środa, 22 marca 2006

i jeszcze zima

za oknem spadają takie wielkie kawałki śniegu. słucham nokturnów Chopina (to mi się czasem zdarza), mistrz słowiańskiej melancholii. skąd nam sie to bierze?
przez całe 4 dni jeździliśmy na nartach. najpierw na Hrebienku (górna łąka, yes, yes, yes), później jednak w Strbskim Plesie, gdzie trasy wprawdzie łatwiejsze niz "horna luka", ale za to dłuższe. Dłuższe zwłaszcza, kiedy się jeździ w kompletnej mgle. Hmla bola uplnie uplna, nic a nic. Widziało się czubki nart przed sobą, i tyle. Dość niezwykłe wrażenie, zjeżdżając spod chaty Solisko, w górnej części można było polegać wyłącznie na intuicji i wyczuciu przestrzeni oraz śniegu, trochę jak jazda z zamkniętymi oczami. Najpierw strach, ale później, przy kolejnych zjazdach, bardzo osobliwa przyjemność, jakby się latało. Na szczęście w niższych partiach można było trochę "przyciąć", zwłaszcza na trasce numer 2, w miejscu, które nazwaliśmy "ścianką" - wąskie, strome gardło, gdzie zawsze ktoś próbował zsuwać się pługiem. To było najfajniejsze miejsce na trasie, z przyjemnymi muldkami, przez które trzeba było przeskoczyć i oblodzonymi miejscami, których lepiej było unikać. Ech, narty, snieg i szybkość...
I pizza w jakiejś Pizzerii Pino w Strbskim Plesie przy stacji kolejki, jak zwykle - wyglad bliski spółdzielni spożywców, a pizza i winko wyśmienite. U nas bywa raczej odwrotnie.
Wciągnęłam się w oglądanie Vyvolenych na Jojce (niestety) i tak mi już zostało, teraz oglądam w necie.
Doskonalę swój słowacki, coraz więcej rozumiem po czesku. Jeszcze węgierski.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz