wtorek, 20 marca 2012

w ogródku krokodyla i inne opowieści

Stany skrajnego wyczerpania poznaję po tym, że cieszę się na podroż pociągiem. Bo zapadnę się w twardą (zazwyczaj) ławkę, jakby to był fotel lotniczy i z upodobaniem pogrążę w będącej wynikiem pewnego oszołomienia obserwacji życia za oknem, ludzi w przedziale (to wariant mniej korzystny) i na korytarzu (lepiej). Będzie mi wszystko jedno, czy pociąg pojedzie szybko czy wolno, ile razy po drodze zmieni się drużyna kolejarska i jak często skasują mi bilet (na trasie do Poznania zazwyczaj 4-5 razy). Podróże na koncerty mają jeszcze odmienną specyfikę. Mało snu, dużo akcji. Dużo pakowania i rozpakowywania. Dużo rozmów. Dużo nieprzewidzianych zdarzeń natury ludzko-technicznej. Dużo przygód. Pizza z pudełka i piwo w ostanich godzinach baru (bywa). Niektóre hotele łudzą obietnicą, że bar do 1.00, ale to czcze gadanie. Ale właściwie to jest świąteczny czas - z różnych powodów. Bo spotkało się ludzi niewidzianych od lat ...nastu: wpadają znienacka i jest jakbyśmy się rozstali wczoraj, tylko dzieci trochę urosły. Bo jest czas na kultywowanie spotkań i rozmów, na które normalnie nie ma czasu. Bo pojawia się czasem nostalgia. Kiedy ostatnio graliśmy w szczecińskiej KAnie, nie było jeszcze Piwnicy pod Kaną i trudno było namierzyć przzwoitą kawę w okolicy. Opowieści ludzi były trochę inne, wszyscy spotykamy się po wielu latach, podejmujemy przerwane wtedy rozmowy w innych miejscach, gdzie indziej stawiamy pauzy i przecinki, opowieści są bogatsze, strojone na inne nuty - i nawet kiedy głowa opada po długiej podróży, kilku trudnych zadaniach, to chce się słuchać i warto słuchać. Niby wszystko jest w pośpiechu i wydarzają się zawsze rzeczy niespodziewane, ale często wystarcza spojrzenie w oczy, żeby kontakt został nawiązany. To takie rzadkie i cenne okazje, ulotne; taka ich natura i dobrze. Nic nie jest na zawsze, ale to nie znaczy, że mniej cenne. 
A podróż przez północną Polskę - fascynująca. Utwierdzam się w przekonaniu, że jedyna Polska, jaka jest fascynująca, to Polska obrzeży i marginesów. Mam w głowie projekt wakacyjny - niespieszny przejazd ze Świnoujścia do Białegostoku i Sejn: lokalnymi pociągami i autobusami. Wtedy trafiają się znaleziska, miasteczka z historiami, szyldy, które mówią i ogródki krokodyla - ten ostatni to Lipiany pod Szczecinem, stacja benzynowa. 
I Zielona Góra - wstyd przyznać, że nigdy wcześniej tam nie byłam, a to takie fajne miasto.


czwartek, 15 marca 2012

na gigancie


Gigant wygląda tak: w piątek wieczorem idzie się do pracy na ładnych 7 godzin (zaczynając pobudką o 6.00 rano, żeby nie stać śpiąc przed grupą miłych młodych ludzi od 8.45), po powrocie siada przed kompem i jak zwykle od tygodni frenetycznie próbuje nadgonić pisanie, o 17.00 wychodzi się z domu, żeby w drodze na imprezkę u znajomych zdążyć jeszcze kupić bilety  Kraków-W-wa-Kraków, dociera się na imprezkę w samą porę około 20.00, wraca się do domu (na szczęście) przed 1.00 (bo się człowiek starzeje), wstaje się o 4.30 i wybiega do iCara, żeby zdążyć na 5.26, w pociągu można umrzeć z gorąca (pociąg nazywa się "Smok Wawelski") nie ma wagonu barowego ani nawet automatu z napojami; nie sposób czytać, bo podróżuje się z grupą kobiet zaangażowanych w jakiś system sprzedaży bezpośredniej a la Oriflame tylko pod inną nazwą i ich rozmowy są jak z kosmosu, więc nie można nie podsłuchiwać; po drodze człowiek stara się nie patrzeć przez okno, żeby nie zobaczyć resztek rozwalonego tydzień wcześniej pociągu; wysiada się na Centralnym (oh my, nareszcie go umyli po 40 latach i nazywają to remontem - ale jeśli Euro sprawiło, że toaleta na DC wygląda teraz tak, jak wygląda; GRAJĄ Z GŁOŚNIKÓW SMOOTH JAZZ i TRIP HOP!!! to warto było jednak); porywa się po drodze jakąś kawę w biegu i prowadzi czterogodzinne zajęcia; wybiega się z PANu tradycyjnie gubiąc się w korytarzach i biegnie na pociąg powrotny rejestrując po drodze kątem duszy, że choć Warszawka fajna i coraz fajniejsza, to jednak prawdziwe miasto jest w Krakowie (kochani Warszawiacy, naprawdę lubię stolicę, jest coraz większą metropolią z energią, fajnymi ludźmi i biglem, ale co poradzę na to, że nie czuję miasta na tym wygwizdowie pod Pałacem KUltury, no nie czuję, a w sennym, zaczadzonym, lekko śmierdzącym kotami i moczem ludzkim Krakowie i owszem, nawet pod Galerią Krakowską); zapada się człowiek w sen po tym wszystkim i... wstaje o 4.30, żeby zdążyć na autobus w Rohacze. A tam... cisza. Śnieg. Całe dwa metry tego śniegu. Grupa narciarzy wali na wyciągi, my w przeciwną stronę. Zakładamy foki i... oh my. Co za porażka. Ledwo mam siłę podnieść nartę, jeden krok za drugim. Nie myślę absolutnie o NICZYM, bo myślenie męczy. Każda kolejna myśl męczy. I tak do góry dobre 2,5 godziny. Krok za krokiem, ZERO myślenia, bo męczy. Ledwo starcza na złapanie oddechu. Ale na górze jestem lżejsza o co najmniej siedem dni przed komputerem i jedną podróż do W-wy. Jeszcze tylko aksamitny zjazd w dół, niesustannie w dół przez pół godziny, przed nami ktoś próbował, ale jest tylko jeden ślad, miejscami można nawet trochę pofrirajdować, chociaż śnieg ciężki. W przyszłym sezonie uczę się telemarkiem, a co. Zawsze podobała mi się niewymuszona elegancja telemarku - chyba jednego z trudniejszych stylów jazdy! W przyszłym sezonie... oby śnieg był głęboki  a komputer miał czas na pokrycie się warstewką kurzu. Dojeżdżamy do wyciągu, śnieg na ratrakowanym stoku jest gorszy niż ten, który mieliśmy po drodze z Rohačskich Plies - poznaję to po tempie, w jakim ludzie zjeżdżają w najbadziej stromym miejscu (a znam je dość dobrze). Zapadamy więc w obskurnej "jedalni". Obserwujemy wybory i, niestety, pożar zamku w Krasnej Horce (a raczej jego pozostałości). Krasna Horka... to temat na inną opowieść. Letnią i na rowerze, przed kilkoma laty.

poniedziałek, 5 marca 2012

w domu


Końcowka pisania - szczególnie w mało sprzyjających okolicznościach (rozumiem przez to setkę pilnych spraw na przedwczoraj, których nie mogę odsunąć na bok, bo zależy od tego większa całość) - może być torturą. Kończąc więc ostatni rozdział ksiązki uznałam, że nic nie polepszy się od tego, że będę drenować całkowicie wyczerpane już zasoby intelektualne i energetyczne. Krótko mówiąc, kiedy padla propozycja: a może wreszcie skitouring? pomyślałam, what the heck, i wsiedliśmy w sobotni ranek do samochodu, żeby udać się w poszukiwaniu śniegu i pustki. W takim przypadku jest oczywiste, że polska, północna strona Karpat odpada (pustka! kto widział pustkę w krainie paskudnych willi z okaleczonymi drzewami?) - to sprawia tylko, że szukanie śniegu jest jeszcze trudniejsze. Nie jest jednak - zwłaszcza przy wieloletniej praktyce - niemożliwe. I tak oto wylądowaliśmy w trzyosobowym składzie u podnóża Wysokiej Skałki, po słowakciej stronie. Tyle razy mijaliśmy to siodło, jadąc na rowerach albo licznymi samochodami znajomych i obiecując sobie: kiedyś się zatrzymamy. I tym razem wreszcie się zatrzymaliśmy. Z siodła można podążyć albo do Wyżnych Rużbachów, albo pod Wysoką. Wybraliśmy po prostu wariant "przed siebie po śniegu" - to jest w skitourze najfajniejsze, idzie się (i zjeżdża) absolutnie tam, gdzie się chce (no, chyba, że to Tatry z wyższym stopniem zagrożenia lawinowego). Z każdym krokiem przypominałam sobie wyraźniej słowa z któregoś z biuletynów Tricycle, o upływie czasu:
 "Aging isn't easy. Bodies break down, minds become forgetful, and death is always creeping closer. And yet, living into old age is the best that any of us can hope for. "
Bo kiedyś to wszystko przychodziło łatwiej - wstawanie po zarwanej nocy (i samo "zarywanie" nocy z byle powodu), wiosenne osłabienie było mniej dotkliwe (chociaż patrząc w pochmurny dzień na pasażerów autobusu linii 194 nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że ziemiste cery, wyssanie z energii życiowej i szaro-zielona barwa twarzy to przywilej przedwiosenny niezależny od wieku) i łatwiej było o gung-ho (czyli "wyjdę na ten szczyt w 20 minut za wszelką cenę"). No ale coś za coś. Zaczynam się delektować wszystkimi przywilejami upływu czasu - przede wszystkim tym zerową motywację do gung-ho i że nic już "nie muszę". Poza tym - czterdziestka to naprawdę fajny okres i chyba tylko w Polsce kategoria 50+ oznacza takie wyraźne, na pozór eleganckie odesłanie człowieka do lamusa. Dzięki temu delektowaniu się upływem czasu pośpiech został z tyłu. A to z kolei pozwoliło obserwować dwa stworzenia wariujące na sąsiednim zboczu (przypuszczalnie były to... jenoty, jak stwierdził M. po starannej obserwacji, choć z dużej odległości) i nie przegapić walki pary jastrzębi z myszołowem nad głową oraz śladow niedźwiedzia i wilka na dole. Świat jest pełen śladow Innych, rzadko tylko ma się okazję je zobaczyć. Nie minęly 3 godziny (i odrobina szaleństwa przy zjeździe po bardzo trudnym śniegu - szreń na przemian z nadtopioną gąbką) i już jechaliśmy w kierunku Starej Lubowni. Ile to razy podziwiałam tę panoramę? Nawet nie chce mi się liczyć, ale z wszystkich miejsc na Ziemi o tym myślę najczęściej, że jestem w domu.