niedziela, 2 sierpnia 2009

dziennik podróży, cz. II

Alesjaurestugorna, 17/7
Wstajemy jednak w słońcu. Kawa, namiot szybko wysycha po nocnej ulewie. Pakujemy się i po jakiejś godzinie docieramy do Abiskojaure. Po drodze chwila przystanku - Marek fotografuje, ja nagrywam. Żeby w takim miejscu nagrywanie miało jakiś sens, trzeba poświęcić temu trochę czasu. Rzeczy dzieją się w swoim własnym rytmie; miejsce, które wydawało się nieatrakcyjne dźwiękowo, zaczyna "brzmieć", kiedy zechcemy posłuchać. W tej uważności, ze słuchawkami na uszach, nagle pojmuję, o czym pisał Barry Truax, opisując pewne wzory dźwiękowe , zaczynam lepiej rozumieć pojęcie "soundscape". Nie można soundscapes nagrać "z doskoku", dłuższe sekwencje ujawniają się dopiero po pewnym czasie.
W Abiskojaure chrzest bojowy. Zapoznajemy się z tutejszą kulturą turystyczną, kodeksem schroniskowym i przypominamy sobie skandynawski styl bycia. Co do pierwszego: obowiązuje tzw. guest fee, czyli płaci się za używanie kuchni (w pełni wyposażonej w naczynia), posiedzenie w cieple itp. Rozbijać zaś można się wszędzie. Rozbicie przy schrosniku - z używalnością wszystkich jego urządzeń (zazwyczaj z sauną włącznie) kosztuje (od 80 SEK w Tjäktjä przez 90 SEK w Abiskojaure, 110 SEK w Alesjaure i 130 SEK w luksusowej Kebnekaise Fjällstation na osobę - to z późniejszych doświadczeń). Korzystanie z kuchni oznacza zaś używanie naczyń, gazu, wody i samego - bardzo zazwyczaj miłego - pomieszczenia. Wszystko jest samoobsługowe, nie ma bieżącej wody (z wyjątkiem Kebnekaise Fjällstation), nie ma żadnego baru ani knajpy (w Alesjaure jest samoobsługowa "kawiarnia" - tzn. stół z łakociami i kawą oraz herbatą w termosach), w niektórych schorniskach są sklepiki z żywnością (i wszędzie można kupić tzw. trekking food w torebkach). Savoir-vivre: wypada oczywiście donieść wody, kiedy się skończyć i bardzo ją oszczędzać (np. umyć naczynia w wodzie, która po kimś została, w rozsądnych granicach), wypada też zaoferować współbywalcom jedzenie, którego ugotowaliśmy za dużo (ryż czy makaron), koniecznie trzeba po sobie posprzątać. Co do skandynawskiego stylu bycia: bardzo mi odpowiada jego niewymuszoność i pewien subtelny dystans. Można zamienić kilka słów z ludźmi w kuchni, ale absolutnie nie ma żadnego przymusu, żadnego kompulsywnego bratania się i zawiązywania słowiańskiej plechy. Szwedzi są zdystansowani, nie narzucają się i mogą wydawać się chłodni, ale zagadnięci są zawsze bardzo mili i skorzy do pomocy. Zwłaszcza kiedy czegoś się nie wie, albo nie jest pewnym - zawsze lepiej zapytać, niż brnąć w jakieś dziwne sytuacje. Chyba nie lubią kedy ktoś się czai. Wszyscy mówią po angielsku.
Z Abiskojaure ruszyliśmy w kierunku Alesjaure, zdecydowaliśmy się zrezygnować z Unna Allakas zamiast tego spędzić 2 dni w Nikkaluokta, gdzie mamy dotrzeć za jakieś 9-10 dni (albo w okolicy Kebnekaise). I zaczęło się. 22 km, które pod koniec naprawdę dały nam mocno w kość. Kiedy po przejściu przez dolinę Garddenvaggi i długim trawersie zboczem Gardenvarri (nazwy samskie, można to poznać po końcówce -vaggi, co znaczy dolina oraz -varri - szczyt) zobaczyliśmy jezioro, myśleliśmy, że to już (Alesjaurestugorna leży nad jeziorem Alesjavrri). OKazało się, że to dopiero pierwsze z systemu co najmniej kilku jezior zobaczyliśmy więc dopiero Ribaluokta i Ahpparjavri w oddali. Jest to miejsce zdecydowanie niesamowite: rozległa równina z dwoma dużymi zagrodami dla reniferów na przeciwległych krańcach i wioską samską (najwyraźniej opustoszałą, ale dużą) pośrodku. Wygląda jak koniec świata. Przestrzeń, której nie da się przemierzyć, sama rozległość w najczystszej postaci, gdzie człowiek nie istnieje. Właściwie chodzi nie tyle o rozległość, ile o perspektywę: między szczytami i jeziorem, rodzaj jakiejś gigantycznej bramy. Później długo schodziliśmy do rozlewiska, kamienistą drogą od której strasznie bolały stopy i kolana. Przez chwilę mijaliśmy się z jakimś starszym człowiekiem, Szwedem około 70-tki (jeśli nie więcej), miła postać uśmiechająca się szeroko na nasze pozdrowienia. Jakąś godzinę za Radunjarga (schron) znajduje się przewóz łódką przez jezioro, można zaoszczędzić 6 km. Stoi tam lavvo (saamski namiot przypominający tipi), w którym można się schronić czekając na regulany kurs (10.30, 13.00, 15.30, 17.00 i 19.00). Łódką zarządzają Saamowie z wioski na drugim krańcu jeziora, jest więc maszt z ich flagą (przywiązaną) i prośba po szwedzku i angielsku: jeśli czekamy na któryś z kursów, należy wciągnąć flagę na maszt - zauważy ją wtedy właściciel łódki i będzie wiedział, że nie płynie na darmo. Jest także telefon (!), za pomocą którego można zadzwonić po przewoźnika, jeśli jesteśmy większą grupą (min. 6 osób). Ambitnie postanowiliśmy pójść, bo schronisko już było widać w oddali. I to jest tutaj jeden z problemów - widoczność jest absolutnie nieporównywalna z naszymi stronami ze względu na czystość powietrza. Widzieliśmy oddalone o 6 km schronisko jak na dłoni. Niestety, ostatni odcinek wiódł przez moczary z wieloma strumieniami pozbawionymi mostków.
Resztkami sił dopadliśmy Alesjaurestugorna (stugorna - schronisko). 8 godzin marszu, z czego pierwsze 4 bez przerwy. Alesjaure jest dużym schroniskiem (właściwie turiststation), z kawiarenką i sklepem w sali z kominkiem, biblioteczką i flagą saamską wywieszoną przed wejściem. Wiele informacji o kulturze i historii Saamów - Alesjaure jest siedzibą letniego wypasu reniferów (czyli na pastwiskach położonych najwyżej), poniżej schroniska widnieje wieś Alisjarvi, z lądowiskiem dla helikopterów, parkingiem dla quadów przy grobli (nie widzieliśmy jednak żadnych wariatów ujeżdżających te pojazdy dla rozrywki - tutaj używa się ich z konieczności, nie dla szpanu; rajdy na quadzie są zatem czymś w rodzaju rozrywkowej jazdy traktorem), małymi domkami i widocznymi szkieletami lavvo. jest to także siedziba sameby, czyli takiego samorządu saamskiego (czyli grupy rodzin związanych wspólnym wypasem reniferów, który jest wciąż na poły nomadyczny, mimo przejściowych problemów na garnicy z Norwegią). Zrobiliśmy zakpuy i nawet nie mieliśmy sił na gotowanie. Wypiłam śmieszne piwo Bla (2,2 procent alkoholu), zjedliśmy cheb Vasa z tuńczykiem i brie... i odkryłam saunę (prawdziwą, szwedzką). Okazała się być uroczym domkiem z cudownym widokiem z okna i potokiem, do którego miłośnicy mocniejszej wersji sauny zbiegają, żeby się zanurzyć w lodowatej wodzie. W jednym pomieszczeniu się rozbiera, w drugim jest zbiornik z gorącą wodą i wiadra z zimną, a także miski do mycia. W trzecim - oczywiście parówa. W ten sposób bez bieżącej wody można w górach nie tylko zachować idealne standardy higieny ( :-), ale po wyjściu z sauny człowiek naprawdę czuje się jak nowonarodzony. Jak tylko wyszłam stamtąd, zauważyłam ze zdumieniem, że cały ból mięśni zniknął i że jestem kompletnie zregenerowana. Nic dziwnego, że spotyka się tutaj tyle osób z błyszczącymi oczami. A więc sauna nie polega tylko na wylegiwaniu się w strojach kąpielowych (???!!! groteska, ale tak wygląda sauna w parafiańskiej i pruderyjnej Polsce) dla szpanu i zaimponowania kosmetycznymi nowinkami, ale jest jedną z najlepszych i najprostszych rzeczy na świecie. God Bless Scandinavia. (I gdzie ja teraz znajdę prawdziwą saunę po powrocie?) Noc była łatwiejsza.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz