czwartek, 12 kwietnia 2012

wszyscy mieszkamy w czarnych dziurach

Wielkanocną przerwę spędziliśmy w miejscu całkowicie dla mnie egzotycznym, między Dusznikami Zdrój a Polanicą, w górskim domku nad wsią Jawornica, obok Lewina Kłodzkiego, z tarasem otwartym na północny zachód. Za plecami mieliśmy Czechy, telewizor na szczęście nie odbierał żadnych programów, a w radio można było posłuchać czeskiego programu drugiego oraz jakichś rumuńskich stacji. Duża ilość miejscowości z "jawor" w nazwie - zarówno po polskiej, jak i czeskiej stronie - znajduje uzasadnienie, właściwie wszędzie można trafić na piękne, stare jawory: drzewa, które w naszych okolicach należą do rzadkości. Podobnie jak szosy wysadzane liściastymi drzewami, o których M. od razu mówi: "Pożytki pszczele!". Zresztą nasza tymczasowa siedziba ujęła mnie od razu grupą dwóch lip i dębu, które - choć jeszcze bezlistne - promieniowały aurą spokoju. W dobie, kiedy duże drzewa przy domostwach są bezlistośnie okaleczane albo wycinane, takie miejsca są bezcenne. Idealne miejsce na długo odkładane lektury i odrabianie wszelkich zaległości, które nie wymagały siedzenia przed klawiaturą (bo na tym polegała idea przerwy świątecznej), choć oczywiście nie można się było oderwać od ekranów tak zupełnie; kusiły zwłaszcza te dotykowe. Aura podobno nie sprzyjała spacerom, ale to dla naszej niewielkiej, rodzinnej ekipy wędrowniczej zazwyczaj zupełnie nie ma żadnego znaczenia; z pewnością nie mogliśmy sobie darować kawałka tundry w postaci rezerwatu Torfowiska pod Zieleńcem (które rzeczywiście dały nam malutki posmak Północy; szkoda, że nie znaleźliśmy brzozy karłowatej), co z tego, że był "7 kwietnia i sypał śnieg...". Nie można było także odmówić sobie wycieczki do czeskich Olšanic - tym razem już świeciło słońce, choć było piekielnie zimno. Zapomniałam nazwy lokalnego browaru, który zaopatruje w piwo miejscową knajpę, ale było warto tam wejść, bo było jak zawsze przy takich okazjach - trochę, jak we wnętrzu filmu i bawiliśmy się świetnie. Nie wspomnę nawet o wieczorach przy kominku i 9-cio godzinnych dawkach snu, bo to rzeczywiście może budzić zazdrość. Spośród wszystkich zabranych ze sobą lektur utkwiłam w końcu przy historycznym dodaktu do "Polityki" traktującym o Prusach - jakby lekko w temacie, zważywszy na okoliczności. Bo nie da się ukryć - okolice piękne (włączając w to urocze Kłodzko) i dla przybyszy z przeludnionej Małopolski puste prawie jak Bieszczady, ale w powietrzu wisi smutny nastrój opuszczenia. Nie da się ukryć, na ten sam feeling cierpię na Mazurach, w Beskidzie Niskim i w Bieszczadach - oglądanie wielu miejsc, które wciąż noszą ślady innych obecności oraz wypędzenia nie należało nigdy do moich ulubionych czynności. Nic na to nie poradzę, że kiedy widzę resztki domostw i sadów (a wiem, w jakich okolicznościach opuszczonych), to robi się mało przyjemnie; nie wiem, może to energie tych miejsc zagnieżdżają się we mnie i nie puszczają łatwo. Wracam z depresją. Nie inaczej jest i tym razem; myślę głównie o tym, że wszyscy w Polsce żyjemy w takich energetycznych czarnych dziurach, na cmentarzach, w miejscach, z których wypędzono innych lub z których sami Innych wypędziliśmy. Nie odczyniamy uroków, nie staramy się zawrzeć przymierzy, nie umiemy prosić o wybaczenie. Te energetyczne czarne dziury nas pochłaniają, pożerają nasze emocje i nawet tego nie rejestrujemy - to ułatwia nieustanne tańce z upiorami; może stąd ta zachłanna potrzeba zaangażowania w śmierć i ekscytacja jej ciemną mocą, i jednoczesne wypieranie tego impulsu poza zbiorową świadomość kulturową i poza zbiorową psychikę. Zastanawiam się, czy kiedykolwiek - jako nację - będzie nas stać na terapię? Bo trzeba byłoby zacząć od wyznania winy, nawet jeśli winą jest dopuszczenie do kompletnego stoczenia się w ruinę dorobku wielu pokoleń Innych, którego depozytariuszami staliśmy się w wyniku niemiłych chichotów historii. To wrażenie życia na wielu cmentarzach jakoś zlało mi się z przerażającym, upiornym spektaklem, jaki wylewa się z telewizji około 10. kwietnia. Nie mam ochoty brać w nim udziału, nie mam ochoty niczego upamiętniać (bo i nie ma czego, zmarłym trzeba po prostu pozwolić odejść), więc uciekam się jak zwykle w takich sytuacjach do pomocy duchów Północy.