niedziela, 2 sierpnia 2009

dziennik podróży

Uwielbiam prowadzić staroświecki dziennik podróży. Tak było i tym razem, i zamierzam po prostu przepisać moje notatki z niezwykłych 12 dni na dalekiej Północy. Uwaga, maszyna czasu startuje i cofamy się nieco w czasie...

Sztokholm, 15/7
KRK - Sztokholm. Naprawdę kapitalny hostel na prawdziwej łodzi Rygerfjord Hotel&Hostel: malutkie pokoiki i łazienieczka, ale wszystko bardzo czyste i wygodne. Jak zwykle super jedzenie w naszej ulubionej Vegetarisk Restaurang Heritage przy Stora Gatan w Gamla Stan. W hotelu Newcastle Brown Ale, jak na Zachodnim Wybrzeżu. Wieczny zachód słońca.

gdzieś nad Abiskojaure, 16/7
Arlanda-Kiruna. Już przy bramce nr 35, skąd odlatuje samolot Norwegian do Kiruny widać sporo "plecakowców". Lotnisko w Kirunie zapowiada niezły Przystanek Alaska (wychodzi się z samolotu wprost na płytę lotniska i wędruje na własnych nogach do niewielkiego budynku z napisem Kiruna Airport, które wnętrza zdobią poroża łosi i reniferów). A jednak przed budynkiem czeka na nas autobus (Flygbuss), który zawozi nas do centrum, na stację autobusową i kolejową, które są oddalone od siebie o kilka kroków, ale kierowca zajeżdża starannie w każde z tych miejsc leżących o 200 metrów dalej (z tym, że stacji kolejowej do centrum jest 200 metrów pod górę). Zamiast czekać na IC do Narviku o 14.16, decydujemy się na znalezienie autobusu (i tak jeszcze muszę zrobić drobne zakupy, w rodzaju odebranej nam na lotnisku butli gazowej oraz niezbędnego płynu do soczewek). I mapa - zakupiona w końca w Kiruna Turistbyro (albo czymś w tym rodzaju). OKazuje się, że autobus Kiruna - Narvik przez Abisko Turiststation odjeżdża z dworca o 14.45, więc dochodzimy do wniosku, że autobus będzie tańszy niż IC. Po drodze obserwuję akcję wychowawczą: jakaą kobieta próbuje odebrać i wyrzucić puszkę z piwem (prawdziwym, bo w czarnych kolorach) jakiemuś menelowi (pracownica socjalna? krewna? przyjaciółka? raczej się nie dowiem). Akcja nie kończy się powodzeniem, a menel chce nam zrobić zdjęcie naszym aparatem (ale oczywiście nawet w bezpiecznej Szwecji jest to numer nie do przejścia). W pobliżu zatem musi być gdzieś Systembolaget, czyli sposób Szwedów na stygmatyzację tych, którzy kupują alkohol (zawsze, kiedy kupuję tam jakieś wino, albo normalne, a nie 3,5 procentowe piwo, sama czuję się jak osoba z marginesu społecznego - do niedawna "te" sklepy miały zasłonięte szyby, a ich nazwa nie ma nic wspólnego z alkoholem, jak tłumaczyli mi znajomi). Możę jednak jest w tym jakiś sens, myślę, gotowa po raz kolejny na przyjęcie Szwecji taką, jaką jest. Take it easy - to w końcu naczelne motto podróży.
Budynek dworca autobusowego mieści także bibliotekę (!!!), miły barek samoobsługowy (kawa do bani, ale cookies, mmm!) i stację załadunku towarów (niektóre autobusy mają coś w rodzaju wielkich bagażników z tyłu i najwyraźniej pełnią też funkcję towarowych). Ładujemy się z jakimiś Niemcami odzianymi od stóp do głów w Jacka Wolfskina i obwieszonymi sprzętem, wyglądają jak komandosi, muskularni i z krotko przystrzyżonymi włosami. Po drodze zaczyna mocno padać ("showers" głosiła prognoza poody podejrzana gdzieś na lotnisku), zacierają się kontury szczytów i trochę zastanawiam się, jak to będzie. Postanawiam jednak zaufać instytnktowi: jak tylko podczas lądowania wyłonił się z chmur kawałek ziemi, poczulam niewzruszoną pewność, że jest tutaj bosko, że to miejsce, o którym zawsze marzyłam. Coś w tym jest - kiedy wysiadamy po 80 minutach w Abisko Turiststation, słońce zaczyna przezierać przez opary i oczywiście nad jeziorem Tornetrask pojawia się tęcza. Nie mogę, niestety, znaleźć znajomych ujęć z web kamerki (wpatrywałam się w nią przez ostatni rok, a w ciągu ostatnich miesięcy prawie codziennie). To rzeczywiście olbrzymia stacja, z restauracją, sklepem zaopatrzonym we wszystko, czego potrzeba trekkerom na szlaku, włącznie z nartami (!) i z kawą na wynos, którą wypijam (nareszcie kawa z maszyny!!) zwiedzając budynek. Nie zostajemy jednak długo. Zasięgamy języka i mimo, że zdaniem miłego pana w recepcji do schorniska Abiskojaure jest 4 godziny marszu, ruszamy na nasz wymarzony Kungsleden.
Tundra jest niesamowita: nie byłam przygotowana na takie bogactwo barw i zapachów. Wędrujemy przez zagajnik brzozowy przetykany podmokłymi łąkami, mijamy kanion Abiskojakka, obozowisko w lasku. Decydujemy jednak iść tak daleko, jak się da i rozbić się tuż przed schroniskiem. Po drodze widzimy opustoszałą osadę (przypuszczalnie Samów) z domkami pokrytymi darnią, zaraz za wioską ktoś rozbił namiot - rozbijamy się więc i my jakieś 20 minut marszu dalej. Pierwsza noc pod namiotem w głuszy jest zawsze trudna, każdy dźwięk wydaje się być wyjątkowy. Zaczyna padać deszcz, raz mocniej, raz słabiej. Kiedy wychodzę z namiotu o 1.30 jest tak samo jasno, jak kiedy się kładliśmy. Absolutna cisza. Pada deszcz i świeci słońce.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz