piątek, 10 kwietnia 2009

Twitter

Do Twittera podchodzilam chyba ze 3 razy. Początkowo wydawał mi się bezużytecznym i bezsensownym narzędziem, w dodatku wymyślanie wciąż nowych "update" statusów jest wystarczająco uciążliwe na Facebooku, którego jestem fanką od samego początku (może ostatnio mój entuzjazm maleje w związku z pojawieniem się dużej ilości beznadziejnych quizów w języku polskim - w ogóle odkąd Facebook stał się dostępny po polsku, jakość wszystkiego wyraźnie się pogorszyła). W każdym razie Twitter zmienił moje poranki (te, które mogę spędzać z kawą przy prasówce) na znacznie przyjemniejsze. Zamiast zżymać się na głupotę Onetu i specyfikę Wyborczej (zwłaszcza zaściankowość i wsobność krakowskiej redakcji), otwieram sobie okienko w prawym dolnym rogu i stamtąd dowiaduję się np. o tym, co Michelle Obama może nas nauczyć o ścieżce buddyjskiej albo dowiedzieć się, co się działo na Free Culture Conference w 2008 roku, albo rzucić okiem, co tam na ukochanej Słowacji, albo wreszcie zobaczyć, o czym informują Ci, z ktorymi jestem w kontakcie. Przy czym Twitter jest cichutki i wcale się nie narzuca, czeka sobie spokojnie, aż będę mieć czas i ochotę na mix informacji ze źródeł, które sama wybieram, a nie z tych, na które zaglądam ze zgubnego nawyku umysłowego.
Niestety, wczorajszy materiał w wiadomościach TVP pokazał, że w Polsce jak zwykle wszystko widzi się w krzywym zwierciadle. Spec od marketingu w prostokątnych okularkach i z nażelowanym jeżykiem zobaczył w Facebooku głównie miliony potencjalnych konsumentów (także reklam). Oj biedaku, biedaku... W sumie ogarnęło mnie współczucie dla kolesia, który niewiele chyba rozumie z tego, co się wydarza - to tłumaczy zresztą opłakany stan polskiego marketingu, zawsze żerującego na ciekawszych pomyslach skądinąd i ciągle faworyzującego beznadziejne pop-upy i krzyczące na stronach reklamy z dźwiękiem. Ale pojawił się też niepokój - tacy kolesie z pewnością wymyślą coś, co będzie zmorą polskiego Facebooka i zaprzeczeniem wszystkiego, co zabawne i fajne. Różnica jest taka, jak na etykiecie milego narzędzia do sadzenia roślin: wersja oryginalna to "Easy planter", wersja przetłumaczona na nasze rodzime narzecze to "sadzak cebulek". Jeśli chodzi o mnie, wolę "easy planter", milej się wtedy zaczyna dzień.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz