niedziela, 3 stycznia 2010

avatar

Krótko: ekstra. Wiadomo, że James Cameron to nie Tarkowski i jeśli ktoś oczekuje intelektualnej głębi, to sam /-a sobie jest winna, ale "Avatar" jest naprawdę wielką frajdą (oczywiście w 3D). Już widzę, że w Polsce oczywiście poajwiły się typowe dla naszej nacji głosy "po całości" wywalające film i jego twórcow do zsypu, ale... hola, hola. Kraj, którego przemysł filmowy zdolny jest co najwyżej do wyprodukowania kolejnych (słabszych) wersji Krzyżaków i innych lektur szkolnych, ewentualnie kolejnych depresyjnych, pseudointelektualizujących i pseudokrytycznych wizji wiejskich wesel, powinien czasem wziąć na wstrzymanie. Są w "Avatarze" słabizny (m.in. generał, który miał być diaboliczny, a jest groteskowy i parę innych takich), ale generalnie - big fun. Dawno już tak szczerze nie zachwycałam się w kinie z powodu niekłamanej przyjemności wzrokowej. Generalnie najbardziej chyba zgadzam się z tą recenzją. Fajnie w każdym razie wrócić do czasów późnego dzieciństwa, kiedy siedziało się w kinie na "Gwiezdnych wojnach" z podobnymi wrażeniami...
P.S. M. twierdzi, że wojna kulturowa szykująca się u nas między fanami i antyfanami Avatara ma swoje źródło w tym, że nijak nie da się zobaczyć w tym obrazie kolejnego filmu o panu-jezusie... Po chwili namysłu przyznaję mu rację.

1 komentarz:

  1. Hm... no to może pójdę, skoro ma być wojna ;)
    Ale nie sądzę, żeby. Idee religijne wygasają w naszym kraju.
    Kończy sie era krucjat, a zaczyna era galerii.
    - ovoo

    OdpowiedzUsuń