czwartek, 2 listopada 2006

pierwszy śnieg

tak jest. mamy 2 listopada i za oknem pada śnieg, chwilami nawet dosyć intensywnie. Dzień, w Którym Pada Pierwszy Śnieg zawsze był dla mnie czymś w rodzaju osobistego święta.

piątek, 13 października 2006

Museum of Art w Denver

Ale żeby jakoś się przetrwać to chwilowe poczucie zastoju i rozpadu (to żadna sprzeczność), oddaję się - oprócz zajęć domowych, co ma skutek tyleż terapeutyczny, co bardzo wymierny i praktyczny w dodatku - tropieniu rozmaitych kiedyś śledzonych wątków.
Skończono budowę Muzeum Sztuki w Denver, zaprojektowanego przez Daniela Libeskinda. Recenzent w New York Timesie trochę się wyzłośliwia, ale budynek imponuje rozmachem i wizjonerstwem, nawet jeśli "nie brzmi" całkiem nowo. Nie musi. Prace Libeskinda mają w sobie coś, co każe ponownie przemyśleć sobie, jak smakuje przestrzeń.
Kiedy, och kiedy, och kiedy znowu będę spacerować po moście willamsburskim? kiedy, och kiedy, och kiedy znów zgubię się w strandzie? BARDZO brakuje mi Ameryki.

no flashback / flashback all the time

albo jakiekolwiek powroty do czasu minionego są absolutnie niemożliwe, albo moje życie jest jednym wielkim flashbackiem i żartem z pamięci (rozpadającej się spektakularnie).

W każdym razie nadszedł październik i wymazał moje wakacyjne wspomnienia. Zresztą jak mogłoby być inaczej, jeśli wygląda to np. tak: czwartek - zajęcia, wieczorem koncert po spotkaniu z Olgą Tokarczuk w Alchemii (dobrze, ze pojawiła się - coraz rzadsza już - piękna przyjemność z uczestnictwa, spotkania i muzyki), kładziemy się spać w podniebnym mieszkanku Madzi na Sebastiana wyjątkowo wcześnie, jak na taką okazję bo ok. 1.00; piątek - wstaję o 5.00, o 6.00 siedzę w intercity do W-wy, pędzę na spotkanie w sprawie prezentacji jednego ze szkolen, które współprowadzę, o 12.05 siedzę w pociągu powrotnym, zahaczam o Kraków, wracam do domu, padam wycięta i śpię jak zabita (w międzyczasie Madzia nadjeżdża z K-wa ostatnim autobusem o 2.00); sobota - wyjazd z ekipą telewizyjną na Słowację, kręcimy jakiś siedmiominutowy fragment dla programu "Kwartet" (tzn. jeździmy o głodzie przez cały dzień po uroczych zakątkach i powtarzamy kolejne "dokumentalne" ujęcia, póki jest ekspozycja, odwiedzamy Michala Smetankę w oddalonej o 60 km od Starej Lubovni wiosce, sytuacja jest napięta, bo realizator nie może się zdecydować: plener czy dom, na szczęście wspólne granie trochę uzdrawia atmosferę, wieczór kończymy w Starej Lubovni, nareszcie jem cokolwiek - pierwszy posiłek tego dnia, o 17.00, idziemy na nieistniejący pociąg do Popradu, okazuje się, że pojedziemy dopiero tym o 22.30, w pewnym momencie ziemia chwieje się pod stopami, ale nie ma nic wspólnego z frankovką modrą wypitą do obiadu. Docieramy wreszcie do pani Dargockiej w Spiskiej Sobocie i walimy sie spac. Bo oczywiście rano nie ma co tracić czasu, ruszmy w Tatry.

I nawet Tatry mi nie pomogły. Mam grypę (nic dziwnego, po takich trzech dniach i spotkaniu z kaszlącą Madzią oraz zakatarzonym Slavem) oraz ogólnie nie jest dobrze. Żeby nie powiedzieć wręcz, że całkiem niedobrze.

piątek, 29 września 2006

flashback part 1.


Góry są wielkie, a ja malutka... to Boguś, złotko, zrobił taką fotkę - na prośbę, żeby uwiecznić mnie z fragementem tej części Pirinu, która zbudowana jest z białego marmuru. Więcej fotek wkrótce na Flickrze. A tu będzie więcej flashbacków.

wtorek, 26 września 2006

jesień...

...ale za to jaka piękna! wróciłam z wakacji prosto w wir spraw rozmaitych. w Pirinie było doskonale... w pięć osób biwakuje się w wysokich górach dużo lepiej niż we dwójkę. znowu stanęłam na szczycie Wichrena - to bardzo piękna góra, bardzo dla nas łaskawa, bo znów zaoferowała nam piękną widoczoność. powietrze nie było wprawdzie tak krystaliczne, jak 3 lata temu, ale za to udało nam się zejść z gór przed wyraźnym załamaniem pogody. tym razem kozice się nie pojawiły i zamiast uroczego biwaku w sielankowym otoczeniu Mozgowiszkiego Ridu musieliśmy wybrać (ze względu na deszcz) noclegownię nad Tevno Ezero. to kolejna lekcja elastyczności - plany i marzenia zazwyczaj przybierają zupełnie inne kształty, sęk w tym, żeby sobie z tego powodu nie robić "ciężkiej głowy", jak mówią Słowacy. co prawda długotrwała praca naukowa pozbawiła mnie trochę kondycji, ale i tak jestem z siebie dumna - 10-godzinny trekking znad Tevno Ezero do Rożena poszedł jak z płatka. było dość ekstremalnie, nawet w Himalajach nie robiliśmy takich tras - kolano czuję do tej pory. zejście w jeden dzień z ponad 2500 m na niespełna 600 npm. to jest coś. Od skalistych szczytów i alpejskich łąk przez bukowe i dębowe laski do drzew obwieszonych słodkimi figami i uginającej się od ciężaru owoców winorośli. A najfajniej było nudzić się trochę w Melniku. Bogdan i Ewa fotografowali, my tym razem oddaliśmy się smakowaniu życia. Przeywieźliśmy wreszcie wymarzoną tamburę, okazało się, ze jest to ośmiostrunowa "Pirin tambura" i na razie jest moim ulubionym instrumentem, bardzo się z nią zżyłam. Marek kupił sobie bardzo ładnie strojącą dvojankę, nie jest wykluczone, że niebawem dotrze do nas kaval.

piątek, 8 września 2006

lost 2

no i się zaczęło. ale już od pojutrza będę zagubiona w znacznie przyjemniejszy sposób, po krótkim (3 dni!!:-((((() pobycie w Sinemorcu przerzucamy się w góry Pirinu. chcemy powtórzyć brawurowe przejście z 2003 roku: Bansko - Wichren - Mozgowiszki Rid (pod szczytem KAmienicy) - chiża Pirin - Rożen - Melnik. Żal mi trochę ciepłego morza, ale nie wyobrażam sobie, że mogłabym zmarnować całe 12 dni wolnego z dala od jakichś wysokich gór (wysokich, to znaczy przynajmniej 5 dni ponad granicą lasu). To miałyby być baaardzo długie wakacje, rok temu marzyliśmy o miesiącu w Bułgarii, a okazało się, że są to moje najkrótsze wakacje od jakichś 5 - 8 lat. No cóż, może nadrobię na nartach zimą. I mamy jeszcze jedną zaległą wycieczkę rowerową na Węgrzech, przez Góry Bukowe. Oraz niezrealizowany wypad w Tatry, w tym roku była w Tatrach tylko 2 razy. Może lepiej zacznę się pakować.

czwartek, 31 sierpnia 2006

nothing

znowu mam do dyspozycji telewizję, która zresztą coraz częściej mnie nudzi. filmy to filmy, telewizja to telewizja. wkręciłam się w "Lost", więc chyba zacznę oglądać drugą serię. w każdym razie wczoraj HBO uraczyło widzów świetnym i zabawnym "nothing" (w polskiej wersji "wielkie nic") Vincenzo Natali. przez chwilę nawet poczułam się przyjemnie oderwana od podłoża, a przez głowę przemknęła mi myśl "a jeśli rzeczywiście żadne oczekiwane reguły prowadzenia narracji nie mają tu miejsca?". muszę przyznać, że pojawił się przyjemny dreszczyk emocji mający coś wspólnego z lękiem przed zagubieniem w pustce. ale oczywiście takowe reguły są nie do ominięcia, jeśli opowiada się cokolwiek :-))) w każdym razie pewnie jest to jeden z najtańszych filmów - wystarczy blue box:-)) albo jedno pomieszczenie wyłożone białym, sprężynującym materacem.

środa, 30 sierpnia 2006

dzikie kaczki

... są bardzo agresywne. przekonałam się nad jeziorem pod Sejnami. jedna taka wypadała z sitowia z głośnym gdkaniem, ile razy zobaczyła na pomoście kogoś z czymkolwiek do jedzenia w ręku.

całe dwa tygodnie spędziłam "out in the woods", czyli w dziczy. prowadząc warsztaty. najpierw na Kaszubach, później na Suwalszczyźnie. nawet z zasięgiem było tam kiepsko, co dopiero z internetem czy czymś podobnym. czułam się tak, jakbym spędziła ten czas daleko od Polski, newsy zaczęły do mnie docierać dopiero po powrocie. między innymi taki, że jestem "wykształciuchem natargetowanym". wygląda na to, że z tytułem doktorskim będzie trzeba się kryć po krzakach niedługo... kto ogląda "szkło kontaktowe" (program absolutnie kultowy, bo dający chwilę oddechu od zatykania się codzienną frustracją), ten wie. kto nie wie, niech zajrzy na forum

mówię sobie, że dystans do tego wszystkiego jest koniecznym warunkiem zachowania zdrowia i że wejście w polski dyskurs publiczny jest obecnie zanurzeniem w gnojówę (a raczej w PiSuar i to bynajmniej nie Duchampa), ale mimo wszystko czasami wkurza. jeszcze częściej frustruje. bo przewidywalność męczy.


piątek, 11 sierpnia 2006

znowu pakowanie

jutro ruszamy do Kieżmarku (Słowacja), gramy tam na festiwalu Lokal Life
na szczęście to tylko 80 km stąd, więc jutro wieczorem będziemy w domu. możliwość spania we własnym łóżku jawi mi się jako coraz cenniejsza. zwłaszcza, że już pokutrze wyjeżdżam na 2 tygodnie i to wcale nie na wakacje (Marek wróci wcześniej, szczęściarz) tylko na warsztat za warsztatem. Kaszuby i Suwalszczyzna. Miejsca w Polsce, które uwielbiam, ale do pracy potrzebuję dobrej kawy z prawdziwej maszyny (stały wątek) i jedzenia, które jest wegetariańskie a nie bezmięsne. I w ogóle odrobiny wygody. Praca to praca, wakacje to co innego, wtedy mogę się myć w jeziorze. Raz na 3 dni. Dobrze chociaż, że na Kaszubach ma gotować Tadziu Bylica - to sprawdzona firma (ech, te uczty w niegdysiejszej Tęczowej Dolinie...) i nie widzieliśmy się kopę lat.
Choć trzeba uważać, podobna za wegetarianizm teraz przesłuchują na policji (patrz artykuł w Przekroju o sektofobach - wreszcie ktoś nazwał te parafiańszczyznę, ciemnotę i idiotyzm po imieniu...)

środa, 9 sierpnia 2006

mikrokosmosy


Ester z Tolmina przysłała dzisiaj fotkę znad Socy. To przynosi ulgę - wiedzieć, że to miejsce istnieje za naszymi plecami...
Po powrocie z Tolmina sięgnęłam po Mikrokosmosy Magrisa. Inaczej się czyta tę natchnioną opowieść o Mitteleuropie, kiedy dopiero co było się w niej zanurzonym po czubek głowy. Czy może być bardziej metaforyczna trasa, niż z Krakowa przez Budapeszt do Ljubljany? (Owszem, z Krakowa przez Wiedeń do Ljubljany:-) Magris przynosi też, jak zwykle, kilka odpowiedzi, które są pomocne w wyartykułowaniu właściwych pytań. Kilka brzmień staje się w każdym razie zrozumiałych, kiedy czyta się o przejściu do sproblematyzowanej Mitteleuropy, wielkiego i melancholijnego laboratorium kultury jako źródła cierpień, które dobrze wie, co to pustka i śmierć. (s.67) Lepiej rozumiem też, skąd ten ból głowy po powrocie i uczucie klaustrofobii po lekturze tutejszej prasy i spacerze ulicami. To dlatego, że wszelka endogamia jest toksyczna; także college, uniwersyteckie kampusy, ekskluzywne kluby, klasy pilotażowe, zebrania polityków i sympozja poświęcone kulturze stanowią negację życia, które przypomina raczej port morski. (s.12) Polska jest taką Magrisowską pseudokawiarnią (to taka, w której koczuje jedno plemię); tutaj istnieje przymus należenia do ściśle określonych obozów, wrogich wobec innych - równie dogmatycznych. Dlatego coraz większym zniechęceniem napawa mnie tutejszy anty(i alter-) globalizm, ruch ekologiczny, feministyczny i każdy inny. Brak powietrza. Istnieje tylko dialektyka i u-ja-rzmienie. Duchota restrykcyjnych polityk tożsamości, ślepcyh na własne uzurpacje. Marzy mi się ucieczka od tożsamości, bo wszelka tożsamość jest także nieznośna, ponieważ, aby istnieć, musi nakreślić linię podziału i odepchnąć tego, kto znalazł się po drugiej stronie. (s. 38) To dlatego tak przyjemnie jest się roztopić w środowisku ljublańskiego hostelu, budapeszteńskiej ulicy albo pociągu do Jesenic, gdzie przeplatają się brzmienia słoweńskie, włoskie, niemieckie, angielskie, francuskie, węgierskie, czeskie i słowackie. Wbrew poglądowi, który funduje tutejszy dyskurs o "tożsamości narodowej" (tfu, tfu, zgiń, przepadnij maro piekielna!), nie oznacza to ani bezkształtnej, niesprecyzowanej kosmopolitycznej przeżutej papki, ani też nie jest opartą na etnocentrycznym i w gruncie rzeczy rasistowskim koncepcie (ulubionym przez berlińskich lewicowców z tamtejszych pseudokawiarni) multi-kulti. Niektórzy potrafią zachować wrażliwość na miejscowe wartości, a jednocześnie nie żywić owego fizycznego poczucia przynależności do wspólnoty, które tak często czyni bezmyślnym i regresywnym odkrywanie na nowo tożsamości i etnicznych korzeni (...). (s.39) Niektórzy tak. Tutaj prawie się to nie zdarza, zazwyczaj chodzi jednak o to, żeby przyłączyć się do plechy, takiej czy innej. I jeśli być może jedynym sposobem na to, aby zneutralizować śmiercionośną moc granic, jest opowiadać się zawsze po drugiej stronie (s.68) to trzeba nauczyć się żyć z tym niewygodnym a czasem bolesnym poczuciem, że zawsze i nieodwołalnie przynależy się do niemile widzianej mniejszości, a raczej całej ich gamy. Bardziej od tych z "innego obozu" nienawidzi się tutaj tych, którzy nie należą do żadnego.
Na marginesie: to żałosne, że batalia o Rospudę przypomina wszystkie poprzednie - Czorsztyn, górę św. Anny, Tatry... Powtarza się ten sam wariant: gazeta rozgrywa swoje batalie posługując się ekologami, ci cieszą się jak dzieci z kilku słów rzuconych na wiatr przez prezydneta oraz z Poparcia Bardzo Szanownych Osób Różnej Maści (jeden z guru ekologicznych niegdysiejszej epoki mawiał przy takich okazjach o "poparciu tuzów życia społeczno-kulturalnego") a także rozgłaszają, że przykują się do drzew. Geeez, nic nowego od 1987 roku? Czy zawsze chodzi tylko o to, żeby dzieciaki (w różnym wieku) mogły się przechadzać w nimbie męczenników? Czasem przeklinam swoją pamięć (a także niewygodną wiedzę o dalszym ciągu losów niektórych z niegdysiejszych wojowników)... Gdyby ekolodzy wyszli kiedyś ze swojej pseudokawiarni...

poniedziałek, 7 sierpnia 2006

Sajeta 2006


i już w domu. i już po Sajecie. nawet 7 dni deszczu w Alpach Julijskich jakoś ostatecznie nie przeszkadzało. Jasne, że chcieliśmy popływać canoe po Soczy i wyjść na Tolminski Triglav, ale plany i życzenia mają to do siebie, że rzadko się w pełni spełniają. Było inaczej. Koncerty w większości w klubie Mink obok Mercatora (były schron przeciwatomowy, co my mamy z tymi schronami - od Kalifornii po Słowenię), na Sotocju odbył siętylko jeden (i to najnudniejszy, żałosna forma nadętej i pretensjonalnej "nowej elektroniki" z Francji, w nimbie rewolucyjnej krucjaty anty-kapitalistycznej, oczywiście z nadgryzionym jabłkiem na pierwszym planie, a jakże oraz koleżka z Niemiec, który tak naprawdę chciałby robić disco, tylko nie wypada tak zupełnie oddać się niskim przyjemnościom). Dwa najlepsze koncerty: świetny Suchar-Majewski Mikrokolektyw (część Robotaobiboka) oraz fenomenalny Zlatko Kaucic z Trevorem Wattsem - w roznych konfiguracjach, solo i w duecie. Tym razem nie graliśmy koncertu, prowadziłam warsztaty głosowe (ale osiągnęliśmy niezły wynik: całkiem sporo sprzedanych płyt i dwie wzmianki w słoweńskim Delo relacjonującym rzetelnie każdy dzień festiwalu). Bardzo pięknie nam się z grupą warsztatową śpiewało - nagraliśmy efekt końcowy w trzech wersjach i kto wie, może nawet będzie z tego jakaś płytka (po zmiksowaniu). W Słowenii znakomicie się pracuje i przyjemnie podróżuje - ludzie są mili, otwarci, przyjacielscy i porządni. Na przykład sami z siebie dadzą zniżkę na pokój w hostelu w Ljubljanie (bo już kiedyś tam nocowaliśmy) albo konduktor nie policzy za przejazd pociągiem "bo to przecież tylko jedna stacja". Że już nie wspomnę o bardzo wzruszających powitaniach i pożegnaniach. POjawiły się też smutne wieści - jeden z Tolminskich Madrygalistów (pasterz) w listopadzie popełnił samobójstwo... Szulc nie mógł przyjechać, nie mógł zostawić swoich krów, bo ze względu na straszliwą suszę musi donosić im codziennie wodę do picia na halę... Susza rzeczywiście pozostawiła swoje piętno - bukowe lasy, którymi pokryte są stoki nad Soczą wyglądały wręcz na przypalone.
Poza tym wszystko w Tolminie idzie swoim trybem - znowu piliśmy codzienną kawę w Gostilni Pri Kranjcu (oraz ze względu na uporczywy deszcz zajrzeliśmy chyba do wszystkich miejscowych barów, kawiarni i okrepcewalnic). Jedzenie serwowała tym razem stołówka Dijaskiego Domu (bo noclegi już nie w Paradiso, które właściciel chyba nie bardzo jest za festiwalem - ale który ozdobił za to wejścia świecącymi palmami i pomalował cały przybytek w kolorze fuchsia + zielonym). Było kilka wpadek (ryż z sosem pomidorowym, brrrr....), ale za to było też dużo warzyw i owoców (w pełni dojrzałe brzoskwinie...). No i dostaliśmy słynną tolminską frikę, miejscowy przysmak z jajek, ziemniaków i sera, o którym wspominał nasz przypadkowy towarzysz z pociągu relacji Budapeszt - Ljubljana (osiem godzin zygzakowania po Europie Środkowej). Jak się już człowiek przyzwyczaił do egzotycznych zestawień (np. polenta z friką - tzw. dzień "żółty"), to kuchnia okazała się zupełnie smaczna (zwłaszcza w porównaniu z tzw. analogicznymi sytuacjami w Polszcze, gdzie stołówki zawsze serwują zdechłą marchewkę w charakterze warzyw a kuchnia wegetariańska oznacza granulat sojowy bez końca pod różnymi postaciami). Ech, i to wino z plastikowego kanistra w Minku... Teraz będę mieć problem - lepszy refosk słoweński czy Melnik w Melniku. A może tokaj w Tokaju? Pod koniec jesieni trzeba będzie rozstrzygnąć ten ranking robiąc zapasy winne na zimę. Tylko gdzie tu nabyć refosk u nas? Trzeba będzie ruszyć przez Budapeszt i Ljubljane na alpejskie szlaki. Co sobie i tak obiecujemy już po raz drugi - tym razem jednak bogatsi w doświadczenie. Do Słowenii bardzo ładnie i stosunkowo niedrogo daje się dojechać pociągami przez Budapeszt. W dodatku koleje węgierskie i słoweńskie są bardzo przyjazne dla rowerzystów. Nie to, co PKP, gdzie - owszem, trafiają się wagone do przewozu rowerów, ale generalnie kolejarze to czerstwe kazie (Elokwentny Kaziu, jak widziałam na Onecie szerzy swój infantylizm za pomocą bloga) i traktują nas zawsze chamowato, a o pomocy z ich strony można tylko pomarzyć. W Słowenii i na Węgrzech przedziały do przewozu rowerów są w KAŻDYM pociągu, a cały wysiłek rowerzysty sprowadza się do podprowadzenia roweru pod taki właśnie oznaczony przedział.
A po powrocie - jak zwykle. Wsiedliśmy do taksówki pod dworcem o 4.55 rano i powitało nas sączące się jadowicie ("nawiedzony" głos) Radio Maryja. Chamowaty taksówkarz przywitał nas - rozgrzanych jeszcze budapeszteńskim ciepełkiem - stwierdzeniem, że nareszcie pogoda jest świetna, bo się ochłodziło i deszcz "polewa"... Jak widać, ze słuchaczami Radyja nie możemy się zrozumieć w najprostszych kwestiach...
Będzie być może kilka zdjęć (choć aparat to niezupełnie Zorka 5)


czwartek, 3 sierpnia 2006

a w Tolminie leje jak z cebra...

no i co, mielismy plywac sobie po Socy, a tu trzeci dzien ulewa... na szczescie wieczorem troche ustaje i wychodzi slonce. ale Tolmin jak zwykle - dobra kawa w Gostilni pri Kranjcu, wysmienite czerwone wino, wszelkie dobra w Merkatorze i wieczorna muzyka. wiecej jak troche swiat wyschnie.

czwartek, 27 lipca 2006

sesja

w międzyczasie skończyliśmy nagrywać nowy materiał. trwało to jakiś miesiąc (regularna praca co tydzień), nareszcie mamy studio pod nosem i nie trzeba nigdzie jeździć. trochę zaskakująca muzyka, również dla nas. Po raz pierwszy wydamy płytę bez głosu, wyłącznie instrumentalną. "Królową Śniegu" (zmiksowaną przeze mnie z terenowych nagrań zimowych + głos) zostawiamy na jakąś inną płytę, być może będzie to moja solowa płyta, a może pójdzie na split z Merzbowem (też dla VIVO).
Pojutrze w nocy ruszamy do Tolmina (nareszcie!), jednak przez Budapeszt, a nie przez Wiedeń, pociągiem. Znowu wsiądziemy do znajomych wagonów, tym razem Hidasnemeti zostanie za szybą...

poniedziałek, 24 lipca 2006

wyprawa węgierska


o 3.05 w nocy wysiedliśmy z pociągu budapeszteńskiego, żadnej uchwytnej różnicy, jeśli chodzi o temperaturę i gęstość powietrza... ale po kolei.

Dzień pierwszy - 20.07
wyszliśmy z pociągu w Hidasnemeti trochę za wcześnie, podszedł do nas kolejarz z groźną miną i kazał wsiąść z powrotem do pociągu - nie było jeszcze odprawy paszportowej. wreszcie wysiedliśmy po raz drugi (a rowery stały na peronie) i już wszystko było OK. znalezienie drogi na Gonc (brakuje mi węgierskich znaków) nie było takie trudne i już po ok. godzince piliśmy sobie znakomitą kawę w wiosce Goncruszka (nadaliśmy jej kryptonim Goncgruszka), w jakejś wiejskiej korcsma przydrożnej (karczma, jasne!), pod olbrzymim orzechem. Tak właśnie kojarzą mi się rowerowe Węgry - ciepłe, aksamitne poranne powietrze i znakomita kawka gdziekolwiek. Poczucie zagubienia (bo ledwo takie miejsce istnieje na mapie i nikt by nas tam nie wypatrzyl) i odnlazienia (bo odnajduję się poza wszystkimi terminami i pieklem kalendarza zsynchronizowanego z organizerem i zegarkiem). A później ruszyliśmy - smak wolności czuję tylko na rowerze. to najwłaściwszy sposób podróżowania wakacyjnego, w samochodzie jest się oddzielonym od przestrzeni, ciągle trzeba czegoś pilnować, zawsze coś jest zapakowane w innym miejscu, niż by się chciało, zatrzymanie się w miejscu, które wydaje się interesujące, zazwyczaj jest impulsem nie w porę (bo zakaz skrętu, bo nie ma gdzie zaparkować, bo jest za gorąco) - jednym słowem, kula u nogi. Na rowerze ma się ze sobą tyle, ile potrzeba (niewiele) i w tych skromnych zasobach jest się panią swojego losu. Do moich skromnych zasobów zaliczyłam tym razem "Pasaże" Benjamina - wozić ponad 1000 stron na rowerze jest łatwiej, niż nosić w plecaku.
Po lewej majaczyły nam Zempleni-hegy (czyli Wzgórza Żemplińskie), gdzieś przed nami krył się Tokaj, o którym marzyliśmy od kilku lat, od chwili, kiedy przejechaliśmy kiedyś samochodem most nad Cisą (oczywiście - nie zatrzymaliśmy się wtedy, bo trzeba było jechać dalej). Wioski węgierskie są niezwykle urocze, czyste, zadbane, kwiaty w niesamowitych miejscach (np. na przystanku autobusowym albo na słupach z oświetleniem). W takiej wiosce chce się - i można - zatrzymać. W Vizsoly przepiękny kościół kalwiński (zbudowany w XIII w.), jeden z tych reformatus templom, które tak licznie spotyka się w północnych Węgrzech. Bardzo lubię tam wchodzić - skromne wnętrze, atmosfera skupienia, żadnej nawiedzonej barokowej psychozy. prawie zupełnie świeckie wnętrze i brak ołtarza. Zachodni odpowiednik zen, w pewnym (dość odległym) sensie. Oprócz tego kościół rzymsko-katolicki i cerkiew. Przy wyjeździe ze wsi winne piwniczki, cała dzielnica. Po drodze majaczy sylwetka niesamowitego zamku Boldogkovaralja Niestety, strona www - podobnie jak Vizsoly i wielu innych miejsc - tylko po węgiersku. Pozostaje nauczyć się w końcu tego języka.
Robi się jednak coraz goręcej, do zamku 2 km raczej pod górkę (trzeba zboczyć z trasy), zadowalamy się więc majestatyczną sylwetą, która towarzyszy nam przez kilka kilometrów. W Tallya czas na sjestę. Zapadamy w ponad dwugodzinną drzemkę na jakichś ławkach w parku otaczającym miejscową szkołę (kiedyś był to chyba pałac, sądząc po piktogramach). Ruszamy dalej ok. 14.00 i szybko okazuje się, że upał jest straszliwy. Zwłaszcza, że droga prowadzi przez ścierniska, z których ciepło bucha, jak z otwartego pieca, a droga zaczyna wznosić się na mniejsze i większe wzgórza. Każda góra (nawet najwyższa) ma jednak dwa końce i kompensujemy sobie wylany pot przyjemnie zjeżdżając do Mad. Wioska jest absolutnie niezwykła, z pięknymi domami, olbrzymią, świeżo odrestaurowaną piękną synagogą, którą - jak można wywnioskować z tablicy - zbudowali Litwacy i Żydzi z Polski. Jest oczywiście reformatus templom, ale nie udaje się zajrzeć do środka.
Wybieramy boczną drogę i przez Tarcal podążamy do Tokaju. Gorsze od jazdy pod górę w pełnym słońcu jest tylko zmaganie się z równiną w pełnym słońcu. Nie cierpię równin! Jazda na rowerze męczy mnie tysiąc razy bardziej niż górskie odcinki, gdzie wprawdzie wiele potu wsiąka w rękawiczki (konieczne, żeby zmieniać przerzutki), ale za to te zjazdy! te widoki! I wysiłek jest może intensywniejszy, ale za to zawsze później przychodzi ten moment upajania się prędkością odczuwaną całym ciałem, a nie tylko przez szybę samochodu. Dojazd do Tokaju dłuży się niesłychanie. Zwłaszcza, że rzekoma boczna droga wcale nie jest taka boczna i TIRy co i rusz prawie spychają nas na pobocze.
Wreszcie - jest. Cisa, most, restauracja nad brzegiem. Centrum Tokaju za rogiem. Nie mamy siły szukać dalej, sałatka grecka okazuje się nieporozumieniem, ale za to wino... genialne. Znajdujemy kemping (Tisza Virag) i dostajemy pokoik za ok. 90 zl (na dwie noce!). Bardzo czyste łazienki, przyjemnie urządzony bufet, na miejscu wino tokajskie (a jakże). Ciepły wieczór zachęca do spaceru, rozkoszuję się atmosferą małego, sennego miasteczka z czymś w rodzaju małego ryneczku (z paskudnym Tokaj Aruhaz - czyli domem handlowym chyba - na jednaj ścianie), gdzie mieszkańcy przychodzą, żeby się spotkać i porozmawiać. Nie czujemy się tutaj obco, wbrew pozorom nie ma wielu turystów (nie licząc krzykliwych, jak zwykle Rosjan - okrzyk "Ruski w gorodie!" zabrzmiał trochę... hm... jak to ująć i nikogo nie obrazić... - i polskich rodzin w drodze nad ciepłe morza, pojedynczych grupek Francuzów i Niemców). Tokaj jest taki, jaki sobie wymarzyliśmy.

Dzień drugi - 21.07
Leniwy. Kawa w Bachus Etterem (kombinacja pizzerii z cukiernią) na rynku, lektura Benjamnina na laweczce w cieniu. Upał. Czasem moczymy się przy studni albo jemy lody. Zmiana ławek na bardziej zacienione w pobliżu parafii ewangelickiej, w bardzo urokliwym zakątku, jak z obrazów Friedricha - omszałe pomniki i kamienne mury pokryte bluszczem. Drzemka za wczoraj, za dziś i za ostatnich kilka miesięcy. Refleksy słońca na pniu i liściach platana wyraźnie odcinających się od błękitu. Głosy wilg i brzęczenie much.
Po południu wypożyczamy canoe i ruszamy w górę Bodrogu a potem jeszcze trochę Cisą. Obie rzeki piękne, ale woda nie zachęca do pływania. Lepiej pozostać przy własnej florze bakteryjnej. Przyjemność zakłócają odgłosy grzmotów, dalekie błyskawice i podmuchy wiatru. Zbiera się na burzę, więc przybijamy do brzegu.
Szybki prysznic i ruszamy do centrum. Burza rozeszła się gdzieś po bokach. Kręcimy się bez celu tu i tam. Odkrywamy piękną synagogę, właśnie zakończono odnawianie. Jest piątek wieczorem i na ulicach spotykamy Żydów podążających do synagogi: cała rodzina a dziećmi, młody chłopak, starszy pan w czarnym kapeluszu - coś, czego u nas nie da się już właściwie zobaczyć, albo bardzo nieczęsto. A przecież to żywa wyrwa w organizmach wielu miast - część naszej pamięci, która zanikła, którą zniszczyliśmy; ludzie, których już nie ma; kultura odświeżana tylko od święta i z oporami, sprowadzana do roli muzealnego eksponatu. Przypominamy sobie rozmowę z Lanny Harrison w Nowym Jorku - jak trudno o polsko-żydowskiej historii rozmawiać bez emocji i jak wiele emocji jednak drzemie w ukryciu. Zresztą, co to znaczy, polsko-żydowskiej? Czy da się przeprowadzić wyraźną kreskę? Im mocniej będziemy wypierać tę część naszej pamięci, tym ubożsi będziemy. Czuliśmy to w Nowym Jorku, czujemy to w Tokaju.
Przypadkiem - ale przecież nie ma przypadków - trafiamy na koncert muzyki dawnej w urządzonej w kościele galerii. Francuskie tańce barokowe brzmią tutaj znakomicie - tylko na żywo można docenić klawesyn - bogactwo i barwy brzmienia, głębokość rejestrów basowych... Szkoda, że nie będzie nas tutaj za dwa dni - w programie mój ulubiony Telemann...
Dzień kończymy na wyśmienitych langoszach, przy których uwija się cała rodzina - dziewczyna świetnie mówi po angielsku, co jest dużą ulgą. Warto poczekać, aż nadejdzie nasza kolei i świeżo wyciągnięte z gorącego oleju placki trafią do naszych rąk.
Jeszcze tylko wizyta w słynnych piwnicach Rakoczych, gdzie - oprócz smakowania tokaju - daje się schronić przed upałem.

Dzień trzeci - 22.07
Awanturniczy. Decydujemy się nas wjazd wgłąb wzgórz, o których piszą w ulotkach informacyjnych, że są "nietknięte ludzką ręką". Brzmi zachęcająco. Niczego nie planujemy, prócz tego, żeby dotrzeć do wioski Basko, gdzie kończy się asfaltowa droga, ale gdzie - jak się wydaje patrząc na inne mapy - powinny być jakieś leśne drogi na drugą stronę wzgórz. Jak się uda, to wieczorem znajdziemy się w Sarospatak. Początek niezły - w Bodrogkeresztur nabywamy morele prosto z drzewa. Z dwoma kilogramami z głodu nie zginiemy. Na drodze ekspresowanej pojawia się znak "zakaz poruszania się rowerów", co oznacza, że kierują nas na boczną, równoległą do oblężonej "37". I dobrze, nareszcie odpoczynek od TIRów. W Szegilong zjeżdżamy w kierunku Erdobenye, które okazuje się kolejną uroczą wsią (małym miasteczkiem) pełną piwnic winnych, a później dalej, w kierunku "kopców". Za wsią robi się rzeczywiście dość odludnie - to są Węgry, które kochamy - laski dębowe, pojedyncze drzewa na łąkach pokrywających wzgórza, otwarta przestrzeń. Z daleka słychać odgłosy burzy, ale niespieszne, jedziemy więc dalej. Droga do wsi Sima okazuje się być niezłym podjazdem (bo wcześniej zjeżdżaliśmy z przełęczy przyjemnie zacienionym laskiem bukowym). W Sima na znużonych wędrowców czeka coś, co można sobie tylko wymarzyć - bardzo przyjemnie zadaszony przystanek autobusowy, a właściwie piękna, drewniana altana z - a jakże inaczej - studnią w pobliżu. Poczekamy tu, aż przejdzie burza. Jest sielsko. Wioska raczej letniskowa, ale w ogóle wioski węgierskie nie są wsiami chłopskimi, jak u nas, gdzie w niedzielę można oberwać za sam fakt bycia obcym i gdzie coś takiego, jak dobro wspólne po prostu nie ma racji bytu (tu jeszcze nie widzieliśmy zniszczonej ławki czy rozbitej szyby w budce telefonicznej). Mitologię wsi w Polsce (gdzie tradycje chłopomańskie mają przecieć dość mocne korzenie, jak wiadomo z literatury) mogą uprawiać tylko ci, którzy trafiają tam od święta albo ci, którzy lubią wiejską, siermiężną rubaszność zaprawioną sporą dozą mocnych alkoholi.
Burza powoli przemieszcza się gdzieś nas południe, decydujemy się więc na Basko. Znów przepiękny odcinek drogi, niemal zupełnie pusty, jeśli nie licząc pary orłów, które patrzą na nas z góry. Basko jest inną wsią, niż te, które mijaliśmy po drodze. Nie możemy oprzeć się wrażeniu, że silniejszy tutaj element wołoszczyzny, którą u nas zna się z wysoko położonych przysiółków. Jak było do przewidzenia - asfalt znika, kamienista droga wchodzi w las. Niczym nie zrażeni pniemy się do góry. Na razie kierunek się zgadza, topografia też. Tyle tylko, że nasza mapa, to drogowa mapa całych Węgier... Towarzyszą nam błękitne wstążki zawieszone w regularnych odstępach na drzewach, uznajemy więc, że dokądś nas ta droga zaprowadzi. Sytuacja zaczyna się komplikować, kiedy droga ostro skręca na wschód (a powinniśmy na północ) i zamienia się w drogę zrywkową z potężnymi koleinami wyżłobionymi przez ciężki sprzęt leśny... Brniemy dalej, bardziej prowadząc rowery (a raczej przenosząc je przez potężne wądoły) niż jadąc, sprawę pogarszają całe stada gzów (muszą tu być gdzieś w pobliżu jeszcze jakieś duże ssaki - oprócz nas oczywiście, za chwilę okazuje się, że dziki). Robi się coraz mniej zabawnie, ale za to interesująco. Kompletnie nie wiemy, gdzie jesteśmy. OK, na Węgrzech, w Zemplen-hegy. Góra dzień drogi od najbliższych wsi w każdym kierunku. Ale... cywilizacja zniknęła nam za plecami a od północy znów się chmurzy i grzmi. Rozmyślając nad nietrwałością ludzich śladów na Ziemi staram się nie myśleć, że są to wzgórza wulkaniczne i nie przypominać sobie, jak wyglądała burza, którą przeżyliśmy kiedyś na innej wulkanicznej górze, Poljanie na Słowacji, gdzie pod drzewami leżały świeże drzazgi ponad metrowej długości odłupane przez pioruny... Droga zrwykowa konsekwentnie zmierza jednak w dół i zaczyna w ogóle przypominać drogę leśną. Słychać głosy - to jacyś węgierscy rowerzyści (na górakach, my na trekkerach obiążonych dodatkowo sakwami), na szczęście znają angielski. Patrzą na nas i chyba trochę się podśmiechują po udzieleniu nam informacji, gdzie właściwie się znajdujemy (zwłaszcza, kiedy wyciągam tę naszą mapę drogową Węgier...). My też się z nich podśmiechujemy w duchu, bo wiemy, co ich za chwilę czeka. Rozstajemy się więc w ogólnej wesołości. Okazuje się, że jesteśmy blisko Erdohorvati, a więc zrobiliśmy dużo większy skrót (i dużo dla nas dogodniejszy) niż pierwotnie planowaliśmy (bo liczyliśmy, że uda się dojechać do Mogyoroski).
Zjeżdżamy i zjeżdżamy, rowery ledwo wytrzymują naprężenia i obciążenia (zastanawiam się, ile wytrzymają moje piszczące żałośnie hamulce). Ale - jest! jest! Prawdziwy asfalt! Prawie całujemy czarną nawierzchnię. I myjemy się przy studni, bo inaczej ludzie we wsi mogliby nas wziąć za duchy gór albo coś w tym rodzaju (mieszanka smaru i czerwonego błota, w które wielokrotnie wpadaliśmy). Na dole zatrzymujemy się przy karczmie. Jeszcze nigdy Schweppes Lemon nie smakował tak, jak teraz (zagadka: dlaczego nie ma go w Polsce, to musi byc jakiś UKŁAD). Zatrzymujemy się przy stosiku z preclami obok jakiegoś domu. Dwóch mężczyzn, jeden zagaduje nas po polsku. Jest dość zagadkowy, mówi, że ma polskiego psa i rzeczywiście woła na niego Reksiunio. Okazuje się, że jego przodkowie przybyli tu przed 400 laty i że okoliczne wsie były zasiedlone przez przybyszy z pogranicza polsko-słowackiego (m.in. z Orawy) - rzeczywiscie, w Basko widzieliśmy tablicę powitalną po słowacku. Jego dziadkowie nosili nazwisko Ladomirski. Zaprasza nas do swojej piwnicy i już po chwili raczymy się znakomitym winem. Mówi o sobie, że jest nie tyle winiarzem, ile tym, co Francuzi nazywają "viticultureur" - czyli bardziej zajmuje go uprawa winorośli. POkazuje nam specjalny rodzaj pleśni pokrywający ściany poiwnicy. Na pożegnanie dostajemy butelkę wyśmienitego winka. Po wypitych dwóch szklaneczkach mam nadzieję, że nie spotka nas patrol z alkomatem.
Z Erdohorvati przez Tolcsvę zjeżdżamy do Sarospatak. Tu kłopoty z noclegiem, wszystko zapełnione. Kierujemy się do ciepłych źródeł i w końcu rozbijamy namiot na przyjemnym (ale ogromnym) kempingu z niewielkim basenem. Po rozbiciu namiotu i zabiegach toaletowych mamy siłę już tylko na posmarowanie kromek chleba pastą paprykową. W środku nocy budzi nas wesoła grupka młodych Hunów, którzy przedłużają sobie nocną imprezę dużo ponad miarę. Zwłaszcza koleś o tubalnym głosie wydaje się być uzależniony od wrzeszczenia. W końcu rzucam rytualne "Would you shut your mouths up" co, o dziwo, działa. Zasypiamy na trochę.

Dzień czwarty - 23.07
Pożegnalny. Nie wiedzieć czemu, nie wzięliśmy mapy słowackiej części Żemplina i nie wiemy, co nas czeka na drodze do Koszyc (tzn. pamiętam jak przez mgłę z podróży samochodowych, że były jakieś dość górskie odcinki w Slanskych Vrchach). Może dlatego, że to miała być zupełnie inna wycieczka. Co najmniej tygodniowa. Coraz trudniej udaje się nam jednak wykroić 7 dni. Dobre i pełne 4. Zwłaszcza, że już po pierwszym dziesiątku kilometrów oboje poczuliśmy, że układa się, co się miało ułożyć i jak szybko się regenerujemy w przestrzeni. TRasa przez Karolyfalva i Rudabanyacska jest jak pożegnanie z węgierskim Zemplenem - wszystko to, co najlepsze w skrócie. Otwarte, bezludne przestrzenie i zacienione bukowe laski. Można nawet wybaczyć urywającą się w szczerym polu ścieżką rowerową (między Sarospatak a Karolyfalva). Później granica i niemal nieskończone monotonne ścierniska albo pola rzepaku, w każdym razie coś, od czego wali gorące powietrze i znikąd ani odrobiny ochłody. Dobrze choć, że niedziela, więc nie jeżdżą TIRy. Wioski w tej części Słowacji noszą piętno zapomnienia przez rząd, bogów i ludzi, co nie dodaje entuzjazmu. Przy podjeździe pod Slanec doznaję kryzysu, czuję, że jak zsiądę z roweru, to po prostu umrę, więc jadę pod górę i modlę się o jak najczęściej mijające mnie z lewej duże samochody, bo niosą za sobą odrobinę powiewu. Na górze zsiadamy z rowerów w szczątkowym cieniu drzewa i walimy się na asfalt. Jest na pewno w okolicach 35 stopni. W dodatku nie widać żadnego czynnego hostinca, a my nie mamy już wody. Okazuje się, że to nie koniec podjazdu, sklep jest w górę wsi. Jakiś człowiek otwiera nam sklep wyraźnie poruszony naszym wyglądem, a my zaopatrujemy się w prawie wszystko, co aktualnie bylo w lodówce. Spijamy słodkie lemoniady winogronowe i bóg wie, jakie jeszcze płyny i uzupełniamy zasoby wody. Za to za Slancem... 7 kilometrów zjazdu. I niestety, najdłuższa dorga dojazdowa do centrum Koszyc. I rozpalona słońcem równina. Gdzieś czają się jakieś jeziorka i plaże, ale myślimy już tylko o jedzeniu i żeby to się wreszcie skończyło. Upał jest naprawdę piekielny. I nareszcie - dobrze znane corso z fontannami, restauracjami, kawiarniami.
Pociąg o 23.27, jest raptem 17.00 - przez 6 godzin przesuwamy się od knajpki do knajpki z przerwą na chłodzenie się w fontannach i wcale nie mamy wrażenia, że mamy za dużo czasu. Romantyczny wieczór w Koszycach.

czwartek, 20 lipca 2006

już za 76 minut

wsiadamy do pociągu relacji Kraków - Budapeszt, ale wysiądziemy na uroczej stacji o nazwie Hidasnemeti, żeby dalej, na rowerach podążyć ku miasteczku Tokaj. U zbiegu Cisy i Bodrogu uptarujemy chwilowego raju, który znaleźć coraz trudniej. Hidasnemeti pamiętam z jakiegoś przebudzenia w środku nocy (a raczej tuż przed wschodem słońca), z niebem zaczerwienionym od mrozu i przestrzenią, za którą czaiła się puszta. To był chyba styczeń albo luty 1998 roku i jechaliśmy, żeby zagrać koncert na festiwalu w MU Szinhaz w Budapeszcie. Nocowaliśmy wtedy w ambasadzie polskiej na Wzgórzu Róż, ech, to były czasy...
może chociaż halaszle, może uda się zrozumieć choć dwa słowa po węgiersku, jednym z najbardziej abstrakcyjnych języków w naszych okolicach. i za to kocham Węgry, za odpoczynek od semiotyki...

poniedziałek, 17 lipca 2006

nie było soprano


bo jakoś nam tam specjalnie się nie podobało. tak naprawdę trudno było namierzyć w gorlicach coś zjadliwego (bo ile można zjeść ruskich!). to jakiś największy mit tubylczy: że polska żywność jest taka świetna. może tak, jak się nie widziało organic food co-op za wielką wodą ani nie wyjeżdżało na bałkany czy do italii. u nas generalnie - im dalej od dużego miasta, tym gorzej. zdrową żywność (tzn. taką, którą da się zjeść i po której nie boli żołądek) na wsiach i w małych miasteczkach znają tylko z opowieści. jakoś trudno mi się zachwycać kawą rozpuszczalną w jakimś "ogródku piwnym" w bieczu (bo na rynku ogródek zamknięty w piątek o godz. 17.00). zresztą na ścianie tegoż barku wisi plazma za jakieś, na oko, 6 tys. (a co najmniej 4) więc nie rozumiem, co zabrania tym ludziom kupić ekspres ciśnieniowy za 600 złociszy (chyba już mniej, może nawet i ja kiedyś nabędę). a tak pozostaje kawa, z którą nie można wygrać - jak się jej nie dosłodzi, to jest gorzka, a jak się uda dosłodzić, to jest kwaśna. inny wariant nie istnieje. tak smakują małe miasteczka, niestety. choćby nie wiem, jak urocze (a biecz jest uroczy, fajnie się leżało na ławce przy biskupie marcinie kramerze), to osad na zębach i niesmak pozostają dużo dłużej, niż by się chciało.
ale za to gorlickie centrum kultury to jest jazda! klasyka z lat 50-tych, jak tylko zobaczyłam salę, to od razu usłyszałam te akademie, powiewające czerwone flagi itp. działa na wyobraźnię!
resztę opisał marek, a ja niewiele mam do dodania. najpierw muszę się napić dobrej kawy.


czwartek, 13 lipca 2006

bam, bam



jaki tytuł dać mam? (ale najpierw - zanim cokolwiek - ginko biloba czyli miłorząb japoński sprzed mojego okna, w naszym mini-miniogródku o wymiarach 3m x 2,5m). i jak przewidywałam, włosi zostali mistrzami świata. szkoda, że był to ich najsłabszy mecz. querowy framing mojej osobowści ze strony tubylczej kultury postępuje. oto, co proponował wczoraj - czerstwy, jak zwykle - onet. pl, w swoim dziale sportowym, w przegródce piłka nożna: konkurs na najładniejszą fankę. dzisiaj: dziewczyny i żony piłkarzy (sonda z głosowaniem, na najładniejszą). młodzieńczą fazę feminizmu mam już za sobą, ale onet jest po prostu głupi, nudny i żenujący. i czerstwy, jak kaczka, co ziemniakiem się stała. i stosują cenzurę, mój komantarz wcale się nie pojawił, a zaczęłam nowy wątek. mogę sobie popatrzeć na dziewczyny, fakt, są ładne. ale żeby choć raz konkurs na "ładnego fana", dla złamania rutyny. nie "przystojnego" a "ładnego" właśnie. cute - w tym sensie.

oprócz tego w zastraszającym tempie gromadzą mi się na półce książki do przeczytania. marzę, żeby znaleźć na to czas, a bardziej nawet niż czas, jakąś wolną przestrzeń w mojej głowie, nie zagraconą terminami i koniecznością zapamiętania. poczytać po prostu dla przyjemności obcowania z tekstem prowokującym do myślenia, ale nie w żadnym określonym kierunku. po prostu do myślenia. spełaniają tę role "pasaże" benjamina, przez które brnę sobie bez pośpiechu już drugi miesiąc, ale jak wozić ze sobą tysiąc stronicową książkę?!

A dzisiaj po południu będziemy już tutaj.

TRaktuję te 2 i pół dnia trochę jak odpoczynek, może zabiorę ze sobą książkę Peoggelera o drodze myślowej Heideggera, to w sam raz na ten rodzaj wypoczynku, o który mi chodzi. jest szansa, że może da się gdzieś (nawet w Gorlichach) upolować dobrą kawę - bez espresso nie ma dla mnie życia na ziemi. jest taka nadzieja, w zwiazku z tym, ze w pizzerii Soprano podają piwo bananowe (!), o którym nigdy nie słyszałam. nie, zeby zaraz je pić, co to, to nie. ale interesujące.

Największym jak dla mnie hitem dzisiejszego dnia jest nowa historia o powstaniu wszechświata (autorstwa, a jakżeby inaczej, Hawkinga i Hertoga). czytałam o tym akurat w SME, po słowacku. Wynika z niej, że jeśli przyjąć wnioski fizyki kwantowej - ni mniej ni więcej - nie było jednego początku!!! a wszechświat składa się z milionów potencjalnych i alternatywnych trybów egzystencji. i że początek przypominał projekcję milionów filmów przez siebie nawzajem (co za przestrzeń intertekstualności!!!). to przemawia do mojej wyobraźni dużo bardzij niż metafora o rajskim (jednym) początku. zawsze tak podejrzewałam. mało tego, gdyby zestawić Upaniszady z tymi nowymi wersjami, to okazałoby się, że nie ma między nimi wielkiej róznicy. to właśnie w klasycznej myśli Indii zawsze mówiono o tym, że materia jest rodzajem energii...

sobota, 8 lipca 2006

rozkosze chwilowego zakorzenienia

tak właśnie. po raz pierwszy od niepamiętnych czasów spędziłam 6 dni pod rząd we własnym domu (oraz w jednym miejscu). to bardzo przyjemne, choć oznacza też konieczność walki z kurzem i pajęczynami uporczywie odradzającymi się pod kątach, z całą tą materią nieustannie próbującą nas pochłonąć. można też spojrzeć na to od innej strony, choć czasem wzdragam się przed tym - przypomniała mi o tym praca Dust Breeding Man Raya, którą znalazłam w sieci. kurz ma też miękką fakturę, która przypomina plusz. kurz kojarzy mi się z ciszą i późnojesiennym zachodem słońca. może dlatego, że dawno temu, moje zajęcia na pierwszym roku studiów (obecna AP, gdzie kiedyś zaczynałam...) najczęściej odbywały się w salach z oknami zwróconymi ku zachodowi, na ostatnich piętrze gmachu przy ul. podchorążych. niektóre były śmiertelnie nudne, więc jedyne, co pozostawało, to obserwacja skomplikowanych relacji światła i drobin kurzu unoszących się w powietrzu. o tym właśnie jest dla mnie Dust Breeding.

piątek, 7 lipca 2006

plyty, kontakty, koments please

fajnie jest dostawać sygnały, że ktos tu zagląda! jeśli jednak chcecie dostać odpowiedź, dołączajcie swoje adresy e-mailowe. W innym przypadku widzę tylko "anonymus-blogger..." etc. i nie moge odpisać. Taki jest kłopot np. z Radkiem z San Francisco - Radku, jeśli tu zaglądasz, to odezwij sie ze swoim adresem...

najlepiej pisać do nas bezpośrednio ze znanej strony, która figuruje w linkach. (najlepiej zdaje się klinknąć na "kontakt"). i tak ja to odbieram:-)) dotyczy to także płyt - można je kupić od nas bezposrednio, albo w serpencie albo u vivo , whatever. kapitalistyczni krwiopijcy w empiku potrafią narzucić i z 200 procent marży, jak to było w przypadku amerykańskiej płyty "nytu"...

uff, gorąco. Marek lata gdzieś w terenie z grupą studentów ochrony środowiska, ja teoretycznie powinnam gnać z tłumaczeniem.

włosi będą mistrzami świata, na 100%! Super, wolałam ich niż brazylię od samego początku!

środa, 5 lipca 2006

tęsknię za wodą


Tak było rok temu w Tolminie, mam nadzieję, że teraz też tak będzie. Zanim jednak wsiądziemy w Wiedniu do autobusu Praga - Triest (och, ta symbolika geograficzno-kulturowa!:-) muszę jeszcze uporać się z tłumaczeniem książki, no i to jeszcze całe trzy tygodnie. Wcześniej może się uda wyruszyć na rowerach z Budapesztu wzdłuż Dunaju do Bratysławy (a po drodze pohasać sobie po malowniczych wzgórzach wokół Szentendre). Póki co, muszę wracać do tłumaczenia.

niedziela, 2 lipca 2006

pierwsze półrocze za nami

przerzuciłam dzisiaj kartkę w kalendarzu i okazało się, że muszę w ogóle odwrócić go na drugą stronę. minęło pierwsze półrocze 2006... w ten sposób niespotrzeżenie upływa czas. zawsze wydaje mi się, że można jakoś ten upływ pochwycić, nakreślić jakąś granicę, żeby świadomiej żyć, ale ostatecznie wszystko się rozpada na miliony pojedynczych zdarzeń i kiedy budzę się rano, to codziennie prawie stwarzam świat od nowa. albo zdarzenia zlewają się ze sobą w ciągi, dla których podział na dni czy godziny nie ma żadnego znaczenia. tak czy owak, mój czas jest nieciągły i absolutnie nielinearny (żeby nie powiedzieć, cyberdyskursywny).
we czwartek z sukcesem obroniła się Monika, więc miała miejsce mała imprezka w Krakowie na Fieldorfa, u Marty, która właśnie otwarła przewód. mam niejasne wrażenie, że powinnam to wszystko jakoś uczcić, ale tak naprawdę nie mam pojęcia jak. pijaństwa nie mają żadnego sensu (ten ból głowy, kłopoty z żołądkiem i nieadekwatność następnego poranka! - jak można to w ogóle znosić z własnej woli). coraz częściej myślę o jakiejś formie wyłączenia się z wszystkiego choćby na tydzień. może rowerowa wyprawa wzdłuż Dunaju spełni tę rolę.

środa, 28 czerwca 2006

jestem dr


i co? i na razie nic. chociaż... w niedzielę było na Podhalu małe trzęsienie ziemi
wiązałabym to jednak raczej z koncertem, jaki zagraliśmy w sobotę wieczorem w Gdańsku, na dachu Plamy. baliśmy się, że nasze dwa generatory fal sinusoidalnych + bas Tomka (co ostatnio nieczęsto się zdarza) mogą pozbawić dachu nad głową mieszkańców Zaspy (jak wiadomo, wielka płyta, słabo odporna na niskie częstotliwości), ale poszło najwyraźniej w grunt. Tylko 3 stopnie w skali Richtera, bo paczki były nie za wielkie.
ale do rzeczy... teraz powinnam chyba napisać ad rem: 19. czerwca obroniłam pracę doktorską (zatytułowaną etc. etc. - to w poprzednim poście) a dwa dni później mój tytuł naukowy zatwierdziła Rada Wydziału. Chyba polubię sporty ekstremalne (Czesi i Słowacy mówią adrenalinove i to jest lepsze określenie w tym przypadku), bo to było zdarzenie bardzo stresujące i bardzo przyjemne jednocześnie. Łudziłam się, że po tym wszystkim będę mieć więcej czasu, ale gdzie tam.. znowu przepakowuję tylko torbę i sterta papierów, książek oraz Bardzo Pilnych Maili (A Teraz Jeszcze Pilniejszych) rośnie w zastraszającym tempie.
szczęśliwie udało nam się wyrwać sobie z kalendarza bardzo przyjemne 2 dni nad Bałtykiem - w Poddąbiu było wspaniale (jakieś 10 km od Ustki, w kierunku Rowów), przepiękna, zupełnie niezatłoczona plaża, morze, w którym można było popływać (!!!) oraz przyjemnie prażące słońce. to się zdarza raz na 100 lat.
a później przez dwa dni rozkoszowałam się upałem w Krakowie (to jedno z moich perwersyjnych upodobań - upał w Krakowie) i było bosko! Ponad 30 stopni. Super.
aha, odezwał się w sieci badzielec! cool.

środa, 14 czerwca 2006

deszczszczszcz

tak właśnie. nie da się żyć w kraju, gdzie ciągle jest zimno, groteskowo i którego reprezentacja futbolowa stale przegrywa. Marek nie ogląda piłki nożnej i w ogóle się na niej nie zna, a ja czasem tak i mamy chwile podgrzanych debat w domu. co tylko poglębia naszą alienację, przy codziennych materiałach w telewizji poświęconych sposobowi radzenia sobie żon z futbolową gorączką ich mężów. a więc to kraj idealny dla queerów.
na razie najlepszym meczem, jaki widziałam był pojedynek (tak mówią komentatorzy) Włochów z Ghaną. ale kibicuję Czechom (rozgromili USA 3:0, gra u nich znowu Nedved, złoty chłopak).
zbliża się godzina zero, w poniedziałek "odbędzie się obrona pracy doktorskiej Gender w kulturze audiowizualnej mgr Anny Nacher". I to gdzie, przy ul. Kanoniczej w starożytnym mieście Krakowie, pod starożytnym Wawelem. To dlatego ostatni wpisa na blogu mam z 4 czerwca. Niebawem to się zmieni.
Marek właśnie testuje nasz nowy generator dźwięku, tym razem działa na światło, co wygląda bardzo zagadkowo.
informacje od Mihy ze słoweńskiego festiwalu Sajeta przypomniały mi o tym, że już niedługo będziemy pili poranne espresso na rynku w Tolminie, w miejscowej karczmie z tarasem ozdobionym oleandrem. dlatego warto żyć.

wtorek, 30 maja 2006

po objezdzie

to był dopiero weekend. we czwartek jechaliśmy cały dzień znajomą trasą do Bratysławy, ledwie znaleźliśmy pół godzinki na haluszki gdzieś pod Żiliną oraz na kawkę w tradycyjnym barku naprzeciw zamku w Trenczynie. Prosto z samochodu na próbę dźwięku, ledwo starczyło czasu, żeby odebrać klucze od lokum (użyczonego przez Instytut POlski w Bratysławie) i uścisnąć prawicę Petera Suleja z Vlny. Na szczęście bardzo sprawny pan akustyk nie miał żadnych problemów i o 17.00 mogliśmy stawić się pod Narodnym Divadlem na spotkanie z Sziną i DAnem (Dlhe Diely). Jak się okazało, BA to małe miasto i wpadliśmy także prosto w objęcia Potkana i Eleny. Z Dlhymi Dielami poszliśmy tradycyjnie na 'maly poharik' do knajpki na lodzi przy nabrzezu i godzinka ledwo starczyla, zeby wymienic podstawowe informacje i wrażenia z naszych ostatnich podróży (oni grali w Londynie, my w USA). Wróciliśmy do A4 na obiad ('klasik' czyli vyprażany syr, zemiaky i velke pivo) i na szczątkowe pogaduchy z organizatorami, zbyt dużo wspólnych wątków, za mało czasu. Pół dnia w Bratysławie, to zbyt okrutne. Pomyślałam sobie, że kiedy już udaje się znaleźć fundusze na spotkanie V4, to szybko okazuje się, jak bardzo wszyscy jesteśmy zabiegani... Kiedyś chyba mieliśmy więcej czasu (a może to tylko złudzenie?). Tak czy owak udaje nam się rzucić okiem na performance taneczny, jaki proponuje Węgierka, Virag Dezso - bardzo interesująca rzecz, w bardzo ciekawy sposób łączy ruch z rozmaitymi mediami. We wspólnej garderobie wymieniamy kilka uwag o znajomych miejscach i ludziach w Budapeszcie, MU Szinhaz jest, jak się okazuje, dobrze jej znany (a my przypominamy sobie bardzo miły pobyt na festiwalu tam organizowanym, w roku, o ile mnie pamięć nie myli, 1998). Pojawiają się Tania i Sonia, POtkan przyniósł mi czeską antologię "Design: aktualita nebo vecnost? Antologie textu k teorii a dejinam umenia". Autorka wyboru, Maria Pachmanova, ma na swoim koncie jeszcze inne interesujące dla mnie książki, np. "Neznama uzemi ceskeho moderniho umenia: pod lupou genderu". Czyli jak zwykle w Bratyslawie - inspirująco, interesująco, przyjemnie. Winko, które Peter przyniósł w dobrze mi znanych plastikowych butelkach po mineralnej; mniej doswiadczeni wędrowcy zapewne dali by się zniechęcić temu imejdżowi, ale nie ja; to nieodłączny urok wina prosto z domowej piwniczki, smak wskazuje na Pezinok... Czerwone wino okazało się być "burcziakiem" czyli bardzo młodym, lekkim trunkiem o nieodmienne rozweselającym działaniu.
Koncert to zupełnie inna jazda, grało nam się bardzo dobrze, publiczność uważnie słuchała, więc mogliśmy skupić się niemal zupełnie na muzyce. To było trochę, jak dalszy ciąg amerykańskiej wyprawy. Poczucie sensu w tym, co się robi. Skończyliśmy tuż przed północą, a konieczne jeszcze rozmowy ciągnęły się co najmniej do 2.00. Po czym kawalkada pieszych z rozmaitymi instrumentami powlokła się na Niedbalovą.
Rano (o 8.00!) wypiliśmy bardzo miłą poranną kawę z dyrektorem Instytutu POlskiego, przy ciekawej rozmowie i pewnych planach na przyszlosc, po czym wsiedlismy w samochod i wysiedlismy z naszego TRansportera tuż przed Kłodzkiem (no dobra, byly male zakupy w Billi w Malackach). Czeskie drogi są gorsze niż u nas! Ale na rowerze może tam być bardzo fajnie.
Do Wrocławia dojechaliśmy spóźnieni (korki!), wysiadłam po 8 godzinach jazdy i prowadziłam dwugodzinny warsztat. Wysiadłam z innego samochodu tuż pod Galerią BWA i poszłam poszukać MArka, który prowadził zajęcia w Galerii Miejskiej, na Kiełbaśniczej. Szłam ulicami miasta i chyba pierwszy raz w życiu przydarzyło mi się coś takiego: patrzyłam na mijane ulice, domy i place ze świadomością, że znam to miasto, ale nijak nie mogłam przypasować doń właściwej nazwy. Trochę się przestraszyłam. Na szczęście rynek przyniósł olśnienie: Wrocław!
I te trzy dni we Wrocławiu zlały się w jedno. Kiedy pracuję intensywnie z ludźmi i głosem (a tak jest zawsze, kiedy prowadzę warsztaty), odrywam się totalnie. Jakby powiedzieli Słowacy, "sem uplnie mimo".
A potem już wysiadłam z busa na Oleandrów i za chwilę stałam za biurkiem i dyskutowałam ze studentami o nowej formule telewizji epoki globalizacji. Inne wcielenie.
Aha, wszędzie po przekroczeniu granicy prześladował nas Benek. Lama Benek, inkarnacja poprzedniego szamana. Podobno nawet tęcza była. Ha.

czwartek, 18 maja 2006

zwykły jazz


montepulciano d'abruzzo jest pewną odmianą po całej kolekcji tegorocznych win bułgarskich. lubię jednak odmiany - czy raczej nie lubię, kiedy z niewiadomych powodów zamykam się w kręgu dobrze znanych rzeczy (kosmetyków, ubrań, jedzenia, partnerów, przyjaciół i podróży w te same miejsca - do Krakowa:-))), czuję się wtedy skostniała. Więc po odmianie, którą wniosło australijskie Shiraz (lub, jak kto woli Syriah), jeszcze na Brooklynie u Tomka i Asi, wracam do korzeni: Montepulciano d'Abruzzo, wino, od którego się to wszystko zaczęło. Włochy, 1997, u progu Karpat Magicznych. Enigmatyczne, ale jakże prawdziwe. A za tydzień białe, lekkie, jak życie nad brzegami Dunaju w maju winko z Pezinka, ze znajomej piwnicy na uboczu Hlavneho.

wtorek, 16 maja 2006

i już

Już mam polskie znaki. Czego nie ma: sushi barów, Amy, mostu williamsburskiego, chasydów na ulicy. Co jest: mizeria, brud w umysłach, nowe znaki drogowe ("w dniach 26. - 28.05 z powodu wizyty papieża objazd dla pojazdów powyżej 12 DMt").
Jeszcze 8 dni i będę w Bratysławie.

czwartek, 11 maja 2006

brooklyn blue...


na wylocie. staram sie o tym nie myslec. odsuwam od siebie depresje, ktora bedzie nieunikniona. dekompresja zawsze jest bolesna. to, o czym myslec tutaj - ze jest mozliwe, ze przeciez wystarczy tylko wziac sie do roboty - juz pojutrze zostanie pochloniete przez te smole, ktora szczeelnie wypelnia kraj nad wisla do wysokosci oddechu. rozmawialismy o tym wczoraj przy kolacji, z Tomkiem i Asia, na ten sam temat byl mail od Rafala z Hati. jedyna strategia przetrwania jest nieustajaca aktywnosc, ale to taka, ktora nie pozwala za bardzo rozgladac sie na boki. moze dlatego zawsze biore na siebie zbyt duzo obowiazkow, to szalenstwo jest pewna forma ucieczki i zawsze odbywa sie troche niepostrzezenie, jakbym wpisujac zadania do kalendarza byla zupelnie gdzie indziej.
poki co, wloczylismy sie dzisiaj po Manhattanie, w dol i w gore Broadwayem, rozkoszujac sie wydawaniem pieniedzy (i jednoczesnie bardzo sie meczac, Bauman ma racje, konsumpcja jest rowniez ciezka praca). nie byly to jakies wielkie pieniadze, ale za to zarobione tutaj. satysfakcja podwojna lub nawet potrojna: w ksiegarni New York University przekonalam sie, ze kupowanie w Strandzie bylo dobrym wyborem; ze kolekcja, ktora zgromadzilam na polkach w domu jest naprawde niezla nawet w tutejszych warunkach. upojona tym sukcesem zaupilam w Staples cardbox do porzadkowania fiszek w kolorze rozowym. inne zakupy obejmuja: torbe manhattan, o ktorej snilam po nocach od ostatniej wizyty, mokasyny o barwie lawendy i kolejna torbe z logo sklepu 'yellow rat bastard'. torby staly sie chyba moja zyciowa pasja, tylko w ostatnich trzech miesiacach kupilam cztery. w zyciu nomady to jednak podstawa. teraz zastanawiam sie, jak to wszystko upchac. (no, przydalaby sie jeszcze jedna torba:-)))))))) zaluje tylko t-shirta z logo linii subwaya, 20 dolcow to jednak za duzo, nawet jak na osobe totalnie w NY zakochana.
w kazdym razie siedzac w restauracji Datong na Broadwayu (oczywiscie rolki z awokado oraz rolki z lososiem i ogorkiem) zapisalam w notesie tylko tyle, ze jestem kompletnie pusta. wrazenia gdzies sie zapadaja. jesli jedna udaje mi sie przysiasc gdzies na dluzej niz 30 minut, to zaraz pojawia sie przekonanie, ze zycie jest piekne. nie tylko na Manhattanie.
i tak wole Brooklyn (z wyjatkiem greenpointu).
jutro moze byc ciezko.
tutaj jest 22.15, tam 4.15. pojutrze bedzie odwrotnie. nie wiem, gdzie napisac: u mnie.

środa, 10 maja 2006

nie brooklynski most


nie, nie brooklynski. williamsburg bridge. ktorym spacerowalismy o 24.00, po koncercie w klubie Tonic, i czulismy sie szczesliwi. rzezby ze swiatla wokol nas, za nami, przed nami. ruch. ludzie jezdza na rowerach spaceruja. za mostem spotykamy shannon, ktora krzyczy: "hey, magic carpathians!". przed chwila byla w tonicu, teraz zmierza na urodzinowe party gdzies tam, w plataninie ulic. wedrujemy dalej i przypomina sie kazdy bliski sercu film: brooklyn boogie, lulu na moscie, dym, clerks, kawa i papierosy, film Spike'a Lee o goracym Brooklynie i MArtina Scorses o jego Nowym Jorku... czuje, ze Wielkie Jablko stalo sie odrobine i moje. dobrze znane ulice (lepiej niz na przyklad w Lomzy czy Olsztynie), ulubione miejsca sniadaniowe (bajgle i kawa), ulubione sushi bary (rolki z avocado sa i tutaj...). przygladanie sie ulicy z poczuciem, ze jestem u siebie. small talk z wlascicielem bookstore'u Albatros przy czwartej ulicy, zawrot glowy w http://www.strandbooks.com - w koncu to 18 mil ksiazek! Dotarcie do polki "social studies" i podpolki "cultural studies" zajelo mi 30 minut, tyle bylo ciekawych rzeczy po drodze. Zwyciezyl obowiazek, zakupilam solidny zestaw kulturoznwczy i medioznwaczy (m.in. ksiazke o reality tv z 2005 r., wiec na pewno bedzie troche swiezych rzeczy). nie znalazlam ksiazki Homi Bhaby, ani Nestora Canclini, na ktore poluje, ale za t natknelam sie na ksiazke Gauntletta Media, Gender and Identity, na ktora poluje od 3 lat. wzcesniej, w albatrosie, zakupilam tomik Carlosa Williamsa Carlosa, jednego z moich ulubionych poetow. 5 dolcow. niewiele za odrobine poezji, ktora ratuje swiat. tak naprawde chcialabym jednak kupowac ksiazki motywowana czystym pozadaniem - kupilabym wtedy cala polke ksiazek o Ameryce i o Nowym Jorku.
A popoludniowa sjeste spedzilismy na gornym MAnhattanie, w cudzym mieszkaniu, gdzie wisza obrazy Picassa (si, si!) oraz Diego Rivery. Ale to dluga historia. O gadach.
Moze innym razem.
w kazdym razie Nowy Jork jest nieobliczalny. krazymy w jego arterich bez strachu, bez nadziei, bez oczekiwan, z dobra energia. zawsze. i za to go kocham.

czwartek, 4 maja 2006

polnoc, polnocny zachod


(fot. - Anna Nacher)

od ostaniego wpisu minelo zaledwie kilka dni (raptem cztery), a oznaczaja dla mnie cala epoke. od Davis w Kalifornii, ktore jest wlasciwie duzym kampusem, po Seattle w stanie Waszyngotn (a po drodze bardzo mily przystanek u dziewczyn z kapeli punkowej w POrtland). Udalo nam sie w koncu pojechac do Seattle samochodem, z Larrym (DJ, pol krwi Indianin z poludniowej Kalifornii, ktorego mieszkanie w SAcramento przypomina duza kaplice wyznawcy Santerii, czlowiek nadzwyczaj serdeczny i obdarzony sklonnoscia do tubalnego smiechu) oraz Andym (dzwiekowcem z rozglosni KDVS w Davis) - rozwazalismy opcje: Greyhound, kiedy okazalo sie, ze Andy dysponuje samochodem i chce pojechac z nami do Seattle (16 godzin jazdy). Wczesniej zagralismy w Davis 3 koncerty - w schronie przeciwatomowym (bardzo dziwne miejsce), w Delta of Venus oraz w 97 minut zupelnie improwizowanej sesji w bardzo ciekawym akustycznie holu rozglosni (z Amy z Living Breathing MUsic). Po drodze zajechalismy do niezwyklej galerii Richarda TRacy w Centralii miedzy Portland a Seattle - niesmaowite rzezby i instalacje z odpadkow, przypominajace troche rzezby Hasiora. Prace Richarda mozna zobaczyc w w albumie Icons wydanym przez Taschen. Kilka rzeczy, ktore powiedzial nam Richard w swoim monologu, zabrzmialo przedziwnie: na przyklad, kiedy z uporem prowadzil nas w kierunku samochodu z przyciemnionymi szybami, zeby pokazac, ze rzezby nabieraja dopiero wlasciwego wyrazu, kiedy sa odbite w szybie. "Everything is in mirror, mirrors are everywhere" I tylko czesciowo mozna to uznac za przejaw nieco schizofrenicznej wrazliwosci Richarda.
Krazylismy dzisiaj caly dzien po Seattle, a na zakonczenie udalismy sie na plaze. Tutaj, na skrawku asfaltu, poznalismy dwojke muzykow, ktorzy grali gesty, mocno improwizowany set. Po chwili rozmowy dalam sie wciagnac we wspolne muzykowanie i dalo nam to prawdziwa przyjemnosc. To piekny swiat, kiedy ludzie po prostu rozkladaja sprzet i muzykuja dla samej przyjemnosci i nie sa to rzewne ballady Led Zeppelin.
Ledwo starcza mi czasu, zeby to wszystko przyswoic. CZuje sie pusta, calkowicie wyczerpana i marze o kilku tygodniach, zeby to sobie jakos poukladac. Ale pozniej bedzie jeszcze trudniej, bez tego entuzjazmu, ktory tutaj przepaja wszystko.
Wlacznie z niezwyklym miejscem, w ktorym stacjonujemy. Gdyby ktos powiedzial mi 3 lata temu, ze bedziemy pic poranna kawe w duzym lofcie (na parterze) Sun City Girls i toczyc fascynujace rozmowy z Allene Bishopem do 3 rano... to temat na osobna narracje i nie wiem, jak znalezc na to kawalek wolnej przestrzeni w moim nadzwyczaj przepelnionym i lekko afukncjonalnym umysle.

sobota, 29 kwietnia 2006

karpaty at bay

taaa... codzienna kawka u Kolumbijczykow (Cole Coffee, rog College St. i 63-ej) - czy musze dodawac, ze organiczna? - w poblizu Berkeley, kalifornijskie truskawki, na sniadanie granola z jogurtem, obiady duzo pozniej niz zwykle, w przyjemnym towarzystwie (kalifornijska kuchnia fusion, ktora uwielbiam, a ktorej nie ma na razie prawie nigdzie na swiecie, probka to np. burrito z chinskimi warzywami mu shu w srodku i sosem inspirowanym pesto), bez kolacji, smoothies Odwalla... Oh maaan. Oh MAAAAAAN.
Czasem musze zagladac na onet, zeby sprawdzic konto Karpat i wtedy oblewa mnie zimny pot. Ze strachu. Dopoki nie beda odbierac paszportow, jest niezle, bo zawsze mozna spakowac plecak i fiuuuu w kierunku normalniejszych rejonow swiata, gdzie mniejszy ulamek populacji cierpi na powazne schorzenia mentalne. A kiedy juz fala zimnego strachu przetoczy sie przez moj zoladek, pojawia sie obrzydzenie. I zmeczenie. Mam wrazenie, ze w Polsce zaczyna smierdziec, a ten smrod przebija sie nawet przez kalifornijski jasmin. Zebym tylko zdazyla obronic doktorat.
Coz. To jedna z tych rzeczy, ktorych sie nie wybiera (po ktorej stronie globu i po jakiej stronie granicy sie rodzisz i w zwiazku z tym za kogo musisz sie uwazac). Fuck it. Down with National State. Thumbs Up for the United States of Europe.
Maly interwal swiadczacy o tym, ze moj zwiazek z rodzinnym krajem przybral forme tak typowa dla wielu: love&hate thing, dobrze wiem, ze ten stopien obrzydzenia, ktory czuje, tez jest paradoksalna i pokrecona forma czegos w rodzaju milosci, jesli mozna tak to okreslic, ze ciagle mnie obchodzi, nawet jesli przybiera to forme nienawisci. Cos jak Gomrowicz, (toutes proportiones gardees) ktory bez konca naigrawal sie z polskosci, ale byl z nia zwiazany totalnie. Martwi mnie to, bo wolalabym zimna obojetnosc. Z drugiej jednak strony - nie tesknie i moglabym mieszkac gdziekolwiek i mowic w jakimkolwiek jezyku, a smak wolnosci czuje w zasadzie tylko poza granicami Polski. Nie dla mnie spliny Wielkiej Emigracji. Nie moge zrozumiec Milosza, ktory wrocil z Berkeley do Krakowa. Z BERKELEY. Do Krakowa. Jeeeeezz!
Mialo byc zupelnie o czyms innym. I jeszcze bedzie.
Na razie ide zapijac organiczna kawa miazmaty, ktory wyzieraja na mnie z onetu (co za kretyn to wymyslil, zeby logujac sie na strone republiki i konto pocztowe, trzeba bylo koniecznie miec pierwsza strone z tymi "newsami" skaczacymi do oczu). Tylko to psuje mi nastroj w USA, Land of Free.
Kupilam wczoraj dosc stara juz pozycje Boorstina: "The Americans: The Colonial Experience", o samym poczatku, o odrebnosciach miedzy rozmaitymi rejonami Stanow, o tym wielkim kraju, ktory fascynuje mnie coraz bardziej, wbrew widmu zwulgaryzowanego antyamerykanizmu krazacego po Europie. Lapie sie na tym, ze nic nie wiem o tutejszej kulturze / kulturach (np. o roznicy miedzy Wirginia, Nowa Anglia a Teksasem chociazby), ani o tutejszej historii / historiach. Jak idiotyczne, aroganckie i eurocentryczne jest wymaganie od Amerykanow, zeby znali kazdy niuans pokreconej europejskiej historii. Europejczycy zazwyczaj nie wiedza o USA prawie nic i nie potrafia wymienic nawet 5 stanow, nie mowiac juz o ich lokalizacji.
O tym, o seksizmie wciaz przenikajacym scene muzyki eksperymentalnej, o telewizji ("Przez 24 godziny"!, nowy reality show w amerykanskiej telewizji, ktory gdzies musze zlapac), o komputerach, o ruchu gejowskim i feminizmie rozmawialismy z Amy do pozna w nocy, pociagajac czasem IPA i zagryzajac bardzo niezdrowymi chipsami imitujacymi nachos.
Wczesniej krazylismy po fascynujacym w swej industrailnej zlowieszczej brzydocie porcie Oakland i terminalu Amtraku (zdaje sie, ze chyba tutaj kiedys bitnicy konczyli swoja podroz towarowym...). W samym srodku tego rozpasanego szalenstwa stali i betonu - park. Baaardzo niezwykle miejsce. Przystrzyzony trawnik, fontanny, laweczki. Miedzy gigantycznymi zurawiami portowymi z zjednej, oraz calym skladem kontenerow z drugiej strony. Na San Francisco splywala mgla i miasto jawilo sie zupelnie nierealnie.
Dzisiaj znow ruszamy na polnoc, do Davis. Ostatni rzut oka na zatoke. Bedzie mi bardzo smutno. Nie wiem, kiedy znowu... i czy w ogole...
POtem bede myslec, ze to wszystko przestaje istniec. Kiedy odwracam sie plecami.

wtorek, 25 kwietnia 2006

coast to coast


(Cole Coffee na rogu College i 63-ciej, w poblizu Berkeley - fot. Marek Styczynski)

no wiec udalo sie! siedzimy w zakatku Oakland, gdzie zaczal sie ruch Czarnych Panter, a miejsce nosi nazwisko Jacka Londona. Dwa samoloty i trzy starty po wyruszeniu z - jak to okreslila Cristina - malego lotniska Providence. Security checks na lotniskach amerykasnkich to rzeczywiscie troche too much. Generalnie przystaje na to, ale kiedy otwarli plecak Marka i wyciagali po kolei stare sandaly, worek z brudna bielizna i plastikowy mikrofon, to poczulismy sie troche dziwnie. Jeszcze dziwniej poczulam sie, kiedy zaprosozno mnie do komory, w ktorej gazuja czlowieka czyms z gory. Podobno chodzi o zarazki, wirusy itp. ale spotyka to ludzi podejrzanych o kontakt z podejrzanymi substancjami. Nie wyjasniaja po co to robia ani na czym to polega, kaza tylko wejsc do komory i czujesz gaz z gory. Fun.
Kolowalismy dwa razy, bo 9-cioletnia dziewczynka wpadla w histerie i jej krzyki: "I don't wanna die", "this plane ain't gonna make it" itp., chyba wyprowadzily obsluge z rownowagi, bo zawrocili z pasa startowego i poprosili caloa rodzine o opuszczenie pokladu.
Turbulencje nad srodkowym zachodem, gdzies na wysokosci Kansas/Texasu. Ale widzielismy z gory Southwest, patrzylam na Wielki Kanion i pustynie, ktora ostatnio przemierzylismy samochodem. Tesknilam.
W Phoenix bylismy 15 minut. Wystarczajaco, zeby zlapac samolot to Oakland i wyslac SMSa do Nataszy. Okazalo sie, za samolot po drodze laduje w LA. Na pokladzie czadowa stewardessa, ogromna Afroamerykanka z rubasznym poczuciem humoru, dzieki niej lot byl naprawde fajny. Teksty w stylu: "That's why I don't miss my husband, I always have one on a plane, I miss my dog". Oooooch i ten akcent: "Lemme tell you, hooooney". Oh man. Moglabym sluchac jej godzinami.
Na LAXie stalismy jakies 20 minut, samolot ruszyl w strone oceanu, patrzylam na miejsca, ktore przemierzalismy na piechote lub samolotem 5 lat temu. To bylo wtedy bardzo wazne dla mnie doswiadczenie. Jak bedzie teraz. Czego znowu o sobie sie dowiem?
I wreszcie wyladowalismy na Zatoka. Siedze przy obcym Macu i stukam w klawisze, zeby uchwycic te chwile. Ze siedze; ze pije piwo, ktorego smak tak dobrze pamietam; ze sluchamy genialnych dzwiekow Living Breathing Music i ze cieszymy sie na wspolne granie; ze w tej podrozy, tym razem, niebo i ziemia polaczyly sie ze soba bardziej harmonijnie niz kiedykolwiek, bo latanie to nie tylko a) odpuszczenie sobie kontroli (letting go) b) zaufanie, ale (to wlasnie odkrylam) c) kwestia harmonii i polaczenia nieba z ziemia. Dla mnie juz nie sa oddzielne. Pokonalam strach przed lataniem.
A teraz mam wrazenie, ze kolysze sie ziemia, a to przeciez San Francisco...

poniedziałek, 24 kwietnia 2006

terrastock, part 2


(Neal, ja i Cristina - fot. Marek Styczynski)

i jak tu zapisac te dwa dni? od czego zaczac i na czym skonczyc? przed chwila przyszla Crtistina i stwierdzilysmy: we need some time to process it. No wiec potrzebuje troche czasu, zeby jakos to wszystko uporzadkowac. Trzy dni wypelnione muzyka, ale rownie dobrze moglabym napisac 10 dni albo 20, bo czujemy (oboje z Markiem), ze tak wlasnie wygladal uplyw czasu tutaj. Zbyt wiele sie dzialo, zeby to ujac w jakas rozsadna narracje. Podziele to najprosciej jak sie da:
highlights (kolejnosc bez znaczenia): Bardo Pond, Charalambides, Windy& Carl, niektore fragmenty Ghosta, Kemialliset Ystavat, jedna z piosenek Kitchen Cynics (czyli naszego sasiada), organizacja.
odkrycie wszechczasow: Spires That In the Sunset Rise (riot grrls psychedelic abstract bastardized punk world) - cztery dziewczyny, ktore swietnie sie bawia, a Meredith Monk pewnie by sie cieszyla slyszac, jak uzywaja glosow.
ale to cala reszta czyni Terrastock. czyli dziesiatki interesujacych rozmow i spotkan, setki wymienionych z wzajemnoscia usmiechow, ktos, kto podczas koncertu rozdaje czekoladki, bo poczul taka ochote, ktos, kto stawia piwo, bo podoba mu sie uzyka, ktos, kto daje ci w prezencie grajace zabaweczki, bo wydaje mu sie, ze moze cie to ucieszyc...
czlowiek z teksasu, ktory mowi: widzialem wasz koncert w sklepie w Austin w 2001 roku, pierwsza plyta z tego rodzaju muzyka, jaka kiedykolwiek kupilem, to byl ATMAN, pozniej Charalambides i tak sie wciagnalem, a teraz jestem tutaj;
czlowiek z Nashville, ktory mowi: widzialem wasz koncert w Nashville w 2001 roku, ja mowie: it was a weird show (bo byl, jeden z najgorszych koncertow, jakie zagralismy kiedykolwiek, na najgorszym na tym kontynencie naglosnieniu, dla grupy mocno 'trafionych' nastolatkow, po kapeli, ktora nawet nie stroila instrumentow), a on odpowiada: it was a weird venue - usmiechamy sie, bo oboje wiemy, o co chodzi;
Erin z Urdoga, ktora studiowala w Krakowie na ASP film animowany i z 40 minut wymienialismy w foyer Pell Chafee krakowskie plotki i historie o Slawomirze Shutym (wielkim pisarzem mlodego pokolenia teraz jest, ale bywalo inaczej...);
czlowiek z Washington, DC, ktory pracuje w bibliotece kongresu i robi doktorat z zarzadzania zasobami, ale to zupelnie inna jazda niz przasny dyskurs tego typu w Polsce, rozmawialismy o teorii chaosu i muzyce poludniowo-indyjskiej;
dwaj ludzie z Bostonu, z ktorymi z pol godziny przegadalismy o muzyce przelatujac od Arvo Parta do no-wave i Glenna Branki;
mlody czlowiek o polskich korzeniach, z ktorym mielismy fascynujaca rozmowe o tradycji, o tym, co to znaczy miec takie korzenie i o tym, ze moze spotkamy sie w lecie w Slowenii;
ciastka upieczone przez Cristine, ktore czekaly na nas na stoel, kiedy wrocilismy do domu o 12.00 w nocy, ociekajac deszczem (Cristina spi 5 godzin na dobe, pracuje jako wolontariuszka przy Terrastocku i ma full time job w tutejszej Radzie Miasta czy raczej w agencji stanowej d/s urbanistyki). Promienny usmiech Cristiny, kiedy kladac sie spac po prawie 12 godzinach pracy, zyczyla nam dobrych snow.
Dobrych snow, Providence, Rhode Island. Kraj, ktory niektorzy barbarzyncy uwazaja za barbarzynski.

sobota, 22 kwietnia 2006

terrastock


(Isobel z Bardo Pond - fot. Marek Styczynski)

No wiec zaczelo sie! Wczoraj! Po znakomitej kolacji, ktorej towarzyszyly bardzo interesujace rozmowy z naszymi gospodarzami, wyruszylismy do AS220. Zdazylismy akurat na Urdoga, ktorego perkusistka, jak sie okazalo, studiowala w Polsce 'film-making'. Bardzo transowa miejscami rockowa jazda, ale z bardzo przyjemnymi psychedelicznymi wycieczkami. Odpuscilismy sobie Major Stars, poczatek nie byl zbyt fascynujacy: rzezenie pieciu gitar + perkusja, a muzyki jak na lekarstwo. Zadziwiajace, ze tyle osob na scenie potrafi wyprodukowac tylko tyle. Jesli chodzi zreszta o psychedeliczny noise, to Bardo Pond pozostaja mistrzami. POgadalismy chwilke z Michaelem, Isobel i Johnem - to zadziwiajace, ze po tylu latach pamietaja jeszcze tamta zwariowana noc w Lemur House i koncert w Khyber. Zreszta, moze nie ma sie co dziwic, my przeciez tez mamy to niezwykle spotkanie w pamieci. Sa takie momenty, kiedy ma sie wrazenie wrecz namacalnego dotkniecia niezwykle silnej energii - to byl taki moment. Az dziw, ze wyszlismy z tego calo. Przemknela mi przez glowe niezwykla mysl: a moze to my bylismy zrodlem tego wszystkiego, co sie pozniej na swiecie wydarzylo? Dotkniecie tej energii jest wszak doswiadczeniem ambiwalentnym. Trudno bylo nam w kazdym razie opanowac wzruszenie - widzimy sie znowu, znowu probujemy dotrzec do czegos, co trudno sobie nawet uswiadomic (wizualizacje Bardo Pond jak zwykle pelne sa muchomorow, ale mam wrazenie, ze to tylko wygodny wybieg dla wytlumaczenia tego, co sie przydarza na tej sciezce, a do czego zadne substancje nie sa potrzebne), tyle tylko, ze zmienilo sie prawie wszystko. Zyjemy w innej epoce niz wtedy, w marcu 2001 roku. Byc moze nawet jest to kolejne wcielenie.
Prosto z rozwibrowanego pola nasyconego elektrycznoscia wpadlismy w kamerlany, klimatyczny swiat Sharron Kraus. Na zywo slucha sie jej o wiele lepiej, niz z plyt (nie, zeby z plyt bylo zle). Jakie to jedna dziwne: dwie kobiety na scenie (jedna z gitara, druga z wiolonczela), a muzyki o wiele wiecej niz w przypadku szostki z Major Stars.
Po drodze miedzy Pell Chafee i scena w AS220 (dzieli je raptem 20 metrow) spotkalismy jeszcze Matsa i Anne oraz Avarusow (jeden z nich nie dotarl, klopoty z paszportem i rezimem wizowym), w salce z plytami natknelismy sie na The Spacious Mind. Rzeczywiscie czujemy sie tutaj dosyc rodzinnie.
Odpuscilismy sobie after-party, w koncu mamy dzisiaj zagrac i na razie to jest najwazniejsze.
Lekki bol glowy, jednak tutejsze Boston Ale jest dosc mocne. Na sniadanie prawdziwe amerykanskie pankejki, zapachnialo Teksasem i trzydaniowymi sniadaniami z przysmazanymi ziemniakami, jajkami sadzonymi oraz pankejkami wlasnie. Nie, to nie sa nalesniki. To sa wlasnie pankejks. Coltrane i Koncerty Brandenburskie Bacha (moj ulubiony, czwarty).

piątek, 21 kwietnia 2006

i juz providence!


w dalszym ciagu wolnosc od diakrytyki... (wymuszona przez Maca tym razem, pewnie moglabym zmienic ustawienia, ale szkoda czasu).
5 i pol godziny Grehoundem z NYC do Providence to jednak nie calkiem rozkosz, zwlaszcza zwazywszy na nerwowa jazde taksowka po Manhattanie, zeby zdazyc na autobus o 10.15. Porth Authority (czyli glowny tutejszy dworzec pks:-)) miesci sie na rogu 42. ulicy i 8 alei, a wiec w samym srodku Manhattanu. Chyba zaczynam rozumiec, na czym polega nowojorski stres i dlaczego tutejszych oskarza sie o nieuprzejmosc. Zasady sa jasne: nie ma miejsca na budyn , bo odrobina nieuwagi naprawde moze diametralnie zmienic twoje zycie...
Ale gdybym miala kiedys wolne 3 miesiace i wolne jakies 2 tysiace dolarow, to ruszam w objazd Ameryki Greyhoundem. To niepowtarzalne doswiadczenie, ktore chyba najlepiej pozwala poznac ten kraj, ktory z okna Greyhounda jest ogromny, bardzo roznorodny i nieprzystajacy do zadnych stereotypow (ani tych any- ani tych filoamerykasnkich).
No wiec jestesmy w Providence - od razu po tym, jak tylko podeszlismy do drzwi AS220, znalezli sie: Aamir, ktory rezewowal nam bilety, Phil McMullen, Neal (u ktorego stacjonujemy), Jefferey (organizator i muzyk Black Forest / Black Sea) i stalo sie jasne, ze jestesmy w domu. Troche to dziwne uczucie - w domu o tysiace kilometrow od tego, co za dom uznajemy. I bardziej u siebie niz u siebie. Juz zeszta w Nowym Jorku czulismy sie bardziej u siebie niz u siebie, w kraju, przez ktory przeplywa wisla i gdzie rzadko cos sie udaje. a gdzie prawie zawsze musimy tlumaczyc sie z diety, upodoban i stylu zycia. Tutaj jestesmy tacy jak wszyscy (czyli niepowtarzalni:-)) i nikogo, absolutnie nikogo to nie niepokoi.
Odsluchalismy sesje z WFMU, przygotowujemy sie do jutrzejszego koncertu.
Dzisiaj idziemy posluchac m.in. Bardo Pond (i przywitac sie, nie widzielismy sie 5 lat...), Kinski, Sharron Kraus, Urdoga, PG Six i mnostwa innych kapel - samo ich zgroamdzenie w jednym miejscu to sztuka nie lada.

czwartek, 20 kwietnia 2006


Wbrew pozorom to nie jest scena z Canal Street i ulicznych straganow, ale z naszego nagrania w WFMU (fot. Scott Williams). Nie mam tutaj polskich znakow, rezygnuje wiec z diakrytyki na jakis czas. Przeprawilismy sie subwayem oraz WTC Path do Jersey City i usiedlismy w sloncu na nabrzezu, ktore tak dobrze pamietamy. Piec lat temu bylo stad widac iweze World Trade Center... Teraz mijalismy Ground Zero miedzy Chambers Street a WTC Path i nie da sie ukryc, zimny dreszcz przebiega po plecach. Zwlaszcza, kiedy czytamy: to jest pozostalosc po WTC a nad glowa widzimy postrzepiony siding... W ciagu tych pieciu lat skonczyla sie pewna epoka, rozmawialismy o tym z Chrisem i Richem po nagraniu, o tym, co w tym czasie stalo sie ze swiatem, radiem i z nami. Wszystko sie zmienilo, ale WFMU w dalszym ciagu jest ostoja audiowedrowcow i wolnych duchow. Jutro ruszamy Grehoundem do Providence i tak rozpocznie sie rozdzial zatytulowany Terrastock.
O jet lagu, spacerze po brooklynskim moscie, betonowo-aluminiowo-ceglano-szklanej instalacji zatytulowanej Manhattan bedzie innym razem. Moze jutro, na razie ledwo starcza mi czasu na zwykla poczte.

niedziela, 16 kwietnia 2006

końcowe odliczanie


Tak było w 2001 roku...

Your Voice From The Moon Kawabaty Makoto jest świetnym podkładem muzycznym do naszych ostatnich przygotowań: drukuję teksty, zapisujemy swoje 'partytury' w kilku wersjach (z on-line włącznie), uzupełniam Plaxo, pakuje podkoszulki i dżinsy, które już chyba zostaną w swojej ojczyźnie. Szkoda, że programowo nie zabieramy ze sobą żadnej muzyki (ani na MP3 ani na dyskach ani w ogóle na niczym, żeby nie obciążać umysłu i nie separować się od tego, co się zdarza podczas podróży), Makoto byłby FANTASTYCZNĄ propozycją na długie godziny w samolocie. Umilę je sobie (o ile w ogóle da się czymś umilić 9 i pół godziny w samolocie) za to "Scenes from American Deserta", które przypomniały mi o mojej fascynacji Południowym Zachodem. Jaka szkoda, że tym razem nie dotrzemy na pustynię...

piątek, 14 kwietnia 2006

odliczanie

Jeszcze tylko mniej niż 72 godziny do wylotu... Amok podróżny trwa już od kilku dni i zdaje się powoli wchodzić w fazę apogeum. Dzisiaj ścigaliśmy faceta, która robi mi przegląd gitary, bo beztrosko chciał umówić się na po świętach. Marek wędrował w strugach deszczu z naprawioną gitarą (wymienione gniazdo) w nowym pokrowcu (może wytrzyma LOT), ja siedziałam przy komputerze, kot obrażony. Obrażony to dopiero będzie od poniedziałku. Świąteczna krzątanina z tej perspektywy jawi się jak dziwaczny rytuał z obcej planety, a my czujemy się trochę kosmicznie z paczką szpinaku i pięcioma jajkami w lodówce.

czwartek, 13 kwietnia 2006

muzyka-polityka

słuchając Anima Sound System z sieci myślę sobie, że połączenie muzyki tanecznej z politycznym przekazem stanowi szczególną mieszankę wybuchową - zmysłowa przyjemność, jaką daje muzyka taneczna o bardzo "groovy" potencjale, koduje się z wezwaniem do walki o swoje prawa. TO może / musi wzniecić rewolucję! to chyba dlatego popmachina tak mocno pracuje, żeby ten potencjał przyswoić (ale on się sam o to prosi) albo znieczulić (kultura dragów, zwłaszcza trawy i haszu, jaka towarzyszy części tej muzyki). No ale po rave nic już nie jest takie samo... Więc Shake Your Ass przyjacielu.

wtorek, 11 kwietnia 2006

miejski fetyszyzm

W weekend oddawalam sie fetyszystycznym przyjemnosciom zakupowym. To znaczy w tym wszystkim nie chodzi o samo kupowanie, ale o zanurzenie się w świecie fantazji, designu, wyglądu, pozoru, gry... Jak pisze Walter Benjamin w Pasażach: Moda, jak rajfurka, żywe ciało kojarzy ze światem nieorganicznym, do żyjącego stosuje prawa truposza. Fetyszyzm, leżący u podstaw tego, co nieorganiczne, jest jej nerwem witalnym. Nie ma jednak ta zabawa wiele wspólnego z kultem towaru - już raczej chodzi o wcielanie się we wciąż inne role, zabawę maskami i rolami w ciasnej przestrzeni przymierzalni i w wielkiej przestrzeni wyobraźni. I zmysłową przyjemność włączania się w ruch wielu takich historii rozgrywających się w tym samym sklepie, wibrującym w rytm muzyki i owładniętym ruchem. To przyjemność, w której najbardziej lubię zanurzać się sama, bez żadnego towarzystwa.

piątek, 7 kwietnia 2006

berlin

berlin
berlin,
originally uploaded by nytuan.
Berlin – miejsca
5.04.2006
Ostbanhof, najciemniejsza strona Berlina, DeDeeR w postaci fluidu emanującego z betonowych bloków, które pozostały szare mimo, że w ramach gigantycznych ruchów finansowych postarano się trochę umilić te osiedla. Otóż prawda jest taka, że nie da się ich umilić. Pozostają stalowoszare jak oczy Ericha Honeckera, niezależnie od aktualnego koloru fasad. Chociaż może jest to kwestia jakiegoś szaleństwa kwadratów i bloczków, absolutnie żaden element nie wyłamuje się z tej estetyki, drzewa rosnące wzdłuż alei wydają się zanikać, jakby ostentacyjnie przestawały istnieć w zderzeniu z tym geometrycznym rozpasaniem. Kolejki do kas, na szczęście Jutte dzowni z propozycją przełożenia spotkania na 19.00, bardzo nam to odpowiada. Jest więc czas, żeby pojechać na Alexanderplatz i wejść w kontakt z moim absolutnie kultowym obiektem, czyli wieżą.
Od pierwszej wizyty w Berlinie, gdzieś z 10 lat temu, uosabia dla mnie ambiwalentny urok tego miasta. 10 lat temu stacjonowaliśmy na Lichtenbergu u Henninga i cała pełnia DeDeeRu była wtedy dostrzegalna dużo wyraźniej. Betonowa wieża (nie miała jeszcze czerwonawych wzorów na kopule, jak teraz) górowała nad miastem i błyskała rytmiczne zimnym światłem lampy jarzeniowej o gigantycznej mocy. Pojechaliśmy pod wieżę niemal od razu, jej odpychający, drętwo-zimny charakter miał w sobie coś przyciągającego, pełna ambiwalencja berlińskiej dekadencji. Staliśmy na balkonach otaczających wieżę, wokół nie było nikogo oprócz grupy brudnych punków z psami, wiał lodowaty wiatr i plac był zalany zimnym światłem jarzeniówek oraz dużymi napisami reklam na budynkach, które pasowały tutaj jak pieść do nosa. Coś jakby świat po katastrofie. Kiedy wtedy kładłam się spać mojej pierwszej nocy w Berlinie, miałam wrażenie, że czuwa nade mną ta złowieszcza betonowa moc, że błyskające na fioletowo oko widzi dobrze mnie i moje sny. Płynęło stąd zło i jednocześnie uczucie dziwnego poczucia bezpieczeństwa wobec czegoś, co tak nieodwołalnie i ostatecznie JEST. Przez te dziesięć lat Alexanderplatz zmienił swój entourage, ale nie zmienił charakteru, który jeszcze pogłębiła lekka, modernistyczna i ascetyczna konstrukcja City Center. Tylko wieża JEST trochę mniej, kula pomalowana w jakieś czerwonawe wzory wygląda jak clown, którego prawdziwym powołaniem jest kariera funkcjonariusza aparatu przymusu i dozoru. Nie wyjadę tam na górę windą, nie dlatego, że się boję czy mam zawroty głowy. To jest dla mnie rodzaj bluźnierczej świętej góry, a świętych gór się nie zdobywa, ich szczyty są siedzibą bogów. Tych bogów tym bardziej wolałabym nie zobaczyć twarzą w twarz, mogłabym spotkać się z tym, co mnie do nich ciągnie. Wyprawa na Alexanderplatz jest dla mnie rodzajem bluźnierczej pielgrzymki (bluźnierczej nie wobec jakichkolwiek świętości, ale wobec życia wymykającego się siłom geometrii, przejrzystości i dozoru), ponawianej za każdym razem kiedy jestem w Berlinie; powtarzalność rytuału nasyca działanie rodzajem czułości i swojskości. Nie inaczej jest w tym przypadku. Groza betonu staje się więc przedmiotem czułego wzruszenia, ale bez cienia nostalgii, czułość bez najmniejszego śladu ciepła, o ile jest to w ogóle możliwe. Wiem, że dla mnie jest – w Berlinie.

kreuzberg

kreuzberg
kreuzberg,
originally uploaded by nytuan.
Berlin - zdarzenia
4.04.2006
Ostatnie dni, jak zwykle w Berlinie, minęły w zawrotnym tempie. Przez trzy dni właściwie nie opuszczaliśmy KMA Antenne przy Friedrichstrasse 2, wychodziliśmy od Ewy przed 10.00 i wracaliśmy do zacisznego azylu zazwyczaj ok. 23.00. Całe dnie mieliśmy wypełnione pracą z młodymi ludźmi nad powstającym zupełnie od zera utworem muzycznym. Już pierwszego wieczoru okazało się, jak małym kosmosem jest Europa Środkowa: na party podszedł do nas Luka ze Słowenii, z którym spotkaliśmy się na festiwalu Sajeta ubiegłego lata a chwila rozmowy z Raminte z Litwy wystarczyła, żeby okazało się, że mamy wspólnego znajomego, Ramunasa Jarasa. Ustąpiło więc poczucie chwilowego zagubienia związanego z faktem, że jadąc tutaj, nie bardzo wiedzieliśmy, jaka jest nasza rola w projekcie Junge Botschaften für Mitel- und Osteuropa (Musik Erweiterung: Europa jams! – einem Film-Happening – vom 29.3. bis 2.4 in Berlin), w skrócie JuBoMio. Już podczas tego wieczornego party stało się jasne, że chętnych do muzykowania nie brakuje i że – co najważniejsze – gotowi są do wspólnych improwizacji.

Zręby utworu powstały pierwszego dnia, dzieciaki zdecydowały, że ma to być reggae. Wyszło reggae z elementami ragga i ska (my i reggae…) Wyszedł bardzo melodyjny, kołyszący utwór, z bogatą harmonią, w której dało się odnaleźć wiele linii melodycznych. Co prawda reggae w roli utworu jednoczącego rozliczne nacje Europy Środka to koncept bardzo specyficzny, ale jakoś tam zgodny z pokrętną logiką globalnej rewolucji.

KMA Antenne to świetna przestrzeń do pracy. Na miejscu mamy wszystkie potrzebne instrumenty, pełne nagłośnienie, kilka sal i w czasie przerw zazwyczaj dodatkowo muzykujemy z Luką, Raminte i innymi chętnymi (saksofonista Arne i Feliks grający na basie też chętnie wypuszczają się na takie wycieczki).

Koszmarne jest tylko to, że po podróży pociągiem dopadł mnie katar, a wkrótce również gorączka i ogólne przeziębienie. Najchętniej położyłabym się do łóżka, tym bardziej, że przez cały czas muszę walczyć z sennością. Niby nie wstajemy wcześnie, bo o ósmej, ale kładziemy się spać – po wszystkich fascynujących rozmowach z naszą gospodynią - dobrze po północy. Krytycznym dniem jest sobota, która wygląda tak: 10.00 meeting, rozdanie ról na dzisiaj, nagranie piosenki, która powstała (a złożył się regularny big band z 15 osób!), później mamy jedyną możliwość, żeby przygotować zarysy programu, który zagramy na wieczornym koncercie z niektórymi uczestnikami, więc na obiad przychodzimy spóźnieni, kiedy wszyscy już kończą, o 13.30; ledwo kończymy kreatywną grochówkę (neue deutsche cuisine), o 14.15, trzeba się zbierać do studia, gdzie ma być nagrywany wideoklip do naszej piosenki - podróż metrem do Mitte, o 15.00 zaczynamy i w gorącym świetle lamp blue boxa kołyszemy się, tańczymy, powtarzamy, robimy nakładki i tak dalej do 17.15; szybko z powrotem, o 18.00 soundcheck, zaczyna się zamieszanie, bo okazuje się, że nikt nie ma pomysłu na porządek wieczornego party, które jest zaplanowane na 20.00, z koncertem w dużej sali KMA; w końcu lądujemy w jakiejś cafe i mamy 30 minut, żeby porozmawiać tylko ze sobą; kiedy o 21.15 docieramy do Antenne Jutta nerwowo rozgląda się w poszukiwaniu nas, Luki i Raminte (okazuje się, że ani Feliksa, ani Aleksa, którzy pracowali z nami nad piosenką, nie będzie – w końcu sobota… i że – z muzyków - tylko my zostaliśmy na placu boju); zaczynamy więc koncert ok. 21.30, najpierw wspólna piosenka, później od razu przechodzimy w nasz program, pomyślany w taki sposób, żeby w dowolnym momencie chętni z publiczności mogli dołączyć; zjawia się Czarny tancerz, który ewidentnie czuje, o co chodzi (to ciekawe, bo muzyka, którą gramy ma się przecież do afrykańskich tradycji zupełnie nijak – no, chyba, żeby uwzględnić potencjał free jazzu - a jednak w międzynarodowych sytuacjach zawsze znajdujemy z Czarnymi muzykami wspólny język), impreza się rozkręca i gra nam się naprawdę dobrze, ale kiedy kończymy po wszystkich interesujących rozmowach z nowymi znajomymi, jest 0.30; wędrujemy w głąb Kreuzbergu ulicami, po których ludzie przemieszczają się z jednych imprez na drugie albo po prostu wracają do domu; u Ewy kolejne party, wpadamy w sam jego środek ze świadomością, że nie spełnimy oczekiwań gości co do naszego grania, bo po prostu padamy z nóg; przysiadamy więc z Jackiem i Anią (czyli Galerią Zero) w kąciku, nie przyznając się właściwie nikomu, że to my jesteśmy tymi muzykami, na których wszyscy czekali; o 3.44 padam na materac i ledwo wiem, jak się nazywam. I tak sobota przeszła w niedzielę, ZUPEŁNIE niepostrzeżenie. Kiedy jesteśmy w trasie, pojęcie dnia staje się więc bardzo względne. Ile to jest dwa dni? Zdaje się, że tyle, ile od piątku do niedzieli, ale kiedy zamykamy oczy nad ranem, wcale nie jestem tego pewna.

Umówiliśmy się z Jackiem i Anią na wspólny wypad na pchli targ w ich okolicy (Friedrichshain), około 13.00. Wypada więc zwlec się z łóżka, zwłaszcza, że w kuchni przy stole siedzą mili ludzie i nie wiadomo, czy to jeszcze część wieczora/nocy czy też już rano. Wspólnie ustalamy, że rano jest wtedy, kiedy się wstaje. Tak poznajemy rodziców Ani, bardzo barwne postacie, które w stu procentach odpowiadają określeniu: prawdziwi artyści. Nad Berlin dotarła fala ciepłego powietrza (znad Atlantyku, czuje się tę swobodę wolnych ludzi z drugiego kontynentu, Land of Free), czujemy więc pewną wspólnotę beztroski z ludźmi, który mijają nas na ulicy i w podziemnych korytarzach U-Bahnu.

Friedrichshain jest trochę inne niż Kreuzberg. Też freakowo, ale Wolni Ludzie nieco bliżsi establishmentu, widać to po schludnych bramach kamienic i wymytych oknach kryjących staranne aranżacje. Mniej Turczynek w chustach i mniej krzykliwych grupek wyrostków, mniej menelstwa maskującego się pod postacia punkowej alternatywy, która nigdy nie zagląda pod prysznic i nie rozstaje się z butelką taniego wina. Pchli targ jest rzeczywiście świetny, spenetrowanie tego miejsca zajmuje nam jakieś 2 godziny, ale na stosiku z książkami po 1 Euro kupuję książkę Howarda Rheingolda „Virtual Communities”, pierwszy tom autobiografii Mayi Angelou, „Scenes in American Deserta” i tom Media Studiem Journal (Radio – the Forgotten Medium). Kupujemy też drumlę z Tuwy i jakieś ubraniowe gadżety (paski, czapki itp.), przez moje ręce przechodzi mnóstwo dziwacznej biżuterii, ale nie jest to mój dzień na kupowanie. Wspólny obiad w jakiejś włoskiej luncherii, śmiejemy się, że rodzinny, bo niedziela to dzień dla rodziny. I udajemy się w dalszą wędrówkę, o 18.00 jesteśmy umówieni na obiad z Juttą, a musimy jeszcze kupić bilety.

Telefon: czy możemy przełożyć spotkanie na 19.00? Możemy. Jak zwykle tutaj, na miejscu jesteśmy pierwsi ( punktualność to w Niemczech kwestia naszego honoru), ale nigdy nie czekamy długo, najwyżej 5 minut. Nie inaczej i teraz. Okazuje się, że mamy jechać z powrotem do Mitte, zabierają nas do jakiejś knajpki. Miasto – zwłaszcza Berlin – jest jednak przestrzenią ruchu i transformacji, na miejscu knajpki mieści się trenderski klub, w którym właśnie instaluje się didżej. Dźwięków mamy zdecydowanie aż nadto, więc wybieramy restaurację o swojskiej dla krakowian nazwie ”Körber” czyli „Dynia”. Serwują tutaj wariacje na temat kuchni niemieckiej, które – zaskakująco – okazują się być smaczne. Pozostaję jednak przy sałacie z endywii (genialny sos), mój żołądek pamięta jeszcze spaghetti diavolo z wczesnego popołudnia. Przy szampanie, którym Jutta zapragnęła uczcić nasze spotkanie i sukces projektu (ma sporo dokumentacji i konkretnych „produktów” do pokazania), rozpoczynamy dyskusje o Europie Środkowej, dialogu międzykulturowym oraz edukacji medialnej, które przeciągną się prawie do 23.00. Znowu idziemy spać w środku nocy, a ja mam poczucie, że już nigdy nie uda mi się po prostu odpocząć, nic-nie-robiąc, nic-nie-myśląc.

Pół poniedziałku to trochę za mało, żeby dojść do siebie po karuzeli ostatnich dni. Włóczymy się po znanych miejscach, jakieś ciuchowo-kulinarno-głupawe zakupy (kiedy próbujemy w sklepie z papierem wszystkie nakręcane niedźwiadki, ekspedientki są chyba bliskie telefonu po policję), kupuję ajurwedyjską herbatkę Tridosha – jeśli moje życie przez najbliższych kilka tygodni ma wyglądać tak, jak ostatnio (a na to się zanosi), to będę potrzebować zrównoważenia zaburzeń dosha. Tym bardziej, że – jak się zdaje jestem vatta-pitta. Po południu zaczyna padać i robi się zimno. W Junction Barze pojawiamy się ok. 19.00, dobrze, że jest tutaj piętro z kawiarnią, oddzielne od klubu. Przysłuchiwanie się próbie zespołów punkowych grających przed nami to ostatnia rzecz, na którą mam ochotę. Zjawiają się Luka i Raminte, umawiamy się może na Sajetę w sierpniu i na Sumirimas w Kownie jesienią. Na tym polega dla nas sukces tego projektu, że znowu chce się z kimś muzykować, że z tej wymiany płynie jakaś energia. Straszymy niemiecką publiczność koncertem, w którym znajdują ujście nasze dzikie środkowoeuropejskie dusze. Tutaj wychodzenie poza gatunkowe przegródki to grzech śmiertelny: zwłaszcza dla rockmanów (jak Alex) oraz punkowców (jak publiczność). No i frenetyczne wyścigi saksofonowo-klarnetowe wraz z czystym gitarowym noisem to too much dla naszej dzisiejszej publiczności. Ale ci, na którym nam zależy, słuchają z uwagą i są zadowoleni. Nam zaś od dawna przestało zależeć na kokietowaniu publiczności, szacunek dla słuchaczy – jak dla mnie – polega na czymś innym niż mizdrzeniu się do nastolatków. Zwłaszcza, że z rockmanami od samego początku nie przypadliśmy sobie do gustu, stąd nasz soundcheck był najkrótszy, wykrojono dla nas raptem 20 minut. Co za ironia losu, na samo ustawienie gitar potrzebuję tyle, nie mówiąc o Marku i jego zabawkach. Cóż, w tej sytuacji zagraliśmy „siłowo” i była to forma prawa karmicznego – macie to, co możecie mieć; ekipa techniczna musiała nas wysłuchac do końca i było słychać, że zgrzytają zębami. Tak, jakby granie Hendrixa w 2006 roku miało jeszcze jakiś sens.

I znowu poszliśmy spać o 3.00. Wstajemy o 7.15, 4 godziny snu, trening kondycyjny przed Ameryką.