wtorek, 30 grudnia 2008

i znowu koncówka roku

Kolejny Sylwester - znowu na Sopatowcu (to już chyba poza raz trzeci, albo czwarty?). Tym razem chętniej zaszylabym się w jakiejś odleglej siedzibie arktycznej albo choćby w opactwie tynieckim (mają tam pokoje do wynajęcia i nie musi się uczęszczać!), ale co zrobić, powitam NOwy Rok w grupie miłych ludzi (częściowo zapewne znanych). Zazdroszczę jednak trochę kotu i wszystkim, którzy mogą się zaszyć. Ma być mroźnie, to pocieszające i może wybierzemy się na Przehybę. Nie bierzemy nart, bo targamy ze sobą instrumenty. Mam nadzieję, że na szusowanie jeszcze przyjdzie pora, czas sylwestrowy to najgorszy okres z możliwych, zresztą Zakopane już podobno zakorkowane, w słowackich Tatrach mniej lub bardziej podobnie (ciekawe, czy są tłumy Rosjan i Ukraińców, jak w latach ubiegłych?).

niedziela, 28 grudnia 2008

Australia

Nie da się ukryć, wybrałam się na "Australię", głównie ze względu na Nicole Kidman, której rola w "Godzinach" na długo zapadła mi w pamięć oraz z powodu samej Australii, która pozostaje dla mnie miejscem fascnującym, aczkolwiek wciąż tajemniczym. Po wyjściu z kina pozostało nam oszołomienie: jak można zrobić tak niedobry film mając kilka tak kapitalnych tematów do dyspozycji? Długo by wyliczać: brak konsekwencji w fabule (może dlatego, że scenariusz pisały aż 4 osoby, które najwyraźniej miały ze sobą luźny kontakt); łzawość, ckliwość i tani sentymentalizm w dawkach horrendalnych (trzeba było uważać na buty, bo łzy publiczności, nas nie wyłączając, lały się strumieniami); schematyzm i naiwność wątku, który miałby być zapewne szlachetną w zamierzeniach krytyką kolonializmu oraz rozliczeniem z dramatem tzw. Straconego Pokolenia (a jest jednym wielkim stereotypem, mimo interesującego elementu dzieci z mieszanych związków). Aborygeni koniecznie muszą być albo ofiarami, albo pojawiać się niespodziewanie, acz malowniczo i mówić niezrozumiałym językiem (wypisz, wymaluj, jak z opisu XIX-wiecznych podróżników). Jedyne plusy: zabójczo przystojny, fakt, Hugh Jackman i krajobrazy. I może wątek muzyczny (idea tzw. songlines, choć mocno tutaj uproszczona, stanowiła jednak dość ważny, a nawet zasadniczy temat). Najgorsze: (pomijając ckliwość) kiedy człowiek myśli, że to już koniec, okazuje się, że to dopiero połowa. Największa żenada: gołym okiem widać "komputerowość" scen po bombardowaniu Darwin (recenzent "Dziennika" uznał je za...realistyczne).
Nawet biorąc poprawkę na to, że to miało być "widowisko" i "fresk historyczny", naprawdę trudno uwierzyć, że twórcy nie widzieli mistrzowskich: "Ostatniej fali" Weira czy "Walkabout" Roegga, a nawet "Polowania na króliki" (o dwie klasy niżej) Noyce'a. Naprawdę fascynujące jest jednak to, jak dobrze film jest przyjęty przez odbiorców (wczoraj śledziłam dyskusję na "The Independent" a dziisaj na "Filmweb", ale nie chce mi się szukać linków). I wcale nie zamierzam utyskiwać na brak wyrobienia odbiorców, naprawdę wydaje mi się to niezwykle interesujące: co uwodzi nas w takich "widowiskach"? Oczywiście mam kilka odpowiedz na podorędziu, ale to temat na innego bloga :-).

sobota, 27 grudnia 2008

arktyka

Entry Island wygląda na idealne miejsce dla mnie (oprócz Cadrgu w Słoweńskich Alpach). POdobnie, jak terytorium Nunavik. Krótko mówiąc, opanowało mnie znowu arktyczne szaleństwo. Wiem już za to, czym polecimy do wiosek Nunavik, jak już się tam wybierzemy (bo stanie się to kiedyś bez wątpienia). Na razie jednak plan z ubiegłego roku, porzucony ze względu na brak czasu w lipcu i rozmaite terminy, które trzymały mnie w KRK prawie do końca lipca: góry Abisko za kręgiem polarnym, na pograniczu szwedzko-norweskim. Na razie śledzę zorzę polarną (a nuż się pojawi) z webkamerki na dachu Abisko Mountain Station. A w Jokkmokk już znają program tegorocznego Jokkmokks Marknad. Ech, jak fajnie byłoby znowu błąkać się po zasypanym śniegiem miasteczku przemieszczając się między jednym namiotem a drugim i słuchać, jak saamskie nastolatki na parkingu przed sklepem żartobliwie joikują... Anders chyba jednak nie dałby się namówić po raz drugi na wyścigi z reniferami na szosie, które przez blisko 400 km wiedzie przez pustkowia.

czwartek, 25 grudnia 2008

świątecznie

Powoli upływają święta (na świętowaniu, tzn. znajdujemy czas na rozmowy, kucharzenie i zasiadanie do stołu z przyjaciółmi, bez pośpiechu, bez poczucia udręki i bez zmęczenia). Przemieszczamy się między stołem, blatem kuchennym, sofą przed telewizorem oraz stanowiskiem kosaćców syberyjskich na tyłach budynku Motoroli; a wcześniej płynnie zrobiliśmy zakupy w Tesco i byłam zaskoczona, jak sprawnie i przyjemnie to się odbyło. Przypomniałam sobie te wszystkie moralizatorskie materiały telewizyjne, radiowe, gazetowe i wszelkie inne na temat komercjalizacji świąt. Jak zwykle odezwał się duch przekory i zaczęłam się zastanawiać, w czym problem? Live and let live. Nie u nas jednak, nasz kraj wypełniony jest prorokami wszelkich odmian, którzy wiedzą absolutnie wszystko, a już zwłaszcza to, jak żyć i co robić powinni ich współobywatele. Czasem atmosfera robi się ciężkawa, zazwyczaj przy okazji świąt. Ktoś, kto nie jest katolikiem i ma nietypowy układ rodzinny może czuć się kompletnie wyalienowany - normalizująca siła owych "rodzinnych" opowieści (wszystko jedno czy TVN czy TVP, linia jest jedna-jedyna: rzewna opowieść o Polakach powracających na święta do kraju, bo "tylko tutaj spędza się święta tak rodzinnie"??? - a może po prostu gdzie indziej spędza się je fajnie?) jest chyba dokładnie odwrotnie proporcjonalna do rzeczywistych sytuacji (tak neurotycznych układów rodzinnych na dużą skalę i tak wielu pokrzywdzonych przez nie ludzi, jak w naszym kraju, trudno byłoby chyba znaleźć w przeciętnym kraju europejskim, tylko tylko, że u nas żadne Lars von Trier tego nie pokazał). Największy swądzik można było jednak wyczuć w rozpaczliwym performance jakiegoś księdza, który ustawił się z konfesjonałem pod Galerią Krakowską i z wyżyn swego stanu ( w którym, jak powszechnie wiadomo, o sprawy doczesne dba, nazwijmy to, organizacja) zapodawał teksty o duchowym odrodzeniu świątecznym. Nie rozumiem, dlaczego ma w tym przeszkodzić wycieczka do Galerii Krakowskiej czy Tesco??? A później inna opowieść z dziennika: opłatki dla zwierząt. Niepoświęcone, do "zwierzęta nie mają duszy". Uśmialiśmy się z naszym kotem serdecznie, dobrze że nie wymusza na nas opłatków, bo dopiero mielibyśmy się z pyszna. Jeśli dodać do tego patroszone żywcem karpie z Carrefoura i tekst "przecież i tak się je zabije", to wyłania się obraz nie-świątecznej codzienności, która sprawia, że ta fasada bożego narodzena staje się wręcz groteskowa. Po drodze mignęłli gdzieś przelotnie na kanale religia.tv dwaj zakonnicy zupełnie poważnie rozprawiający o tym, czym jest małżeństwo i jak z dwóch ciał stanie się jedno (??? nie wiem, czy dobrze to pojęłam, bo tego typu zawiłości zazwyczaj zupełnie nie rozumiem - ze coś jest trzy, ale jedno itp., a w tym przypadku dwa, ale jedno itp.). Ów kanał zafundowała nam UPC w miejsce TV Trwam i ja naprawdę protestuję, bo tyle zabawy, ile dostarczało nam rzucanie okiem na Trwam, to naprawdę... nawet Buster Keaton wysiada. Skądinąd na tym nowym kanale zobaczyliśmy kiedyś znakomity dokument o wsi Obcina i o Hucułach mieszkających po rumuńskiej stronie. Tylko Hołownia jest nie do znesienia w swoim gwiazdorskim szale.
W newsach nie zauważa się nawet, że żyją obok katolików także protestanci, prawosławni i niewierzący (nie wspominając o innych możliwościach, żeby nie komplikować obrazka, chociaż, pardon, prezydent wybrał się z okazji Chanuki do synagogi,, ale więcej przy tej okazji było zawistnego seplenienia niż świętowania). Dla odpoczynku od nadmiaru gipsowej fasady i nadętych twarzy hierarchów oglądam sobie więc wiadomości kanadyjskie, i nie poznaję Montrealu zasypanego śniegiem. Co dopiero w Vancouver, gdzie spadło 70 cm! I to jest optymistczne, że gdzieś jest Prawdziwy Śnieg! Tutaj dzisiaj tylko prószył, na idealny grudniowy dzień z odrobiną słońca przezierającego spoza chmur, na sikorki szalejące w krzakach dzikiej róży, na pustułkę, która przysiadła na wierzchołku drzewa, na nas błądzących po bezdrożach między doliną Wisły, Pychowicami i Kampusem.

sobota, 20 grudnia 2008

i oczywiście breja

Zgodnie z przewidywaniami na zewnątrz leżą zwłoki wczorajszego białego szaleństwa. Ale i tak wklepałam "Christmas songs" w Last.fm i pierwszym rezultatem okazał się evergreen White Christmas (tym razem w wykonaniu Boltona, wczoraj pierwszy był Bing Crosby). Późny, leniwy, rozkoszny poranek w łóżku i pachnąca kawa. Nie ma jednak aż tak cudownie, zaraz ruszamy na pierwszą fazę zakupów do Makro, ze śniadaniem po drodze w Ikei. Nie znoszę świątecznych zakupów.

piątek, 19 grudnia 2008

śnieg, śnieg, śnieg!

M. tkwi gdzieś za Brzeskiem w autobusie, a tu śnieg, śnieg, śnieg! To nic, że się roztapia i wszystko jest wilgotne i rozpaćkane; jest go naprawdę dużo i nawet kiedy błąkałam się dzisiaj po ulicach, nawet kiedy stałam 20 minut w kolejce na poczcie, nawet kiedy tradycyjnie bezskutecznie (ok. 8 minut) czekałam na litość losu w postaci 114, 194 albo 178 na przystanku za Tesco, nawet wtedy czułam się absolutnie euforycznie, jak zawsze, kiedy po raz pierwszy naprawdę pada śnieg. Teraz trochę przestało, ale może jeszcze popada? Bo potem będzie już tylko szara breja, więc najfajniej jest, kiedy sypie.

czwartek, 18 grudnia 2008

gloomy

To bardzo ładne angielskie słówko jakże trafnie oddaje uroki krakowskiego grudniowego popołudnia, powiedzmy około 14.30, kiedy w przerwie między jednymi a drugimi zajęciami pochłaniam lazanię w Marago, śledząc na moim kochanym ekraniku nagłówki na Onecie albo gazeta.pl. Nie wiem, czy dzisiaj był jakiś dzień, bo trudno uznać za takowy szarą poświatę, która pochłonęła nie tylko klasztor kamedułów, który normalnie widać z mojego okna, ale także najbliższe wzgórza w Pychowicach, a nawet przepiękną rurę majaczącą w niezbyt odległej oddali na skrzyżowaniu z Zawiłą. Później prowadziłam wykład przy zasuniętych roletach i świetle obrazu z rzutnika. W każdym razie kiedy wreszcie o 14.30 mniej więcej podniosłam głowę znad mojej lazanii i wyjrzałam przez okno na niewyraźne kontury Plant i zamazane kształty przemieszczające się ul. Straszewskiego, ogarnęło mnie autentyczne, szczere zadziwienie stanem określanem właśnie mianem "gloominess". Pewnym rodzimym odpowiednikiem bylaby tutaj "szaruga". Tym razem byla to szaruga modelowa i wzorcowa, absolutnie godna podziwu w swojej doskonałości. Chyba wiem, jak wygląda epifania. Ewentualnie oświecenie. Bo z tego wszystkiego (z tego podziwu znaczy) zapomniałam, że mogłoby mnie to przygnębić. Mało tego, wzorcowość tego tworu / nastroju / specyficznej konfiguracji warunkow atmosferycznych i społecznych (szarość mdłego światła przesączającego się niechętnie przez gruby koc z burych chmur + przenikliwa wilgoć biorąca się z mżawki która oscyluje na granicy między realnym a wyobrażonym tak, że nigdy do końca się nie wie, czy to moczy naprawdę, czy tylko się wydaje + zapach długotrwale mokrych parasoli w autobusach miejskich) do tej pory wywołuje we mnie rodzaj autentycznego zachwytu idealną formą.
A wino piję dopiero teraz. Za idealne krakowskiego popołudnia, których z pewnoscią jeszcze wiele do maja się zdarzy.
Złośliwej, przyznaję, satysfakcji dostarczyły mi nagłówki prasowe o błędzie w Internecie Explorerze 7 (LOL, jeszcze nie tak dawno niektóre polskie banki nie uznawały innych przeglądarek za bezpieczne!) Materiał w Onecie, którego nie linkuję bo to żałosna miejscowka przypominał propagandę w najlepszym stylu: cały artykuł o konieczności samodzielnego sciągnięcia łaty do IE7 zakończył się zdaniem o tym, że Firefoks też wydał uaktualnienia mające na celu zwiększenie bezpieczenstwa. Zapewne KAŻDY, kto korzysta z Liska od lat uśmiała się setnie. O mało nie wylałam cappucino na klawiaturę.

wtorek, 9 grudnia 2008

ubywa


Ubywa słońca, dnia, energii... To dość niezwykły czas, odkąd pamiętam, grudzień był dla mnie szczególnym czasem, takim zawijaniem się w sobie i zapadaniem w letarg. I zawsze utwierdzała mnie w słuszności takiej postawy obserwacja roślin, krajobrazu i zwierząt. Dlatego grudniowe spacery są takie inspirujące. To wtedy najczęściej udaje się odnalexć prawdziwą ciszę, nawet w takim miejscu, jak Dolina Sąspowska w niedzielne przedpołudnie. Było idealnie: tylko my i mgła. Każde z naszej czworki mogło albo dołączyć do rozmów, albo wybrać własne tempo. Na codzień bardzo brakuje mi ciszy i samotności, wykorzystałam więc okazję, żeby posmakować tego rzadkiego daru.
OBecność w Polsce Jego Świątobliwosci to temat na oddzielną historię. Towarzyszy mi w każdym razie głęboka wdzięcznosć za to, że można uczestniczyć w tym spotkaniu na wiele rożnych sposobów: rownież streaming spełnia tutaj niebagatelną rolę. Rzadko miewamy jakieś święta, hm, religijne (choć kwestia "religii" jest tutaj mocno dyskusyjna, buddyzm raczej określiłabym jako praktykę pracy z umysłem). Po prostu, Święta. I to jest takie Święto. Wyjście z codzienności, funkcjonowanie w nieco innej przestrzeni.
Małym świętem jest też to, że jakaś nadzwyczajnie dobra dusza zamieściła film kultowy film z Sun Ra z lat 70-tych, który oboje z M. darzymy ogromnym sentymentem i teraz przypominamy sobie co lepsze kawałki (i samego Sun Ra z durszlakiem na glowie w roli przybysza z odległej planety). Czym bez netu byłoby moje życie. To nie pytanie, to westchnienie.

piątek, 5 grudnia 2008

101

Dashboard mi podpowiada, że to mój 101-szy post! A więc dzień jest dzisiaj wyjątkowy - po pierwsze z powodu tej okrągłej liczby, po drugie właśnie skończyłam swój pierwszy film (z wędrówki po bułgarskich górach sprzed 3 lat, po trzecie... to za chwilę. Film jest naprawdę wyjątkowy, bo w tym roku bardzo rygorystycznie przestrzegano zakazu filmowania na terenie Rożeńskiego Monastyru, nie wspominając już o Rilskim. A my mamy sfilmowane dość dokładnie oba, włącznie z obrzędami święta Monastyru Rożeńskiego, które przypada na początek września. W Rilskim udało się uchwycić mnicha obchodzącego z drewnianą kołatką główną cerkiew oraz... ekipę z profesjonalnym sprzęem filmowym (statyw!), zawróconą spod drzwi. Nasze partyzanckie metody okazały się skuteczne, a może raczej niezłomna determinacja i szczególny związek z Pirinem.
Po trzecie... w moim organizerze tkwi mały kartonik, o którym zapewne marzy wiele osób. Zaproszenie, które oznacza, że w poniedziałek mam duże szanse znaleźć się w Audytorium Maximum na spotkaniu z Jego Świątobliwością XIV Dalajlamą. Dzięki pomyślnemu splotowi sprzyjających okoliczności oraz dobrej woli Kilku Osób za co pozostanę dozgonnie wdzięczna. Spotkanie w Nottingham - zupełnie zresztą inne, bo poświęcone praktyce - było niezapomnianym przeżyciem. Ale o tym nie lubię mówić za dużo. May All Beings Be Happy.

wtorek, 2 grudnia 2008

cyberrobota

Po małej wyprawie do Gdańska wróciłam przeziębiona, z potwornym katarem. Ściślej rzecz biorąc, z katarem wyjechałam z Krakowa, a że EX Małopolska (albo inny potwór) przemierza obecnie trasę na Wybrzeże w 10 godzin, z czego 40 min. - 1 godz. tkwi się w uroczym szczerym polu podziwiając tzw. kostkę polską na Wielkiej Równinie i przyglądając się nieśpiesznej pracy zespołu koszałków-opałków z dumnym napisem "PLK Lublin" na plecach (dla niewtajemniczonych: Polskie Linie Kolejowe), przy czym przeciętna temperatura bardzo starannie zaprojektowanego wnętrza przedziału owej "strzały Północy" wynosi jakieś 38 stopni (Celsjusza) i to tylko dlatego taka niska, że okna mieliśmy otwarte po obu stronach, to...łatwo się domyśleć. No, big fun po prostu.
O Gdańsku może będzie oddzielnie (nie, żadne z nas nie grało ani na lu-shengu, ani na miniharmonium, jak pisała Wyborcza, ale co tam), jak trochę ochłonę. Bo dzisiaj dobre 14 godzin siedziałam przy kompie uaktualniając, robiąc film, konwertując rozmaite pliki wideo do MPEG4 i inne takie. W każdym razie bóg stworzył Maca (kto wie, może nawet cała potrójna szajka maczala w tym palce, diabeł siedzi w PC - a nie w IKEI, jak donosi jeden maksymalnie odjazdowy koleżka w sobotniej Wyborczej). O tym też oddzielnie, i to chyba raczej M., to jego działka. Ja się nie podejmuję. Mnie to tak śmieszy, że klawiatura mogłaby mi się wykrzywić i pewnie oplułabym ekran. A przecież Maczek jest dany od boga i tak nie wolno.
A katar i tak mnie dobija. Gorączki już nie mam, po tylu godzinach przed ekranem można osiąnąć stan pozagorączkowy.