piątek, 19 marca 2010

wspólnota

I teraz dzielę ten profil na dwa blogi: jeden jest właściwie naukowy, drugi ten właśnie mój osobisty, prywatny. Niegdyś ktoś w komentsach dość nieżyczliwie porównał to ujawnienie do dzienniczka pensjonarki. Well, co tu kryć, kochałam Polyannę...ale nigdy nie prowadziłam żadnego pamiętnika. Ten blog jest prywatny i mam na myśli prywatny, czyli piszę, co chcę i właściwie robię to dla siebie. Jeśli są czytelnicy, to bardzo jest mi miło, ale gdyby czytelników zabrakło, to też będę tu pisać. Żeby poskładać w iluzoryczną całość to, co rozproszone, pocięte na drobne kawałki, ulotne i skazane na zapomnienie. Próbuję sobie teraz czasem przypomnieć: jak to było siedzieć przy oknie na 9-tym piętrze, przez którego szpary sypał śnieg przy mocniejszych podmuchach wiatru i wsłuchiwać się w sygnał modemu, czy wreszcie połączy się z magicznym numerem 0-22 ileś-ileś i... no właśnie, nawet nie pamiętam tego numeru, a zawieszone na nim było pół mojego ówczesnego życia. Albo jak instalowałam pierwszy raz program do odbioru poczty i chyba była to Eudora (co za czasy!), albo jak kolega - rzekomo bardziej zaawansowany w technologiach - tłumaczył mi, że nie da się tak po prostu zainstalować modemu... Został mi po tym - na szczęście - dystans do wszelkich "guru" technologii  oraz gotowość do radosnego i ochoczego eksperymentowania z nimi  (technologiami znaczy, nie guru) na własną rękę (zwłaszcza, jak udało mi się po tej tyradzie "znawcy")uruchomić i skonfigurować plastikowego demona marki... nie pamiętam). To chyba dlatego nie boję się niczego, co ma jakikolwiek interfejs, nawet tak mało przyjazny, jak moje ulubione, genialne loop station RC-20 Bossa. Być może to oznaka nieuchronnego starzenia się, ta nostalgia. Bo zainspirowana wpisem studentów poszukałam microhouse i okazało się, że to nic innego, jak m.in. Jan Jelinek czy Vladislav Delay, czyli coś odnalezionego pod odmienną metką w zakamarkach pamięci, coś, co wynurzyło się z innego czasu i trafiło dzisiaj na swój moment (odetchnęłam z ulgą, jeszcze nie tak całkiem tracę kontakt!). Kiedyś znane bardziej jako glitch. Czy to ważne? szemrzą sobie w tle te znajome pejzaże dźwiękowe, upływ czasu jest namacalny, ale w końcu nigdy ostateczny. Co ja w końcu wiem o upływie czasu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz