wtorek, 27 października 2009

traveller's time part 2.

Oczywiście, że poprzedni post jest trochę insiderski i bardzo enigmatyczny. I niech tak zostanie, na wypadek, gdyby jeszcze kiedyś ogarnęły mnie jakieś pokusy ZAANGAŻOWANIA, przez co muszę znosić katusze przebywania nie w tym miejscu, nie z tymi ludźmi i nie w tym czasie. Wątpliwości to nie kwestia procesu myślowego nawet, ale raczej (bywa coraz częściej) wglądu, dość szczególnego rodzaju olśnienia, przed którym trudno się schować (głównie przed samą sobą); coś jak nadzwyczaj wyostrzona wizja, kiedy widzi się znacznie więcej niż by się chciało.
A w podróży z Poznania (w trakcie koejnych zmagań z PKP) przyplątał się do mnie demon. To nic, że przybrał formę małej, na oko 7-letniej dziewczynki i jej mamy; to nawet się zgadza (zawsze przy tej okazji przypominają mi się niektóre buddyjskie thanki). Trudno powiedzieć, co było gorsze - dziewczynka wychodząca na korytarz przeciętnie 3 razy na minutę i starającej się usilnie mnie potrącić prawie za każdym razem (nie muszę chyba dodawać, że siedziałam przy drzwiach...), czy jej mama, która w pewnym momencie orzekła z czarującym ( w jej mniemaniu) i kokieteryjnym uśmiechem: "musi Pani jakoś znieść tę moją nieznośną córkę". Dzięki stoperom nie musialam przynajmniej uczestniczyć w ich nieprzerwanej rozmowie sprowadzającej się do napomnień mamy: "Nie rozmawiaj", wypowiadanych tylko po to, żeby po kilku sekundach błogiej ciszy wszcząć kolejny wątek dotyczący pisanego przez dziewczynkę zadania. No więc bylam z siebie dość zadowolona, ćwiczyłam kilka cnót opisywanych w Pattikasammupada i efekt był dość ciekawy - rozumiem chyba o co chodzi z tym, żeby nie dać ponieść się emocjom (z których gniew jest najbardziej dewastujący). Zastanawiam się jednak, co sprawia, że rodzice hodują własnymi rękami taką potworność (w sensie potwornego egoizmu)? Żeby przynajmniej była to zwykła niegrzeczna dziewczynka, ale nie; to byla dziewczynka potworna - patrzyła na mnie wielkimi, nieruchomymi, ssącymi oczyma, szukając choćby śladu reakcji na kolejne prowokacje; wymagała uwagi bezwarunkowo i natychmiast.
Albo po prostu to się zdarza w TLK "Wielkopolanin" opuszczającym Poznań o nieludzkiej 5.47.

traveller's time

Chciałoby się powiedzieć, niestety. Sens rozpadających się wspólnot, których nie da się odtworzyć, złudzenia traci się po jednym na każdą okazję i wystarczy. Nie ma powrotu.
"Lepiej rozmawiać z prostymi ludźmi, z intelektualistami to tylko problemy są, zawsze mają jakieś wątpliwości". To o "robocie politycznej" w rodzaju zbierania podpisów pod Różnymi Ważnymi i Słusznymi Petycjami i Inicjatywami Ustawodawczymi. Wszystko jest mi więc jedno - prawo czy lewo, ekolodzy czy feministki, wolna kultura czy budyniowa konserwa. Jako osoba, której zależy na posiadaniu wątpliwości i mnożeniu pytań, wszędzie miewam przykopane sooner or later. Takie czasy nastały: Ludzi Bez Wątpliwości. Trochę strach.

środa, 21 października 2009

przerwa na październikowe słońce

To musiało się tak skończyć i nawet czuję z tego powodu ulgę. Nieszczęsny wypad na dwudniowe szkolenie z bardzo miłą grupą, ale noclegiem w "trzygwiazdkowym hotelu" w Milówce koło Żywca z potwornie zimną salą do prowadzenia zajęć oraz agresywną i chamowatą męską częścią obsługi musiał zaowocować przeziębeniem, nie ma rady. To był pierwszy dzień wczesnojesiennej zimy i szczękanie zębami przez jakieś 10 godzin dobrze się nie kończy. To swoją drogą zadziwiające, że obiekt w ogóle dostał status hotelu, o gwiazdkach nie wspominając. Możliwości są dwie: a) zakup stosownych papierów na okolicznym targu b) chamowaty właściciel musiał na czas odwiedzin komisji zostać zamknięty w komórce z kozami (gdzie zresztą jego miejsce). W sumie żal było mi pani właścicielki, która starała się z wszystkich sił zatuszować potwornie złe wrażenie, jakie pozostawało po kontaktach z męską częścią rodziny właścicieli. Ufff, całe szczęście, że to już za mną a "więcej tam już nie powrócę". Sądząc po pewnych symptomach, wszystkie "trzygwiazdkowe" hotele w Milówce to ściema, jakich mało. Pensjonaty, owszem, może jakoś by się wybroniły. No, ale skoro na ścianie w galerii zdjęć widniał Wasserman oraz Korwin-Mikke... to w końcu "kwestia smaku", jak pisał poeta, a najwyraźniej (i na szczęście) sytuujemy się z w/w panami na odległych biegunach. Zaczyna w Polsce pojawiać się taki rodzaj "luksusu", który wywodzi się w prostej linii z wiejskiego szpanu (vide agent Tomek - przychylam się do opinii, że wart Pac pałaca, czyli jakie "ladies", taki podryw - generalnie żałosny: ubrania od Prady??? Porsche Cayenne??? Bielone zęby??? no przecież trąci wiochą na kilometr i obciach nieziemski, wstyd się z kimś takim pokazać w dobrym towarzystwie). A propos, widziałam na moim osiedlu Cayenne oraz (zaraz później) Lamborghini, czyżbyśmy robili z agntem Tomkiem zakupy w tym samym sklepie?
To było na szczęście przed tygodniem, albo dwoma, albo przed 10-cioma dniami. Tracę rozeznanie. Przeziębienie dało mi luskus rozkoszowania się koncertami Bacha i październikowym słońcem, czyli taką bardziej uwodzicielską twarzą jesieni.

niedziela, 4 października 2009

Tatry ponownie


Trudno uwierzyć, ale naprawdę tak było wczoraj w Tatrach. Udaje się utrzymać 2-tygodniowy rytm wycieczek w gory i mam nadzieję, że tak już zostanie. Ja co prawda najbardziej lubię Tatry zachmurzone, z marznącą mżawką od czasu do czasu, ale trudno, landszafty (jak ten obok) też mają swój urok :-). Ludzi sporo, ale jak to w Tatrach: najczęściej kłębią się w miejscach do posiedzenia, rzadziej w tych do pochodzenia, które nie są obowiązkowym punktem programu. Na przykład między Wołowcem a Jarząbczym spotkaliśmy tylko ze 3 osoby. Gdyby nie ta "złota tatrzańska jesień", jak z obrazka, byłoby pewnie jeszcze bardziej pusto. Trasa ze schroniska w Dolinie Chochołowskiej przez Wołowiec, Jarząbczy i Kończysty na dół okazala się dość wymagająca i od wyjścia ze schroniska do momentu trzaśnięcia drzwiami busa na parkingu u wejścia do Doliny upłynęło dobre 9 godzin. Takie trasy jednak lubię najbardziej (i takie podejścia, jak na Jarząbczy od strony Wołowca - BARDZO treściwe i wymagające uporu).
Po drodze uchodzą z ciała całe zasoby stresu, głowa oczyszcza się z informacyjnego smogu. Można przez chwilę zapomnieć o sprawie Polańskiego i zwolnić się z konieczności zajmowania stanowiska w tej sprawie. Być może to właśnie sprawia, że tak często czuję się w Polsce klaustrofobicznie - z każdej strony atakują bardzo wyraźnie sformułowane, raczej "na sztywno" i ortodoksyjnie punkty widzenia. Żeby użyć grypsery naukowej: społeczne uniwersum jest totalnie domknięte (żeby nie rzecz, zafoliowane) przez tez idealnie uzupełniające się, zawsze opozycyjnie i w parach, ortodoksyjnie przeciwstawne pogląady. W tym sensie Krytyka Polityczna nie tylko wiosny nie czyni, ale wręcz przeciwnie, idealnie wpisuje się w tę męczącą dynamikę.
Co do Polańskiego: nie uda się go obronić w ten dosyć głupi sposób, jaki obrały niektóre środowiska artstyczne, ale z pewnością udało się skompromitować wielu osobom i gremiom, od Migalskiego po Zanussiego. Z tego ostatniego wyszła dosyć marna istota ludzka, pozbawiona elmentarnej wrażliwości.

make money with AdSense

...namawia mnie Dashoboard od jakiegoś czasu. A ja się cieszę, bo dostrzegam w tym symptom osobistej wolności: nie będę zarabiać pieniędzy z AdSense i nie będę konfigurować żadnych reklam na moim blogu.