sobota, 21 listopada 2009

no cdn.

cdn. nie będzie, przynajmniej na razie, rzadko cdn. się spełniają, odkąd skończyła się forma powieści w odcinkach. Za to po czymś, co uznaję za pierwszy haterski atak w historii tego bloga (krótkiej) i co wnikliwi dostrzegą w komentsach, postanowiłam - dla odświeżenia i oddechu - co nieco zmienić. BTW: komentsy są tutaj edytowane, co oznacza, moi złociutcy, że zanim się pojawią, to muszę je zaakceptować, akceptuję w zasadzie wszystko z wyjątkiem spamu (jeśli przejdzie przez filtr) i wulgaryzmów, a zatem nie wycinam wpisów haterskich.
Zmiana jest dość radykalna - anglojęzyczna nazwa dotychczasowa mogła niektórych nieco mylić, bo niewiele miała wspólnego ze slangowym znaczeniem, a była związana z... Kocią, która występowała swego czasu jako Kootsie Abura. Ech, let it be. Haterski koments stał się jednak dla mnie pewną cezurą, ale też sygnałem na słuszność powiedzenia "uderz w stół....". Podwójnie albo potrójnie mi średnio, z wielu powodów. Najmniej z powodu meritum wpisu, najbardziej z rozpowszechnionej w naszym kraju napastliwości w stylu "dziennikarstwa" a la TVN 24 lub Onet.pl. O zwykłej i siermiężnej głupocie nie wspominając, bo o tym już pisałam.

niedziela, 15 listopada 2009

magic carpathians

Dobre podróże mają to do siebie, że dzialają z opóźnionym zapłonem. To znaczy uruchamiają wyobraźnię jeszcze długo po tym, jak się z podróży wróciło. Tak jest również tym razem - trzy dni spędzone w głębi Transylwanii upłynęły nadzwyczaj szybko (zwłaszcza powrót non-stop z Cluj-Napoca via Oradea, Debreczyn, Miszkolc, Koszyce i Nowy Sącz: jakieś 11 godzin drogi biorąc pod uwagę godzinne przesunięcie czasu między Węgrami a Rumunią), ale taśma kręci się dalej i łapię się na szperaniu w sieci i sprawdzaniu jakichś szczegółów dotyczących XIX wiecznej historii Cluj albo sprawdzaniu, przez jakie wioski Maramureszu właściwie przejeżdżaliśmy. Jakoś tak się ułożyło, że przez Rumunię głównie przejeżdżam, ale zawsze jest to przejazd brzemienny w jakieś skutki i niebanalny, nie polega tylko na pochanianiu przestrzeni. Tym razem także padał deszcz, było niezwykle szaro, co pokazuje zdjęcie brzegu Cisy w Tokaju. Za Koszycami, w Encs, skręciliśmy z dobrze znanej E71 w lokalną drogę przez Abáujkér i Tally do Tokaju. Poczulam wzruszenie i cieĻlo mi się zrobiło na sercu, bo 3 lata temu jechaliśmy tędy na rowerach, co już tutaj opisywalam. W Tokaju wszystko na swoim miejscu; jest csarda z najlepszą zupą rybną w tej części Europy (well, i mapą Wielkich Węgier na ścianie), jest Cisa z malowniczymi brzegami, do których zacumowane są czółna. Trochę bardziej sennie niż zwykle, bo to listopad, szaro, mży i o 16.00 zaczyna się ściemniać, ale kilka winnych piwniczek jednak zaprasza, w tym i ta, w której kupiłam genialny Tokaj Aszu (ja, która nie lubię słodkich alkoholi!), choć degustacja urągała wszelkim standardom higienicznym (i za to kochamy takie właśnie miejsca, bo są prawdziwe, realne, kurz na butelkach jest prawdziwy, pleśń na ścianach i oblepione lekko kieliszki też). Lubię takie miejsca, bo noszą ślad życia. Z bólem serca ruszyliśmy dalej, bo aura i degustacja tokajskich specjałów zachęcały do zaszycia się w jakimś ciepłym łóżeczku. Wizyty w Satu Mare sprzed 7 lat nie wspominam dobrze; najpierw błądzenie po kompletnie ciemnych ulicach bez żadnego oznakowania, później omal nie straciliśmy zawieszenia na jakiejś gigantycznej dziurze w asfalcie (za to pękła przednia szyba na tym wyboju), jeszcze później - próba wymiany wauty w jakimś podejrzanym hotelu, którego klientelę stanowili niemal wyłącznie muskularni mężczyźni w czarnych skórzanych kurtkach. Satu Mare anno domini 2009 to jednak zupełnie inne miejsce - jedno z setek niezwykle uroczych C.K. miasteczek między między Pragą, Wiedniem, Krakowem a Bukaresztem i Niszem (zapyziałych niesłychanie, to fakt, ale uroczych). Hotel okazał się być bardzo miłą przystanią, gdzie wreszcie można było - nasyciwszy się rumuńską wersją bułgarskiej chalgi czy kolejnym głupim filmem z Jackim Chanem z rumuńskimi podpisami - nakryć głowę kołdrą i odpłynąć. cdn. (mam nadzieję, wkrótce).

wtorek, 10 listopada 2009

Cluj-Napoca

Jutro o 6.00 rano będę już siedzieć w samochodzie, w drodze do nieoficjalnej stolicy Transylwanii, czyli Cluj-Napoca. Transylwania ostatnio kojarzy mi się głównie ze znakomitym filmem Tony'ego Gatlifa, w którym mistrzostwo pokazała rownież Asia Argento, pewnie więc będę w podróży rozglądać sie za filmowymi krajobrazami i klimatem. Jakiś mini-dziennik podróży powinien się pojawić w stosownym czasie. Największą zaletą tej podróży jest potencjalna zupełnie, acz zdaje się, że realna, możliwość Wyjścia Poza Mgłę Krakowską. Nawet jak dla mnie - fanki Arktyki - trochę tej mgły too much. Zresztą, na Północy nigdy nie bywa TAK ciemno i TAK szaro.

poniedziałek, 9 listopada 2009

mglisty poniedziałek

No więc mglista niedziela JEST lepsza niż mglisty poniedziałek, zwłaszcza taki, w którym ma się 6 godzin zajęć, z czego 4 z pierwszym rokiem (są oczywiście wyjątki od reguły, ale pierwszy semestr na pierwszym roku upływa głównie na a) oduczaniu delikwentów szkolnego infantylizmu b) przyzwyczajeniu do tego, że na zajęciach się myśli, a nie śpi c) znoszeniu (dość cierpliwie) mimowolnej impertynencji i poczucia humoru w stylu "zabawiam szkolną wycieczkę i jestem gwiazdą"). Ech, zżymam się, bo najbardziej na świecie frustruje mnie niemożność nawiązania ludzkiego kontaktu. W tych wszystkich dyskusjach w stylu "Wyższa Szkoła Wstydu" albo "Koniec Akademii" strasznie mnie wkurza to, że nikt jakoś nie zada sobie trudu, żeby sprawdzić, jak wyglądają "reading assignments" w najlepszych uniwersytetach, do których wszystkim tak spieszno - tam nikt się nie przejmuje, że studentom trudno jest przeczytać 60 stron z tygodnia na tydzień i raczej nie ma litości da tych, co przysypiają na zajęciach, a wcale nie wszyscy wykładowcy to gwiazdy entertainmentu.
Gderam. Wiem. Mgła i upiorna grupa, ot co. Czasem wydaje mi się, że jak ktoś się permanentnie nudzi, to znaczy, że sam jest nudny i tyle.

piątek, 6 listopada 2009

Rumunia


rumunia 2002, originally uploaded by nytuan.

W tym wszystkim zapomnialam zupełnie, że w przyszłym tygodniu wyjeżdżam na kilka dni do Rumunii - ciekawe, swoją drogą, na którym z twardych dysków znajdują się fotki z awanturniczej wyprawy do Rumunii i Republiki Mołdowy z 2002 roku... I przypomnialam sobie właśnie pisząc to zdanie, że są! są! są! Wszystko oczywiście dzięki sieci. Są w moim foto streamie na Flickrze. Bardzo długo więc nie byłam w Rumunii i ciekawa jestem, jak teraz będzie, mam nadzieję, że zobaczę kilka podobnych obrazków, jak podczas tamtej podróży.

Póki co, jestem kompletnie wykończona, ale skończylam wreszcie zaległy artykuł i teraz pławię się w poczuciu dobrze wypełnionego obowiązku (tym, bardziej, że nie potrwa ono długo, bo cała kolejka już czeka).

Na szczęście przemiła Pani z Privatloggi i Jokkmokk znalazła dla nas pokoik na czas Jokkmokk Marknad (a to najtrudniejsza część przedsięwzięcia - znaleźć w tym czasie nocleg w miasteczku, hostel zresztą już w całości zajęty i nie ma wolnych miejsc) w willi z kotami jakiś kilometr od centrum. I okazało się, że Kraków ma połączenie ze Sztokholmem (wprawdzie Ryanairem, którego nie lubię) i na Skavsta (którego nie lubię), ale to lepiej niż z Katowic. Ech, Północ... (ale póki co, 23.23)

czwartek, 5 listopada 2009

aargh 2

Już po napisaniu poprzedniego przypłynęło do mnie to: Jak mówią w kilku miejscach na świecie: "made my day". http://enter.bloog.pl dzięki!

środa, 4 listopada 2009

aargh

Skończyła mi się chwilowo wena do tytułów postów. W ogóle chwilowo skończyła mi się wena. Lepiej nawet tego nie ubierać w słowa, bo po co dręczyć świat swoimi niżami energetycznymi? Let it be. Rok temu było podobnie. Pewnie to kwestia banalnego przestawienia się na tryb jesienno-zimowy, choć dostrzegam też zalążki poważniejszego kryzysu, o którym wolę nie myśleć, całe szczęście, że są obowiązki, terminy i teksty do napisania. Nie chciałabym na razie móc się zastanawiać, po co to w ogóle robić. W każdym razie wizja hodowli psów za kręgiem polarnym (albo jeszcze lepiej, reniferów) nawiedza mnie w dalszym ciągu. Dzisiaj śniło mi się, że zbiegłam w dół jakąś leśną polaną, a później nie mogłam wrócić, bo po drodze kłębiły się rozmaite trudności, w tym pożar torfowiska i jakieś zardzewiałe blachy. Wyraźne, plastyczne sny to zazwyczaj zwiastun choroby, ale mam nadzieję, że joga dwa razy w tygodniu załatwi to za mnie (w tym sensie, że będzie, co ma być - zachoruję albo nie). Fascynuje mnie zresztą coś, co można nazwać psychomotoryczną pamięcią ciała - nie zapomina się jazdy na rowerze, na nartach ani pływania. Podobnie jest z jogą i już wiem, dlaczego zaawansowana praktyka wymaga jednak czasu (w sensie upływu czasu), którego nie da się oszukać, nie można udawać, że jest się bardziej zaawansowaną niż się w rzeczywistości jest i także w tym sensie jest to jedna z właściwych praktyk, czyli pozostawanie po stronie prawdy. Myślałam o tym wykonując bardzo nielubianą kiedyś Parśvakonasanę, która po wakacyjnych domowych wariacjach na ten temat przestala mnie dręczyć. I tylko pozornie jest to kwestia fizyczności ciała.

niedziela, 1 listopada 2009

tundra calling - flashback

Ten zew tundry to może również dlatego, że nareszcie skończyłam pracę nad nagraniami na płytę "Vaggi Varri", która ma być takim bardzo intymnym śladem słuchania, a właściwie zupełnej immersji w środowisku przesyconym wodą - wodą padającą z góry, płynącą po ziemi i życiem ptasim nad brzegami. Jakoś tak w drugim dniu trekkingu złapałam się na tym, że ten element wody jest decydujący i że zupełnie inaczej słucha się przez mikrofon ze słuchawkami na uszach. A teraz kodowałam ścieżki (po uprzednim wyczyszczeniu, co przy bardziej wietrznych lokalizacjach było dość upiorną robotą) do formatu "binaural", opracowanego specjalnie do słuchania na słuchawkach. Nawet teraz odkryłam jakieś kolejne warstwy dźwiękowe (oczywiście "wodne"): na przykład krople deszczu kapiące na mikrofon tworzą interesujący podkład rytmiczny o własnych zagęszczeniach i rozrzedzeniach. Tytuł objawił mi się w Nikkaluokta, gdzie jeden z domków noclegowych nazywał się "Vaggi", a drugi "Varri", co po samsku znaczy mniej więcej "Góry i doliny". Słuchanie płynących strumieni wydawało mi się wtedy bardzo ważne, fascynujące, odkrywcze i niezwykle przyjemne. A kilka dni temu wrzuciłam do odtwarzacza płytkę DVD z nagranym przez Mira świetnym seralem dokumentalnym "Around the World in 80 Faiths" (BBC, jak zwykle mistrzostwo) - kiedy samski szaman tłumaczył, że koniecznie trzeba słuchać rzeki i dlaczego ma to znaczenie, to trochę mnie zatkało.

tundra calling

Powinnam robić coś zupełnie innego, ale ten jasny listopadowy już dzień przypomniał o tundrze i dalekiej Północy, mojej głównej obsesji od jakiegoś czasu. Planuję więc lutową wyprawę za krąg polarny, do Jokkmokk na Jokkmokk Marknad, czyli kilka dni z reniferami, szalonymi imprezami w namiotach lavvo ustawionych w centrum miasteczka oraz joikiem. Nie ma jeszcze dokładnego programu, ale wiadomo, że Jokkmokk Marknad w 2010 odbędzie się między 4 a 6. lutego (nie licząc tzw. historisk Jokkmokk Markand). Ech, nie mogę się już doczekać, może tym razem uda się także ruszyć na narty do parku narodowego Muddus - szkoda tylko, że mój ulubiony Norwegian nie lata już z Krakowa do Sztokholmu... Pozostaje Wizzair (lata z Katowic na lotnisko Skavsta, którego nie lubię) + Norwegian do Lulei. To jest projekt, dla którego warto zmagać się z tutejszą zimą-niezimą i codzienną szarą mgłą nad Krakowem.