wtorek, 26 września 2006

jesień...

...ale za to jaka piękna! wróciłam z wakacji prosto w wir spraw rozmaitych. w Pirinie było doskonale... w pięć osób biwakuje się w wysokich górach dużo lepiej niż we dwójkę. znowu stanęłam na szczycie Wichrena - to bardzo piękna góra, bardzo dla nas łaskawa, bo znów zaoferowała nam piękną widoczoność. powietrze nie było wprawdzie tak krystaliczne, jak 3 lata temu, ale za to udało nam się zejść z gór przed wyraźnym załamaniem pogody. tym razem kozice się nie pojawiły i zamiast uroczego biwaku w sielankowym otoczeniu Mozgowiszkiego Ridu musieliśmy wybrać (ze względu na deszcz) noclegownię nad Tevno Ezero. to kolejna lekcja elastyczności - plany i marzenia zazwyczaj przybierają zupełnie inne kształty, sęk w tym, żeby sobie z tego powodu nie robić "ciężkiej głowy", jak mówią Słowacy. co prawda długotrwała praca naukowa pozbawiła mnie trochę kondycji, ale i tak jestem z siebie dumna - 10-godzinny trekking znad Tevno Ezero do Rożena poszedł jak z płatka. było dość ekstremalnie, nawet w Himalajach nie robiliśmy takich tras - kolano czuję do tej pory. zejście w jeden dzień z ponad 2500 m na niespełna 600 npm. to jest coś. Od skalistych szczytów i alpejskich łąk przez bukowe i dębowe laski do drzew obwieszonych słodkimi figami i uginającej się od ciężaru owoców winorośli. A najfajniej było nudzić się trochę w Melniku. Bogdan i Ewa fotografowali, my tym razem oddaliśmy się smakowaniu życia. Przeywieźliśmy wreszcie wymarzoną tamburę, okazało się, ze jest to ośmiostrunowa "Pirin tambura" i na razie jest moim ulubionym instrumentem, bardzo się z nią zżyłam. Marek kupił sobie bardzo ładnie strojącą dvojankę, nie jest wykluczone, że niebawem dotrze do nas kaval.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz