piątek, 24 marca 2006

trochę muzyki

słuchałam w dalszym ciągu Chopina granego przez Blechacza. Są czasem takie dni. Blechacz odkrywa całkiem nowego kompozytora, który - kiedy jest grany pompatycznie ("tradycyjnie") - staje się nieznośną patriotyczną piłą. A Blechacz wydobył z tej muzyki rozmaite rzeczy - z nokturnów kameralność i miękkość, z Poloneza As-dur (!) coś w rodzaju postmodernistycznej strategii cytatu (ten najbardziej znany motyw brzmi trochę jak ekstatyczne szaleństwo w oczekiwaniu końca, naprawdę niezwykłe), z kilku innych znanych utworów (walc cis-moll) - jakąś taką inną stronę tej muzyki, którą zna się od dziecka. A nad wszystkim góruje ta słynna melancholia, która płynie nam we krwi. Krótko mówiąc: ta muzyka wchodzi pod skórę. Blechacz gra w niektórych momentach jakby z jazzowym uderzeniem, trochę jak Keith Jarret Haendla (jedna z moich ulubionych płyt), oszczędnie, niemal ascetycznie a jednocześnie zywiołowo, ekstatycznie, tak jak się powinno grac Chopina. Nie wiem nawet, jak to możliwe, ale godzi dwie zupełnie przeciwstawne rzeczy. W bardziej żywiołowych momentach przypomina trochę szaleństwo Pogorelicia. Nie będę ukrywać: jedno z moich najwcześniejszych muzycznych wspomnień to totalny zachwyt koncertami Konkursu Chopinowskiego, kiedy miałam jakieś 13 lat. Spędzałam przed telewizorem (i walczyłam z rodziną!) całe godziny, zahipnotyzowana, pochłonięta przez muzykę, której nie rozumiałam. Przypomniałam sobie o tym znowu słuchając Blechacza.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz