wtorek, 4 sierpnia 2009

dziennik podróży, cz. XI

Nikkaluokta, 26/7
To moje imieniny, więc zostalam dzisiaj zwolniona z wszelkich prac porządkowych i dostałam kawę prosto...nie do łóżka, bo szkoda dnia!...ale na werandę, gdzie łowiłam słońce. Około 11.00 (imieniny, to imieniny!) wybraliśmy się na spacer po okolicy. Zaczęliśmy od wzgórza z kościołem. Zobaczyliśmy stamtąd skałki, które od razu przykuły naszą uwagę i wyraźnie wabiły w tamtym kierunku. OKazało się, że do tych "bliskich" skałek 1,5 godziny przedzieraliśmy się przez moczary, wzgórza i tundrę (po raz kolejny ta przejrzystość powietrza jest zwodnicza). Po drodze trafiliśmy w niezwykłe miejsce: stołówkę jakiegoś drapieżnika (rosomak? niedźwiedź? wilki? każda z tych odpowiedzi mogła być prawdziwa...). Wszędzie leżały porozrzucane kości (zaczęło się od szczęki jakiejś łososiowatej ryby sądząc po wielkości a skończyło... na czaszce z porożem i kręgosłupie renifera). Nie da się ukryć, zrobiło mi się lekko nieswojo, brnęliśmy jednak dzielnie dalej, zabrawszy czaszkę z renifera. Ułożyliśmy ją pięknie na stosiku kamieni na najwyższym ze skalistych wzgórz (teraz pewnie miejscowi będą się zastanawiać, co to za duchy przeszłości sporządziły szamański obiekt kultowy) i znowu zaczęliśmy przebijać się łosiowymi ścieżkami, nie bacząc na chmury komarów do szlaku z Kebnekaise (na sąsiednim wzgórzu widniało wprawdzie coś przypominającego ścieżkę, ale "sąsiednie" oznaczało 30 minut przebijania się przez tundrę, a co, jeśli się okaże, że to było złudzenie, albo że scieżka prowadzi donikąd?). Po ok. 40 minutach dotarliśmy do znajomego szlaku. Cala wyprawa była dość wyczerpująca, więc po obiedzie z torebki (Cashew Satay, Travel Foods, a jakże) zasnęliśmy nieprzytomnie. Po południu kawa w restauracji (tutaj nie mają maszyny) i wycieczka drogą szutrową obok ośrodka - okazuje się, że Nikkaluokta to naprawdę wioska. Przy jednym z domków spostrzegliśmy pana Sarri seniora (założył ośrodek i w wieku dobrze po 80tce jeszcze przechadza się dziarskim krokiem po sali doglądając ośrodka prowadzonego obecnie przez jego corkę, Annę). Zamachał do nas, więc odmachaliśmy i podążyliśmy dalej. Mijaliśmy po drodze domostwa z flagami saamskimi i bez, ale wszędzie czuło się obecność reniferów w takiej czy innej formie. Rzeczywiście stanowią one samo sedno tutejszej kultury. Za wsią spostrzegliśmy ścieżkę, która oczywiście prowadziła w dobrze nam znane ostępy. Dolinka-stołówka schowana byla jednak dobrze za pagorkiem i wiedzieliśmy o niej na razie tylko my i rosomak (i pewnie myśliwi...).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz