piątek, 31 marca 2006

Berlin

29.03.2006 (środa)

Najpierw dramatycznie zaspaliśmy. Autobus do Krakowa o 5.50, a ocknęliśmy się z głębokiego snu o 5.35. Jak to zwykle bywa, udało nam się dobiec (z bagażami!). Co prawda na przystanek w mieście, bliżej domu (czasem trudno tam wsiąść), ale o 5.50 najwyraźniej nie było zbyt wielu chętnych na podróż do Krakowa. Później korki. Jak zwykle między 7.00 i 8.00 rano, szaleństwo. Na szczęście wylądowaliśmy w końcu na górnej płycie Regionalnego Dworca Autobusowego (tak się to teraz nazywa…) o 8.10, mieliśmy więc CAŁE 20 minut, żeby dotrzeć do pociągu. Pośpiech zupełnie umiarkowany. Zdążyłam jeszcze nawet – po złożeniu bagaży w wagonie - zbiec do automatu w nowym przejściu, po kawę. Maszyna Nescafe gdzieś zniknęła (nie było jej tam, gdzie zwykle), pozostał mi więc stary, śmieszny automat przy 1 albo 2 peronie. Śmieszny, bo wygląda, jak z lat 70-tych albo 80-tych i bierze monety 10-, 20-, 50-groszowe, 1- i 5-złotowe. Z jakichś powodów nie bierze dwuzłotówek. Być może jest to automat dekonstrukcyjny i występuje przeciw binarnym opozycjom. Tak czy owak, wydaje resztę i daje przyzwoitą kawę. Dopiero więc w wagonie nr 269, IC „Wawel”, Kraków – Hamburg-Altona obudziłam się na dobre, po pierwszych trzech łykach automatycznej kawy z mlekiem. Uwielbiam automaty, są kochane, obiecują ciepły, aromatyczny napój i zazwyczaj jest to obietnica spełniona. Automaty Nescafe, Dallmayr czy Segafredo stają się bezpieczną przystanią w świecie przesyconym wiecznym ruchem i nieodmiennie wystawionym na działanie rozkosznego, ale wytrącającego z równowagi chaosu. Czy to dworzec autobusowy w Zvoleniu na Słowacji, w niedzielny, zimowy poranek (a nawet bardziej niż niedzielny i bardziej niż zimowy, bo w Nowy Rok), czy deptak w Achtopolu (Bułgaria) o 5.30 rano, czy wreszcie swojsko wyglądające urządzenie w wagonie pociągu ekspresowego ze Sztokholmu do Umei, procedura jest ta sama, a zaspokojenie pożądania natychmiastowe i satysfakcjonujące.

Oczywiście dostaliśmy miejsca „dla niepalących” w części wagonu dla palących (wagon „nowoczesny”, przedzielony tylko półotwartą przegródką pleksi), konduktor wydawał się być w tej sprawie zrelaksowany. Nie tak jak my, do Berlina jeszcze co najmniej 10 godzin.

Wymyśliliśmy w końcu, co zrobić z PKP. Każdy podróżny mógłby sobie za niewielką opłatą adoptować kolejarza (coś w rodzaju adopcji dzieci w Afryce na odległość), PKP stworzyłoby specjalny portal, na którym podopieczni by się logowali przynajmniej raz w tygodniu i opisywali, co im się przydarzyło, byłyby multimedia, takiego podopiecznego można by sobie oglądać (czy zdrowo rośnie), może nawet jakieś fajne reality show z czasem by wynikło z tego wszystkiego (głosowanie telewidzów: pan Janek, niestety, odpada z gry, zwolnienie natychmiastowe albo przeniesienie do pracy na kolei w Nepalu (tam nie ma kolei).

Niesamowite, niesamowite, niesamowite! W Opolu (przejeżdżamy Odrę!) przez gęste deszczowe chmury i mokrą mgłę prześwituje słońce. Ogarnia nas panika.

Na sąsiednich siedzeniach zmieniają się kolejni pasażerowie: 1. pani w średnim wieku, ubrana na czarno, czytająca „Rzeczpospolitą”, wymieniliśmy pesymistyczne uwagi na temat możliwości uzyskania kawy jeszcze przed Katowicami (nie mieliśmy racji, pan z wózkiem zjawił się zanim dojechaliśmy do Trzebini); 2. dwie panie: jedna siwa, druga trochę starsza ode mnie, zaczęły rozmawiać o „zdrowej rodzinie”, świadectwach uzdrowień dokonanych przez papieża, wznowiliśmy więc naszą rozmowę o zwulgaryzowanym alterglobalizmie w wykonaniu skrajnej prawicy w Polsce i wygodna barykada między naszymi siedzeniami już była gotowa, wymieniliśmy tylko spojrzenia (młodsza wyjęła „Rzepę” – co z tą „Rzepą”, czy znajdzie się ktoś, od kogo można byłoby pożyczyć Wyborczą?), w gruncie rzeczy ta barykada jest nawet wygodna – wszystko staje się jasne bez słów, bez nagabywania i podgrzanych politycznych dyskusji, bo wiadomo, że jesteśmy z dwóch różnych kosmosów; 3. para młodych ludzi, mówią z tym świetnym śląskim akcentem, uwielbiam tę melodię, więc staram się podsłuchiwać, chłopak wyjął „Fakt”, może uda mi się pożyczyć, to się rozerwę (kiedyś pożyczyłam „Fakt” od jednego współpasażera i mieliśmy przednią zabawę na prawie całą trasę między Poznaniem a Wrocławiem); 4. pani z wielką torbą, której doradziliśmy, żeby ją schowała na półkę z bagażami, usiadła naprzeciw i tak staliśmy się sąsiadami najbardziej gadatliwej kobiety świata, ponieważ – jak się okazało – w Legnicy pozbyliśmy się Warsu, a następny wagon restauracyjny miał się pojawić dopiero w Cottbus, jedyną możliwą ucieczką okazał się sen, z czego skwapliwie skorzystaliśmy.

Granicę przekroczyliśmy w jaskrawej zalewie wiosennego słońca, ładnie się zaczyna, to przerażające, czyżbyśmy mieli opuścić strefę gęstego zachmurzenia, które starannie zatrzymuje światło? Czy moglibyśmy sobie na to pozwolić? Za oknem migają dwujęzyczne nazwy stacji, rozmaite Lübbenau (Ljubniow, Błota). To w tych błotach osadzili się Serbołużyczanie. 17.36, z wyświetlacza komórki zniknął swojski (znany ze Słowacji) napis „T-Mobile”, otaczają nas lasy. Za 40 minut powinniśmy być na dworcu Berlin ZOO.

wtorek, 28 marca 2006

wiosna jest ślamazarna

Bułgaria 2005
Bułgaria 2005,
originally uploaded by nytuan.
testuję połączenie z Flickrem, gdzie staramy się na bieżąco wieszać fotki z podróży (są ich już miliony). Wiosna się ślimaczy - wczoraj był pierwszy cieplejszy dzień, w Krakowie na Plantach kosy wariowały. Uciekam myślą do naszego jeziorka zawiesoznego pod szczytem Maliowicy (Riła, Bułgaria), gdzie było tak rozkosznie...
A jutro pociąg do Berlina o 8.30. Co dalej, nie wiem za bardzo. Warsztaty z Junge Botschafter fur Mittle- und Osteuropa. Granie w Junction Bar (w poniedziałek, 2. kwietnia)

poniedziałek, 27 marca 2006

show must go on...

ale że show must go on, to to właśnie porzucam ekranik komputera dla Szymona (Szymon Majewski Show, rzecz jasna, "kaczor mnie pieeeeeści!!!!!":-)))))

Stanisław Lem R.I.P.

Smutny dzień. Przyjechałam do domu z Krakowa i pierwsze wiadomość, jaką Marek oznajmił mi od progu: zmarł Stanisław Lem. To trochę tak, jakby odeszła nieodwołalnie część mojej młodości - na Lemie się wychowałam. "Dzienniki gwiazdowe" zawsze będą dla mnie matrycą specyficznego humoru i jeśli ktoś nie wie, co to znaczy "spotkać siebie z poniedziałku, wtorku i środy", to znaczy, że jest z innej planety i że można sobie odpuścić próby komunikacji. Brak nam będzie zawsze trzeźwych i rozsądnych (ale nigdy cynicznych, rozgroryczonych czy rozczarowanych) komentarzy Lema.

piątek, 24 marca 2006

trochę muzyki

słuchałam w dalszym ciągu Chopina granego przez Blechacza. Są czasem takie dni. Blechacz odkrywa całkiem nowego kompozytora, który - kiedy jest grany pompatycznie ("tradycyjnie") - staje się nieznośną patriotyczną piłą. A Blechacz wydobył z tej muzyki rozmaite rzeczy - z nokturnów kameralność i miękkość, z Poloneza As-dur (!) coś w rodzaju postmodernistycznej strategii cytatu (ten najbardziej znany motyw brzmi trochę jak ekstatyczne szaleństwo w oczekiwaniu końca, naprawdę niezwykłe), z kilku innych znanych utworów (walc cis-moll) - jakąś taką inną stronę tej muzyki, którą zna się od dziecka. A nad wszystkim góruje ta słynna melancholia, która płynie nam we krwi. Krótko mówiąc: ta muzyka wchodzi pod skórę. Blechacz gra w niektórych momentach jakby z jazzowym uderzeniem, trochę jak Keith Jarret Haendla (jedna z moich ulubionych płyt), oszczędnie, niemal ascetycznie a jednocześnie zywiołowo, ekstatycznie, tak jak się powinno grac Chopina. Nie wiem nawet, jak to możliwe, ale godzi dwie zupełnie przeciwstawne rzeczy. W bardziej żywiołowych momentach przypomina trochę szaleństwo Pogorelicia. Nie będę ukrywać: jedno z moich najwcześniejszych muzycznych wspomnień to totalny zachwyt koncertami Konkursu Chopinowskiego, kiedy miałam jakieś 13 lat. Spędzałam przed telewizorem (i walczyłam z rodziną!) całe godziny, zahipnotyzowana, pochłonięta przez muzykę, której nie rozumiałam. Przypomniałam sobie o tym znowu słuchając Blechacza.

czwartek, 23 marca 2006

norweska recenzja

...Sonic Suicide ukazała się w groove.no - nie rozumiemy ani słowa, ale dostaliśmy 5 gwiazdek (na 7), wiec chyba nie jest najgorzej. Jeśli ktoś czyta po norwesku...

środa, 22 marca 2006

i jeszcze zima

za oknem spadają takie wielkie kawałki śniegu. słucham nokturnów Chopina (to mi się czasem zdarza), mistrz słowiańskiej melancholii. skąd nam sie to bierze?
przez całe 4 dni jeździliśmy na nartach. najpierw na Hrebienku (górna łąka, yes, yes, yes), później jednak w Strbskim Plesie, gdzie trasy wprawdzie łatwiejsze niz "horna luka", ale za to dłuższe. Dłuższe zwłaszcza, kiedy się jeździ w kompletnej mgle. Hmla bola uplnie uplna, nic a nic. Widziało się czubki nart przed sobą, i tyle. Dość niezwykłe wrażenie, zjeżdżając spod chaty Solisko, w górnej części można było polegać wyłącznie na intuicji i wyczuciu przestrzeni oraz śniegu, trochę jak jazda z zamkniętymi oczami. Najpierw strach, ale później, przy kolejnych zjazdach, bardzo osobliwa przyjemność, jakby się latało. Na szczęście w niższych partiach można było trochę "przyciąć", zwłaszcza na trasce numer 2, w miejscu, które nazwaliśmy "ścianką" - wąskie, strome gardło, gdzie zawsze ktoś próbował zsuwać się pługiem. To było najfajniejsze miejsce na trasie, z przyjemnymi muldkami, przez które trzeba było przeskoczyć i oblodzonymi miejscami, których lepiej było unikać. Ech, narty, snieg i szybkość...
I pizza w jakiejś Pizzerii Pino w Strbskim Plesie przy stacji kolejki, jak zwykle - wyglad bliski spółdzielni spożywców, a pizza i winko wyśmienite. U nas bywa raczej odwrotnie.
Wciągnęłam się w oglądanie Vyvolenych na Jojce (niestety) i tak mi już zostało, teraz oglądam w necie.
Doskonalę swój słowacki, coraz więcej rozumiem po czesku. Jeszcze węgierski.

sobota, 11 marca 2006

zima przyciężkawa

zima + lokalne realia polityczne to całkowicie za dużo, jak na jednego człowieka. I nawet jak na człowieka + drugiego człowieka + kota. Ale - Hurra! Dzisiaj o godz. 17. 3o z mojej drukareczki laserowej wyskoczyła ostatnia strona mojego doktoratu ("Kategoria gender w kulturze audiowizualnej")! Kilka lat mojego życia (a może nawet więcej) przybrało formę 262 kartek równo ułożonych w spory stosik. To całkiem przyjemne wrażenie.
I chomiki są teraz dźwiękowe!

wtorek, 7 marca 2006

witaj, ameryko!

Właśnie dostaliśmy paszportymi z pięknymi, nowiutkimi wizami amerykańskimi. Jest więc już pewne (o ile coś w ogóle może być pewne), że wystąpimy na festiwalu Terrastock, w Providence (Rhode Island). Super, super, super. Więcej o festiwalu w Wikipedii :-)
Co prawda durni kolesie w banku wlasnie odmowili nam kredytu, mimo stosownych wplywow na konto co miesiac (bo oczywiscie nie mamy umow o prace jak byle wyrobnik w bialym kolnierzyku, tylko zlecenia, dziela i umowy czasowe), ale kto powiedzial, ze bedzie lekko. Nigdy nie było.


oskary

Oskary rozdane. Jeden z moich ulubionych aktorów dostał nagrode! Tak, tak, Philip Seymour Hoffman! Bardzo lubię wszystkie postacie, które gra - zazwyczaj trochę zakręconych,m wrażliwych gości. Świetny w 25th Hour Spike'a Lee, w Big Lebowski no i w niezapomnianej Magnolii. Fantastyczna rola drag queen we Flawless (nie pamiętam, jaki ten film miał tytuł w Polsce). Ale nawet, jeśli gra drugoplanowe role, jak w Twisterze, jest znakomity i zazwyczaj jego postacie i tak są bardzo wyraziste.
Ogólnie - super!