niedziela, 25 stycznia 2009

storczyki i Otomo Yoshihide

Udało mi się wyhodować moje własne storczyki! Obie odmiany zakwitły po raz drugi, to znaczy, że prawidlowo zostały przycięte po kwitnieniu i że im tutaj dobrze. Traktuję je więc pięknym uwtorem "Cathode no. 2" Otomo Yoshihide, oczywiście via last.fm. Kwiaty mają oczywiście trochę mniejsze, niż kiedy kwitły w sklepie, ale to zupełnie normalne. Wszystkie rośliny odchorowują intensywne napędzanie nawozami, jakie stosuje się w sklepach w celu zmuszenia ich do produkcji jak najbardziej widowiskowego ukwiecenia. Nawet Kocia przejawia odrobinę szacunku i nie podgryza ani liści, ani tym bardziej (zgroza na samą myśl!) kwiatów.

sobota, 24 stycznia 2009

nie Kubinska Hola

...bo autokar przestraszył się, że nie będzie gdzie jeździć. Na stronach wprawdzie jest informacja jak wół, że dolne wyciągi nie jeżdżą i że nie ma warunków na narty (5 cm śniegu) a jeździć można na górze, ale pan pilot (to taka odmiana "ja wiem wszystko") upierał się, że przez telefon powiedziano mu, że stacja jest czynna. No bo jest czynna; tyle tylko, że u góry, gdzie zresztą chyba jest gdzie jeździć. No ale publika w autokarze wybrała Rohacze-Spaleną (w sumie fajnie, bo świetnie się tam jeździ i to moje ukochane Tatry). I tak po dodatkowej godzince wreszcie znaleźliśmy się na stoku, z resztką śniegu (ledwo, ledwo). Początkowo nie było zachęcająco: mgła i totalnie oblodzone trasy, ale po pierwsze: uwielbiam jeździć na nartach we mgle (to trochę jakby się szybowało w powietrzu), po drugie: lubię fajnie oblodzony stok (lepszy w każdym razie od topiącego się śniegu zgarnianego na kupy i ubijanego przez klęczących dykciarzy (o, pardon, snowboardowców). Można więc było nieźle poszaleć, o czyniliśmy prawie do upadłego, czyli przez jakieś 5 i pół godziny (zwłaszcza, że znowu można było jeździć na okrągło, zero kolejek do krzesełek). Tylko zimy nie widać na horyzoncie, niestety.

piątek, 23 stycznia 2009

nareszcie, nareszcie!

Cały tydzień bez nart, z gwałtownie znikającym śniegiem oraz ohydną wilgotną zawiesiną w powietrzu! Na szczęście jutro Kubinska Hola tym razem, śniegu podobno 45 cm, ale warunki "dobre". Cóż, zobaczymy. Wygląda na to, że jest tam gdzie pojeździć, nie znam tej stacji, ale mapki wyglądają sympatycznie. Czuję się kompletnie wycięta po 2 dniach pełnych biurokracji i procedur, wielokrotnego przeliczania, zdobywania podpisów, itp. czyli pracy nad wnioskiem badawczym. Gdyby chociaż 30 % tej energii można było oszczędzić, to polska nauka równałaby się z najlepszymi osiągnięciami amerykańskimi. Nie o to chodzi, że tam nie ma biurokracji (jest nawet większa!), sęk w tym, że tam ma to jakiś sens, tutaj ilość kłód rzucanych pod nogi w postaci kompletnie absurdalnych urządzeń społecznych przypomina teatr okrucieństwa i groteski. Wiem już chyba, na czym poelga problem tej czarnej dziury, ktora nas wszystkich tutaj wsysa, ona się bierze z megaton zmarnowanej energii wpuszczonej w nienaoliwioną, zardzewiałą i niesprawną urzędniczą machinę, która pracuje napędzana wołami pociągowymi na zasadzie 1 krok do przodu, 2 mile w tył, podczas gdy na świecie ludzie odpalają sobie milutkie, ładnie zaprojektowane bolidy napędzane energią słoneczną. Bredzę. To mgła.

wtorek, 20 stycznia 2009

Obama upgrade

Spędziłam trochę czasu oglądając na CNN zaprzysiężenie Baracka Obamy. Jego przemówienie tuż po tym, kiedy stalo się jasne, że wygrał wybory, do dziisaj wisi na mojej tablicy obok biurka. Nawet mając świadomosć, że to CNN (które ma swoje strategie) i tak nie był to czas stracony. Znowu wróciła refleksja z listopada: zazdroszczę Amerykanom zdrowego idealizmu, wtedy, kiedy trzeba. Nie takiego nadętego i na pokaz. Przemówienie Obamy było po prostu piękne; ( w takiej wersi, jaka zostala przygotowana jest dostępne tutaj) nie chciałam sobie psuć przyjemnosci słuchania starannie wycyzelowanych figur, którego jednak nie maskowaly autentyzmu, a raczej go potęgowały jakimiś idiotycznymi komentarzami w stylu TVN 24, gdzie "znawcy" czasem przechodzą samych siebie w egocentrycznej jeździe (niezłym przykładem była dyskusja wokół filmu o braciach Bielskich, gdzie na 4 dyskutujące osoby tylko jedna - Tomasz Raczek - widziala rzeczony film). Chyba słusznie, M, doniósł mi jak, w TVP 1 komentowano, że to słabe wystąpienie. Czasem wręcz niewiarygodne jest, jak silnie dziala efekt krzywego zwierciadła, powodujący, że w Polsce ocenia się wydarzenia, osoby, prądy intelektualne, książki, filmy i muzykę diametralnie odmiennie niż "na świecie". Syndromem tego krzywego zwierciadla jest chyba różnica, jaką można dostrzec, kiedy porówna się mowę Obamy z niechlujnymi stylistycznie, językowo i fonetycznie wypowiedziami jego polskiego odpowiednika.
W każdym razie Bush junior z żoną zosta odprowadzony od śmigłowca i odleciał w siną (miejmy nadzieję) dal (a raczej do Teksasu). Co dalej? Mniej czy bardziej wiadomo, życie toczy się zgodnie z pewnymi niewzrusoznymi prawidłowosciami (i dziwi mnie przebrana za "życiową mądrość" naiwność komentatorów, którzy podkreślają, że "to się jeszcze okaże" i "że będzie trudno"). Jak miałoby być inaczej? Nie oczekuję więc żadnych cudów, ale cieszę się, że raz na jakiś czas można usiąść przed telewizorem i trochę pocelebrować jasną stronę mocy (mając świadomość całego uwikłania ideologicznego).
Aha, wielkie wrażenie zrobiło na mnie także to, że blisko 2 miliony ludzi słuchały w niezwykłym skupieniu pięknej kompozycji Johna Williamsa z niezwykłym oddaniem zagranej przez muzyków (bo granie w mrozie nie należy do rzeczy łatwych).

poniedziałek, 19 stycznia 2009

zimy ciąg dalszy

Zimy cd. choć w telewizji trwa zaklinanie odwilży, żeby przyszła - chyba z sukcesem, bo spadały dzisiaj wszystkie sople i nawisy śnieżne na dachach (na szczęście niewielkie). Patrzę na to wszystko z dużym niepokojem, bo śniegu w Tatrach i tak nie za dużo - udało się wprawdzie bardzo przyjemnie poszusować w Dolinie Rohacskiej w niedzielę, ale gołym okiem widać, że owe (rzekomo) 80 cm śniegu to raczej bardziej życzenia niż rzeczywistość. Uwielbiam narty, ale odstręczają mnie nieodmiennie grupowe formy narciarstwa; koleś, który obyspał mnie śniegiem przycinając na swoich, jak to poetycko ujął wrzeszcząc do kolegi "zajebistych, że huj" nartach tylko mnie rozbawił (zwłaszcza, że kiedy mijałam go w nieco bardziej oblodzonych i stromszych miejscach, to nie był już taki rozmowny). Całe kompanie ludzi kompletnie ślepych na resztę społeczeństwa i obdarzonych najwyraźniej upośledzeniem słuchowym oraz potrzebą spalania dużych ilości nikotyny właśnie w miejscu, gdzie można zjeść obiad już raczej irytowali. Co ciekawe, wygląda to na jakąś narodową przypadłość, bo w większości owa przaśność wyrażana była w języku polskim. Widziałam, jak jeździła grupka Słowaków (naprawdę dobrych narciarzy; z jaką ostrożnością i uważnością w miejscach, gdzie mniej doświadczeni narciarze i narciarki mieli trochę... hm...wątpliwości. Zawsze w takich miejscach jest też kilkoro dzieciaków, którym należy się medal za odwagę. Oczy trzeba mieć dookoła głowy, zwłaszcza, kiedy jest sporo ludzi (tym razem było niemal pusto) i kiedy człowiek sam się koncentruje na kątach, nachyleniach, pozycji ciała i gęstości śniegu. Ułańską szarżę zazwyczaj obserwuję wtedy w wykonaniu rodzimych miłośników kanału sportowego Extreme Sports, którym wydaje się, że ktoś z ukrycia kręci klip właśnie o nich. Dorównują w tym chyba tylko Rosjanom jeżdżącym "na krechę" po kilku głębszych. Całokształt sprawia, że wyprawa do stacji narciarskich zawsze jest trochę ambiwalentna; trekking narciarski zaś to co innego, jest totalny kontakt z górami, śniegiem i zimą, ale brakuje też trochę przyjemności szusowania po dobrze przygotowanym stoku. Marzenia o alternatywnych stacjach narciarskich (dla niepalących???) chyba jednak nie mają sensu - po pierwsze, zmiana klimatu (czy w tym sezonie jeszcze zobaczymy śnieg?), po drugie, przemysłowa forma tego sportu jest chyba koniecznością wobec nakładow poniesionych na infrastrukturę.
I jeszcze szczyt propagandy: materiał w TVN (oraz innych dziennikach) o tym, jak "o kilkadziesiąt procent" podrożało na Słowacji (bez podawnaia żadnych cyfr oczywiście). Aż nadto przejrzysta polityka lobby zakopiańskiego, nie znam drugiego tak drogiego "kurortu" w tej części Europy (nawet przy kursie EUR oscylującym wokół 4,20 PLN). Jeśli jednak ma to oznaczajć mniej rodaków po południowej stronie Tatr, to OK, fajnie, będę podtrzymywać tę legendę z całych sił.

wtorek, 13 stycznia 2009

-10 !



I słońce powoli się ujawnia. To jednak -10, dzień wypełniony będzie bieganiną z jednego spotkania na inne, wszystkie ważne. Ratuje mnie Mia Doi Todd i jej płyta "The Golden State". Oraz fakt, że nikt nie kupuje miechunki (oznaczonej w polskich sklepach jako "physalis") i w efekcie całkiem pokaźne opakowania z pyszną kolumbijską miechunką staniały w lokalnym Carrefour Express do 5 zł. Yummy. Po drodze zakupię to, co jeszcze zostało.

niedziela, 11 stycznia 2009

rekonwalescencja



I jak było do przewidzenia, zamiast pojechać na narty, piątek i sobotę spędziłam w łóżku lecząc szkody odniesione w trakcie podróży na niegościnne równiny środkowej Polski. Był to oczywiście dość miły czas, głównie wypełniony lekturą (choć piątkowe przedpołudnie upłynęło mi pod znakiem bolesnego podejmowania decyzji w obliczu piętrzącego się na poręczy sofy stosu książek odłożonych na "wolny czas": co czytać?). Kiedy jednak dzisiaj wreszcie zza mgieł wyjrzało słońce, nie mogłam już nie zauważać, że marnuję tak piękną zimę pod kocem. Wybraliśmy się więc na spacer w nasze ulubione przydomowe ostępy, czyli łąkami i bezdrożami w kierunku Pychowic oraz ul. Tynieckiej. Tym razem egoistycznie zagarnęłam aparat fotograficzny i udało mi się "złapać" ulubioną pustułkę (choć są opinie, że może to też być...drzemlik, który w Polsce wprawdzie nie zimuje, ale zagląda na przelotach - to możliwe, bo spotkaliśmy prócz nas wielu ornitologów z lornetkami). W każdym razie dryf starorzeczem Wisły po raz kolejny okazuje się być wcale nie mniejszą przyjemnością niż, powiedzmy, Małe Pieniny. Może to chodzi o ten rodzaj przewietrzenia głowy, ktory jest wynikiem zanurzenia się w innym świecie, gdzie ludzka obecność - choć się pojawia - nie sanowi reguły. Dla mnie oznacza to pustkę, konieczny - od czasu do czasu - tryb mojej egzystencji. I jest jeszcze coś niezwykłego, jakieś zupełnie ekscytujące odczuwanie przestrzeni/ciala, które pojawia się tylko podczas ruchu w miejscu, gdzie jest dużo przestzreni niezabudowanej i nieograniczonej geometrycznymi płaszczyznami, liniami i kątami; gdzie jest dużo powietrza. Fotografia bardzo pomaga w takim przewietrzeniu umysłu, a raczej jej pewna forma, nie chodzi o "zatrzymanie" widoków, sytuacji, obiektów, a raczej o kontemplację szczegółu, o nawiązanie relacji z otoczeniem, bo przecież tym właśnie jest drobiazgowa analiza światła, kątów, punktów spojrzenia.



To jedna z takich właśnie chwil. Tym bardziej jest to inspirujący proces, że mały ekranik lustrzanki nie pozwala stwierdzić, co z tego zdjęcia będzie. Ponawia się więc kilka ujęć w rożnym położeniu, zmieniając odrobinę własną pozycję, rozglądając się za słońcem i cieniem, ale ostateczny efekt widzę dopiero na ekranie komputera. To oczywiście dotyczy fotografii w jej wydaniu cyfrowym, które jest jednak czymś innym niż klasyczna fotografia analogowa; proces fizykalno-chemiczny (też zresztą fascynujący) To jednak miało być zdjęcie tylko dla mnie (no, prawie) i tak jest, już chciałam napisać "pamiątka", "znak", "świadectwo" i to byłoby znowu uwikłane w całą rozmowę o zatrzymywaniu, pochwyceniu, przechowaniu. A przecież był to doksonały moment sam w sobie, odrkycie, że chwila koniecznej do życia pustki pojawiła się sama z siebie, jak oddech.

czwartek, 8 stycznia 2009

nie było mi do śmiechu

wcale. Samochodowy "rajd" w śnieżycy przez stolicę należał do sportow ekstremalnych (z racji ekstremalnie małych prędkości, słynny paradoks Zenona ucieleśniony). Śnieżyca miała także i swoje plusy; kiedy o 18.30 dotarlam na peron (na ekspres do Krakowa o 18.15), to zobaczylam informację "Opóźniony o 60 min.". Potem informacja zmieniła się jeszcze na "80 min.", na szczęście kiedy tablice wyświetliły, że "1 godz. i 20 min.", to okazało się, że... kłamczuszki zarządzają ruchem na Dworcu Centralnym, bo ośnieżona torpeda wjeżdżała triumfalnie na peron. I tym sposobem, po jeszcze kilku mniejszych przygodach, cudownie znalazłam się w ostatniej 114 odjeżdżającej spod "Kijowa" o 23.02. Nie uchroniło mnie to, niestety, od kataru i bólu gardła (a dzisiaj jeszcze cały dzień zajęć, uuuuu).
Co tylko potwierdza moją niewzruszoną już aktualnie tezę, że wyjazd na Mazowsze jest absolutnie szkodliwy. Nie ma piękniejszego widoku niż opłotki Nowej Huty z okna ekspresu z W-wy.
A Kocia ostrzegała! Spojrzenie jakie posłała mi rano z mojego wlasnego łóżka było jednoznaczne: jesteś kompletną idiotką.

poniedziałek, 5 stycznia 2009

hu-hu-ha

Ale zima przecież wcale nie jest zła. Nawet to, że dzisiaj rano 2 kolejne autobusy nie odjechały z pętli Kampus UJ, a 2 następne dumnie glosiły "zjazd do zajezdni" nie wytrąciło mnie z dobrego humoru. Śnieg wszędzie i może nawet czekas nas Duży Mróz! Hurra! (Ciekawe, czy będzie mi do śmiechu w ekspresie do W-wy za 2 godziny!)

niedziela, 4 stycznia 2009

zimowo

Nareszcie przedsmak prawdziwej zimy! I to nie tylko na Sopatowcu i Przechybie, ale w Krakowie, sypie od rana! Ostatecznie powitaliśmy Nowy Rok w bardzo miłej atmosferze, spokojnie o 00.23 mogłam już z ulgą przyłożyć głowę do poduszki. Niebo było bajkowo rozgwieżdżone, kilka stopni mrozu, grzaniec przy ognisku. Nazajutrz ruszyliśmy na Przechybę i to było to! Śnieg, śnieg i jeszcze raz śnieg, wszędzie. Fajnie. Zwłaszcza, że w drodze powrotnej ruszyliśmy znajomym skrótem (oczywiście nieprzetartym, podobnie zresztą, jak spora część zielonego szlaku z Jazowska na Przechybę, którym podążaliśmy na górę). Po naleśnikach z czekoladą wszystko było jednak łatwiejsze, zejście można byłoby określić właściwie quasi-zjazdem. Wygląda na to, że za tydzień wreszcie pojeżdżę na nartach!
Udało mi się wreszcie przeczytać "On the Town. One Hundred Years of Spectacle in Times Square" Marshalla Bermana, który przywrócił mi wiarę w to, że istnieje lewica myśląca, niedogmatyczna i rzeczywiście pozbawiona przesądów wobec kultury popularnej, potrafiąca docenić zwykłe codzienne przyjemności. Mogę tylko podziwiać sposób, w jaki Berman prowadzi narrację, jest w tym absolutnie mistrzowski. I mały fragmencik: Nawet jeśli (powiedzmy, że mam rację) współczesne masowe produkcje są "niczym", to jednak ludzie, którzy je oglądają i ich słuchają będą robić to, co ja przez całe moje życie, co moi rodzice wracając metrem na Bronx, to, co moje dzieci, kiedy przechowują w pamięci na swój własny, zabawny sposób piosenki i dialogi z filmów. Wkładają w to "nic" odrobinę swojego i z tej fuzji niczego i czegoś tworzą coś nowego. (s. 217, mój własny przekład) Cała książka Bermana pokazuje, że można być krytycznie myślącym człowiekiem i jednocześnie czerpać z kultury popularnej przyjemność i doceniać potencjał, jaki w niej tkwi, a także podchodzić z pokorą do kwestii tzw. zwykłego człowieka i jego / jej doświadczeń kulturowych. Jakie to odmienne od napuszonego, paternalistyczego, pełnego pogardy i hipokryzji stylu, w jakim opisują kulturę popularną tutejsi intelektualiści, ze środowiskami lewicującymi włącznie (a może zwłaszcza). Najbardziej ujęła mnie niezwykle autokrytyczna postawa Bermana - jak pisze, jest szczególnie nieufny wobec postawy nostalgii ("dawniej to były czasy!"), także własnej. Ale może dlatego tak dobrze czyta mi się jego książki ("Wszystko, co stałe rozpływa się w powietrzu" to był mój hit na długo przedtem zanim nareszcie wydał go w przeładzie Universitas), że dzielę z nim miłość do Nowego Jorku. Może to ostatecznie jednak odrobina nostalgii...