wtorek, 25 sierpnia 2009

koniec lata

To już koniec lata. Mgła nad Krakowem dzisiaj rano właśnie mi to uświadomiła - to była mgła już wrześniowa. I co z tego, że ostatnie dni sierpnia w kalendarzu i że jeszcze pewnie będzie gorąco - po lecie i tyle. Żegnanie lata miało miejsce w Nowym Sączu, gdzie pojawił się DESZCZ. Niestety, podczas wieczoru, który był przeznaczony dla teatru. Nie zobaczyliśmy więc spektaklu Teatru Snów (i, prawdę mówiąc, nie zdążyliśmy też porozmawiać dłużej niż przez chwilę). Poza tym jednak najmilszym aspektem festiwalu były spotkania (bo reszta to cała seria negocjacji i kompromisów - koniecznych przy tego typu okazjach, ale nie zawsze pozostawiających najlepszy smak). Włóczęga po Krakowie z Willim i Gerardem, powtórka tejże z Maren i Rudim, nagrywanie w miasteczku galicyjskim (taka folkowa wersja Disneylandu z ajentami i pracownikami niechętnymi wszystkiemu, co narusza marazm i ich święty spokój) fantastycznej sesji instrumentów karpackich... Obiady, transfery, krążenie samochodem, piwo późno wieczorem w którymś z ogródków wraz kilkoma kolejnymi ekipami znajomych, wreszcie czas, żeby pogadać spokojniej z Shiną i Danem, potrójne urodziny w Lokatorze - wystarczy, żeby zapełnić tydzień, a to tylko 4 dni... Siedząc w niby-ratuszu galicyjskim i słuchając Michala Smetanki czarującego nas karpackimi haiku w wersji na głos i rozmaite instrumenty dęte (od fujary przez gajdice po koncovki) obserwowałam, jak za okne pada deszcz i był to moment idealny. Huculska fłojera brzmiała jak sama kwintesencja Karpat, które wciaż mnie zaskakują i odsłaniają nowe oblicze, ujawniają nowe formy związku, więzi, praktyki. Józef Broda zaśpiewał o "ślebodzie" i wszytsko było jasne, wszystko zamyka się w tych kilku wersjach piosenek o owcach, chmurach i graniach, trzeba tylko znaleźć czas na słuchanie i ludzi, którzy potrafią wyczarować taki soundscape. Bo to jest możliwe tylko na żywo. Na koniec zagraliśmy wspólnie i był to dość niezwykły band złożony z Wiedeńczyka (a zatem jego słowacko-czeskie korzenie były oczywiste od samego początku), górala z Beskidu, Słowaka z Lewockich Wierchów, który tak pięknie potrafi zmiękczyć po szarysku, Hucułów studiujących na akademii, Szwajcara, który ma swój udział w renesansie fujary słowackiej, austraickiej aktorki, która czaruje samą obecnością... W tym wszystkim najważniejsze jest Źródło, ale nie ma ono NIC wspólnego z muzeum, etnografią i skansenem, bo jest żywe, ruchliwe i płynne. Słowo na niedzielę brzmi: wdzięczność.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz