wtorek, 25 sierpnia 2009

koniec lata

To już koniec lata. Mgła nad Krakowem dzisiaj rano właśnie mi to uświadomiła - to była mgła już wrześniowa. I co z tego, że ostatnie dni sierpnia w kalendarzu i że jeszcze pewnie będzie gorąco - po lecie i tyle. Żegnanie lata miało miejsce w Nowym Sączu, gdzie pojawił się DESZCZ. Niestety, podczas wieczoru, który był przeznaczony dla teatru. Nie zobaczyliśmy więc spektaklu Teatru Snów (i, prawdę mówiąc, nie zdążyliśmy też porozmawiać dłużej niż przez chwilę). Poza tym jednak najmilszym aspektem festiwalu były spotkania (bo reszta to cała seria negocjacji i kompromisów - koniecznych przy tego typu okazjach, ale nie zawsze pozostawiających najlepszy smak). Włóczęga po Krakowie z Willim i Gerardem, powtórka tejże z Maren i Rudim, nagrywanie w miasteczku galicyjskim (taka folkowa wersja Disneylandu z ajentami i pracownikami niechętnymi wszystkiemu, co narusza marazm i ich święty spokój) fantastycznej sesji instrumentów karpackich... Obiady, transfery, krążenie samochodem, piwo późno wieczorem w którymś z ogródków wraz kilkoma kolejnymi ekipami znajomych, wreszcie czas, żeby pogadać spokojniej z Shiną i Danem, potrójne urodziny w Lokatorze - wystarczy, żeby zapełnić tydzień, a to tylko 4 dni... Siedząc w niby-ratuszu galicyjskim i słuchając Michala Smetanki czarującego nas karpackimi haiku w wersji na głos i rozmaite instrumenty dęte (od fujary przez gajdice po koncovki) obserwowałam, jak za okne pada deszcz i był to moment idealny. Huculska fłojera brzmiała jak sama kwintesencja Karpat, które wciaż mnie zaskakują i odsłaniają nowe oblicze, ujawniają nowe formy związku, więzi, praktyki. Józef Broda zaśpiewał o "ślebodzie" i wszytsko było jasne, wszystko zamyka się w tych kilku wersjach piosenek o owcach, chmurach i graniach, trzeba tylko znaleźć czas na słuchanie i ludzi, którzy potrafią wyczarować taki soundscape. Bo to jest możliwe tylko na żywo. Na koniec zagraliśmy wspólnie i był to dość niezwykły band złożony z Wiedeńczyka (a zatem jego słowacko-czeskie korzenie były oczywiste od samego początku), górala z Beskidu, Słowaka z Lewockich Wierchów, który tak pięknie potrafi zmiękczyć po szarysku, Hucułów studiujących na akademii, Szwajcara, który ma swój udział w renesansie fujary słowackiej, austraickiej aktorki, która czaruje samą obecnością... W tym wszystkim najważniejsze jest Źródło, ale nie ma ono NIC wspólnego z muzeum, etnografią i skansenem, bo jest żywe, ruchliwe i płynne. Słowo na niedzielę brzmi: wdzięczność.

niedziela, 16 sierpnia 2009

out in the woods

Nie chce mi się w niczym uczestniczyć, niczym specjalnie ekscytować. Te wszystkie odpryski militarno-ideologiczno-popowe wyglądają z tundrowej perspektywy jak brud na szybie. Let it be. A zatem zupełnie niemodny, nie-offowy, nie-nowy Oregon z płyty wydanej w 1983 roku: prawie klasyczny skład z Colinem Walcottem, Ralphem Townerem, Paulem McCandlessem (bardzo lubię klasyczne brzmienie jego oboju) i Glenem Moorem. Co nie przeszkadza, że przedpołudnie minęło pod znakiem Alberta Aylera i upału, który szczęśliwie obserwowałam zza szyby. Miasto jest cudne w sierpniu: nieliczne zagęszczenia w mieście (zupełnie inne składniki niż zwykle, bo wyjechali studenci, a przyjechali turyści, często z odległych rubieży ściany wschodniej albo z innej prowincji, głównie mentalnej i obyczajowej), poza tym płynność, przejrzystość, lekkość.

sobota, 15 sierpnia 2009

między światami

Wciąż jeszcze trudno odnaleźć mi się w miejskich autobusach i w Carrefour Express, który jest sklepem złożonym głównie z piętrzących się problemów. Po czterech dniach na Sopatowcu to poczucie znowu się zaostrzyło, staram się wychodzić z domu tylko wtedy, kiedy jest to konieczne. Sopatowiec jest świetnym miejscem na czytanie beletrystyki, na którą normalnie rzadko mam czas. Tym bardziej, że książki zaczęte można dokończyć przy kolejnej bytności (nie udało mi się znowu skończyć "Stambułu" Pamuka, ale nic straconego, pewnie wrócę do tej książki późną jesienią, wtedy na werandzie w cenie będą miejsca na fotelach przy piecyku i będziemy pewnie wszyscy tęsknić do wylegiwania się w plamach słońca). Tym razem przyciągnęły mnie kolejne części "Wilczego notesu" Mariusza Wilka. Tym bardziej, że "Tropami rena" to opowieść o podążaniu śladem Saamów zamieszkujących Karelię i Półwysep Kola. Trochę jednak mnie irytuje miejscami dydaktyczne zacięcie autora, który "naucza" o konsumeryzmie i tym, jak "kultura Zachodu" zniszczyła Naturę. Niestety, w przypadku olbrzymich połaci rosyjskiej Północy to nie kultura Zachodu zdewastowała zupełnie przyrodę, tylko rozmaite wersje imperialnych i kolonizujących polityk rosyjskich oraz ci wszyscy wspaniali skądinąd zapewne ludzie, którzy nie czują żadnego oporu przed wywaleniem śmieci do lasu. Istnieje taki rodzaj retoryki zachwytu ubogimi mieszkańcami rozmaitych leśnych ostępów i ich ubóstwa (rzekomo wyzwalającego tę bardziej szlachetną stronę ludzkiej natury). Otóż rzadko, niestety, zdarzyło mi się widzieć to w praktyce. Najczęściej bieda idzie w parze z kompletną dewastacją otoczenia i brakiem wrażliwości na cokolwiek, co nie daje pieniędzy - są wyjątki (np. nepalskie wisoki wysoko w górach), które jednak nie dają podstawy do czynienia z nich reguły. Generalnie, pobyt w Skandynawii kazał mi przemyśleć odruch obsadzania "kultury Zachodu" w roli dewastatora przyrody i niepohamowanego konsumeryzmu. To chyba jednak nie jest cała prawda, ani nawet jej połowa. A w Rosji Saamowie nie "zniknęli" po prostu, jakby wyparowali - podobnie, jak inne grupy etniczne (Nieńcy, Samojedzie etc.) zostali wybici, zmuszani do kolektywizacji, rozpijani i rusycyzowani przez kolejne moskiewskie ekipy uprawiające takie same polityki kolonialne (tylko mniej finezyjne, bardziej okrutne i bardziej szkodliwe), jak w tzw. krajach Zachodu.

piątek, 7 sierpnia 2009

saamskie tropy


I jeszcze kilka saamskich tropów (od kilku dni próbuję zdecydować, jak się pisze Saamowie, saamskich itp. czy też po prostu Samowie i samskich, jak chce prasa, np. "Rzeczpospolita"). W końcu przyjmuję jednak za tłumaczką, Marią Skibińską, i redakcją znakomitej książki Ailo Gaupa "Podróż na dźwiękach szamańskiego bębna" wydanej przez słowo/obraz terytoria tę pierwszą wersję):
Portal informacyjny National Sami Information Centre
Strona szwedzkiego Parlamentu Saamów (tylko po szwedzku i saamsku)
Instytut studiów saamskich na Uniwersytecie w Tromsø
W 2008 r. powstał film "The Kautokeino Rebellion" (Kautokeino Opprøret, reż. Nils Gaup), pokazujący dramatyczne wątki z XIX-wiecznej historii wspólnoty Saamów zamieszkującej okolice Kautokeino w Norwegii, regularnie wędrujących do Karesuando w Finlandii, gdzie mogli liczyć na wsparcie pastora Laestadiusa, walczącego z plagą alkoholizmu wśród Saamów (podsycanego, jak pokazuje historia, przez kolonizatorów - wątek, który w naszych realiach brzmi znajomo). Pojawia się więc postać legendarnego pastora Laestadiusa (obecnie twierdzi się, że także miał saamskie korzenie, a z pewnością założył rodzinę z Saamką) oraz luterański kościół laestadiański jako ruch oporu przeciw kolonizacyjnej misji oficjalnego norweskiego kościoła luterańskiego. Laestadius był rzeczywiście postacią bardzo intrygującą - z jednej strony założyciel niezwykle fundamentalistycznego odłamu w kościele luterańskim (takie oblicze pokazał Mikael Niemi w znakomitej powieści "Muzyka pop z Vittuli" wydanej niegdyś przez Czarne), z drugiej - badacz Laponii, botanik wspołpracujący z Królewską Akademią Nauk Szwecji, autor książki "Fragments of Lappish Mythology" opisującej tradycyjny świat saamskich wierzeń (dzieło zostało zagubione i zapomniane, wyszło drukiem w Szwecji dopiero ... w 1997 r.) Mówił w dialekcie północno-saamskim.
Kautokeino (Guovdageainnu) jest dzisiaj jednym z ważniejszych saamskich ośrodków kulturalnych - mieszka tutaj m.in. Nils Gaup oraz Niko Valkeapåå, wnuk legendarnego Nilsa-Aslaka Valkeapåå. Mieści się tutaj także uniwesytet saamski. Oficjalna strona miasteczka jest wyłącznie po norwesku i saamaku, ale jest wersja "turystyczna" po angielsku. A tutaj można znaleźć artykuł o Kautokeino widzianym z perspektywy dziennikarza... baskijskiego. I jeszcze Resource Center for the Rights of Indigenous People Galdu, tym razem również po angielsku, z obfitą linkownią i artykułami z magazynu "Galdu".

środa, 5 sierpnia 2009

i to już koniec dziennika

To wszystko było raptem przed tygodniem, a teraz szóstą noc z rzędu śnią mi się lapońskie krajobrazy i wszystkie ścieżki w sieci prowadzą na Północ.
Cały trip wyglądał mniej więcej tak:


View trekking in Lappland (Sámi) 2009 in a larger map


wtorek, 4 sierpnia 2009

dziennik podróży, cz. XI

Nikkaluokta, 26/7
To moje imieniny, więc zostalam dzisiaj zwolniona z wszelkich prac porządkowych i dostałam kawę prosto...nie do łóżka, bo szkoda dnia!...ale na werandę, gdzie łowiłam słońce. Około 11.00 (imieniny, to imieniny!) wybraliśmy się na spacer po okolicy. Zaczęliśmy od wzgórza z kościołem. Zobaczyliśmy stamtąd skałki, które od razu przykuły naszą uwagę i wyraźnie wabiły w tamtym kierunku. OKazało się, że do tych "bliskich" skałek 1,5 godziny przedzieraliśmy się przez moczary, wzgórza i tundrę (po raz kolejny ta przejrzystość powietrza jest zwodnicza). Po drodze trafiliśmy w niezwykłe miejsce: stołówkę jakiegoś drapieżnika (rosomak? niedźwiedź? wilki? każda z tych odpowiedzi mogła być prawdziwa...). Wszędzie leżały porozrzucane kości (zaczęło się od szczęki jakiejś łososiowatej ryby sądząc po wielkości a skończyło... na czaszce z porożem i kręgosłupie renifera). Nie da się ukryć, zrobiło mi się lekko nieswojo, brnęliśmy jednak dzielnie dalej, zabrawszy czaszkę z renifera. Ułożyliśmy ją pięknie na stosiku kamieni na najwyższym ze skalistych wzgórz (teraz pewnie miejscowi będą się zastanawiać, co to za duchy przeszłości sporządziły szamański obiekt kultowy) i znowu zaczęliśmy przebijać się łosiowymi ścieżkami, nie bacząc na chmury komarów do szlaku z Kebnekaise (na sąsiednim wzgórzu widniało wprawdzie coś przypominającego ścieżkę, ale "sąsiednie" oznaczało 30 minut przebijania się przez tundrę, a co, jeśli się okaże, że to było złudzenie, albo że scieżka prowadzi donikąd?). Po ok. 40 minutach dotarliśmy do znajomego szlaku. Cala wyprawa była dość wyczerpująca, więc po obiedzie z torebki (Cashew Satay, Travel Foods, a jakże) zasnęliśmy nieprzytomnie. Po południu kawa w restauracji (tutaj nie mają maszyny) i wycieczka drogą szutrową obok ośrodka - okazuje się, że Nikkaluokta to naprawdę wioska. Przy jednym z domków spostrzegliśmy pana Sarri seniora (założył ośrodek i w wieku dobrze po 80tce jeszcze przechadza się dziarskim krokiem po sali doglądając ośrodka prowadzonego obecnie przez jego corkę, Annę). Zamachał do nas, więc odmachaliśmy i podążyliśmy dalej. Mijaliśmy po drodze domostwa z flagami saamskimi i bez, ale wszędzie czuło się obecność reniferów w takiej czy innej formie. Rzeczywiście stanowią one samo sedno tutejszej kultury. Za wsią spostrzegliśmy ścieżkę, która oczywiście prowadziła w dobrze nam znane ostępy. Dolinka-stołówka schowana byla jednak dobrze za pagorkiem i wiedzieliśmy o niej na razie tylko my i rosomak (i pewnie myśliwi...).

dziennik podróży, cz. X

Láddjujávri - Nikkaluokta, 25/7
Dzień zaczął się nienajgorzej. PO pierwsze, przestało padać. Po drugie, zawsze rano (zwłaszcza tutaj) ogarnia mnie entuzjazm, nawet kiedy pada i/lub jest zimno. Ten tutejszy entuzjazm jest naprawdę czymś niesamowitym - może to kwestia niezwykle wysokoenergetycznego środowiska: czystego powietrza, krystaliczej wody, zapachód tundry i niezmierzonych przestrzeni, gdzie ludzka obecnosć jest jedynie śladowa. Gdzieś nad Nikkaluokta widać było nadzieję na przejaśnienie, choć grube kłęby mgieł spowijały całą dolinę powyżej jeziora oraz sąsiednie szczyty. Rzuciłam więc hasło "wstajemy" i już po chwili nasz niezawodny namiocik był dokładnie spakowany (ech, należą mu się peany, tyle deszczowych nocy przetrwał, wliczając w to chrzest bojowy w postaci 72 godzin ciągłego deszczu na Suwalszczyźnie w samych początkach). Kawa w schronie, poranna toaleta w maciupeńkiej komórce (ale za to suchej, z lustrem i umywalką , co oznacza prawie komfort - stałam się tutaj mistrzynią zakładania soczewek w warunkach ekstremalnych, z wykorzystaniem lusterka z puderniczki, która została zresztą zabrana właśnie w tym celu) i na przystani zaczął się poranny ruch. Pierwsi chętni na kurs w kierunku Kebne (jak czasem tutaj się skraca) zasiedli na ławkach (racząc się jakąś zielonkawą cieczą z buteki o raczej spirytusowym wyglądzie). Wkrótce pojawiły się znajome panie z kawiarni. Uraczeni już do tej pory własną kawą nie mogliśmy się jednak oprzeć pachnącym i ciepłym bułeczkom cynamonowym. Po bułeczce na drogę i ruszyliśmy w ostatni etap naszego trekkingu - do Nikkaluokta. Rześkie powietrze, cale bogactwo kolorów, zapachów i komarów tundry, chmury coraz bardziej porozrywane z szansą na słońce. Po drodze trochę nagrań (mijane strumyki po nocnej ulewie zrobiły się gadatliwe), fotografowanie i jeden wielki zachwyt Północą. Chcę tu wrocić zimą, na skitouring. Dwie godziny później staliśmy pod tablicą "Nikkaluokta - 400 m")i rozglądaliśmy się dookoła mając rzadkie miny, bo okalały nas wyłącznie zagajniki brzozowe i muchy (nie licząc kościółka na wzgórzu). Ruszyliśmy jednak ufnie wysypaną korą drogą we wskazanym kierunku i faktycznie, po raptem 400 m zobaczyliśmy cywilizację (mieszane uczucia, na szczęscie jesteśmy w Skandynawii). Parking z samochodami, ale przede wszystkim centrum turystyczne z restauracją, domkami i prysznicem (na żetony, co kryło w sobie nieoczekiwne i burleskowe zwroty akcji). Po pobieżnych oględzinach decydujemy się na luksus: domek (po dwóch godzinach wstępnej penetracji okolicy od razu przedłużyliśmy pobyt na kolejną dobę). Cieszyły krzesła, stół, łóżka i sucha podłoga, ale zaczęła mnie nieodwołalnie ogarniać melancholia. Tundra (i dolina Vistavággi, która po 2 dniach zaprowadziłaby nas przez góry do Alesjaure) zostaje za oknem.
Szczerze mówiąc, na początku drogi Nikkaluokta jawiło się trochę jak odległy sen, a dzisiaj siedzimy sobie w restauracji, popijam chilijskie wino i przyglądam się chmurom, do których zawsze już będę tęsknić. W restauracji przywitały nas dobrze znane joiki z płyty Simona Marainena, na którego koncercie byliśmy w Jokkmokk w lutym 2008. Nikkaluokta Sarri AB. oznacza firmę rodzinną - rodzina Sarri, jedna z najstarszych rodzin w Nikkaluokta, zajmuje się wciąż jeszcze hodowlą reniferów. Wioska zaś wiąże się z mało chwalebną historią chrystianizacji Saamów w XVIII i XIX w. - najbardziej drastyczny wyraz przybrało to w Norwegii, gdzie szamańskie bębny palone były na stosach, ale i w Szwecji np. za mówienie po saamsku czy joikowanie groziły kary. Tak mówi o odkrwaniu tradycji Norweżka, Mari Boine. Szwecja ma także swoje "stracone pokolenie", oderwane od rodzinnych lavvo i wykorzeniane niemal przemocą w latach 30-tych, 40-tych i 50-tych XX wieku. Zmianę przyniosły lata 60., a dzisiaj pisze się o renesansie saamskiej tożsamości - choć w dalszym ciągu istnieje wiele problemów do rozwiązania, to od 1992 Saamowie mają własny parlament współpracujący z Brukselą i skandynawskimi rządami. Jeśli zaś chodzi o rodzinę Sarri, to jeden z protoplastow, Per Sarri, wraz z H.N. Pallinem zdobył Kebnekaise i rozwijał początki turystyki gorskiej (stację w Kebnekaise zaczęto budować w 1907 r.). Mniej więcej wtedy ruszył też przewóz łodziami przez jezioro, które prowadził legendarny tutaj Peter Haugli (także ze znanej rodziny Saamów). Bandera saamska na łodzi - to obrazek, który każe porzucić schematy myślenia.

dziennik podróży, cz. IX

Kebnekaise Fjälstation - Láddjujávri, 24/7
Planowaliśmy zejść od razu do Nikkaluokta, ale jakoś trudno było opuśić tundrę i zrobić pełne wynurzenie ku cywilizacji mechanicznej (do Nikkaluokta dociera szosa i jeżdżą stamtąd autobusy do Kiruny). Kiedy więc zobaczyłam jezioro Ládjujávri z przystani obsługującej ruch łodzi (aż do punktu odległego o 6 km od stacji gorskiej), stwierdziłam: zostajemy. Tym bardziej, że okazało się to być miejsce prowadzone przez saamską rodzinę Sarri. Kaffekatan miał więc saamską flagę nad wejściem, a obok widniało stanowisko Lap Dånalds czyli hamburgery z renifera. Rozbicie namiotu w tym rajskim zakątku - 80 SEK za cały namiot (nie liczą osób, ale też i prócz schronu przeciwiatrowego nie ma żadnego service huset). Zasiedliśmy więc czym prędzej do kawy i ciastek orzechowych (mmm....), co zajęło nam jakieś półtorej godziny, później ruszyliśmy przed siebie na viddę (odkryliśmy szlak reniferowy i miejsce znakowania lub uboju), a kiedy wróciliśmy do kaffekatan, rozpadał się deszcz. Nie wiedzieliśmy jeszcze, że będzie padać bez przewy ponad 16 godzin. Póki co, zajęliśmy więc schron w kształcie lavvo i wzięliśmy się do gotowania. Koncepcja chińskiego makaronu z fasolką w sosie pomidorowym (jeyna wegetariańska rzecz w sklepiku w Kebnekaise, nie licząc trekking food, którego trochę jednak mieliśmy już dosyć) okazała się fatalna (dużo za mało fasolki w stosunku do makaronu), ale w tym deszczu nawet to smakowało niebiańsko, bo było gorące. Z ciepłem w żołądku łatwiej było rozbijać namiot w deszczu. Wczołgaliśmy się do namiotu o 20.00 i zaczęło się - przewracałam się z boku na bok do ok. 3.00 w nocy. Znam wszystkie warianty, natężenia, melodie i rytmy kropli deszczu. Plus donośny głos jakegoś Wikinga, który opowiadał kumplom w namiocie obok niesłychanie zabawne historie, sądząc po wybuchającym raz po raz tubalnym rechocie. Tego do tej pory na szlaku nie było - ale trasa pod Kebnekaise jest najwyraźniej mocno uczęszczana, coś w rodzaju Tatr w średnim sezonie. W końcu uciszyła ich dziewczyna z innego sąsiedniego namiotu. Wreszcie ok. 4.00 udało mi się wreszcie zasnąć. O 7.00, kiedy tylko nastała błoga cisza (żadnych kropli) szybko wstaliśmy i zwinęliśmy namiot.

poniedziałek, 3 sierpnia 2009

dziennik podróży, cz. VIII

Kebnekaise Fjällstation, 23/7
Zasłużony odpoczynek po wczorajszej eskapadzie. Poczynione odkrycia:
★Nescafe 3 w 1 są daleko lepsze niż Cappucino Original Gevalla;
★markizy nugatowe Ballerina lepiej smakują z ekologicznym dżemem malinowym;
★cashew satay Adventure Food jest smaczny;
★chcąc dostać prawdziwą kawę w restauracji, trzeba wyraźnie poprosić o kawę z maszyny;
★jak zwykle dochodzę do wniosku, żę nagrywane sample trzeba porządkować od razu;
★wkład w moim niebeiskim cienkopisie jest na ukończeniu;
★po drodze do Nikkaluokta jest jakieś miejsce oznaczone na mapie runą, co oznacza "ancient monument";
★ prognoza pogody nie wygląda dobrze, najbliższe trzy dni oznaczone ☂ (pocieszam się, że nie raz widziałam taką prognozę dla tege terenu, która jednak później niezupełnie się sprawdzała)
★ zlewozmywak w torkrumie jest wyposażony w rodzaj tarki, co bardzo ułatwia pranie; oprócz sauny to właśnie torkrume staje się na tej wyprawie moim obiektem kultowym.

dziennik podróży, cz. VII

Kebnekaise Sydtoppen, 22/7
Zastanawialiśmy się, dlaczego wyprawa na szczyt Kebnekaie trwa 10-12 godzin i dowiedzieliśmy się: składa się z dwóch gigantycznych podejść i jednego gigantycznego zejścia (a z powrotem odwrotnie). Nic dziwnego, wychodzi się z 675 m npm (na takiej wysokości leży stacja) na 2107 (lub 2104 labo 2111 - dane różnią się, bo wierzchłek pokryty jest lodowcem, który się topi w dobie zmian klimatycznych). Wejście nie jest szczególnie trudne (trasą zachodnią, czyli Vestra Leden, bo szlak wschodni, Ōstra Leden, wiedzie przez lodowiec i wymaga sprzętu wspinaczkowego oraz przewodnika - można jednak wykupić w stacji wycieczkę za 740 SEK i cały sprzęt się dostaje). Kondycyjnie jest jednak bardzo wymagająca - zrobiliśmy tę trasę w jakieś 9 godzin (zdążyłam jeszcze na 15 minut sauny!) z jednym ok. 40minutowym odpoczynkiem, ale gdyby nie doświadczenie i wprawa w szybkim schodzeniu (nie mogę schodzić wolno ze względu na niemal nieistniejący, zdaje się, staw kolanowy, taki paradoks - przy wolnym schodzeniu cały ciężar ciała "zawieszony" jest na kolanach), byłoby znacznie gorzej. Pod szczytem mieliśmy oboje naprawdę dosyć. Wychodzi się najpierw ze stacji do kotła lodowcowego, później dość stromym skalistym odcinkiem na przełęcz (niektórzy wybierali wyjście i zejście po dużym płacie śniegu, ale nie grzeszyli rozsądkiem), z której wędruje się na szczyt Verravarri (ok. 1800 m) po to tylko, żeby zejść na kolejne siodło jakieś 400 m niżej i stamtąd dźwigać się na Kebnekaise (2107 m) po stromym, ruchomym w dolnej części piarżysku. Tuż przed ostatnim łagodniejszym odcinkiem już po lodowcu są dwa schrony. Sam szczyt (południowy wierzchołek, bo Kebnekaise to właściwie ostra jak żyletka dosyć długa grań), Sydtoppen, jest arcyzabawny: zupełnie trójkątny, szpiczasty kapelusik, z którego miłośnicy brawury zjeżdżali na butach (hmm, bardziej jednak na spodniach). Droga powrotne była trochę lżejsza, może dlatego, że znaliśmy trasę, a może dlatego, że odsłoniły się niesamowite widoki - całe Góry Skandynawskie (a być może fjordy w okolicach Narviku!) pod niebem, które zdawało się wisieć tuż nad głową. Później w Sztokholmie, dowiem się od Matsa, że był na szczycie cztery razy i za każdym razem widział tylko mgłę, zostaliśmy więc chyba przez Góry potraktowani bardzo łaskawie. Po szybkim posiłku na pierwszej po zejściu przełęczy ruszyliśmy dalej i znowu metoda szybkiego schodzenia opracowana i doskonalona latami w KArpatach, na Bałkanach i w Alpach sprawdziła się i tutaj, co znacznie przyspieszyło naszą drogę. Zmieniły się w międzyczasie warunki: topniejący w ciągu słonecznego dnia lodowiec posłał w dół dziesiątki małych strumyków, a to, co rano było małym strumykiem, po południu okazało się pokaźnym, rwącym potokiem. Woda z lodowca smakuje niesłychanie, jest wręcz żywa, ma smak i zapach, jest kwintesencją swieżości i jakimś eliksirem życia. Wieczorem zachmurzyło się i przeleciał typowy dla tych stron deszczyk, ale nie wiedzieliśmy, że to uwertura do długiej nocnej ulewy, która nasilała się co najmniej 5-6 razyw ciągu nocy. Na szczęście nasz namiot jest absolutnie na to odporny, a ulewa byla naprawdę solidna (o czym świadczyły liczne tropiki i śpiwory suszące się rano w torkrumie).

dziennik podróży, cz. VI

Singi - Kebnekaise Fjällstation, 21/7
Ranek budzi nas chłodny, szary i zachmurzony, z wyraźną obietnicą deszczu, ale to podoba mi się tutaj najbardziej, więc deszcz nie jest straszny. Ruszamy do kuchni (po złożeniu namiotu i spakowaniu rzeczy). Brak śladów jakiejkolwiek bytności. Nigdy byśmy nie uwierzyli, że wczoraj gotowało, jadło i spało tutaj z 20 osób. Niebo coraz wyraźniej zachmurzone, z krzaków wyłaniają się kolejni namiotowicze: najpierw mamy z nieco chyba zmarzniętymi dzieciakami. W oczekiwaniu deszczu ruszyliśmy w końcu do Kebnekaise Fjällstation i nie zawiodłam się - lunęło, jak tylko osiągnęliśmy przełęcz. Ale jaką przełęcz! Wszystko, co najlepsze i najpiękniejsze w Tatrach w rozmiarze XXL. Taką pogodę i takie góry kocham najbardziej, o czym przekonałam się po raz kolejny. Schodziliśmy tarasami, na których lśniły jeziora otoczone zboczami gór robiących wrażenie uśpionych olbrzymów. Kiedy na chwilę zatrzymałam się, żeby złapać oddech, wydało mi się, że góry zaczynają się poruszać, jakieś zaburzenie perspektywy. Górska przełęcz rozszerzyła się w końcu w rozlewisko, olbrzymią równinę, która jednak zakończyła się niezwykłymi litymi skałami, a wreszcie skalistymi zboczami. Z daleka widoczny maszt telekomunikacyjny mówił, że zbiżamy się do stacji górskiej Kebnekaise. Najpierw zobaczyliśmy namioty, później krążący po raz kolejny nad głową helikopter, który zaopatruje stację we wszystko (nie prowadzi tu żadna droga!), wywozi też chętnych na szczyt oraz zabiera do Nikkaluokta (nawet nie jakoś szaleńcza droga impreza - w przeliczeniu niecałe 400 zł). Stacja jest rzeczywiscie dużym ośrodkiem, podobnie jak inne prowadzonym przez Szwedzki Związek Turystyczny. Pokoje dwuosobowe ok. 1300 SEK, miejsce w sali wieloosobowej 450 SEK (członkowie STF 360), jest też oczywiście opcja z namiotem - w tym przypadku kupuje się service card (130 SEK osoba/doba), która uprawnia do korzystania z wszyskiego, co mieści się w service huset (kuchnia, dwie sauny, duży torkrum, toalety). W budnku stacji zaś mieści się restauracja i bar, zasadnicza recepcja i sklep (spożywczy i z wyposażeniem - choć tam, gdzie są restauracje wybór artykułów spożywczych jakby nieco słabszy:-). Po zakupieniu service card mogę też nareszcie skorzystać z netu, 30min darmowe, sprawdzam tylko pocztę (i podtrzymuję rozmaite nici łączące mnie ze światem) i zaraz wynurzam się z netu na powierzchnię (nawet dosłownie, bo komputer mieści się w piwnicy). Po raz pierwszy od tygodnia normalne piwo (Kungsleden, 5,2%)i zagadkowa Nyckel Cola z Lulei a także - wieczorem - zwykłe tutejsze 3,5 % (lepszy Falcon Ekologisk). Gotujemy sobie obiad, robimy zakupy, znajdujemy miejsce i rozbijamy namiot (powyżej stacji) i oczywiście... sauna. Z pięknym widokiem na sąsiednią górę bez nazwy. Jutro Kebnekaise Sydtoppen - 10-12 godzin zdaniem pani w recepcji sportowej.

niedziela, 2 sierpnia 2009

dziennik podróży, cz. V

Sälka - Singi, 20/7
Wieczorne zimno i komary (zapoznałam się z nimi lepiej, na szczęście OFF! działa nieźle) sprowokowały u mnie kryzys, który zwykle następuje w 3cim dniu trekkingu (tzn. pytanie w stylu "co ja tu w ogóle..." oraz poczucie najwyższej nieadekwatnosci itp.). Wieczorny spacer i ogienek zapalonych z naszych znalezisk (oraz świadomość nieuchronności tego kryzysu i tego, że minie) w koncu poprawiły mi nastrój. Rano obudziło nas znowu słońce, kiedy tylko wyjdzie wyżej (bo wcale nie zachodzi jeszcze), to w namiocie robi się potwornie gorąco. Poleniuchowaliśmy jednak do mniej więcej 8.30 (więcej się nie dało!) i powoli zabraliśmy się za kawę. Tutaj człowiek nie musi nerwowo ruszać jak najwcześniejszym rankiem, żeby zdążyć przed zmrokiem i/lub popołudniową burzą, to nadaje całemu doświadczeniu zupełnie inny rytm i dodatkowo pozwala się zrelaksować. Dojdziemy o 18.00? Super, będzie cały wieczór na saunę. Dojdziemy o 21.00? Nie ma problemu. Szczerze mówiąc, cieszę się, że dostałam od Marka Timexa wskazującego datę (przed wyjazdem) - do tej pory ustalenie daty "z głowy" sprawia mi już niemały problem, łatwo się tutaj pogubić w czasie i o to też w tych moich wakacjach chodzi, żeby zapomnieć na chwilę o tym na jak precyzyjne odcinki może być pocięty czas. Przed 10.00 poszliśmy do sklepiku, wypytaliśmy o prognozę pogody ("sun, late evening maybe, MAYBE - powtórzył z naciskiem starszy pan, gospodarz schroniska, tym razem gospodarzami jest dwoje Szwedów ok. 60-tki i jeśli ktoś ucieleśnia niepisany kodeks kultury protestanckiej, to właśnie oni - some showers") i ruszyliśmy w dół. Słońce szybko zaczęło nas preparować i nie było przed tym ucieczki. Jedyną ulgę stanowił chłodny wietrzyk powiewający czasem z którejś z dolin otwartych na wyższe partie gór pokryte lodowcem. Wkrótce też zobaczyliśmy śmieszny wierzchołek Kebnekaise. Lunch w słońcu, później wzdłuż potoku, który na tej wysokości stał się całkiem sporą rzeczką, znowu przerwa na chalapanie w wodzie i małe pranie. Później wreszcie trochę ponagrywałam, próbując komponować za pomocą rejestracji, co jest bardzo interesującą ścieżką (była to krótka opowieść o spacerze po viddzie). Wpadłam na pomysł płyty z Laponii - dominujący tutaj jest element wody i to właśnie będzie leitmotiv. Jak zwykle natrudniejszy okazał się ostatni odcinek drogi, bardzo piękny zresztą, bo dolina w tym miejscu nosi ślady bardzo dynamicznej, acz świeżej daty, pracy lodowca w postaci żwirowych kopczyków i zupełnie kosmicznego ukształtowania terenu, pełnego kamiennych rozpadlin, górek i wąwozów. Kolejna opuszczona wioska saamska, zostały tylko składziki, nie ma nawet szkieletów lavvo. Gospodyni schroniska (tym razem para młodych, wysportowanych Szwedów z trójką dzieciakow, które uganiają się po całym terenie), zapytana o Saamów twierdzi, że przenieśli się w stronę Norwegii i że tutaj zjeżdżają tylko raz w roku na jakiś tydzień. Schronisko w Singi, choć pięknie położone i tanie (80 SEK / osoba za namiot)jakoś nie budzi naszego zachwytu, doprawdy trudno orzec dlaczego, ale oboje czujemy, że ciągnie nas dalej (pewnie to zew Wielkiej Góry). Rozbijamy się nad miło szemrzącym strumykiem i po zwyczajowej kolacji i pisaniu wyrsuzamy jeszcze na spacer po okolicy i w końcu zasypiamy w naszym Fjord Nansenie model Islandia II (!).
Przy kolacji nie nawiązaliśmy tym razem żadnych znajmości (Niemiec z córką dzielnie rozbijający namiot, z którymi trochę się zakolegowaliśmy od Alesjaure chyba zrobili sobie dłuższy postój w Singi), ale jest pan "od reniferów", który nas poznaje i robi miejsce przy stole (jest dość tłoczno). "Pan od reniferów" to zażywny Szwed z brzuszkiem, który jednak bardzo sprawnie porusza się po tundrze - otagowaliśmy go "od reniferów", bo był świadkiem naszym entuzjastycznych okrzyków w Alesjaure, kiedy zobaczyliśmy renifery i później zamieniliśmy na ten temat kilka zdań, najwyraźniej bawiła go nasza ekscytacja, której chyba nie rozumiał. Jest też para, która towarzyszy nam na obozowiskach od Tjäktjä - jak zwykle na trekkingu wytwarza się rodzaj dziwnej więzi z ludźmi, których spotyka się po drodze, często nawet pozbawiona rozmowy: po prostu zauważamy swoją obecność i jest to coś w rodzaju rodzinnych potkań. Późno wieczorem dołącza dwóch starszych mężczzn, na oko ok. 80-tki (nie wiem, czy to w ogóle możliwe, ale to w końcu Skandynawia), jeden najwyraźniej z trudem się porusza w zwykłych sytuacjach, co jednak nie przeszkadza mu w górskich eskapadach. To tutaj zwykły obrazek - starsi ludzie, którym możemy tylko pozazdrościć energii i kondycji, mam nadzieję, że w tym wieku też będę mogła wybrać się na trekking doliną Tjäktjäjåkka.

dziennik podróży, cz. IV

Tjäktjä - Sälka, 19/7
Rano, o dziwo, obudziło nas słońce. Wyczołgałam się z namiotu wściekła, niewyspana i zmarznięta (i przyrzekałam sobie solennie, że kupię wreszcie drugi śpiwór i nie będę słuchać Marka zawiłych uzasadnień, dlaczego jeden nam wystarcza). Zamiast jednak pogrążyć się w tej samonapędzającej się spirali niezadowolenia, pozwoliłam się zagarnąć widokom, powietrzu i słońcu. Już po minucie zapomniałam o niezbyt udanej nocy i o tym, że przed wyjazdem dałam sobie wyperswadować kupno śpiwora. Otwarta dolina okolona górami w słońcu - w takich warunkach nie można być niezadowolonym! Maria pokrzepiła nas wszystkich dodatkowo prognozą słonecznego dnia i stwierdzeniem "You will have beautiful day" wygłoszonymi w kuchni, kiedy z różnych zakątków zebraliśmy się na śniadanie. Inne jej powiedzenie stało się mottem całej naszej podróży: młodzi ludzie, którzy byli "day guests" zebrali się około 20.00, żeby powędrować gdzieś dalej i rozbić namiot, Maria uprzedziła ich, że nie uda im się nic znaleźć na odcinku co najmniej 6 km, ale uśmiechnęła się i podsumowała : "This is your vacation, you do what you want". I właśnie to zdanie cytowaliśmy później o każdej porze dnia i nocy. Szybko uporaliśmy się ze śniadaniem i rozkoszowaliśmy się pakowaniem plecaków w pełnym słońcu. Ruszyliśmy pod górę, w stronę przełęczy i szybko okazało się, że szlak prowadzi naprzemian przez piarżyska i płaty śniegu, co wcale nie jest zbt łatwe. Po drodze minęliśmy psa z sakwami bagażowymi, sama myśl o naszej Koci w takiej roli przyprawiła nas o atak śmiechu, aż musieliśmy przysiąść. Na przełęczy Tjäktjä zobaczyliśmy dolinę Tjäktjäjåkka, którą mieliśmy schodzić 2 dni. Szybko okazało się, że arktyczne słońce pali znacznie mocniej niż pod innymi szerokosciami geograficznymi, w dodaktu górska wersja tundry nie oferuje najmniejszego nawet cienia, który dałby choć chwilę ulgi. Są jednak na szczęście strumienie z lodowatą wodą. Nie ma większej przyjemności niż nagość w tej olbrzymiej dolinie, w tym powietrzu, z tą miękką, zimną i żywą wodą. To chyba pierwowzór sauny - widziałam po drodze, że mało kto nie ulegał pokusie. ZAtrzymaliśmy się więc 2 razy: najpierw na obiad tuż pod przełęczą, który zmienił się w celebrację słońca i widoków (a jeszcze trafił mi się całkiem smaczny trekking food w postaci penne z sosem pomidorowym i czarnymi oliwkami!); później nieco niżej, żeby popluskać się w potoku. Wcale nie była to jednak łatwa droga. Słońce paliło niemiłosiernie, szlak znow okazał się kamienisty. Zwłaszcza końcowka byla trudna, bo nie widać było celu. Widok budynku schroniska nieco nas tym razem zaskoczył, schowany za jednym z wielu "progów", których nie widać było z przełęczy, skąd dolina zwodniczo jawiła się jako gładka równina o lekkim nachyleniu w dół. W rzeczywistości przecina ją wiele garbow polodowcowych, takie znacznie większe i bardziej puste , bardziej górskie Mazury. Sälkastugorna jest położona pośrodku bardzo rozległej doliny, nad rozlewiskiem i jest jedynym takim obiektem w promieniu kilkunastu kilometrów, budynek widocny jak na dłoni sprawiał na mnie dziwaczne wrażenie, jakby "wystawionego" i prowokującego przestrzeń. Do głowy by mi nie przyszło, że tak można ulokować budynek. Tym razem rozbiliśmy się bez opcji "kuchnia", ale za to z sauną, oczywiście! To pierwsze okazało się jednak błędem, choć zdecydowanie rozgrzało nas długotrwale błąkanie się po viddzie w poszukiwaniu drewna na mikroskopijne ogniseczko (w Szwecji można zbierać i wykorzystywać to, co leży, ale w tej części tundry można liczyć tylko na płożące się mikroskopijne jałowce i brzozy w takiejze wersji, czyli sięgające gdzieś do połowy łydki). Za to sauna boska, jak zwykle - zrozumialam dzisiaj na wiele sposobów, po co w saunie lodowata woda.

dziennik podróży, cz. III

Alesjaure - Tjäktjä, 18/7
POczątek dnia wyglądał nie najlepiej - padało. Długo więc drzemaliśmy, w nadziei, że w końcu zrobi się sucho i nasz namiot wyschnie odrobinę. Tak też się stało, zwijaliśmy namiot, który wcale nie był mokry. Pijąc naszą rytualną poranną kawę (Nescafe 3 w 1 rulez) Marek zauważył stado reniferów schodzące do wodopoju, ale były zbyt daleko, żeby je fotografować. Nie wiedzieliśmy wtedy, że dzień upłynie pod znakiem reniferów. Kiedy - już na szlaku - obróciliśmy głowy do tyłu, za nami schodziło całe stado. Porzuciliśmy więc plecaki i pobiegliśmy fotografować te najśmieszniejsze zwierzęta świata. Jest w nich jednak coś niezwykłego, zważywszy na nieodgadnioną więź, jaką czuję z reniferami. Być może jest to kwestia dziecięcej wiary w św. Mikołaja. Dziwna jest historia związków z ludźmi na tym terenie: wygląda na to, że ludzie przystosowali się do reniferowych zwyczajów (czyli wędrówek sezonowych między Zatoką Botnicką a Morzem Norweskim), a nie odwrotnie. Do dzisiaj hodowla reniferów (choć współcześnie z wykorzystaniem helikopterów, skuterów śnieżnych i telefonów staelitarnych) oznacza sezonowy połowiczny nomadyzm. Później zobaczyliśmy jeszcze 3 reny (w tym samca z olbrzymim porożem - samice reniferów też są nim obdarzone, tylko jest mniejsze). Było jednak wściekle zimno, popadywał deszcz i nie wyglądało na to, żeby coś miało się zmienić w najbliższej przyszłości. A jednak coś było w tej aurze - w chmurach wlewających się w doliny, oświetleniu, chłodzie, falach mżawki / obietnicy śniegu; coś, co przypomniało mi wszelkie fascynacje dzieciństwa (i pierwsze złamane narty w wieku lat chyba 10-ciu oraz samotnicze wyprawy w śnieżycy po książki do biblioteki). To było spełnienie marzenia o przestrzeni, zdałam sobie sprawę, że wszystkie miejsca, które mnie w życiu zachwycały, zawierają się w tym, co mnie otacza. Nawet amerykański Southwest (w końcu półpustynia!), nawet (a może tym bardziej) zamglone Tatry w listopadzie, nie mówiąc już o Himalajach (dokładnie tak samo przelewały się chmury nad masywem Annapurny pewnego grudniowego popołudnia w Jomsom). Nagle olśnienie z widokiem na ośnieżone wzgórza.
Do Tjäktjä trzeba było jednak dość mocno podejść, to najwyżej położone schronisko na tej trasie, tuz pod najwyższym punktem Kungsleden, Tjäktjäpass (nie robi jednak nas wrażenia wysokość ok. tysiąca m npm.). Nie są to jakieś zawrotne wysokości, ale w tych warunkach klimatycznych stanowią wyzwanie. Droga znowu zajęła nam 7 godzin. W niewielkim schronisku powitała nas stugvard (czyli "inkaso man" jak objaśnił termin gospodarz schroniska Singi dalej na szlaku, w tym przypadku "inkaso woman"). Sęk w tym, że Maria to ktoś znacznie więcej - prawdziwa gospodyni. Osobiście wita każdego przybywającego nieboraka promiennym uśmiechem i pytaniem "Are you coming to Ciakcia?" (tak mniej więcej się to wymawia po szwedzku, co zbiło nas z tropu na tyle, że Maria na widok naszych kompletnie zbaraniałych min powtórzyła ze trzy razy i uznała, że ma do czynienia najwyraźniej z głębszym upośledzeniem, ale w końcu pojęłam i wykrzyknęłam gorliwie "yes!"). To piękny kraj - nikogo nie dziwi, że chcesz rozbić namiot nawet, jeśli jest wściekle zimno i prognozy śniegu. Zresztą obok nas szybko pojawiy się inne namioty amatorów snu (prawie) na świeżym powietrzu, Szwedzi są zresztą znakomici w obozowaniu, wielokrotnie widziałam mamy z dzieciakami w wieku 5-7 lat, które brawurowo rozbijały namiot w najbardziej niesprzyjającej aurze (katary dzieciaków wręcz modelowe, ale ostatecznie chyba wychodzi im to na zdrowie). Tjäktjästugan (stugan oznacza raczej coś w stylu schronu) jest malutkie (nie ma sklepiku i składa się tylko z jednego budynku), ale ma miłą kuchnię i torkrum, czyli oprócz sauny drugi mój obiekt kultowy - suszarnię, gdzie można dosuszyć namiot albo wyprane (lub po prostu zmoknięte) ubrania. Zważywszy na to, że zabrałam zupełnie minimalistyczna wersję szafy, bardzo jest mi to na rękę. Jest też pomieszczenie dla wędrujących z psami - później widzialam je na trasie także w innych schroniskach, oznacza jako "dogs OK". To była najzimniejsza noc, około 4 nad ranem powiał lodowaty podmuch (jedyna noc, kiedy spałam we wszystkim, co zabrałam w podróż, czyli w dwóch parach spodni, polarze, softshellu i kurtce z goretexu z windstopperem - ale to może datego, że w ramach ekonomizacji ekwipunku od lat zabieramy jeden śpiwór). O 7 rano na termometrze były 3 stopnie.

dziennik podróży, cz. II

Alesjaurestugorna, 17/7
Wstajemy jednak w słońcu. Kawa, namiot szybko wysycha po nocnej ulewie. Pakujemy się i po jakiejś godzinie docieramy do Abiskojaure. Po drodze chwila przystanku - Marek fotografuje, ja nagrywam. Żeby w takim miejscu nagrywanie miało jakiś sens, trzeba poświęcić temu trochę czasu. Rzeczy dzieją się w swoim własnym rytmie; miejsce, które wydawało się nieatrakcyjne dźwiękowo, zaczyna "brzmieć", kiedy zechcemy posłuchać. W tej uważności, ze słuchawkami na uszach, nagle pojmuję, o czym pisał Barry Truax, opisując pewne wzory dźwiękowe , zaczynam lepiej rozumieć pojęcie "soundscape". Nie można soundscapes nagrać "z doskoku", dłuższe sekwencje ujawniają się dopiero po pewnym czasie.
W Abiskojaure chrzest bojowy. Zapoznajemy się z tutejszą kulturą turystyczną, kodeksem schroniskowym i przypominamy sobie skandynawski styl bycia. Co do pierwszego: obowiązuje tzw. guest fee, czyli płaci się za używanie kuchni (w pełni wyposażonej w naczynia), posiedzenie w cieple itp. Rozbijać zaś można się wszędzie. Rozbicie przy schrosniku - z używalnością wszystkich jego urządzeń (zazwyczaj z sauną włącznie) kosztuje (od 80 SEK w Tjäktjä przez 90 SEK w Abiskojaure, 110 SEK w Alesjaure i 130 SEK w luksusowej Kebnekaise Fjällstation na osobę - to z późniejszych doświadczeń). Korzystanie z kuchni oznacza zaś używanie naczyń, gazu, wody i samego - bardzo zazwyczaj miłego - pomieszczenia. Wszystko jest samoobsługowe, nie ma bieżącej wody (z wyjątkiem Kebnekaise Fjällstation), nie ma żadnego baru ani knajpy (w Alesjaure jest samoobsługowa "kawiarnia" - tzn. stół z łakociami i kawą oraz herbatą w termosach), w niektórych schorniskach są sklepiki z żywnością (i wszędzie można kupić tzw. trekking food w torebkach). Savoir-vivre: wypada oczywiście donieść wody, kiedy się skończyć i bardzo ją oszczędzać (np. umyć naczynia w wodzie, która po kimś została, w rozsądnych granicach), wypada też zaoferować współbywalcom jedzenie, którego ugotowaliśmy za dużo (ryż czy makaron), koniecznie trzeba po sobie posprzątać. Co do skandynawskiego stylu bycia: bardzo mi odpowiada jego niewymuszoność i pewien subtelny dystans. Można zamienić kilka słów z ludźmi w kuchni, ale absolutnie nie ma żadnego przymusu, żadnego kompulsywnego bratania się i zawiązywania słowiańskiej plechy. Szwedzi są zdystansowani, nie narzucają się i mogą wydawać się chłodni, ale zagadnięci są zawsze bardzo mili i skorzy do pomocy. Zwłaszcza kiedy czegoś się nie wie, albo nie jest pewnym - zawsze lepiej zapytać, niż brnąć w jakieś dziwne sytuacje. Chyba nie lubią kedy ktoś się czai. Wszyscy mówią po angielsku.
Z Abiskojaure ruszyliśmy w kierunku Alesjaure, zdecydowaliśmy się zrezygnować z Unna Allakas zamiast tego spędzić 2 dni w Nikkaluokta, gdzie mamy dotrzeć za jakieś 9-10 dni (albo w okolicy Kebnekaise). I zaczęło się. 22 km, które pod koniec naprawdę dały nam mocno w kość. Kiedy po przejściu przez dolinę Garddenvaggi i długim trawersie zboczem Gardenvarri (nazwy samskie, można to poznać po końcówce -vaggi, co znaczy dolina oraz -varri - szczyt) zobaczyliśmy jezioro, myśleliśmy, że to już (Alesjaurestugorna leży nad jeziorem Alesjavrri). OKazało się, że to dopiero pierwsze z systemu co najmniej kilku jezior zobaczyliśmy więc dopiero Ribaluokta i Ahpparjavri w oddali. Jest to miejsce zdecydowanie niesamowite: rozległa równina z dwoma dużymi zagrodami dla reniferów na przeciwległych krańcach i wioską samską (najwyraźniej opustoszałą, ale dużą) pośrodku. Wygląda jak koniec świata. Przestrzeń, której nie da się przemierzyć, sama rozległość w najczystszej postaci, gdzie człowiek nie istnieje. Właściwie chodzi nie tyle o rozległość, ile o perspektywę: między szczytami i jeziorem, rodzaj jakiejś gigantycznej bramy. Później długo schodziliśmy do rozlewiska, kamienistą drogą od której strasznie bolały stopy i kolana. Przez chwilę mijaliśmy się z jakimś starszym człowiekiem, Szwedem około 70-tki (jeśli nie więcej), miła postać uśmiechająca się szeroko na nasze pozdrowienia. Jakąś godzinę za Radunjarga (schron) znajduje się przewóz łódką przez jezioro, można zaoszczędzić 6 km. Stoi tam lavvo (saamski namiot przypominający tipi), w którym można się schronić czekając na regulany kurs (10.30, 13.00, 15.30, 17.00 i 19.00). Łódką zarządzają Saamowie z wioski na drugim krańcu jeziora, jest więc maszt z ich flagą (przywiązaną) i prośba po szwedzku i angielsku: jeśli czekamy na któryś z kursów, należy wciągnąć flagę na maszt - zauważy ją wtedy właściciel łódki i będzie wiedział, że nie płynie na darmo. Jest także telefon (!), za pomocą którego można zadzwonić po przewoźnika, jeśli jesteśmy większą grupą (min. 6 osób). Ambitnie postanowiliśmy pójść, bo schronisko już było widać w oddali. I to jest tutaj jeden z problemów - widoczność jest absolutnie nieporównywalna z naszymi stronami ze względu na czystość powietrza. Widzieliśmy oddalone o 6 km schronisko jak na dłoni. Niestety, ostatni odcinek wiódł przez moczary z wieloma strumieniami pozbawionymi mostków.
Resztkami sił dopadliśmy Alesjaurestugorna (stugorna - schronisko). 8 godzin marszu, z czego pierwsze 4 bez przerwy. Alesjaure jest dużym schroniskiem (właściwie turiststation), z kawiarenką i sklepem w sali z kominkiem, biblioteczką i flagą saamską wywieszoną przed wejściem. Wiele informacji o kulturze i historii Saamów - Alesjaure jest siedzibą letniego wypasu reniferów (czyli na pastwiskach położonych najwyżej), poniżej schroniska widnieje wieś Alisjarvi, z lądowiskiem dla helikopterów, parkingiem dla quadów przy grobli (nie widzieliśmy jednak żadnych wariatów ujeżdżających te pojazdy dla rozrywki - tutaj używa się ich z konieczności, nie dla szpanu; rajdy na quadzie są zatem czymś w rodzaju rozrywkowej jazdy traktorem), małymi domkami i widocznymi szkieletami lavvo. jest to także siedziba sameby, czyli takiego samorządu saamskiego (czyli grupy rodzin związanych wspólnym wypasem reniferów, który jest wciąż na poły nomadyczny, mimo przejściowych problemów na garnicy z Norwegią). Zrobiliśmy zakpuy i nawet nie mieliśmy sił na gotowanie. Wypiłam śmieszne piwo Bla (2,2 procent alkoholu), zjedliśmy cheb Vasa z tuńczykiem i brie... i odkryłam saunę (prawdziwą, szwedzką). Okazała się być uroczym domkiem z cudownym widokiem z okna i potokiem, do którego miłośnicy mocniejszej wersji sauny zbiegają, żeby się zanurzyć w lodowatej wodzie. W jednym pomieszczeniu się rozbiera, w drugim jest zbiornik z gorącą wodą i wiadra z zimną, a także miski do mycia. W trzecim - oczywiście parówa. W ten sposób bez bieżącej wody można w górach nie tylko zachować idealne standardy higieny ( :-), ale po wyjściu z sauny człowiek naprawdę czuje się jak nowonarodzony. Jak tylko wyszłam stamtąd, zauważyłam ze zdumieniem, że cały ból mięśni zniknął i że jestem kompletnie zregenerowana. Nic dziwnego, że spotyka się tutaj tyle osób z błyszczącymi oczami. A więc sauna nie polega tylko na wylegiwaniu się w strojach kąpielowych (???!!! groteska, ale tak wygląda sauna w parafiańskiej i pruderyjnej Polsce) dla szpanu i zaimponowania kosmetycznymi nowinkami, ale jest jedną z najlepszych i najprostszych rzeczy na świecie. God Bless Scandinavia. (I gdzie ja teraz znajdę prawdziwą saunę po powrocie?) Noc była łatwiejsza.

dziennik podróży

Uwielbiam prowadzić staroświecki dziennik podróży. Tak było i tym razem, i zamierzam po prostu przepisać moje notatki z niezwykłych 12 dni na dalekiej Północy. Uwaga, maszyna czasu startuje i cofamy się nieco w czasie...

Sztokholm, 15/7
KRK - Sztokholm. Naprawdę kapitalny hostel na prawdziwej łodzi Rygerfjord Hotel&Hostel: malutkie pokoiki i łazienieczka, ale wszystko bardzo czyste i wygodne. Jak zwykle super jedzenie w naszej ulubionej Vegetarisk Restaurang Heritage przy Stora Gatan w Gamla Stan. W hotelu Newcastle Brown Ale, jak na Zachodnim Wybrzeżu. Wieczny zachód słońca.

gdzieś nad Abiskojaure, 16/7
Arlanda-Kiruna. Już przy bramce nr 35, skąd odlatuje samolot Norwegian do Kiruny widać sporo "plecakowców". Lotnisko w Kirunie zapowiada niezły Przystanek Alaska (wychodzi się z samolotu wprost na płytę lotniska i wędruje na własnych nogach do niewielkiego budynku z napisem Kiruna Airport, które wnętrza zdobią poroża łosi i reniferów). A jednak przed budynkiem czeka na nas autobus (Flygbuss), który zawozi nas do centrum, na stację autobusową i kolejową, które są oddalone od siebie o kilka kroków, ale kierowca zajeżdża starannie w każde z tych miejsc leżących o 200 metrów dalej (z tym, że stacji kolejowej do centrum jest 200 metrów pod górę). Zamiast czekać na IC do Narviku o 14.16, decydujemy się na znalezienie autobusu (i tak jeszcze muszę zrobić drobne zakupy, w rodzaju odebranej nam na lotnisku butli gazowej oraz niezbędnego płynu do soczewek). I mapa - zakupiona w końca w Kiruna Turistbyro (albo czymś w tym rodzaju). OKazuje się, że autobus Kiruna - Narvik przez Abisko Turiststation odjeżdża z dworca o 14.45, więc dochodzimy do wniosku, że autobus będzie tańszy niż IC. Po drodze obserwuję akcję wychowawczą: jakaą kobieta próbuje odebrać i wyrzucić puszkę z piwem (prawdziwym, bo w czarnych kolorach) jakiemuś menelowi (pracownica socjalna? krewna? przyjaciółka? raczej się nie dowiem). Akcja nie kończy się powodzeniem, a menel chce nam zrobić zdjęcie naszym aparatem (ale oczywiście nawet w bezpiecznej Szwecji jest to numer nie do przejścia). W pobliżu zatem musi być gdzieś Systembolaget, czyli sposób Szwedów na stygmatyzację tych, którzy kupują alkohol (zawsze, kiedy kupuję tam jakieś wino, albo normalne, a nie 3,5 procentowe piwo, sama czuję się jak osoba z marginesu społecznego - do niedawna "te" sklepy miały zasłonięte szyby, a ich nazwa nie ma nic wspólnego z alkoholem, jak tłumaczyli mi znajomi). Możę jednak jest w tym jakiś sens, myślę, gotowa po raz kolejny na przyjęcie Szwecji taką, jaką jest. Take it easy - to w końcu naczelne motto podróży.
Budynek dworca autobusowego mieści także bibliotekę (!!!), miły barek samoobsługowy (kawa do bani, ale cookies, mmm!) i stację załadunku towarów (niektóre autobusy mają coś w rodzaju wielkich bagażników z tyłu i najwyraźniej pełnią też funkcję towarowych). Ładujemy się z jakimiś Niemcami odzianymi od stóp do głów w Jacka Wolfskina i obwieszonymi sprzętem, wyglądają jak komandosi, muskularni i z krotko przystrzyżonymi włosami. Po drodze zaczyna mocno padać ("showers" głosiła prognoza poody podejrzana gdzieś na lotnisku), zacierają się kontury szczytów i trochę zastanawiam się, jak to będzie. Postanawiam jednak zaufać instytnktowi: jak tylko podczas lądowania wyłonił się z chmur kawałek ziemi, poczulam niewzruszoną pewność, że jest tutaj bosko, że to miejsce, o którym zawsze marzyłam. Coś w tym jest - kiedy wysiadamy po 80 minutach w Abisko Turiststation, słońce zaczyna przezierać przez opary i oczywiście nad jeziorem Tornetrask pojawia się tęcza. Nie mogę, niestety, znaleźć znajomych ujęć z web kamerki (wpatrywałam się w nią przez ostatni rok, a w ciągu ostatnich miesięcy prawie codziennie). To rzeczywiście olbrzymia stacja, z restauracją, sklepem zaopatrzonym we wszystko, czego potrzeba trekkerom na szlaku, włącznie z nartami (!) i z kawą na wynos, którą wypijam (nareszcie kawa z maszyny!!) zwiedzając budynek. Nie zostajemy jednak długo. Zasięgamy języka i mimo, że zdaniem miłego pana w recepcji do schorniska Abiskojaure jest 4 godziny marszu, ruszamy na nasz wymarzony Kungsleden.
Tundra jest niesamowita: nie byłam przygotowana na takie bogactwo barw i zapachów. Wędrujemy przez zagajnik brzozowy przetykany podmokłymi łąkami, mijamy kanion Abiskojakka, obozowisko w lasku. Decydujemy jednak iść tak daleko, jak się da i rozbić się tuż przed schroniskiem. Po drodze widzimy opustoszałą osadę (przypuszczalnie Samów) z domkami pokrytymi darnią, zaraz za wioską ktoś rozbił namiot - rozbijamy się więc i my jakieś 20 minut marszu dalej. Pierwsza noc pod namiotem w głuszy jest zawsze trudna, każdy dźwięk wydaje się być wyjątkowy. Zaczyna padać deszcz, raz mocniej, raz słabiej. Kiedy wychodzę z namiotu o 1.30 jest tak samo jasno, jak kiedy się kładliśmy. Absolutna cisza. Pada deszcz i świeci słońce.