy: ???!!! (zdumienie malujące się w oczach)
Jeszcze większe zdumienie ogarnęło mnie na widok "stacji narciarskiej" Mosorny Groń, ale tego nie czuję się na siłach komentować. 
Zupełnym dramatem jest to, że miejscowi najczęściej sądzą, że to park narodowy przeszkadza im w rozwoju. Gdyby nie Babiogorski Park Narodowy, moi drodzy, to w życiu nie jechalibyśmy przepełnionym busem 2 godziny i 10 minut do jakiejś kiepskiej imitacji prowincjonalnego miasteczka z rowami wypelnionymi cuchnącym szlamem. Na szczęście trasa Krowiarki - Sokolica - Gówniak (tak, tak! ludowa frywolność!) - Babia Góra oraz Markowe Szczawiny - Cyl - Przełęcz Jałowiecka wynagrodzają te udręki w pełni (chciałoby się dodać: jeszcze - bo pomysły z quadami, motocrossem, rynnami do zjeżdżania, nadmuchiwanymi zamkami i parkiem dinozaurów i innymi atrakcjami pewnie już się rodzą).




poniedziałek, 18 października 2010

sobota, 16 października 2010

c.d.

... czyli po prostu ciąg dalszy. Bo to: niewidzialność = obojętność jest z tej samej kategorii, choć z ekologią pozornie nie ma nic wspólnego. Pozornie. To jest ta sama postawa: parkuję na chodniku tak, że matka z wózkiem nie przejdzie, popędzam z niecierpliwością (najczęściej odgłosami wydawanymi paszczą) nieporadnie wysiadającą z windy albo autobusu osobę  i wyrzucam tekturowy kubek w lesie albo do rzeki, albo do rowu koło drogi. Albo resztki z remontu na łące w krzakach na Ruczaju. Wbrew pozorom nie moralizuję. Próbuję wyjaśnić, że zasłanianie się "świadomością ekologiczną", którą trzeba zmienić, psu na budę się naet nie zda. Jest tylko wygodnym wytrychem technokratów. Tematu jeszcze wciąż nie wyczerpałam.

czwartek, 14 października 2010

ludzkość to my a my to idioci

Hmmm... tak mi się napisało z rozpędu trochę. Pod wpływem pewnej dyskusji, której fragment przytoczę: "W każdym razie prawdziwe pole do działania jest tam gdzie istnieje zgromadzony kapitał, tylko ten sektor może wprowadzić coś realnie w życie. No chyba, że weźmiemy pod uwagę właśnie możliwość zmian świadomościowych i sił społecznych. Dlatego pomyślałem wcześniej o odpowiednim "marketingu". Chyba zmiana sposobu myślenia będzie tak na prawdę przyczynkiem do polepszenia sytuacji. Na starym torze ludzkość daleko nie zajedzie ;) ..." Dyskusja zainicjowana poprzednim postem oczywiście. Katastrofa na Węgrzech podzieliła los innych katastrof - wiadomości o dalszym ciągu trzeba wyławiać w powodzi tego, co TERAZ i szukać cierpliwie. Chociaż... w dzisiejszych "Faktach" TVNu pojawił się materiał o pociągnięciu do odpowiedzialności kierownictwa firmy i o kontekście politycznym. Kontekst polityczny akurat w tym przypadku właściwie nie ma większego znaczenia. Lewica czy prawica - ma takie same przestępstwa ekologiczne na sumieniu. Lewica w niektórych krajach może nieco bardziej stara się zachować zieloną twarz. Jest w tym pewna logika, ale o tym innym razem, jak znajdę pewien odpowiedni fragment z Lefebvre'a stawiający w nowym świetle Marksa. W każdym razie tym, co budzi moją największą wątpliwość jest termin "ludzkość" oraz wizja zmiany sposobu myślenia. Zacznę od tego drugiego. Jednym ze znaczących symptomów działania racjonalności instrumentalnej (czyli takiego czysto technokratycznego podejścia) jest przekonanie, że ochrona przyrody to to samo, co ochrona środowiska - wynika to oczywiście z podstawowego dla kapitalizmu myślenia w kategoriach "zasobów". Nie będę tu jednak wchodzić do strumienia (!), z ktrego kiedyś już wyszłam. Posłużę się innym przykładem. Jeśli sięgnąć czasem do historii niektorych parków narodowych - rownież w Polsce - to nie powstały by one, gdyby nie humanistyczne motywacje, które przyświecały inicjatorom (a czasem wymagały, jak w przypadku Pienińskiego PN wręcz wykupienia gruntów). Tacy ludzie, jak Walery Goetel czy Władysław Szafer, byli - oprócz przyrodniczej formacji - również humanistami w takim odlskulowym znaczeniu, którego dzisiaj trochę brakuje. Pisali znakomitą polszczyzną i wiedzieli, że ochrona przyrody to kwestia kultury, a nie managementu. W pewnym sensie ma rację Bruno Latour (w różnych książkach, w tym w wydanej w Polsce przez "Krytykę Polityczną" "Polityce Natury"), że warto, aby "naura" zniknęła - jest bowiem (jako koncepcja, idea i konstrukt) wytworem zachodniej nowoczesności z wysztkimi jej obciążeniami i dziedzictwem. Ale o Latourze będzie gdzie indziej i kiedy indziej. Zmierzam tylko do tego, że tak powszechna w Polsce i byłych krajach bloku wshcodniego pogarda dla "ekologii" i "ekologów" ma więcej wspólnego z kulturą niż z mityczną "świadomoscią ekologiczną". Ludzie albo są skłonni zachowywać się odpowiedzialnie wobec siebie i innych, albo nie. W  polskim warunkach sama konceptualizacja "Innego" oznacza zagrożenie - wszystko jedno, czy to będzie inny człowiek czy inna istota. Może gorzej nawet, jeśli jest to inna istota, tzw. aktor świata nieludziego - drzewo (bo zaśmieca liśćmi działkę), sikorka (bo wydala i brudzi balkon), kot (bo przynosi pecha), pies (groźny z natury rzeczy), bocian (bo może dziobnąć), komar (bo może ugryźć), bakteria (wiadomo). Zamiast tego wywodu mógłby wystarczyć jeden obrazek, jakich mnóstwo ogląda się na wycieczkach na wieś: stanu  w jakim są zwierzęta gospodarskie. I zanim ktoś się pochyli nad moim sentymentalizmem, spieszę donieść, że widuje się zwierzęta zadbane, czyste i na oko zadowolone na wsi - tyle, że słoweńskiej, węgierskiej, słowackiej. Utkwił mi swego czasu taki obraz: podwórko jednego z domów zalanych przez powódź, trzy miesiące po ustąpieniu wody. Gospodarz (?) w jednym słowotoku wylewa z siebie lawinę pretensji do wszystkich i morze skarg na to, że nic się nie da wyremontować, bo błoto. Jednocześnie za jego plecami widać okalającego jego własne podwórko kuriozalnie przycięte drzewa (a raczej pozostałosci po nich) - jakieś czarne olsze ucięte do połowy, bezlistne i bez gałęzi. Nie mógł nic zrobić, ale pierwsze, co mu przyszło do głowy to bezsensowne przycięcie drzew (widać było świeżą robotę)?! Ta kompulsywna nienawiść do drzew jest na wsi zastanawiająca. W tym przypadu bohater materiału uzyskał paskudne, ubłocone podwórko z jakimś złomem maszyn rolniczych, starymi oponami i śmietniskiem. To nie brak świadomości ekologicznej, to w ogóle brak odpowiedzialnosci, ignorancja i kilka jeszcze splątanych patologii. A ludzkość jest kategorią równie mityczną, jak natura. To nie ludzkość niszczy przyrodę. To ja, moi sąsiedzi i posłowie, których wybraliśmy. I nasza wspólnota, która nie może zdobyć się na segregację śmieci, choć "dzwony" w naszej okolicy wypełniają się co trzy dni (czyli jest więcej takich maniaków, jak my, którzy wbrew uśmieszkom w mediach jednak zdobywają się na wysiłek odłożenia puszki tu, a butelki tam). I... pewnie jeszcze wrócę do tematu, bo się rozkręcam :-)))

sobota, 9 października 2010

o tym, co umyka

Codziennie coś umyka i to jest nieuniknione; właściwie więcej jest tych rzeczy ,które niepostrzeżenie znikają za horyzontem - być może uważność w dzisiejszych czasach jest najtrudniejszym sprawdzianem dla osób na full zanurzonych w zwykłej rzeczywistości, w której DZIEJĄ się sprawy. W każdym razie kiedy po raz pierwszy zobaczyłam wiadomość o katastrofie ekologicznej na Węgrzech, (w postaci charakterystcznego "dymka" z TweetDecka w górnym prawym rogu ekranu) to tylko musnęło mój umysł, zajęty czymś zupełnie innym, terminowym, naglącym i pilnym. Ale w kilka godzin później trafiła mnie nazwa, którą dobrze znam: Ajka. Nazwa stacji kolejowej, którą mijaliśmy kilkakrotnie, jeżdżąc pociągiem z Budapestu do Ljubljany jakieś 3-4 lata temu. Kilka pięknych widoków z okna pociągu, ale dobrze zapamiętanych, jakoś charakterystycznych, myśl, że chciałoby się kiedyś wrócić, poeksplorować na rowerze albo na piechotę z plecakiem... I teraz ta wielka czerwona kałuża, z którą najwyraźniej nie wiadomo, co robić. Nasze media donosiły o tym jakby z mniejszą determinacją niż przy innych tego typu okazjach, już na drugi dzień ważniejsze było, co jeden pan drugiemu panu i te wszystkie smrody polskiej pseudopolityki. Przy takich okazjach jakoś ci sami dziennikarze, tacy nieustępliwi i bezkompromisowi, nie pytają o "przemysłowych terrorystów" ani o duże zaniedbania i przekręty, które zazwyczaj się za tym kryją. Dokładnie tak samo było w przypadku BP - i można sobie tylko wyobrazić, co by było, gdyby sprawa BP zdarzyła się w ktorymś z krajów byłych demoludów: tutaj ciągle dominuje przekonanie, że organizacje ekologiczne i służby ochrony przyrody to "ekoterroryści". I na pewno jeszcze nieraz ten epitet usłyszymy, na pewno nieraz będziemy oglądać niewiadome osoby na ekranach magazynów informacyjnych podpisane po prostu "ekolog", jakby to coś w ogóle mówiło... Póki co, duży obszar w środku Europy jest martwy. Nie wiadomo, co będzie z Dunajem. Rzeka, którą kocham. Toksyny wpłynęły do Dunaju na wysokości nieco przed przełomem w okolicach Vyšehradu - spłyną w dół rzeki i jakoś nie wierzę w opowieść o ich nieszkodliwości. Ph 9 - nawet jeśli nie jest się chemikiem z wykształcenia, można się tylko domyśleć, co się stanie z bogactwem życia w Rzece. Oczywiście nic nie jest nieodwracalne, przyroda rzeczywiście ma niemal nieskończone możliwości regenneracji, ale kiedy w latach 90-tych rtęć z kopalni złota w Rumunii skaziła Cisę, to trzeba było czekać prawie 10 lat... W każdym razie nasze media już się znudziły sprawą, nie widziałam jakichś pogłębionych komentarzy, niektOrzy dziennikarze nawet nie sprawdzili na mapie, jaki jest bieg Dunaju i przez jakie kraje przepływa (warszawskocentryzm TVNu, a jakże) - no chyba, że walnie drugi zbiornik, już się wyczuwa ekscytację, a nuż... Światełkiem w tunelu są niezależni dziennikarze - Jerzy Jurecki z "Tygodnika Podhalańskiego" (który już wcześniej dawał przykład solidnej niezależnosci) wybrał się na miejsce i opisał, co zobaczył i co tam się dzieje. W dobie korporacyjnego dziennikarstwa, zjadającego własny ogon i smakującego jak fast food to naprawdę godne uwagi.
I takie rzeczy umykają, łatwo jest nie przywiązywać uwagi, nie dbać i się nie przejmować. NIMB (Not In My Backyard).

środa, 6 października 2010

dym w płynie

Poniedziałek spędziłam w Poznaniu, wtorek (przez chwilę) w Warszawie, między tym były pociągi. I, o dziwo, nie będzie to rant (czyli swobodny strumień świadomości krytycznej i sfrustrowanej). Tym razem TLK Kraków - Poznań był szybki i czysty, a obsługa kumata, a nawet miła (posunięto się do tak daleko idących ustępstw i troski o pasażerów, że konduktorzy nie sprawdzali biletów setki razy każdemu,  tylko pytali "Kto z Państwa się dosiadł"i robili swoje pozwalając ludności - np. mnie - zatopić się w lekturze). Pani z wózkiem z dobrami spożywczymi jeździła bardzo regularnie i nie było problemu z podwójnym cukrem do kawy. Jeszcze większe zaskoczenie czekało mnie we wtorkowe przedpołudnie: kupując bilet na InterRegio firmy Przewozy Regionalne pomyślałam sobie w duchu, jakoś przetrzymam, to tylko 3 godz. 20 minut. Ku mojemu najwyższemu zdumeniu, we wtorek o 9.15 na peronie IV stał pociąg z nowoczesnymi, klimatyzowanymi wagonami tzw. bezprzedziałowymi (ale świeższej daty niż te na trasie KRK-W-wa). Nawet się trochę przestraszyłam i gorączkowo rozpytywałam pasażerów, czy to na pewno InterRegio firmy Przewozy Regionalne do Warszawy... Nie był to jednak sen. W dodatku 10 minutowe opóźnienie zostało "nadrobione" i w czeluście Dworca Centralnego wtoczyliśmy się punktualnie. A później jeszcze jeden pociąg, znowu TLK na znanej do bólu trasie z W-wy do KRK. Tym razem bez jakichś fajerwerków (koleś, który zaprojektował siedzenia w tych "odnowionych" wagonach będzie się smażył w piekle, przypiekany na wolnym ogniu przez cierpiących na skoliozę), ale za to za 40 zł, więc nie ma co, ćwiczyłam rozmaite siedzące asany na przemian ze spacerami po korytarzu).  I jakoś poszło. Ale nie obyła się jednak bez zaskoczeń. W Jubilacie, gdzie ostatnio robię zakupy, jeśli jestem w centrum, przykuł moją uwagę sos z bakłażanów i papryki (znany mi z Bułgarii, a właściwie Macedonii bułgarskiej jako "kiopolu"). Już, już miał wylądować w moim koszyku, ale na etykiecie wśród składników dostrzegłam "dym w płynie". Pomyślałam sobie, nie będę kusić losu, przeżyłam w dobrej formie trzy pociągi PKP w 24 godziny i wystarczy!

sobota, 2 października 2010

Dwójka vs. BBC3

To będzie kolejny rant z cyklu "Polska jako krzywe zwierciadło", więc jeśli ktoś nie lubi tej jazdy i uważa, że w tym się wyraża u mnie brak patriotyzmu (skądinąd to fakt, patriotyzm jest mi obcy organicznie), to najlepiej niech nie czyta. Od kilku dni Dwójka (czyli II program Polskiego Radia) ma nowy design - nosi znaczek "beta", więc może ten mój rant na coś jednak się przyda... i jest... okropny.  Generalnie jest to krok w dobrą stronę, przynajmniej sądząc z tzw. statementu http://www.polskieradio.pl/13/15/Artykul/262537#faq1 Jak jednak wiadomo, diabeł tkwi w szczegółach. Layout strony jest nieczytelny, trudno się połapać w tym, co na antenie, trudno dowiedzieć się o audycjach (zwłaszcza muzycznych) czegokolwiek konkretnego, jeśli nie kliknie się przynajmniej trzy razy. Najgorsze jest jednak to, że dźwięk w streamingu jest po prostu fatalnej jakości - potworna kompresja, która np. u mnie powoduje dobrze słyszalne cyfrowe "echo". Jeśi się słucha klasyki (zwłaszcza, jeśli jest to fortepian pod palcami Marty Argerich, jak teraz), to jest to naprawdę uciążliwe. No i to upodobanie polskich multimediów w sieci do Windowsa - nie wiedzieć czemu, dla Polskiego Radia formatem "domyślnym" jest ten najbardziej kompresujący dźwięk, czyli Windows Media Audio obsługiwany przez Windows Media Playera. Dobrze, że łaskawcy dopuszczają możliwość, że się z tego softu nie korzysta - Telewizja Polska takiej możliwosci nie dopuszcza i "makowcy" niczego ze stron telewizji publicznej nie obejrzą... Z niecierpliwością czekam na zdigitalizowanie Dwójkowych materiałów archiwalnych - na początek może przydałoby się wprowadzić możliwość odsłuchiwania poprzednich wydań audycji, tak jak to funkcjonuje na niedościgninym, moim zdaniem, serwisie Radio BBC 3, które ma podobny, jak Dwójka profil. Już pierwszy rzut oka pozwala zobaczyć różnicę - BBC3 znakomicie kontaktuje się ze swoimi onlinowymi słuchaczami (również za pomocą Twittera, gdzie zawsze pojawia się informacja o tym, co aktualnie gra i co za chwilę będzie grało. Zazwyczaj można posłuchać kilku poprzednich wydań audycji (dostępne są przez tydzień). Dzięki temu wiem, że jeśli przegapię w tym tygodniu program Donalda Macleoda, Composer of the Week z ulubionym Thomasem Tallisem, to będę mogla sobie go posłuchać także po emisji w radio. Podobnie z innym ukochanym programem, Late Junction, w tym tygodniu akurat z Maxem Reinhardtem, ale lubię także playlisty Fiony Talkington i Verity Sharp. Nie wspominając już o tym, co się dzieje w trakcie serii koncertow BBC Proms - słuchania muzyki w najlepszych wykonaniach jest wtedy tyle, że prawie ne da się ogarnąć. Dwójka też proponuje znakomite rzeczy, tym bardziej więc szkoda, że ma tak (na razie) fatalny serwis onlinowy - przy słabym zasięgu (pamiętamy, rząd PiSowski odebrał częstotliwości Dwójce, żeby dać je Radiu Maryja) serwis internetowy powinien być oczkiem w głowie i priorytetem, a nie "dodatkiem" do regularnego programu. Podobnie, jak w przypadku innych dziedzin kultury - "wersja" online nie może być tylko wersją czegoś, co istnieje w innych sferach, bo Internet ma swoją specyfikę. "Uciekł" mi w Dwójce koncert z Warszawskiej Jesieni z utworem Beata Furrera i już go nie posłucham, dobrze chcociaż, że mam "Begehre" na DVD i słyszałam to w Berlinie w Kamermusisaal... Chyba jednak zrezygnuję z pięknego koncertu Marty Argerich i Nelsona Freire, bo cyfrowa kompresja staje się naprawdę irytująca. Swoją drogą, ciekawe, czy po remoncie torowiska pod Filharmonią koncerty wolne będą od dodatkowych efektow sonicznych (byłoby szkoda nie słyszeć tramwaju w Filharmonii Krakowskiej, tak się do tego przyzwyczailiśmy...).

środa, 22 września 2010

Mitteleuropa

I dokonał się powrotny przejazd Budapeszt - Kraków za pomocą kolei słowackich (głównie), węgierskich (po części), busa firmy Strama oraz Szwagropolu. W całości kolejne etapy prezentowały się następująco:
Deak Ferenc Ter - Nyugati Palyudvar (metro linia niebieska)
Budapeszt Nyugati - Šturovo (pociąg MAV, czyli kolei węgierskich)
Šturovo - Nove Zamky (pociąg ŽSR, czyli kolei słowackich, czekał na nas 5 minut, bo przyjechaliśmy z opóźnieniem)
Nove Zamky - Šurany (pociąg jw)
Šurany - Banska Bystrica (pociąg jw., tyle, że 'rychlik')
Žiar n/Hronom - Hronska Dubova (przejazd komunikacją zastępczą)
Hronska Dubova - Banska Bystrica (pociąg jw., 'zrychleny')
Banska Bystrica - Vrutky (jw., 'rychlik', czekał na nas 10 minut, bo byliśmy opóźnieni)
Vrutky - Liptovsky Mikulaš (jw.)
Liptovsky Mikulaš - Zakopane (bus firmy Strama)
Zakopane - Kraków (Szwagropol)
Borek Fałęcki - nasza 'wieża'
Czas przejazdu: nieco ponad 12 godzin. Nie do wykonania w Polsce, gdzie pociągi (żadne niemal) nie są ze sobą skomunikowane (a na Słowacji są i wystarczy dać znać konduktorowi/-ce, że się  ma przesiadkę, i poprosić o to, żeby "hlasit' dispečerovi").
Niech żyje Mitteleuropa i jej duch, wyrażony przez konduktora (pozdravujeme!) na trasie z Novych Zamków do Šuran: "ne ponahlajt'e sa!" (kiedy szybko zerwaliśmy się, bo pociąg był trochę spóźniony, a my mieliśmy przesiadkę). W jego napomnieniu zawarta była reakcja na nasz poważny zamach na tegoż ducha, którym przeniknięte są wszystkie urzędy i koleje w tej części Europy (a jak wiadomo, był to jej kościec); zamach wyrażający się w zbyt żwawym zdejmownaiu plecaków z półki. Nie dziwi nas więc, kiedy wszystkie operacje logistyczne na Węgrzech odbywają się za pomocą długopisu i pieczątki, nawet bilety 72-godzinne na metro pani w okienku ozdabia własnoręczną adnotacją z datą i godziną. Nie to, co w KRK, bezwstydne, bezduszne kasowniki odnotowujące datę i godzinę pozbawiają pracy setki funkcjonariuszy; bo w budapeszteńskiem metrze na kadej stacji przy wejściu stoi osiem osób (!!! no kidding) sprawdzających bilety; niektóre z tych osób niedowidzą (autentyk!!). Nie mówiąc już o kasach, w ktoryc kupuje się bilety międzynarodowe - można już płacić kartą (a kilka lat temu było to, hm, skomlikowane), ale ilość szpargałów, zapisanych karteluszków, linijek, gumek do mazania, ołówków i długopisów każe się jednak rozglądać za portretem Franciszka Józefa ze śladami muszych odchodów (i on tam jest, jest na pewno, schowany za szafą albo pod biurkiem). Ambiwalentne to dziedzictwo (jak cała Miteleuropa) i raz je lubię, a raz nie; ale generalnie jest mi bardzo dobrze, kiedy wygrzewam się w promieniach słońca na jakiejś ławce dworcowej w Novych Zamkach, z Nivovą bagetą w ręku, którą uprzednio zrobiła własnoręcznie i niespiesznie (ne ponahlat' sa!) pani z bufetu ulokowanego w małym kiosku z czerwonym daszkiem. Bo i mnie się narzuca ta nieśpieszność; łatwo o nią w kraju, gdzie wiadomo, że pociąg poczeka, kawa z automatu ma właściwą zawartość kawy i gdzie ludzie ładnie wymawiają moje ulubione długie 'a'. 
Taka sama zresztą nieśpieszność daje się wychwycić po drugiej stronie Dunaju; proporcje kawy do wody wypadają jeszcze korzystniej i choć język jest czystą abstrakcją, to wiadomo, że ludzie chcą się porozumieć i najczęściej trafia się tam, gdzie się chce / gdzie się zamierzyło, choć po drodze trafiają się dodatkowe niespodzianki; jak Muzeum Marcepanu w Szentendre (oj, poległam, jak tu nie polec wobec marcepanowych czekoladek nugatowych! cherry! migdałowych! czekoladowych! śliwkowych! pistacjowych! eh, boy...). Na koniec odrobina Portuguisera na tarasie z widokiem na Dunaj i życie staje się jeszcze bardziej nieśpieszne i smakuje jeszcze lepiej. Jak to w Mitteleuropie.


sobota, 18 września 2010

Kalmuk Dance Night

I jeszcze konieczne post-scriptum: wieczorem trrafiliśmy na imprezę folklorystyczna w stylu "Kraj Rad śpiewa i tańczy", czyli ulubione gdzieniegdzie i u nas opakowanie ttradycyjnych form muzycznych w baletowo-operowo-campowy entourage. Szybko jednak przestałam snobistycznie i protekcjonalnie myśleć wg takich właśnie, jak wyżej, schematów. No i co z tego, że entourage sztuczny i nadęty nieco (i jakże campowy jednocześnie), kiedy tancerze i śpiewacy, poczatkowo spięci, w końcu zaczęli cieszyć się tym, co robia? Mieli z tego kupę frajdy, podobnie, jak spora grupa ludzi z Azji Środkowej wśród publiczności. A zupełnie już przestaliśmy wybrzydzać, kiedy na scenę wkroczył młody chłopak z tradycyjnymi instrumentami smyczkowymi i "odpalił" alikwoty, zwane u nas śpiewem gardłowym i kojarzone wyłacznie z Tuwa. Warto było przyjść do Hagyomanyok Haza wyłacznie choćby dla jego kilkuminutowych trzech wystapień wtłoczonych w ten monumentalny w formie, ludyczny w treści folklor. Przydały się mizerne resztki rosyjskiego, po koncercie mogliśmy zamienić kilkla słów z Dimitrijem i dowiedzieć się, że nauki pobierał najpierw od dziadka i ojca, a później od znanego w Kałmucji mistrza. Być może typpwa historia, ale głos wyjatkowy. Wieczorny spacer nad Dunajem pozwolił nam odkryć neoszamańskie oblicze Budapesztu, ale o tym naoisze pewnie M.

compassion without religion

Dzisiejszy dzień spędziłam w większości siedzac, słuchajac i starajac sie rozumieć, co wcale nie jest takie łatwe. Bez gruntownej podbudowy filozoficznej nie jest łatwo nadażyć za tokiem rozumowania Jego Światobliwości - jest oczywiście ten poziom nauk najprostszy z możliwych i do zrozumienia dla każdego, ale sa też momenty, kiedy naprawdę trzeba wysilić umysł. Dalajlama jest też świetny w odcinaniu korzeni new age'owych mistycyzmów. Jedno z pytań dzisiejszej sesji Q&A brzmiało mniej więcej tak: czy to prawda, że czakra serca znajduje się na Węgrzech? Głęboki, sppntaniczny śmiech Jego Światobliwości starczył za odpowiedź i wkrótce prawie 22 tysiace ludzi także wybuchnęły śmiechem. Pamiętam podobna sytuację podczas sppotkania w radiowej Trójce przed laty, kiedy jedna z takich new age'owych dziennikarek zapytała o jakaś tajemna praktykę tybetańskiej jogi. Śmiech Jego Światobliwości również wtedy zabrzmiał bardzo oczyszczajaco. Najbardziej jednak utkwiło mi dzisiaj w głowie zdanie, które mogłoby stać się panaceum na polskie problemy: nie jest ważne to, czy jest się człowiekiem religijnym, ważne jest to, aby być istota ludzka wypełniona współczuciem (co zabrzmiało compassionate human being - polskie współczucie ma nieco inne odcienie znaczeniowe, niestety). Tyle tylklo, że u nas duża część osób przestaje słuchać po pierwszej części tego zdania i nie chce zrozumieć, czego dotyczy ta druga. Może jednak zasiane ziarno z czasem przyniesie efekt? To siódma wizyta Jego Światobliwości w Budapeszcie, po raz pierwszy był tutaj - jak dzisiaj wspomniał - w 1979 roku.W Polsce pojawia się coraz więcej nauczycieli różnych szkół buddysjkich i tradycji, ale czy kiedyś nauki bezpośrednio od Dalajlamy będa możliwe u nas? Pojawi się w każdym razie za kilka dni we Wrocławiu, w Polsce pop raz czwarty, będzie to kolejny wykład publiczny i pewnie jak zwykle wszyscy chętni nie pomieszcza sie w miejscu zaplanowanym na spotkanie. Może i u nas ta prosta prawda, że jest możliwa etyka bez religii znajdzie sobie więcej uznania. Może i u nas bezppośredni przekaz dla wspólnoty buddyjskiej będzie możliwy. Oby. Wiem tylko, że kiedyś, w 1998 lub 9 roku ze wzruszeniem ogladaliśmy w jakimś malutkim kinie budapeszteńskim "Kunduna" Scorsese, zastanawiajac się kiedy i czy ten film wejdzie na ekrany w Polsce. Wszedł, podobnie, jak kilka innych, a Ale Kino! zaprezentowało w ubiegłym roku przeglad filmów buddyjskich. A dzisiaj i jutro zasiadamy w olbrzymiej hali Papp Laszlo Sport Arena z (podobno) ponad dwudziestoma tysiacami ludzi. Co sprawia, że jednak nawiazuje się całkiem intymna więź w takich warunkach? "Przyjmuję schronienie w Buddzie, Dharmie i Sandze".

piątek, 17 września 2010

a visitor from budapest

To ja jestem tym "visitorem" z Budapesztu. Po fascynujacej podróży przez Zakopane, Liptovsky Mikulaš, Banska Bystrice, dziesiatki wiosek i miasteczek na trasie do Komarna, Komarom, dotarliśmy wreszcie na jakże dobrzy znany dworzec Budapest-Keleti. Trochę bładzenia w oooszukiwanii ulicy Hercegprimás i oto siedzę przy stole w bardzo CK austro-węgierskim pokoju z widokiem na katedrę św. Stefana i zajadam się brzoskwiniami o smaku brzoskwiń i winogronami o smaku winogron. A tak naprawdę ledwo widzę na oczy ze zmęczenia, ale sa owoce, jest ciepła woda, wygodne łóżeczko, WiFi i świetna kawa trzy piętra niżej. To wszystko, czego mi chwilowo potrzeba. Na półce wśród dyżurnych DVD nie ma, niestety, żadnego koncertu grupy Omega. A w budapeszteńskim mieszkaniu do wynajęcia powinno to przecież być obowiazkowe. Nie widziałam też w metrze nikogo w stroju misia, ale może nie wszystko jeszcze stracone.

czwartek, 16 września 2010

Linz

Nie zdążyłam oczywiście nadrobić zaległości. Zanim ułożyło się w głowie, to już trzeba było gasić pożary, czyli wysyłać zaległe teksty, pisać recenzje rozmaitych prac mgr i lc :-) uczestniczyć, egzaminować, kompilować zimowe nagrania z Jokkmokk - jednym słowem, życie jak zwykle. Wrzucę więc trochę fotek, ale na początek - Złota Nica w kategorii Digital Music & Sound Art, bo naprawdę mnie urzekła: praca Ryoichi Kurokawa: Rheo:5 Horizons
To był jeden z nie tak znowu dzisiaj  częstych momentów estetycznej przyjemności, w tym wypadku płynącej także ze znakomitej fuzji wizualiów i dźwięku. Głębokie basy (dowód na to, że niskie częstotliwości z domeny cyfrowej także mają swój urok - rok temu dowiódł tego  w tym samym miejscu i przy tej samej okazji niezwykły koncert Ryoji Ikedy w jednej z najlepszych akustycznie sal koncertowych w Brucknerhaus). Miało także znaczenie miejsce teogorocznej edycji Ars Electronica - zamknięta przed rokiem fabryka tytoniu (Tabakfabrik), przystosowana na potrzeby ekspozycji (a spacer z Christiną Kubisch pokazał, jak gigantyczna to praca, o czym oddzielnie). No w każdym razie moje Linzowe reminiscencje rozpoczynam od tej właśnie pracy, która - umiejscowiona w ciemnym, pustym, zupełnie niemal pustym pomieszceniu o wielkości co najmniej 200 m kw. pozwalała zlapać oddech i nadawała odmienne niż zazwyczaj znaczenie słowu "horyzont". More to come.

środa, 15 września 2010

iPad vs. WiFi w Polsce (0:1)

To, że po przemierzeniu połaci Europy iPad napotka naturalne bariery w Polsce, było dla mnie oczywiste od początku i czekałam tylko, kiedy to nastąpi. I nastąpiło. Niniejszym ogłaszam: iPad vs. WiFi w Akademii Krakowskiej wynik 0 :1. Dlaczego? Bo system logowania... nie działa pod przeglądarką Safari, jak objaśnili mi panowie informatycy, sugerując, że to wina oczywiście moja i mojego sprzętu, a nie wybranego przez nich systemu, który słabo toleruje różnorodność platfom. Pomyślałam sobie spacerując po Moście Kotlarskim: będę teraz kolekcjonować takie przypadki. Tu mały off topic (ale pozorny): cóż z tego, że szybki tramwaj, jeśli jeździ.... co 20 minut, a autobusy 192 i 292 już tam nie jeżdżą, bo.... szybki tramwaj, na szczęście lubię spacery po Moście Kotlarskim i szczerze nienawidzę tych, którzy zaprojektowali organizację ruchu na Rondzie Grzegórzeckim - jest to jedyny w moim życiu przypadek szczerej nienawiści. 
Zanim zhakuję iPada (pokaz poglądowy był bardzo zachęcający ;-)) i zobaczę, co jeszcze da się zeń wycisnąć (a da się i tak prawie wszystko), jestem właściwie na Safari skazana. Już widzę miny wszystko-wiedzących-wszystkomających-w-starym-hapeku geeków. (Żeby nie było - sama mialłm HaPeka, którego bardzo lubiłam). Otóż, nie. iPad jest istotą rewelacyjną, zwłaszcza w podróży i zwłaszcza dla osoby której naprawdę potrzebne jest noszenie 160 książek w postaci pdfów ze sobą. Tak jak podejrzewałam, czytając pierwsze recenzje w polskiej prasie - w rodzimym odbiorze zaszło jakieś gigantyczne nieporozumienie. iPad nie ma ani zastąpić komputera ani laptopa. Każdy, kto dźwigał prawie codziennie to ostatnie urządzenie do pracy, doceni lekkość, komfortowość i bezproblemowość ostatniego "jabłczanego" gadżetu. A już zupełnie nie rozumiem postawy typu "kiedy ci durni użytkownicy zrozumieją, że iPad nie jest im potrzebny", nie rozumiem po prostu nawiedzonego moralizatorstwa, które każe koniecznie objawiać innym, co mają w życiu robić i z jakiej filiżanki pić poranną kawę. No w każdym razie po dziesiątkach sieci, do których się ostatnio logowałam w Linzu i Berlinie przyszedł czas na porażkę. i nastąpiła ona właśnie tu i teraz, co symptomatyczne. Pamiętam jeszcze czasy, kiedy Bank Śląski (wówczas bez ING) nie umożliwiał logowania do systemu pod Firefoxem, uzasadniając t bezpieczeństwem. Czasy pokazały, że kijkiem Wisły nie zawrócisz, a bepieczeństwo IE od tamtej pory wielokrotnie (i czasem tragicznie dla użytkowników) było obśmiewane.
To jest zresztą tylko kopia wielu podobnych zdarzeń znanych mi z koncertów: w polskich klubach (a bywa, że na scenach dużych festiwali) mój piecyk, moja gitara, nasz mikser i nasze efekty zawsze są, zdaniem domorosłych inżynierów dźwięku, zepsute, a w analogicznych sytuacjach poza naszą granicą - działają bez zarzutu. Ta strefa nudnego, sprawnego (i jakże błogiego !) zarządzania systemowego zaczyna się już za naszą południową granicą...  Nie trzeba tam też nigdy toczyć żadnych dyskusji z panami od sprzętu "co by było gdyby", ewentualnie "jakby było dobrze gdyby", obserwując, jak popiół z trzymanego przez nich w paszczy tlącego się papierosa chybotliwie balansuje tuż nad naszym (oczywiście zepsutym) instrumentem, kablami lub urządzeniami (i ten portret to nie jest niestety, wpsomnienie rodem z PRLu, ani nie dotyczy kategorii tzw. starego dziada-elektryka; nie, zdarzają się też tacy zupełnie młodzi kolesie, w naszym żargonie wewnętrznym noszą ksywę "didżejrezydent"). W tej strefie błogości ludzie zajmują się po prostu tym, czym mają się zajmować i nie ubogacają życia swoich bliźnich receptami na życie wysoce moralne, rozsądne, pozbawione gadżetów i pełne przenikliwości ani na wspaniały sprzęt zawsze-działający-bez-zarzutu (w naszym wewnętrznym żargonie to ostatnie jest określane jako "a-ja-mam-w-domu-osiemnaście-generatorów-sinusoidalnych". I to dlatego czasami nawiedza mnie myśl o tym, żeby zgłosić się na kierunek budownictwo na AGH i uzyskać dyplom mgr inż. budownictwa. W połączeniu z doktoratem nauk humanistycznych byłby to niezły melanż. A w gruncie rzeczy mogłabym to streścić lakonicznie i mało odkrywczo, w uroczy, charakterystyczny dla pełnych zdystansowania krajów anglosaskich sposób: live and let live.

niedziela, 12 września 2010

Sibelius

Dzisiaj bardzo spodobała mi się suita "Karelia" Sibeliusa, wczoraj Strauss i Czajkowski, a wszystko w ramach serii BBC Proms. Zaczyna mnie to przerażać (choć Sibelius właściwie bardzo OK, ale Straussa nienawidzilam od zawsze). Jeśli zacznę jeszcze lubić Beethovena, to będzie koniec :-))

sobota, 11 września 2010

linz-berlin-KRK

Tabakfabrik, Linz, Ars Electronica 2010
A jednak będę próbować trochę nadrobić - głównie w związku z szaloną wyprawą na trasie KRK - Linz - Berlin - KRK, z festiwalem Ars Electronica 2010 oraz wystawą Bruce'a Naumanna i koncertem Ensemble Modern w Berlinie. 
Co prawda na razie sprawdzałam połączenia do Budapesztu na najbliższy piątek i najbardziej podoba  mi się taki oto wariant (przy założeniu, że wcześniej będzie jeszcze Zakopane i uruchomione niedawno opatrznościowe polączenia do Popradu i Liptowskiego Mikulasza):

od 17.9.2010 Pi 11:00 do 14:00
Lipt.Mikuláš » Budapešť [*H]
Dátum    Odkiaľ/Prestup/Kam    Prích.    Odch.    Pozn.    Spoje
17.9.    Lipt.Mikuláš,,AS MHD vl.    >    12:10         Bus 706504 1 X +
     Banská Bystrica,,AS MHD    14:00    14:30    3, §     Presun asi 5 min
     Banská Bystrica         14:24         Os 5702
     Komárno    19:05               Presun asi 30 min
     Komarom    19:59    20:00         D 9201 K
     Budapest-Kelenföld    21:04    21:06        
    
Celkový čas 8 hod 54 min
EURO-CRV Tatry, s.r.o.; Poprad; 052/7765 662 (Bus 706504)
Železničná spoločnosť Slovensko, a.s.; Rožňavská 1, 832 72 Bratislava 3; Informácie získate na čísle Kontaktného centra 18 188 (Os 5702)
ide v 1-5,7

+ - premáva v nedeľu a štátom uznané sviatky. § - v označených zastávkách nie je povolený nástup za účelom prepravy do shodne označených zástaviek. K - zjednodušená preprava batožín, rozšírená preprava bicyklov-pod dohľadom cestujúceho. MHD - možnosť prestupu na mestskú hromadnú dopravu. vl. - možný prestup na vlak. X - premáva v pracovných dňoch.

11.09.2010 12:11
Odoslané z aplikácie CP, © INPROP, s.r.o.

Przy tym z Bańskiej Bystricy do Komarna jedzie się zwykłym pociągiem osobowym, a to oznacza smak podróży po Słowacji, jaką najbardziej lubimy. Jeśli więc Orangeways KRK-Budapest nie jeździ w piątki, to... witaj przygodo! A w Budapeszcie... The Budda of Compassion.
To dopiero będzie, jeśli powieją wszystkie pomyślne wiatry. To, co było, wciąż czeka na swoją kolej. Wrażeń w Linzu i Berlinie było tyle (zwłaszcza w Hamburger Banhof i na koncercie), że czekam jeszcze trochę, aż się ułoży w głowie. M. pisze, a ja będę sobie układać po drodze na zakupy w Galerii Smaku na Krupniczej.

środa, 1 września 2010

forward spin

Przeskakuję zatem pięć miesięcy. Zawsze następuje jakiś dalszy ciąg dla osieroconych blogów, nie będę tych miesięcy ani nadrabiać, ani udawać, że ich nie było. Forward spin. W tle gra "Korowód" Grechuty & Anawa z kilkoma koncertowymi wersjami w oryginalnym wydaniu sprzed lat - jaka dobra muzyka była kiedyś w Polsce mainstreamem! Wracam do zapisków. Jesień. Wczesna jesień - pora kaszki kukurydzianej z brzoskwiniami i mlekiem kokosowym. Albo naleśników z konfiturami imbirowo-pomarańczowymi.

niedziela, 11 kwietnia 2010

stop-klatka

via Szambala Kraków na Facebooku:

"Jak możemy pomóc zmarłym? " Sogyal Rinpocze


Często ludzie pytają mnie :
„Czy nie ma żadnego konfliktu, jeżeli mój zmarły /umierający przyjaciel lub krewny
jest praktykującym chrześcijaninem a ja budystą?”
A jakiż mógłby być konflikt?
Przecież Chrystus i Budda są współczującymi emanacjami Prawdy,
Ukazującymi się pod różnymi postaciami, by najskuteczniej pomagać wszystkim istotom.

Jak możemy pomóc zmarłym ?

W Tybecie mówimy, że tak jak naturą ognia jest płonąć a naturą wody gasić,
Tak Buddowie w swym bezgranicznym współczuciu i
gotowości pomagania wszystkim czującym istotom
pojawiają się natychmiast na każde wezwanie.
Nie myślcie nawet przez chwilę ,że prawda jaką przywołujecie,
by pomóc zmarłemu przyjacielowi, działałaby skuteczniej
gdyby wezwał ją jakiś „święty mąż”.
Przeciwnie głębia waszej miłości i więzi ze zmarłym potęguje moc waszych modlitw.
Mistrzowie zapewniają: „WZYWAJCIE BUDDÓW A ONI ODPOWIEDZĄ”

Khandro Tsering Czodro, duchowa partnerka Dziamianga Khjetse,powtarza,
że jeśli ma się naprawdę dobre serce i czyste intencje ,
to modlitwy są bardzo skuteczne.
Bądźcie więc pewni ,że jeżeli modlicie się za zmarłego
którego bardzo kochaliście szczerze i z prawdziwą miłością
wasze modlitwy będą wyjątkowo potężne.

Możecie ilekroć pomyślicie o kimś ,kto umarł, natychmiast wypowiedzieć mantrę:
OM MANI PADME HUM (TYB OM MANI PEME HUNG)---
To mantra Buddy Współczucia który oczyszcza wszystkie negatywne uczucia
będące przyczyną odrodzenia.

Czy praktykujecie w intencji zmarłego czy nie pamiętajcie jednak,
że świadomość w bardo posiada moc jasnowidzenia.
Już samo kierowanie dobrych myśli ku zmarłemu może przynieść wiele pożytku


Ci którzy zginęli śmiercią gwałtowną lub nagłą potrzebują pomocy szczególnie.
Ofiary morderstw, samobójstw, wypadków lub wojen mogą wpaść łatwo
w pułapkę swego cierpienia, rozpaczy i strachu.
Mogą nawet zostać uwięzione w samym doświadczeniu śmierci i
nie być w stanie przejść przez proces odrodzenia.

Kiedy praktykujecie w ich Intencji róbcie to naprawdę żarliwie.
Wyobraźcie sobie potężne światło, emanujące z buddów i bóstw,
niosące całe ich współczucia i wszystkie błogosławieństwa.
Wyobraźcie sobie ,że spływa ono na zmarłych i oczyszcza ich
i uwalniając od bólu śmierci obdarza ich głębokim prawdziwym spokojem.
Wyobrażajcie sobie ,wkładając w to całe serce i umysł ,że zmarły rozpuszcza się w tym świetle
a jego świadomość wolna od wszelkich splamień i cierpień,
wznosi się i nierozerwalnie stapia na wieki z umysłem mądrości buddów.



Medytacja i modlitwy –to nie jedyna pomoc jakiej możemy udzielić umarłym

Możemy w ich imieniu pomagać chorym i potrzebującym
Możemy rozdać ich majątek ubogim.
Możemy w ich mieniu wesprzeć przedsięwzięcia humanitarne lub duchowe-
-szpitale, instytucje charytatywne, hospicja czy klasztory.
Możemy sponsorować odosobnia medytacyjne prawdziwych praktykujących
czy modlitwy prowadzone przez wielkich mistrzów w świętych miejscach
takich jak Bodhgaja.
Możemy ofiarować lampki ,albo przyczynić się do powstawania dzieł sztuki
związanych z praktyka duchową
Inną metodą pomocy umarłych, niezwykle popularną w Tybecie i Himalajach
jest wykupywanie zwierząt idących na rzeź i wypuszczanie ich na wolość

Należy ofiarować zmarłemu całą zasługę i dobro,
jakie niosą podobne akty szczodrości.
Ale nie tylko jemu-wszystkim umarłym ,by przyczyniło się to
do uzyskania przez nich lepszego odrodzenia i lepszych warunków
w następnym życiu. "


Sogyal Rinpocze
"Tybetańska Księga Życia i Umierania"

środa, 24 marca 2010

guilty pleasures

Z cyklu "guilty pleasures": The Cure, płyta z 1982 roku, "Pornography" (np. Hanging Garden). Kiedy słucham dzisiaj z iTunes, brakuje mi kiepsko wyregulowanej głowicy w niezapomnianym magnetofonie kasetowym marki Kasprzak cca. 1986. Ta płyta  w wersji cyfrowej brzmi nie aż tak porywająco, jak lekko "falująca" wersja z kiepsko skopiowanej - tak, pirackiej, ale czy wtedy mieliśmy inne? - kasety, którejś tam kolejnej wersji oryginału. Nawet nie umiem ocenić, czy ta płyta w ogóle jest dobra. Budzi taki sam dreszcz emocji, jak cca 1986. Ostatnia klasa podstawówki, letnie wakacje, niewiadoma, a później pociąg Kraków-Zakopane w regularnych odcinkach czasu. Początek WSZYSTKIEGO.
P.S. Po namyśle: może to był magnetofon Grundig. Nie pamiętam. Za pierwsze samodzielnie zarobione pieniądze (3 tygodnie wyrywania chwastów w pełnym słońcu, cca. 1985) kupiłam sobie sobie... radio. Z cyklu osobista historia medialna.

piątek, 19 marca 2010

przed północą

Obowiązkowo Transmission Joy Division. Dlaczego? Nie mam pojęcia. Dance Dance Dance Dance Dance to the Radio.

wspólnota

I teraz dzielę ten profil na dwa blogi: jeden jest właściwie naukowy, drugi ten właśnie mój osobisty, prywatny. Niegdyś ktoś w komentsach dość nieżyczliwie porównał to ujawnienie do dzienniczka pensjonarki. Well, co tu kryć, kochałam Polyannę...ale nigdy nie prowadziłam żadnego pamiętnika. Ten blog jest prywatny i mam na myśli prywatny, czyli piszę, co chcę i właściwie robię to dla siebie. Jeśli są czytelnicy, to bardzo jest mi miło, ale gdyby czytelników zabrakło, to też będę tu pisać. Żeby poskładać w iluzoryczną całość to, co rozproszone, pocięte na drobne kawałki, ulotne i skazane na zapomnienie. Próbuję sobie teraz czasem przypomnieć: jak to było siedzieć przy oknie na 9-tym piętrze, przez którego szpary sypał śnieg przy mocniejszych podmuchach wiatru i wsłuchiwać się w sygnał modemu, czy wreszcie połączy się z magicznym numerem 0-22 ileś-ileś i... no właśnie, nawet nie pamiętam tego numeru, a zawieszone na nim było pół mojego ówczesnego życia. Albo jak instalowałam pierwszy raz program do odbioru poczty i chyba była to Eudora (co za czasy!), albo jak kolega - rzekomo bardziej zaawansowany w technologiach - tłumaczył mi, że nie da się tak po prostu zainstalować modemu... Został mi po tym - na szczęście - dystans do wszelkich "guru" technologii  oraz gotowość do radosnego i ochoczego eksperymentowania z nimi  (technologiami znaczy, nie guru) na własną rękę (zwłaszcza, jak udało mi się po tej tyradzie "znawcy")uruchomić i skonfigurować plastikowego demona marki... nie pamiętam). To chyba dlatego nie boję się niczego, co ma jakikolwiek interfejs, nawet tak mało przyjazny, jak moje ulubione, genialne loop station RC-20 Bossa. Być może to oznaka nieuchronnego starzenia się, ta nostalgia. Bo zainspirowana wpisem studentów poszukałam microhouse i okazało się, że to nic innego, jak m.in. Jan Jelinek czy Vladislav Delay, czyli coś odnalezionego pod odmienną metką w zakamarkach pamięci, coś, co wynurzyło się z innego czasu i trafiło dzisiaj na swój moment (odetchnęłam z ulgą, jeszcze nie tak całkiem tracę kontakt!). Kiedyś znane bardziej jako glitch. Czy to ważne? szemrzą sobie w tle te znajome pejzaże dźwiękowe, upływ czasu jest namacalny, ale w końcu nigdy ostateczny. Co ja w końcu wiem o upływie czasu.

sobota, 13 marca 2010

przedwiośnie, czyli żyć się nie da.

Jak w tytule. Głęboko znienawidzona przeze mnie temperatura, czyli około plus 2 stopnie i deszcz ze śniegiem. Nawet wizja jutrzejszych nart na Chopoku jawi się jakoś mniej atrakcyjnie. Wszystko jawi się jakoś niej atrakcyjnie, zwłaszcza cokolwiek, co wymaga wyjścia z naszej wieży na Bobrzyńskiego. Tyle obowiązkowych lamentów.
Znowu dwa tygodnie bez blogowania, jakoś chwilowo energia została z tego bloga wyssana, to się już zdarzało. No i może jeszcze dobijająca końcówka pracy nad tekstem "Bio Mapping Christiana Nolda - transmedialna retoryka wędrowna" do książki pokonferencyjnej (dwa miesiące po deadlinie!), kolejne trzy do napisania czekają + koncepcja rozdziału podręcznika. Ciekawe, ile wpisów osiągnę do czerwca.

niedziela, 28 lutego 2010

sporty zimowe

I wyszło na moje - w sportach zimowych jesteśmy mocni :-) Jestem wprawdzie niepocieszona, że nie ma Polakow w żadnych sportach alpejskich (nie licząc zawodniczki, której nazwiska nie pamiętam i nie chce mi się sprawdzać, ale i tak szanuję za próbę startu w ogóle), ale co tam... Kibicowanie Justynie Kowalczyk na przemian z kibicowaniem Wielkiemu Bode to jedna z najfajniejszych okazji sportowych roku - i nareszcie przydał się Eurosport. Zwłaszcza po wyłączeniu polskiej ścieżki jęzkowej (choć komentatorzy tutaj to i tak szczyt profesjonalizmu w porównaniu ze studiem TVP, jak donieśli Znajomi Królika). Okazje sportowe ujawniają wszelkie narodowe psychozy, m.in. tendencję do popadania w skrajności (emocjonalnie niezrównoważenie na miarę borderline personality). A Bode jest wielki, nawet, jeśli odpadł z giganta, bo ma osobowość i stać go na totalną niezależność. Słuchać już nie mogę o "klątwie Fortuny" (zawsze to lepiej zrzucić winę na "czynniki magiczne" niż na nieudolność zasiedziałych aparatczyków z wszelkich związkow sportowych w tym kraju - no, może z wyjątkiem Tajnera), wstyd i żenada podkreślać na każdym kroku, że to pierwszy złoty medal od 38 lat (ba, okazuje się, że ja TEŻ nie pamiętam Wojceicha Fortuny w Sapporo, co okazuje się, podniosło mnie duchu - że mój wiek nie aż tak sędziwy jeszcze), kolo prowadzący studio olimpjskie w TVP ucieleśnia wszystko, co najgorsze w polskim dziennikarstwie (włącznie z fatalną fryzurą), podobnie jak Durczok, Kajdanowicz i inni megalomani wizji. W tym wszystkim jednak łza się w oku kręci - dziewczyny na biegowkach walczyły do końca, uparcie, kompetentnie i z pasją (najbardziej ujęła mnie zawodniczka, która walczyła o 41 miejsce tak, jakby to był złoty medal). No respect po prostu.
A wieczór zakończyliśmy - nieoczekiwanie - późno w nocy, przypadkiem trafiając na MTV2 na niejakiego Dizzee Rascala, totalny odlot. Jaka energia, groove i siła! Szkoda, że polski, wymoczkowaty i zrzędzący hip hop nie dorasta kolesiowi do skrawka pięty!

środa, 10 lutego 2010

L'incoronazione di Poppea

Muszę zapisać, bo inaczej zapomnę: genialne wykonanie opery Monteverdiego L'incoronazione di Poppea w wydaniu zespołu La Venexiana (właśnie skończyłam oglądać na Mezzo, nie mogłam się oderwać prawie przez trzy godziny). Głosy solistów wydają mi się idealnie odpowiadać wrażliwości i smakowi muzyki Monteverdiego. Z Monteverdim mam niezłą jazdę, WSZYSTKO tego kompozytora trafia mnie absolutnie celnie - a opery właściwie nie lubię, z wyjątkiem Monteverdiego, Roberta Ashley i Meredith Monk :-). Jak mój ukochany utwór wszechczasów, czyli Lament Nimfy z Ottavo Libro dei Madrigali (w pewnym sensie był bohaterem filmu Agnes Jaoui z 2004 r. Comme une image, czyli w Polsce Popatrz na mnie). W wersji La Venexiany jest nieco odmienny niż u Rinaldo Alessandriniego. Jak tylko kiedykolwiek i na jakimkowiek nośniku ukaże się Koronacja Poppei La Venexiany, to proszę siły kosmiczne, żeby skierowały to na moją półkę. I co zrobić, wysupłam pewnie tę koszmarną kasę, żeby ich usłyszeć na Misteria Paschalia.
W ogóle muyzka baroku odsłania nieco inne oblicze, kiedy wcześniej słuchało się inetnsywnie np. ... Johna Zorna albo (z innej przegródki) Giacinto Scelsi.
I to chyba też efekt pobytu na Północy, bo tak samo było w lecie - po powrocie jakoś inaczej wszystko się słyszało i odbierało.

Inukshuk

Za 2 dni zaczyna się kolejna olimpiada zimowa - tym razem w Vancouver. Choć takie imprezy wzbudzają mieszane uczucia, zwłaszcza jeśli chodzi o ochronę przyrody i relacje z tzw. indigenous people (wystarczy wspomnieć, że w Lillehammer w 1994 nie zaśpiewala Mari Boine, nie chcąc być traktowana jako "token", czyli wymówka organizatorów mająca pokazywać ich szlachetne intencje), to igrzyska w Vancouver odrobinę się różnią pod tym względem: symbolem igrzysk jest Inukshuk (a właściwie przyjęty w całej Kanadzie Inalaak), czyli znak służący do orientacji w terenie, ale także coś w rodzaju ducha opiekuńczego Inuitów, siłę, która ma nas w swojej opiece, kiedy jesteśmy w podróży. Ciekawe, czy polskie media to w ogóle zauważą? Po drugie, zimowej olimpiadzie w Vancouver towarzyszy też projekt społeczny - sponsorowany pzrez Nike, nic dziwnego (dobrze znamy te strategie) - faktem jest jednak że dla wielu dzieciaków z osad na kanadyjskiej Północy, gdzie nie prowadzi żadna droga ani kolej, jest to naprawdę coś znaczącego. Gdybym nie była w Kanadzie i gdybym nie widziała, jak świadome postkolonialnych strategii są tamtejsze organizacje i agendy First Nations, byłabym bardziej podejrzliwa...

dear reindeer


Tym razem dłuższa przerwa w zapiskach oznacza tygodniowy wypad na (dość) daleką Północ, czyli do Jokkmokk. Śmiejący się renifer obok dobrze obrazuje moje tam samopoczucie. Ciągle nie potrafię za bardzo ująć w słowa mojego szaleństwa arktycznego - nie ulega jednak wątpliwości, że jest to coś w rodzaju arctic fever, bo jak tylko widzę przed sobą otwartą przestrzeń pokrytą śniegiem, to natychmiast ruszam przed siebie bez zastanowienia. Kto by pomyślał, że taką przyjemność może sprawiać mroźne powietrze, słońce i śnieg po pas... Nawet w -26 stopniach czuję się ekstatycznie, choć uśmiech lekko zamarza na twarzy. Zdecydowanie przypomina to inne formy oszołomienia.
Jokkmokk było bajkowe, wiedzieliśmy, że jest bajkowo już na lotnisku w Lulei. Sama się zdziwiłam, jakim zaskoczeniem może być to, że śnieg jest tak bezwarunkowo, oślepiająco biały. Po krakowskiej brei (a nawet niżej w Tatrach wprawne oko może dostrzec na powierzchni dłużej leżącego śniegu lekki osad z sadzy). I kiedy jest go tak dużo, to wraca człowiekowi dziecięca radość tarzania się w białym puchu, zupełnie bez konsekwencji, bo dobrze zmrożony śnieg nie topi się i nie moczy ubrania. Kwintesencja świeżości i oddechu pełnią płuc.
Czas w Jokkmokk wykorzystałam na nagrywanie soundwalków (hmmm, zakupione w lecie w Nikkaluokta rękawice Hestra okazały się zbawienne), warsztaty joiku z Peterem Nilsem Stålka oraz dość intensywną pracę w cudownej bibliotece saamskiej Aja. Trafiłam na trop zupełnie niezwykłej opowieści o joiku Nilsa Mattiasa Anderssona, Renhorden på Oulavuolie, czyli Stado z Oulavuolie, nagranego w ramach projektu dokumentacji joik Sveriges Radios förlag prowadzonego w latach 50-tych, a wydanego po raz pierwszy w postaci książki i dwóch płyt w 1969 r. Właściwie wszystkie historie zamieszczone w tym wydawnictwe były niezwykłe (o nagraniu spontanicznego joiku Nilsa Hotti podczas podróży saniami z Karesuando do Kautokeino, co Israel Ruong, autor nagrania i joiker jednocześnie, nazwał "najbardziej autentycznym nagraniem joiku, jakie kiedykolwiek zostało zarejestrowane"). Historia Nilsa Mattiasa Anderssona jest jednak jeszcze bardziej niezwykła, bo ta pieśń o minionych latach ze stadami reniferów na górze Oulavuolie zostala przez niego wykonana... tylko raz. Na szczęście towarzyszący Anderssonowi rejestratorzy uchwycili ten niezwykły moment, kiedy ponad 80-letni pasterz reniferów powrócił za pomocą joiku do czasów, w których prowadził szczęśliwe życie nomady na stokach Oulavuolie. Słuchałam tego niesamowitego, wzruszającego (kiedy się zna jego historię) nagrania w archiwach Aja w Jokkmokk, za oknem zapadał arktyczny zmierzch i wszystko zdawało się wygasać, a w słuchawkach pojawiał się głos, który ulegał transformacji, jakby gdzieś spod spodu pojawiała się inna opowieść i inny głos, inna postać. Teraz mam kolejny mały cel w moim joikowym projekcie: zdobyć to nagranie. Mam w swojej kolekcji jedną z najwcześniejszych terenowych rejestracji joiku, wykonaną przez słynego Karla Tirénsa w latach 40-tych, ale projekt szwedzkiej rozgłośni radiowej z lat 50-tych to kolejna perełka.
Wieczory spędzaliśmy miło w towarzystwie naszych szwedzkich współlokatorów (dzieliliśmy wspólnie dom, a więc kuchnia stała się naturalnym centrum towarzyskiej aktywności): Davidem i Lilą oraz Matsem i Gun. David specjalizuje się w budowie saamskich łuków i pasjonuje go tak jak nas - wszystko, co dotyczy kultury Północy, więc mieliśmy mnóstwo wspólnych tematów, uznaliśmy nawet, że drugie miejsce Justyny Kowalczyk w kanadyjskiej Albercie (szwedzka telewizja właśnie transmitowala wydarzenie) jest OK, bo wygrała Szwedka, Christine Kalla, która - wg Davida - ma saamskie korzenie. Mats z kolei okazał się pasjonatem szwedzkiej muzyki ludowej i dzielił się z nami rzeczywiście interesującymi nagraniami ze swojego odtwrzacza MP3 (brzmiałt jak zdecydowanie bardziej interesujące wersje polskiej muzyki ludowej środkowej i północnej Polski, więc puryzm polskiego środowiska folkowego z jego lekko nacjonalistycznym - a bywa, że wręcz szowinistycznym - odcieniem, jest naprawdę zabawny). Gun okazała się duszą towarzystwa i jej opowieściom o rozmaitych drobnych wydarzeniach życia codziennego nie było końca (jest coś w tym skandynawskim upodobaniu do żywego słowa i tradycyjnych form kultury oralnej - tutaj ludzie po prostu lubią sobie opowiadać rozmaite historie siedząc przy stole i nie są to dyskusje, w ktorych trzeba kogoś do czegoś nakłonić, albo narzucić swoje racje). I tak dowiedzieliśmy się, że szwedzki szef kuchni z Muppet Show jest wzorowany na postaci autentycznej, która mieszka w okolicy Matsa i Gun, czyli w szwedzkiej Dalarnie.

Najważniejsza jednak była i tak Wielka Cisza, jaka nieodmiennie jest tutaj wpisana w krajobraz. To zdjęcie zrobiłam właściwie nad Zatooką Botnicką, w Lulei, gdzie granica między morzem, lądem i jeziorami jest nieuchwytna i nieokreślona i gdzie przestrzeń smakuje najlepiej, jak to możliwe. W Lulei spotkaliśmy jeszcze Andersa i Annelie, czyli Kapelusik! i Moonshake Festival, któremu zawdzięczamy pierwsze nasze kroki na trochę dalszej północy. Zabawne, kiedy dwa lata temu wyruszyliśmy w naszą legendarną podróż do Jokkmokk z Andersem, wydawało nam się, że jedziemy na Bardzo Daleką Północ. Dzisiaj myślę sobie, przekraczając krąg polarny (oznaczony odpowiednią tablicą 7 km na południe od miasteczka) "to zupełne Południe Północy".
Aha, tym razem też renifery nie chciały nas wypuścić - w powrotnej drodze do Lulei, kierowca autobusu znowu musiał wykazać się refleksem, żeby ominąć jakiegoś zagubionego na drodze rena. Przyszedł powiedzieć nam "see you soon".

poniedziałek, 1 lutego 2010

na Północ!

Rok zacząl się też nieszczególnie, jeśli kontynuować poprzedni wątek, bo ostatnie 4 tygodnie upłynęły pod znakiem totalnego zmęczenia, wyczerpania i wypalenia. Nie tylko z powodu nawału pracy; również ze wzgledu na to, że często była to sytuacja mocno stresująca. Może dlatego bardziej logiczne wydaje mi się to, że styczeń jest osttaniem miesiącem roku księżycowego. Zawsze czuję, że to miesiąc najtrudniejszy w roku.
A jutro uciekam na Północ, do pustki, śniegu i mrozu. To nic, że podczas Jokkmokk Markand trudno o taką zupełną pustkę, bo dla miasteczka to okres największego w roku ruchu, a Jokkmokk to jeszcze daleko od tundry. Wizja spaceru nad jeziorem, kiedy długo wschodzi słońce ok. 10.00 (bo już wschodzi!) i tak jest jednak kusząca - a tym razem będą zaprzęgi reniferowe i warsztaty joiku. W Skandynawii smak pustki kryje się właściwie na każdym kroku i ma to coś wspólnego z emcocjonalną oszcżędnoscią kultury luterańskiej, bliskiej w niektorych aspektach oszczędnej estetyce buddyzmu zen. Na razie jest to dla mnie niedościgniony ideał (a nie jestem pewna, czy na pewno chcialabym go realizować), ale bardzo inspirujący i dający oddech. Coś, czego w styczniu bardzo mi brakowało.
Jutro wieczorem - mam nadzieję - dobrze znany Ryggefjord Hostel w Sztokholmie, a we środę już samolot do Lulei z ulubionego lotniska Arlanda, później jeszcze autobus do Jokkmokk. Ech, Skandynawia, już mi się lepiej oddycha (nawet jeśli aktualnie -27 w Jokkmokk).
AAA!!! i nareszcie prawdziwa sauna!! Boskie bastu.

Kocia R.I.P.

Rok zaczął się nieszczególnie - to kolejny powód, dla którego chyba wolę kalendarz księżycowy, czyli taki, w ktorym początek roku wypada wraz z nowiem w lutym. W sobotę ok. 15.00 zmarła Kocia. Przetrwałyśmy razem 17 lat, kilka mieszkań, różnych facetów, różne konfiguracje. Od jakiegoś czasu było wiadomo, że umiera, ale te ostatnie godziny i tak były poruszające, zwłaszcza ostatnia doba, kiedy bardzo szukała naszego towarzystwa i spokojna była tylko wtedy, kiedy któreś z nas trzymało ją na kolanach, nie mogła już pod koniec chodzić, stopniowo traciła siły (najpierw powłóczyła tylnymi nogami zataczając się jak po narkozie, a później już po prostu leżala na sofie). Cieszę się, że odbyło się to bez medycznej interwencji - zadzwoniliśmy wprawdzie do pani weterynarz (przy okazji: przychodznia weterynaryjna na Chmieleńcu to naprawdę świetni fachowcy i ludzie rozumiejący zwierzęta oraz ich właścicieli), bo wydawało się, że kot bardzo się męczy, ale były to ostatnie chwile i po upływie 20 minut od telefonu było wiadomo, że wizyta z zastrzykiem skracającym Koci cierpienia nie będzie konieczna. Żałuję, że nie doczekaliśmy cmentarza dla zwierząt w Krakowie. Nie przechodzą mi przez gardło slowa "zdychać" i "grzebalisko", bo to... nieludzkie. Kocia była jednym z domowników i pustka po jej śmierci jest wyraźna - małe futrzane zwierzątko, a taka Nieobecność... To żaden sentymentalizm - każdy, kto miał szansę życia ze zwierzęciem pod jednym dachem wie, że to szczególny rodzaj więzi i szczególna forma komunikacji. Jestem nieskończenie wdzięczna za to, czego Kocia mnie nauczyła i że udało nam się spędzić wspólnie te 17 lat. Bez niej byłabym inną osobą. Szczególnie takie chwie, kiedy człowiek musi się konfrontować z własnym egoizmem, wykazywać cierpliwością, kiedy się człowiek wścieka na kota (bo potrafią zaleźć za skórę!), a po kilku minutach wściekłość się rozpuszcza - jeszcze jedna forma praktyki. Na końcu otrzymaliśmy jeszcze piękny epizod odchodzenia, rozpuszczania się formy, wytrwania, naukę o źródłach cierpienia i o ustaniu cierpienia, o Czterech Szlachetnych Prawdach.

niedziela, 17 stycznia 2010

pieśni miłosne i ragi tęsknoty

Ta informacja dotarła do mnie z powietrza, nawet dosłownie, bo staliśmy na przystanku na Dietla/św.Agnieszki czekając na 128, a ja z nudów zaczęam się bezrefleksyjnie wgapiać w plakat Filharmonii, aż mój wzrok przykuły znane - acz niezwykle rzadko pojawiające się w tych szerokościach nazwy: dholak, sarod, zarb. Nawet w największą, najbardziej paskudną i mokrą krakowską szarość te słowa mogą mnie zelektryzować i tak też się stało. Upewniłam się jeszcze, że to nie przywidzenie, prosząc M. o potwierdzenie, czy widzi to samo ja. On też widział, że plakat Filharmonii zaprasza na koncert "Two Worlds of Modal Music" z Dominikiem Vellardem śpiewającym średniowieczne pieśni miłosne i chorał gregoriański oraz Kenem Zuckermanem na sarodzie, Kayvanem Chemirani na zarbie i Prabhu Edouardem na tabli. Zakupiłam więc bilety następnego dnia, można było dostać jeszcze w drugim rzędzie i tak oto wczoraj zasiedliśmy w sali Filharmonii nie bez pewnego sceptycyzmu, bo projekty typu crossover trącą mniej ambitnymi dokonaniami Yo-Yomy. Wcześniej przesłuchaliśmy świetną płytę Vellarda z Aruną Saïram, która napawała jednak optymizmem. Już pierwsze dźwięki sarodu pokazały, że możemy zapomnieć o niegdysiejszym fatalnym koncercie w PWST, gdzie coś, co reklamowano jako klasyczną muzykę Indii było zaledwie technicznymi wprawkami. Nic zresztą dziwnego, Zuckerman uczył się u samego Ustada Ali Akbar Khana, najwięksego mistrza sarodu naszych czasów (zmarł jakieś pół roku temu, niestety) przez 37 lat. Początek był w wykonaniu tria Ken Zuckerman, Prabhu Edouard i Emilie Zuckerman (tampura) trochę...hm, czuło się, że są nieco spięci. Może dlatego, że alap (czyli pierwsza część ragi, a właściwie wstęp, w którym najważniejsze jest dostrojenie instrumentów, słuchaczy i muzyków) jest radykalnie odmienny od kultury muzycznej Zachodu - osobiście uwielbiam tę właśnie część, która powoli wprowadza w świat dźwięków ragi, buduje nastrój i gromadzie energię. Jeśli jednak ktoś przyzwyczajony jest niemal wyłącznie do języka muzycznego Zachodu (i to charakteryzującego niemal całe uniwersum uprawianej u nas muzyki - z wyjątkiem elektroakustycznej improwizacji - od popu po muzykę klasyczną), czyli do takiej organizacji występu, która nie ujawnia przygotowania, strojenia, oczekiwania, a jedynie od razu podanie gotowego produktu, to rzeczywiście może czuć się taki ktoś nieco zniecierpliwiony drobiazgowymi modyfikacjami kolejnych strun sarodu. Trochę też brakowało mi tego, co pojawia się przy bardziej wyrobionej w odbiorze klasyki indyjskiej publiczności - aplauzu w momentach, które są kulminacjami, spotkaniami rytmu i melodii, ukoronowaniem rozlicznych pojedynków między solistami. Były takie chwile, kiedy te momenty "zejścia" Edouarda i Zuckermana wywoływały namacalną wręcz falę radości i już, już prawie klaskałam, ale sala - przwyczajona do odbioru "klasyki" milczała jak zaklęta. Dopiero w drugiej części koncertu coś się zmieniło, może za sprawą eleganckiego, acz żywiołowego Keyvana Chemirani, który wyczyniał z zarbem rzeczy graniczące z magią (fakt, że jest matematykiem z wykształcenia nie jest bez znaczenia w przypadku subtelności rytmicznej zarówno perskiej, jak i indyjskiej kultury muzycznej). W tym wszystkim piękny głoś Vellarda schowany bł nieco w tle, nie do końca wpisywał się w pejzaż dźwiękowy, ale jego mistrzostwo jest niewątpliwe, co najlepiej było słychać w przepięknej pieśni sefardyjskiej "Ven querida". Ja zaś miałam obrzymią radość, kiedy usłyszałam pierwsze tony jednej z moich ulubionych rag, Koshi Bhairavi. Uczta, Święto, Ekstaza. Wracaliśmy wręcz przepełnienie radoscią, prawie było tego zbyt wiele, żeby ogarnąć, przyjemne zmęczenie, że więcej po prostu się nie da. Chyba wszyscy tak czuli, bo koncert skończył się długą owacją na stojąco i było widać, że sami muzycy są trochę zaskoczeni przebiegiem tego niezwykłego wieczoru i poziomem energetycznym, jaki został wygenerowany.

wtorek, 5 stycznia 2010

browsing się

Niewiele spamów przechodzi przez filtry mojego adresu pocztowego (o dzięki, firmo Ceti i mam nadzieję, że nie zapeszę), ale jeśli już się pojawi jakaś wiadomość raz na miesiąc, to od razu jest to małe dzielo sztuki:

Hello Dearest,

i am Kaniz by name. i was just broswing now and come across your profile. which interested and motivated me all over. l will
also like to know more about you so please reply this message to ( raninhiany2009371@yahoo.com ) , so l can give you my picture for you to
know whom l am. I believe we can move from here!(Remember the distance or colour does not matter but love matters alot in
life) Thanks yours new friend Kaniz.
.......................................................................
Hello Dearest,

Jestem Kanica nazwy. Właśnie broswing się i spotkać swojego profilu. które zainteresowanych i zmotywowały mnie wszystkim. l będą
również wiedzieć więcej o tobie tak prosimy o odpowiedź na ten komunikat (raninhiany2009371@yahoo.com), więc l może dać Ci moje zdjęcie dla Ciebie, aby
l wiedzieć, z kim jestem. Wierzę, że możemy przenieść tutaj! (Pamiętaj, na odległość lub kolor nie ma znaczenia, ale kwestie miłości partii
życia) Dzięki Twój nowy przyjaciel Kanica.

niedziela, 3 stycznia 2010

avatar

Krótko: ekstra. Wiadomo, że James Cameron to nie Tarkowski i jeśli ktoś oczekuje intelektualnej głębi, to sam /-a sobie jest winna, ale "Avatar" jest naprawdę wielką frajdą (oczywiście w 3D). Już widzę, że w Polsce oczywiście poajwiły się typowe dla naszej nacji głosy "po całości" wywalające film i jego twórcow do zsypu, ale... hola, hola. Kraj, którego przemysł filmowy zdolny jest co najwyżej do wyprodukowania kolejnych (słabszych) wersji Krzyżaków i innych lektur szkolnych, ewentualnie kolejnych depresyjnych, pseudointelektualizujących i pseudokrytycznych wizji wiejskich wesel, powinien czasem wziąć na wstrzymanie. Są w "Avatarze" słabizny (m.in. generał, który miał być diaboliczny, a jest groteskowy i parę innych takich), ale generalnie - big fun. Dawno już tak szczerze nie zachwycałam się w kinie z powodu niekłamanej przyjemności wzrokowej. Generalnie najbardziej chyba zgadzam się z tą recenzją. Fajnie w każdym razie wrócić do czasów późnego dzieciństwa, kiedy siedziało się w kinie na "Gwiezdnych wojnach" z podobnymi wrażeniami...
P.S. M. twierdzi, że wojna kulturowa szykująca się u nas między fanami i antyfanami Avatara ma swoje źródło w tym, że nijak nie da się zobaczyć w tym obrazie kolejnego filmu o panu-jezusie... Po chwili namysłu przyznaję mu rację.