niedziela, 17 stycznia 2010

pieśni miłosne i ragi tęsknoty

Ta informacja dotarła do mnie z powietrza, nawet dosłownie, bo staliśmy na przystanku na Dietla/św.Agnieszki czekając na 128, a ja z nudów zaczęam się bezrefleksyjnie wgapiać w plakat Filharmonii, aż mój wzrok przykuły znane - acz niezwykle rzadko pojawiające się w tych szerokościach nazwy: dholak, sarod, zarb. Nawet w największą, najbardziej paskudną i mokrą krakowską szarość te słowa mogą mnie zelektryzować i tak też się stało. Upewniłam się jeszcze, że to nie przywidzenie, prosząc M. o potwierdzenie, czy widzi to samo ja. On też widział, że plakat Filharmonii zaprasza na koncert "Two Worlds of Modal Music" z Dominikiem Vellardem śpiewającym średniowieczne pieśni miłosne i chorał gregoriański oraz Kenem Zuckermanem na sarodzie, Kayvanem Chemirani na zarbie i Prabhu Edouardem na tabli. Zakupiłam więc bilety następnego dnia, można było dostać jeszcze w drugim rzędzie i tak oto wczoraj zasiedliśmy w sali Filharmonii nie bez pewnego sceptycyzmu, bo projekty typu crossover trącą mniej ambitnymi dokonaniami Yo-Yomy. Wcześniej przesłuchaliśmy świetną płytę Vellarda z Aruną Saïram, która napawała jednak optymizmem. Już pierwsze dźwięki sarodu pokazały, że możemy zapomnieć o niegdysiejszym fatalnym koncercie w PWST, gdzie coś, co reklamowano jako klasyczną muzykę Indii było zaledwie technicznymi wprawkami. Nic zresztą dziwnego, Zuckerman uczył się u samego Ustada Ali Akbar Khana, najwięksego mistrza sarodu naszych czasów (zmarł jakieś pół roku temu, niestety) przez 37 lat. Początek był w wykonaniu tria Ken Zuckerman, Prabhu Edouard i Emilie Zuckerman (tampura) trochę...hm, czuło się, że są nieco spięci. Może dlatego, że alap (czyli pierwsza część ragi, a właściwie wstęp, w którym najważniejsze jest dostrojenie instrumentów, słuchaczy i muzyków) jest radykalnie odmienny od kultury muzycznej Zachodu - osobiście uwielbiam tę właśnie część, która powoli wprowadza w świat dźwięków ragi, buduje nastrój i gromadzie energię. Jeśli jednak ktoś przyzwyczajony jest niemal wyłącznie do języka muzycznego Zachodu (i to charakteryzującego niemal całe uniwersum uprawianej u nas muzyki - z wyjątkiem elektroakustycznej improwizacji - od popu po muzykę klasyczną), czyli do takiej organizacji występu, która nie ujawnia przygotowania, strojenia, oczekiwania, a jedynie od razu podanie gotowego produktu, to rzeczywiście może czuć się taki ktoś nieco zniecierpliwiony drobiazgowymi modyfikacjami kolejnych strun sarodu. Trochę też brakowało mi tego, co pojawia się przy bardziej wyrobionej w odbiorze klasyki indyjskiej publiczności - aplauzu w momentach, które są kulminacjami, spotkaniami rytmu i melodii, ukoronowaniem rozlicznych pojedynków między solistami. Były takie chwile, kiedy te momenty "zejścia" Edouarda i Zuckermana wywoływały namacalną wręcz falę radości i już, już prawie klaskałam, ale sala - przwyczajona do odbioru "klasyki" milczała jak zaklęta. Dopiero w drugiej części koncertu coś się zmieniło, może za sprawą eleganckiego, acz żywiołowego Keyvana Chemirani, który wyczyniał z zarbem rzeczy graniczące z magią (fakt, że jest matematykiem z wykształcenia nie jest bez znaczenia w przypadku subtelności rytmicznej zarówno perskiej, jak i indyjskiej kultury muzycznej). W tym wszystkim piękny głoś Vellarda schowany bł nieco w tle, nie do końca wpisywał się w pejzaż dźwiękowy, ale jego mistrzostwo jest niewątpliwe, co najlepiej było słychać w przepięknej pieśni sefardyjskiej "Ven querida". Ja zaś miałam obrzymią radość, kiedy usłyszałam pierwsze tony jednej z moich ulubionych rag, Koshi Bhairavi. Uczta, Święto, Ekstaza. Wracaliśmy wręcz przepełnienie radoscią, prawie było tego zbyt wiele, żeby ogarnąć, przyjemne zmęczenie, że więcej po prostu się nie da. Chyba wszyscy tak czuli, bo koncert skończył się długą owacją na stojąco i było widać, że sami muzycy są trochę zaskoczeni przebiegiem tego niezwykłego wieczoru i poziomem energetycznym, jaki został wygenerowany.

wtorek, 5 stycznia 2010

browsing się

Niewiele spamów przechodzi przez filtry mojego adresu pocztowego (o dzięki, firmo Ceti i mam nadzieję, że nie zapeszę), ale jeśli już się pojawi jakaś wiadomość raz na miesiąc, to od razu jest to małe dzielo sztuki:

Hello Dearest,

i am Kaniz by name. i was just broswing now and come across your profile. which interested and motivated me all over. l will
also like to know more about you so please reply this message to ( raninhiany2009371@yahoo.com ) , so l can give you my picture for you to
know whom l am. I believe we can move from here!(Remember the distance or colour does not matter but love matters alot in
life) Thanks yours new friend Kaniz.
.......................................................................
Hello Dearest,

Jestem Kanica nazwy. Właśnie broswing się i spotkać swojego profilu. które zainteresowanych i zmotywowały mnie wszystkim. l będą
również wiedzieć więcej o tobie tak prosimy o odpowiedź na ten komunikat (raninhiany2009371@yahoo.com), więc l może dać Ci moje zdjęcie dla Ciebie, aby
l wiedzieć, z kim jestem. Wierzę, że możemy przenieść tutaj! (Pamiętaj, na odległość lub kolor nie ma znaczenia, ale kwestie miłości partii
życia) Dzięki Twój nowy przyjaciel Kanica.

niedziela, 3 stycznia 2010

avatar

Krótko: ekstra. Wiadomo, że James Cameron to nie Tarkowski i jeśli ktoś oczekuje intelektualnej głębi, to sam /-a sobie jest winna, ale "Avatar" jest naprawdę wielką frajdą (oczywiście w 3D). Już widzę, że w Polsce oczywiście poajwiły się typowe dla naszej nacji głosy "po całości" wywalające film i jego twórcow do zsypu, ale... hola, hola. Kraj, którego przemysł filmowy zdolny jest co najwyżej do wyprodukowania kolejnych (słabszych) wersji Krzyżaków i innych lektur szkolnych, ewentualnie kolejnych depresyjnych, pseudointelektualizujących i pseudokrytycznych wizji wiejskich wesel, powinien czasem wziąć na wstrzymanie. Są w "Avatarze" słabizny (m.in. generał, który miał być diaboliczny, a jest groteskowy i parę innych takich), ale generalnie - big fun. Dawno już tak szczerze nie zachwycałam się w kinie z powodu niekłamanej przyjemności wzrokowej. Generalnie najbardziej chyba zgadzam się z tą recenzją. Fajnie w każdym razie wrócić do czasów późnego dzieciństwa, kiedy siedziało się w kinie na "Gwiezdnych wojnach" z podobnymi wrażeniami...
P.S. M. twierdzi, że wojna kulturowa szykująca się u nas między fanami i antyfanami Avatara ma swoje źródło w tym, że nijak nie da się zobaczyć w tym obrazie kolejnego filmu o panu-jezusie... Po chwili namysłu przyznaję mu rację.