czwartek, 30 kwietnia 2009

długi (krótki) weekend

Hurra!!! Doczekałam się wreszcie długiego (choć w tym roku krótkiego) weekendu! Bardziej chodzi o stan umysłu niż stan rzeczy: pracy nie mniej i niektóre plany wciąż do realizacji, ale stan umysłu: weekendowy. Jutro o 8.20 wsiadamy w autobus do Cieszyna i... Kino Na Granicy. I Cieszyn, który bardzo lubię, po obu stronach Olzy. Co prawda muszę zabrać laptop, ale to nawet fajnie, bo bez laptopa trochę smutno.

środa, 29 kwietnia 2009

śpiewająca rewolucja

Powinnam robić coś zupełnie innego, ale wpadłam na dokument "Estonia. Śpiewająca rewolucja" i tak już zostałam na dobrą godzinę. Nie dosyć, że prawie wszyscy w Estonii śpiewają (po prostu dla przyjemności, nie żeby wygrać "Idola"), to jeszcze okazało się to ich sposobem na zmianę i budowanie wspólnoty. Padają te same wielkie słowa, co u nas przy takiej okazji, ale jakoś tak... bardziej szczerze i prawdziwiej. Przy tym wydzieraniu innym pierwszeństwa w obaleniu muru powoli zaczynamy zapominać o co w ogóle chodziło i że nie były to (wtedy) zawody. Jak pamiętam - a coś jesczze pamiętam - to trzymaliśmy za siebie nawzajem kciuki, fetowaliśmy obalenie muru, odwrót sowieckich czołgów spod wieży telewizyjnej, to, że udało się Litwniom i Łotyszom. Dzisiaj wszyscy rozmówcy w TVN24 są skoncentrowani na jednym: jak udowodnić całemu swiatu, że to MY, MY, MY, MY byliśmy naj, naj, najpierwsi. Jeden, nieustający festiwal prymitywnego egocentryzmu. A to Estończycy byli wcześniej. Ze "śpiewającą rewolucją" i z filmem, który nie jest "promocją". A może właśnie jest, tylko nie w tak nachalny sposób, jaki proponują nasi - różnej maści - specjaliści od PRu. Nie dziwię się, że taki film o naszej historii nie powstał i że nie ma strony, na której można zostać przyjacielem Okrągłego Stołu. Bo co miałby pokazywać, że codzinnie giniemy w zalewie błota i że nic pięknego z tamtego czasu już nie zostało, że absolutnie wszystko udało nam się, jak zwykle, przekuć w porażkę? Zostały tylko słowa, pompatyczne i pozbawione istotnej treści, które powtarzamy z uporem papug i łudzimy się, że uda się wcisnąć "naszą" "jedyną" - "oczywiście oczywistą" - prawdę całemu światu, ktory zresztą tradycyjnie uważamy za gorszy od nas. Może stąd ta wrogosć wobec Rosjan, bo ich strategie są zwierciadlanym obliczem? Normalnie udaję, że nic mnie takie sprawy (i wielkie słowa) nie obchodzą, ale dzisiaj zazdroszczę Estońcom "śpiewającej rewolucji" i samopoczucia po tych 20 latach, choć ich gospodarka - podobno - jest w gorszym stanie.

niedziela, 26 kwietnia 2009

czas się zapętla

Coraz szybciej czas się zapętla i tak już będzie co najmniej do lipca. Kalendarz w stanie przedzawałowym, a ja okołopsychotycznym (kiepsko reaguję na ludzkie głosy przekraczające pewne częstotliwości i natężenia, M. twierdzi, że na widok grupy ludzi pędzę, żeby wyprzedzić, aż o mało nie spadam z roweru). Piątkowe granie przyniosło na szczęście trochę przestrzeni w głowie, ale też dało sporo pretekstów do niewesołych refleksji nad tzw. kulturą klubową. Jakby sympatycznie nie było, to całokształt obejmujący to wszystko sprawia, że wszystko jakoś staje się dodatkiem do zwiększonej sprzedaży alkoholi. Bardzo trudno "wyjąć" z tego układu kawałek miejsca i przestrzeni, i bardzo szybko taka wyrwa zostaje zagospodarowana i przywrócona systemowi. Pakując instrumenty i składając kable obserwowałam po prostu nie bez zdziwienia, jak szybko miejsce wypelnia się grupkami ludzi przekrzykujących się nawzajem (a także dudnienie, które stawało się coraz bardziej intensywne), jak gęstnieje dym nikotynowy, jak wszystko opanowuje ten rodzaj amoku, który wygląda na neurotyczną ucieczkę od realnego (nie, z żadnym Lacanem tu nie wyjeżdżam, nie trawię Lacana, choć czytanie o jego teorii w wydaniu Zizka jest inspirujące). Zupełnie nie wiem, dlaczego poczułam się nagle potwornie zmęczona, dopiero dzisiejszy pot wylany na podjeździe pod Sowiniec zmył to zmęczenie, ale tylko odrobinę.
Za dużo ludzi (strasznie trzeba było uważać na ścieżce nad Wisłą), samochodów (korki do ZOO były imponujące, patrzyłam z wyższoscią z siodełka rowerowego), za dużo wszystkiego. Za dużo słów, za dużo zajęć, za dużo muzyki (może dlatego, że w sobotę przesłuchałam z 4 albumy ulubionego Alberta Aylera), za dużo słońca. Za dużo wszystkiego.

czwartek, 23 kwietnia 2009

FMA

CAŁY, ABSOLUTNIE CAŁY dzień wypełniony pracą. Nawet nie wiem, czy świeciło słońce. Na OFF Camerę nie udało mi się dotrzeć i nie uda się aż do soboty. Jedziemy za to do Cieszyna, na Kino na Granicy, głównie po to, żeby (prócz niespodzianek) obejrzeć film Pavola Barabasa (s ma daszek, którego nie mogę znaleźć) o Bhutanie oraz nową rzecz Juraja Jakubisko o "krvavej grofce", czyli Elżbiecie Batory, postaci nadzwyczaj barwnej, która mogłaby być żeńskim wcieleniem Drakuli. Przy okazji absurd nad absurdami: na dworcu RDA w Krakowie nie da się kupić biletow powrotncyn z Cieszyna. Ani w ogóle się nie da. TRzeba osobiście udać się na dworzec w Cieszynie, co w głowie się nie mieści w dobie sprzedaży online wszędzie i zawsze. A jednak, PKS potrafi! Na stronach PKS w Cieszynie jest za to informacja (flash blinka zachęcająco) o aktualnej cenie oleju napędowego. Cool, kupię sobie trochę oleju, jak mi będzie smutno, że ostatni autobus do KRK 3 maja odjechał bez nas.
Ale miało być FMA, i jest. Oto mail od Jasona z WFMU: Free Music Archive wreszcie dostępny publicznie (choć wersja beta, ale to w dobie Web 2.0 normalka:-), a zatem także i nasz niezapomniany koncert z 2001 roku, o znacznym ładunku sentymentalnym.
Trochę świętuję, choć w nocy może mi się przyśnić semiotyczna teoria gatunku (brr!) pod posatcią łódki, na której płynę przez zamarzający zbiornik wodny (no chyba, żeby to był niedźwiedź - to z innego snu, w dodatku kogoś innego, sen pożyczony i nieoddany).

poniedziałek, 20 kwietnia 2009

piękne rzeczy się zdarzają

Czasami piękne rzeczy się zdarzają w tym mieście. Jak dzisiejszy spacer ulubioną trasą (Planty - pod Wawelem - most Grunwaldzki - Rondo Grunwaldzkie), w pełnym słońcu i z gwiżdżącymi nad głową kosami. Jak wiadomość w gazecie o wprowadzeniu Tory do Synagogi Remuh. Lepiej zamknąć co prawda oczy na głosy szumowin na forum, ale tak już jest na forach (a najbardziej na tych polskich), że chodzi w nich o rozróbę. Poza tym jestem potwornie zmęczona. Nothing.

niedziela, 19 kwietnia 2009

krążymy

Po dwóch koncertach oraz przemierzeniu dystansu nad morze i z powrotem (w ciągu 3 dni) jestem wreszcie w domu. W podróżach najprzyjemniejsze jest to, że nie ma innego wyjścia, jak dawać się zaskoczyć (najmniej przyjemne jest to, że trzeba być osobą społeczną od razu po przebudzeniu i musi się bez przerwy albo słuchać, albo rozmawiać, albo w ogóle reagować, ale to zawsze będzie dla mnie najtrudniejsze). Eric osiągnąl W-wę wcześniej niż my, Andrzej ledwo zdążył jadąc z Raciborza (po koncercie wsiadł w samochód i wrócił z powrotem na Śląsk). Po raz drugi potwierdziło się moje ostatnie wrażenie: z W-wą dzieje się coś naprawdę fajnego. Ciekawie jest być w tym mieście, nawet jeśli nie da się przezeń przejechać w żaden sposób (o ile coś nie mieści się na linii metra). A publiczność warszawska jest świetna, choć może czasem niełatwa (syndrom nowojorski: been there, seen this). W każdym razie prosto z naszych różnych pojazdów wpadliśmy w pole elektryczności i tak zostało, kładłam się spać jak zwykle w takich przypadkach absolutnie wykończona, gdzieś w gościnie na opłotkach stolicy, gdzie rano gdakały kury i śpiewały ptaki. Po drodze do Gdańska (w końcu 5 godzin trzeba jakoś wytrzymać) liczyliśmy, od kiedy gramy w "Plamie" na Zaspie, i w ilu innych miejscach graliśmy w Gdańsku, i trudno było się doliczyć. Rok temu otwieraliśmy nową salę koncertową w klubie, teraz testowaliśmy pokoje gościnne. Gdańsk jest poza zwykłymi kategoriami "koncertowymi", bo tylko tam siedzi się przy herbacie / kawie / winie długimi wieczorami tocząc wszelkiego rodzaju rozmowy z przyjaciółmi między scenografią z kolejnych Fet (z dużym, metalowym kanistrem ozdobionym wymownym napisem "Generic Vapeur" nad głową), spektakli zaprzyjaźnionych trójmiejskich teatrów ulicznych, zdjęć z kolejnych imprez w "Plamie" (z weteranami sceny yassowej) i dwoma akwariami, gdzie żyją przypuszczalnie największe glonojady w tej części Wybrzeża (inna sprawa, że jak w nocy bulgoce pompka akwarium, to bardzo dobrze się śpi). Pokazaliśmy Ericowi to, co można było pokazać w 4 godziny (a uparliśmy się i na Sopot, i na Gdansk) zanim wsiadł do pociągu, który odwiezie do via W-wa do Wiednia. Sami podążyliśmy podobnym szlakiem dzisiaj.
Uwaga! Coś strasznego i niewiarygodnego się wydarzyło! W międzyczasie WARS przeszedł metamorfozę na trasie Kraków - Gdańsk i nie sposób teraz na cokolwiek narzekać! Dania wegetariańskie w karcie, łosoś na śniadanie (po norwesku), desery (ciasto domowe). Nie, nie piszę z przyszłości i jeszcze nawet nie otwarłam butelki chilijskiego Caberneta, nie jestem też aż tak zmęczona podróżą. Po prostu - nie sposób narzekać. Jeśli znikną stare, śmierdzące Warsy z pociągów relacji Przemyśl - Szczecin, to nastąpi koniec świata zapowiadany na 2012.

środa, 15 kwietnia 2009

co mnie dzisiaj rozbawiło, part one

"Zrób zakupy za minimum 8000 zł, w dowolnych punktach handlowych oznaczonych logo Master Card (w okresie od 1.09 do 30.09.2009), a otrzymasz zwrot opłaty rocznej w wysokości 39 zł za kolejny rok użytkowania Karty." LOL.

wtorek, 14 kwietnia 2009

filmowe dylematy

Ech, życie w kwietniu i maju jest okrutne. Jak tu upchać w kalendarzu Off Camerę, Kino na Granicy w obu Cieszynach oraz - w nieodległej perspektywie - Krakowksi Festiwal Filmowy? I to wszystko nie odwołując zajęć, jeżdżąc na zaplanowane konferencje (do Poznania w maju, do Amsterdamu w czerwcu, gdzie trzeba przygotować góra 15-minutowe (!) wystąpienie, więc tym bardziej musi być superprzemyślane), pisząc zaplanowane teksty zgodnie z deadlinami i jeszcze do tego nie mając poczucia pogrążania się w chaosie i nieodwołalnym przemijaniu.

poniedziałek, 13 kwietnia 2009

lokalnie


Długo czekałam na ten świąteczny czas, z nadzieją, że uda się odespać, przestać spieszyć, poczytać, posłuchać, pooglądać i pooddychać (w gruncie rzeczy Generalny Porządek jest integralną częścią tego planu). Trochę się udało; zwłaszcza pooddychać, choć z różnych powodów nie mogły to być Tatry (na nartach skiturowych - to już chyba w kolejnym sezonie). Były jednak dwie nieoczekiwanie miłe wycieczki: na Kudłacz w Beskidzie Makowskim (a mowiąc prościej, nad Myślenicami:-) oraz...do Lasku Wolskiego. Stwierdziłam, że bardzo lubię niskie góry "przydomowe", teren, który mam "pod skórą", co sprawia, że gubię się na bezkresnych równinach. W takich "przydomowych" górkach można po prostu wędrować polnymi drogami nie troszcząc się zbytnio o mapę ani topografię, kierując się instynktowną orientacją. To tego typu podskórne topografie każą mi określać w każdym miejscu kierunek za pomocą określeń "do góry" i "na dół". Jeśli ktoś nie wie w jakimkolwiek mieście, w którą stronę jest "w górę" ulicy, to znaczy, że w jakimś wycinku rzeczywistości się nie dogadamy...
I niespodzianki, które czają się na każdym kroku, jak niespodziewana instalacja w środku wsi, które przeznaczenie i autorstwo pozostają zagadką. Uciążliwe bywają tylko wiejskie klimaty, zwłaszcza od święta, bo zdarzało się nam już uciekać spod sklepów spożywczych słysząc mało wyszukane życzenia i wskazówki, gdzie mamy sp... z naszymi rowerami / plecakami / whatever else. Tym razem przewaga domków wyraźnie letniskowych oznaczała jednak pewien luksus rozluźnienia uwagi i skupienia się raczej na wyszukiwaniu dogodnych plam słońca. Nie licząc oczywiście wariatów na motocyklach crossowych, w liczbie (na szczęście) jednego takiego egzemplarza. W Pychowicach byłoby ich pewnie więcej.
I bardzo lubię Lasek Wolski - nawet, jeśli są tam tłumy i nawet jeśli to takie "zwyczajne" i "oklepane". Lubię i już. Nie muszę pogardą dla Lasku Wolskiego udowadniać sobie, jak Wielką jestem Odkrywczynią i Podróżniczką. Bez względu na okoliczności, chwila spaceru między Bielanami, Kopcem Piłsudskiego, Skałami Panieńskimi i Salwatorem zawsze jest przyjemnością. A dzisiaj było szczególnie uroczo - całe wzgórza pokryte wiosenną murawą, białe od zawilców, pachnące miodunką, lilie złotogłów wystawiają już łodygi... Między Poniedziałkowym Dołem a Kopcem Kościuszki było zupełnie pusto, choć na śalwatorze kłębiło się od ludzi. Jak zwykle przekonuję się, że czasem to, co najpiękniejsze, kryje się uż obok tego, co najbardziej uczęszczane.

niedziela, 12 kwietnia 2009

ogrodniczo

Gruntowne pozimowe porządki na balkonie. Nasz cudny, 2,5 metrowej wysokości miłorząb japoński (Ginkgo biloba) przetrwał swoją drugą zimę krakowską (jak to dobrze, że mamy niestandardowy balkon na ostatnim piętrze!), ma zielone pąki i widać, że jest w dobrej kondycji. Związana z nim jest niezwykła zupełnie historia - rok temu, kiedy po pierwszej zimie na balkonie nie dawał znaku życia, byłam trochę załamana, bo cała operacja wykopania drzewka z naszego sądeckiego miniogródka i przewiezienia go do Krakowa (nie mówiąc już o znalezieniu odpowiedniej donicy!) wcale nie była taka bagatelna. Do drzewka jestem bardzo przywiązana. No więc po swojej pierwszej zimie w ekstremalnie zmienionych warunkach przybrało postawę przetrwalnikową i wydawało się być zupełnie uschnięte. Nie dawaliśmy jednak za wygraną i nieodmiennie podlewaliśmy, rozmawialiśmy, pielęgnowaliśmy... Do maja nic. Kiedy już się wydawało, że jednak nic z tego nie będzie, nieoczekiwanie zjawił się Vlastislav (to też niezwykła historia o tym, jak ZUPEŁNIE przypadkowo Vlasto znalazł się na podworku naszego budynku przed swoim koncertem w Mandze) i to chyba właśnie on wpadł na pomysł: a może zagrać miłorzębowi na shakuhachi, co też uczynił. W kilka dni po wyjeździe Matousków drzewko puściło nieśmiałe zielone pąki. A tym razem - proszę, jest dopiero 12. kwietnia, a Gingko zabiera się zdecydowanie do wypuszczenia listków.
Niestety, wygląda na to, że moja ukochana azalia padla ofiarą zimy i choroby grzybowej, która dręczyła ją od roku (i której nie udało się na razie zwalczyć). Albo po prostu nie wiem, jaka muzyka jest dla niej odpowiednia.

piątek, 10 kwietnia 2009

Twitter

Do Twittera podchodzilam chyba ze 3 razy. Początkowo wydawał mi się bezużytecznym i bezsensownym narzędziem, w dodatku wymyślanie wciąż nowych "update" statusów jest wystarczająco uciążliwe na Facebooku, którego jestem fanką od samego początku (może ostatnio mój entuzjazm maleje w związku z pojawieniem się dużej ilości beznadziejnych quizów w języku polskim - w ogóle odkąd Facebook stał się dostępny po polsku, jakość wszystkiego wyraźnie się pogorszyła). W każdym razie Twitter zmienił moje poranki (te, które mogę spędzać z kawą przy prasówce) na znacznie przyjemniejsze. Zamiast zżymać się na głupotę Onetu i specyfikę Wyborczej (zwłaszcza zaściankowość i wsobność krakowskiej redakcji), otwieram sobie okienko w prawym dolnym rogu i stamtąd dowiaduję się np. o tym, co Michelle Obama może nas nauczyć o ścieżce buddyjskiej albo dowiedzieć się, co się działo na Free Culture Conference w 2008 roku, albo rzucić okiem, co tam na ukochanej Słowacji, albo wreszcie zobaczyć, o czym informują Ci, z ktorymi jestem w kontakcie. Przy czym Twitter jest cichutki i wcale się nie narzuca, czeka sobie spokojnie, aż będę mieć czas i ochotę na mix informacji ze źródeł, które sama wybieram, a nie z tych, na które zaglądam ze zgubnego nawyku umysłowego.
Niestety, wczorajszy materiał w wiadomościach TVP pokazał, że w Polsce jak zwykle wszystko widzi się w krzywym zwierciadle. Spec od marketingu w prostokątnych okularkach i z nażelowanym jeżykiem zobaczył w Facebooku głównie miliony potencjalnych konsumentów (także reklam). Oj biedaku, biedaku... W sumie ogarnęło mnie współczucie dla kolesia, który niewiele chyba rozumie z tego, co się wydarza - to tłumaczy zresztą opłakany stan polskiego marketingu, zawsze żerującego na ciekawszych pomyslach skądinąd i ciągle faworyzującego beznadziejne pop-upy i krzyczące na stronach reklamy z dźwiękiem. Ale pojawił się też niepokój - tacy kolesie z pewnością wymyślą coś, co będzie zmorą polskiego Facebooka i zaprzeczeniem wszystkiego, co zabawne i fajne. Różnica jest taka, jak na etykiecie milego narzędzia do sadzenia roślin: wersja oryginalna to "Easy planter", wersja przetłumaczona na nasze rodzime narzecze to "sadzak cebulek". Jeśli chodzi o mnie, wolę "easy planter", milej się wtedy zaczyna dzień.

środa, 8 kwietnia 2009

magia Wielkich Liter

To miał być zupełnie inny dzień. Jeszcze wczoraj fantazjowalam sobie w ulubiony sposób, że wstanę wcześnie i zaprowadzę Generalny Porządek (jako gorąca fanka Generalnego Porządku, rzecz jasna): w papierach, w stercie wypranych ubrań przeznaczonych do wyprasowania przez kogoś (hm...ciekawe kogo) w bliżej nieokreślonej przyszłości, w komputerze (może nawet we wszystkich trzech), w sieci, na półkach z książkami i w życiu. Po prostu Generalny Porządek, Nowe Życie, wiosna. Cóż, kiedy tuż po przebudzeniu nieoczekiwanie stałos się dla mnie jasne, że nic z tego. Po pierwsze: Generalny Porządek nie istnieje, a fantazja na jego temat jest niebezpieczna i zgubna (życie jest jakimś cholenrym, kłączowatym chaosem); po drugie, Nowe Życie jest oczywiście niemożliwe, bo jest to, co jest; po trzecie, sterta prasowania musiała przybyć tutaj z kosmosu, z pewnością należy do "obcych" i gmeranie w niej możę być niebezpieczne; po czwarte, komputerki same sobie ustanawiają porządki i trzeba się na to zgodzić, jeśli chce się z nimi dobrze żyć; po ostateczne wreszcie: ćmiący ból głowy. Żeby jednak zachować kontakt z kuszącą fantazją o Generalnym Porządku postanowiłam się nie zrażać i zachowywać jakby nigdy nic - udawać po prostu, że to taka gra i że nie boli mnie wcale głowa oraz że jestem pełna energii do nadrabiania zaległości różnego rodzaju. Rzecz jasna najłatwiej było zacząć od rezerwacji biletow lotniczych na wakacyjny wypad do Laponii. Kungsleden się nazywa moje lipcowe przeznaczenie, czyli trekking w północnej Laponii, daleko za kołem polarnym, przypuszczalnie odcinek między Abisko Tourist Station a Kvikkjokkk (dzięki temu może jeszcze zajrzymy ponownie do Jokkmokk). Kusi pustka, przyroda i stada reniferów. Zdecydowane, zakupione: Kraków - Sztokholm - Kiruna. A co dalej, to się zobaczy. Byle dotrzeć do Wielkiej Pustki.

niedziela, 5 kwietnia 2009

narty wiosenne



Narty wiosenne są zupełnie inne niż narty zimowe - choćby dlatego, że można wygrzewać się na słońcu i jeździć w T-shircie. Śnieg jest trochę śmieszny, ale jeździ się całkiem fajnie, zwłaszcza przed 12.00, zanim zrobi się naprawdę ciepło. Wczoraj w Dolinie Rohackiej było wręcz idealnie, słońce, błękitne niebo i białe od śniegu Tatry (jak dla mnie trochę zbyt idealnie, wolę typowy tatrzański pejzaż ze szczytami w mgłach i chmurach). Gołym okiem widać było niezłe nawisy śnieżne na graniach. W dodatku ptaki szaleją, zięby udają kosy, szpaki imitują sikorki, odzywają się dziesiątki głosów, które trudno od razu zidentyfikować, niżej całe łączki fioletowe od krokusów, wszędzie pachnie wiosną. Zjeżdżając do Krakowa zatłoczoną zakopianką, w czerwonawej poświacie zachodzącego słońca byłam na tyle zrelaksowana, że nawet nieodmiennie wiszące nad Krakowem smugi smogu (!) wydawały się jakieś weselsze, to w końcu Dom (Krakow bez smogu to jak Londyn bez Big Bena i bez "jajka"). No i inaczej jest wysiadać z autobusu w sobotę o 19.00 w styczniu (ciemno, zimno, czekanie na upragnioną 114 albo 194 dłuży się niemiłosiernie, a palce marzną) niż w kwietniu (jasno, ciepło, czekając bez końca na upragnioną 114 albo 194 można rozkoszować się przedsmakiem lata). Ból głowy tylko ten sam (to jednak niezbyt rozsądne, żeby w ciągu jednego dnia przemieszczać się z Krakowa w środek Tatr i z powrotem), ale to po prostu konieczna cena za chwilę wyłączenia w górach.
No i teraz szpaki-poligloci zaglądają mi do kawy przysiadając na poręczy balkonu (gdzie się podziały sikorki?) - okazuje się, że i tutaj biegle posługują się narzeczem sikorkowym.

środa, 1 kwietnia 2009

udało mi się!

Utrafić w sam środek, w minutę pierwszą pierwszeego kwietnia, musiałam się spieszyć, więc dlatego poprzedni post taki krótki. Podobno idzie wiosna (i to chyba prawda, nad Łęczycą latał bocian), dzisiaj świeciło słońce, w Mezzo widziałam jakiś klasyczny kwartet smyczkowy z tereminem. Udany dzień.

00.00

jest!