niedziela, 29 marca 2009

CoCart Festival

Toruń jest pięknym, europejskim miastem! Jaka szkoda, że udało nam się wymknąć tylko na godzinkę w sobotnie przedpołudnie, żeby poeksplorować wszystkie zakątki, które jakoś tam tkwiły w pamięci przez te kilka ładnych lat kiedy nie udało się tutaj zajrzeć. Trudno jednak było tak do końca się obudzić; już nieco ponad 10 dni krążę między Warszawą, Koszycami, Poznaniem i Toruniem. Ledwo więc zobaczyłam znajomy napis "Krakow Główny", pogłaskałam kota w domu i podlałam rośliny w moim biurze, już siedziałam na przednim siedzeniu samochodu mijając kolejne etapy na jakże dobrze, niestety, znanej "jedynce". Za Łodzią robi się naprawdę okropnie: płasko, przeraźliwie płasko (i od razu zaczyna mnie boleć głowa, wpadam w popłoch daremnie skanując horyzont w poszukiwaniu najmniejszego choćby wzgórza), rozmaite wersje kurników pokrytych urokliwą papą i równie liczne odmiany "chłopskiego jadła" w stylizowanych na góralszczyznę pałacach ze strzechą (zaraza chłopomanii najwyraźniej jest w Polsce nie do wyplenienia). Kiedy więc po dobrych 7 godzinach docieramy wrsezcie do Torunia, priorytet jest jasny: położyć się (gdziekolwiek) i zasnąć. Cóż, kiedy po drodze jeszcze prezentacja i wykład oraz kilka rozmów, z którym nie pamiętam kompletnie nic; dobrze, że istnieją konwenanse, to trochę jak recytowanie formuł mnemonicznych. Sen - ile by w tych warunkach nie trwał - zawsze jest za krótki, więc wiem, że bez długiego spaceru nie jestem w stanie funkcjonować, nie mówiąc już o prowadzeniu zajęć, które są jednak dosyć mocno wyczerpujące (w sensie wydatkowanej energii). Spacer pomógł, konieczna dawka powietrza i światła, i zajęcia okazują się inspirujące i twórcze, ale - jak przewidywałam - po zakończeniu mam ochotę znowu uciec i spać godzinami, a czeka nas jeszcze koncert. Idea grania w podziemnym garażu nie budzi mojego zachwytu, ale już toruńskie Centrum Sztuki Współczesnej "Znaki Czasu" i owszem. Ech, żeby kiedyś Kraków przestał być wreszcie taką architektoniczną prowincją! Perspektywa zwożenia całego sprzętu windą jest już jednak mniej przyjemna. Trochę koniecznych zabiegów (w rodzaju: poszukiwanie stolika), dziesiątki kabli (input - output - crossover), jakoś udaje się wszystko skleić do kupy, cieszę się na możliwość grania bez specjalnych ograniczeń, zwłaszcza, że pojawia się wreszcie upragniona przestrzeń w głowie i lżej się oddycha (tylko ten garaż!) Przed nami Column One, którego słuchamy z garderoby - interesujące, wciągające dźwięki, ale teatrzyk to trochę too much, jak dla mnie. I zastanawiam się trochę nad sensem odtwarzania nagrań dzwonków oraz głosów ptaków z płyty, którą i my mamy w swojej kolekcji, ale zawsze to lżej podróżować z laptopem i dwoma niewielkimi gongami (zresztą, pozbawionymi nagłośnienia). Gra się jednak naprawdę fajnie i pewnie jest też w tym sporo zasługi poprzedników, którzy stworzyli naprawdę niezłą aurę na słuchanie. Później jeszcze sporo ciekawych dźwięków, kapitalny Oren Ambarchi, trochę wprawdzie pokonany przez nierówną walkę niskich częstotliwości z niskim sufitem, ale ostatecznie wychodzi na swoje. Całkiem fajnie też rozwijał się projekt Pinhasa, choć chyba jednak udawanie żywej perkusji z sampli nie jest moją broszką. Z kadym rokiem staje się dla mnie oczywiste, że elektronika wymaga znacznie więcej kreatywnego myślenia niż kiedykolwiek wcześniej. Ciągle jednak sporo w tym obiegu fascynacji poziomem software'u i możliwości technologii. Czekam na free jazz sceny laptopowej (powracając co jakiś czas do DVD ulubionego Supersilent).
I może to kwestia mojego zmęczenia, ale jakoś nic szczególnie mnie nie powaliło. Z biegiem czasu coraz może trudniej o muzyczne epifanie. Co nie znaczy, że nie było fajnie. Naprawdę świetna impreza, sporo interesujących brzmień i fajnych momentów, jedno z tych zdarzeń, które sprawiają, że warto to robić, ale to "coś" ,co każe człowiekowi zachwycić się niespodziewanie, jakoś nie nastąpiło (i wcale nie musi się przecież pojawiać). Może to ten garaż.
W drodze powrotnej - zupełnie niespodziewanie dla mnie - naszła mnie taka średnio wesoła refleksja o systemie gwiazd, który rządzi każdą sceną muzyczną w tym prowincjonalnym kraju - głównie po lekturze kilku artykułów, w których piszący licytują się, jakież to znakomite gwiazdy pojawią się na kolejnych festiwalach (i wszystko jedno, czy są one mainstreamowe czy offowe). W tym wszystkim jakoś ucieka to, co najważniejsze, najmniej może pisze się / mówi o muzyce, publiczność casem wygląda na zdezorientowaną i zagubioną, ludzie sprawiają wrażenie, jakby naprawdę nie wiedzieli, czy coś im się podoba czy nie, zanim o tym nie napisze Dyżurny Redaktor (tak samo zresztą zagubiony, ale dysponujący Narzędziami). Jakoś odechciewa mi się w tym wszystkim płacić fortuny za Aphex Twin i nie bawi mnie udział w tym wyścigu po zaliczenie kolejnej niebywałej okazji w kraju nad Wisłą. Może posłucham ptaków za friko (na żywo) albo odpalę sobie znowu Satoko Fuji z płyty (i to dobry powód, żeby kupować płyty).

czwartek, 26 marca 2009

koło za kołem

Wczoraj Poznań: siedem i pół godziny w pociągu, dwa wykłady, dyskusja o mojej ksiażce w "Głośnej samotności", 4 godziny snu, 7 i pół godzin w pociągu. Jutro Toruń. Na razie wciaż w stanie podróżnej ekstazy (z gatunku: perwersyjny romans z PKP).

poniedziałek, 23 marca 2009

Warhol tour


Wiosenne przesilenie rozpoczęte (bo kalendarz zapchany od teraz do końca czerwca).
Po kolei jednak (o ile to w ogóle możliwe). Weekend upłynął pod znakiem Warhola, Karpat i muzyki, czyli najlepiej jak można. POstaram się cokolwiek odtworzyć, obiecywałam wprawdzie zapisywać (i nawet trochę mi się udało)

20.03
Na przełęczy Vabec światło po raz pierwszy, bo wcześniej śnieg, dużo śniegu (jeszcze w czwartek późnym wieczorem na trasie do Nowego Sącza i rano w samym Nowym Sączu). Im dalej na południe, tym jaśniej, jak zwykle nikt nie wierzy w moje zaklinanie słońca. Jeszcze przed Sabinovem uśmiecham się z satysfakcją: a nie mówiłam? Obiad w Velkym Sarisu, tuż naprzeciw browaru (w sporym kompleksie 'rekreacnym" Saris Park), znakomita widoczność, Szarysz w całej krasie, pasma gor za nami układają się jak do albumu ze zdjęciami z wycieczki. Jano dzwoni, umawiamy się na dobrze znanej "Szelce" za Baumaxem w Koszycach, popilotuje nas na Alzbetiną. I dobrze, inaczej nigdy byśmy tutaj nie trafili, Koszyce znamy jak własną kieszeń, ale nigdy z samochodu. W Hevhetii szybko namierzam dwie płyty Ernsta Reijsegera (niestety, nie ma "Requiem for Dying Plant"), które padną moim łupem i szybko rozkpakowujemy sprzęt. Konsternacja: Steinberger został w samochodzie Gosi w Nowym Sączu, którym przyjechaliśmy z Krakowa, pozostaje mi więc wyłącznie ukochana Epiphone nastrojona w nietypowym D, nici z bardziej noise'owych kompozycji. Gramy jednak z dużą przyjemnością, mimo wczesnej godziny zjawia się całkiem niezła grupka, wraca wspomnienie amerykańskich in-store'ów. Tym bardziej, że trzeba dosć sprawnie znowu się spakować, bo o 19.00 kolejny koncert, w Knihkupectvie Christiania w Presovie. I to ma być podobno weekend... Nie zdążyliśmy nawet zerknąć na koszyckie Korzo, nie wspominając już o żelaznych punktach programu: fontannie i lodach (wiadomo-gdzie).
Krążymy po Presovie szukają pensonatu Hradby i z nostalgią dostrzegam opustoszałą ruderę stacji Presov-Mesto, ech, ileż to razy John nas tutaj podwoził i stąd odbierał...Upojne weekendy w służbowym mieszkanku na Sidlisku, spędzane głównie na testowaniu słowackich i węgierskich win oraz rozmaitych bzdurach w rożnych stacjach telewizyjnych (i, nie kryjmy, również paru fajnych wycieczkach po okolicy). Christiania przy Hlavnej 105, dwa piętra księgarni i klubu, pamięam jeszcze poprzednią miejscówkę sprzed lat na Okruznej bodajże. Zaskoczenie totalne: ni stąd ni z owąd zjawia się Miso Smetanka z całą ekipą znajomych, co zapowiada, że wieczór trochę potrwa (i tak też się stało, i zaowocowało później włóczęgą samochodową po Levockich Vrchach, zanim namierzyliśmy Brutovce).
Noc znacznie krótsza niż by się chciało.

21.03
Dzisiaj eksploatujemy miejsce. Wciaż nie wiem, co kryje ta myśl, która nawiedziła mnie znienacka w restauracji penzionu Andy naprzeciw Muzeum Moderneho Umenia (popularnie zwanego po prostu Muzeum Andy Warhola) w Medzilaborcach. Może chodziło o to gorączkowe polowanie na ujęcia, kadry i sytuacje, a może o to, że każdy ma tutaj własną rzeczywistość i że bardzo rzadko spotykają się one ze sobą. Ta "turystyczna", która każe przymykać oczy na postępującą od lat dekompozycję, degradację i rozkład socjalowej bryły Muzeum, a także jego koncepcji (a raczej jej braku). Ta "miejscowa" w wielu wariantach: romskiej dumnie noszącej w plastikowych siatacj zdobycze z pobliskiego Tesco, biznesowej (przy sąsiednim stoliku) polsko-słowackiej ("to trzeba zrobić tanio, zrobimy to najtaniej, ale dobrze, no nie tak najlepiej, ale będzie fajn", "dobre, v pohode"), elitarystycznej ("pracownicy muzeum czytają pismo "..." od pierwszeg numeru, co i Państwu polecają") odwróconej plecami do motłochu, europejskich projektów i potrzeby komunikowania się z otoczeniem, prowincjonalnej (zwłaszcza wariant "siska na susce" powalający, choć nic nie brakuje i landszaftom w sali na parterze, płytom "Top Disco Hits" i czasopismom wojskowym "Obrana" w sklepiku Muzeum) i dziesiątkom, a może setkom warstw historii pleniących się w tej przestrzeni. Eksploatujemy ją, to znaczy przyjeżdżamy z gotową wizją i wybieramy kawałki, które do niej pasują. Dzisiaj to mnie nie interesuje, dzisiaj wolę się zastanawiać nad tym, jak - i czy - one jakoś (i jak?) wchodzą ze sobą w relację. Mój umysł zmęczył się koniecznością wprowadzania porządku, kategoryzacji, posiadania interpretacji albo wytłumaczenia. Dzisiaj mnie to nie interesuje. Interesują mnie szczegóły, obce historie opowiadane przy sąsiednich stolikach (jakoś wytrzymam dym nikotynowy, żeby dowiedzieć się, jak się skończyła historia Jany bez dziecka).
W tym wszystkim przypadkowy (ale kompletny) brak koncepcji ekspozycji w Muzeum sprawia ulgę, pozwala odpocząc od wszechobecnych w muzeach - i mniej czy bardziej subtelnie narzuconych - narracji. Tutaj kurtka ze skóry węża z powiększonym dokumentem podania o wizę dla siostry Julii Warholovej-Zavackiej oraz rozmaite dokumenty urodzin, chrztu i zgonu mówią o Andym więcej niż niejedna perfekcyjnie przygotowana, bogata w "oryginały" (ci, któryz krytykują Muzeum w Medzilaborcach za brak "prawdziwych" prac Warhola muszą być zupełnie pozbawieni
poczucia ironii) wystawa których wiele już widziałam. Poza tym inaczej jest wyjść z takiej wystawy na ulicę w Montrealu, Londynie czy Nowym Jorku na nienagannej czystości trotuar, kolorowe neony, magię tzw. centrum, a inaczej jest zamknąć za sobą drzwi z widokiem na cerkiew, rozmoknięty kawałek śniegu, nieudaną fontannę z figurą Andy'ego, nie wiedzieć dlaczego, pod parasolem, z którego skorodowanych drutów spływa mu na głowę rdzawa woda, na fasady pokryte resztkami bilboardów i plakatow wyborczych ("Vol'te svobodne"), a gdzieniegdzie wypłowiała farbą, na graficzny w czytsości barw napis Tesco i odpadki porzucone wokół kosza na śmieci, wszystko w aurze natychmiastowej potrzeby ucieczki. I to drguie doświadczenie mówi o Warholu znacznie więcej, jak dla mnie, niż odpicowane plakaty światowych galerii. Z jakichś przedziwnych powodów tutaj czuję się bardziej u siebie. Tam jest wygodnie, estetycznie i miło, tutaj - niewygodnie, nieestetycznie i niemiło, ale tutaj świetnie mi się myśli. Na przykład takie Wielkie Koło: Julia wyjechała ok. 1921 do PIttsburgha, z Czechosłowacji, kilkadziesiąt lat później młody pisarz, Vaclav Havel, kupi sobie w Nowym Jorku płytę Velvet Underground, którym zainspiruje się grupka muzyków znanych znacznie później jako Plastic People of Universe, mur berliński upadnie m.in. dlatego, że ludzie chcą grać i słuchać tego, co im się podoba. Chcą energii. Vaclav Havel, rokendrolowy prezydent, którego my nigdy nie mieliśmy.
Albo: gdyby Julia nie odważyła się na daleką, niebezpieczną wyprawę, kim byłby Andy i kto byłby Andym?
W Muzeum są trzy toalety: damy (M. Monroe), pani (J. Hendrix) i motyli (motyl). Chciałam skorzystać z tej dla motyli oczywiście, ale byla zamknięta. A jednak jest nadzieja.
A pizza w La Cucarachy w Presovie tak samo dobra, jak wtedy, kiedy siedzieliśmy tutaj po raz pierwszy z 6 lat temu z Johnem.

22.03
Powrót. Jak zwykle w miarę zbliżania się do granicy polskiej przybywa szarych chmur i zaczyna siąpić, kawa staje się coraz bardziej mulista. Ale po staremu wszystko jest w ruchu: kiedy docieramy do Starej Lubovni i jak zwykle pochłaniamy specjały zamagurskie u Franka, nadciąga Mirka. Przyjechała z Brna na trzy dni, wystarczyło, żebyśmy się spotkali. Kiedy siedzimy nad kawą, dzwoni Slavo, wraca dzisiaj z Londynu, po ponad pół roku przyjeżdża na tydzień. Nie zdążymy się wprawdzie spotkać, bo dopiero co wylądował w Popradzie, ale wszystko zbiega się prawie dokładnie, prawie tu i prawie teraz.

poniedziałek, 16 marca 2009

cały tydzień

Umknął mi gdzieś prawie cały tydzień, ale to chyba nic dziwnego zważywszy na fakt, że w bardziej "podgrzanych" momentach pracuję prawie na okrągło (tzn. prócz biegania na zajęcia, samych zajęć, ich przygotowania i posiłków ledwo zostaje mi czas na sen). W każdym razie w piątek przydarzyła mi się dziwna historia: poczułam, że lubię W-wę. Mimo witającego przybyszy szyldu "wiatrówki, noże" w kazamatach podziemnych Dworca Zachodniego i paru niezmiennych od lat drobiazgów. Miasto zaczyna dorabiać się własnej hybrydowej różnorodności i ma się poczucie, że tutaj może zdarzyć się wszystko, trochę jak w Londynie albo NYC (oczywiście zachowując odpowiednie proporcje!!!). I te widok z okna mieszkania Doni na Woli! Mogłabym siedzieć tam godzinami i patrzeć, jak zmienia się gra świateł na wyrastających w oddali fasadach. Metropolia to jeszcze nie jest, ale zapyziala W-wka sprzed lat już też nie. A potem była bardzo fajna konferencja - co jednak wcale tak często się nie zdarza. "Fajność" polegala glównie na tym, że była jakaś dyskusja, że ludzie chcieli rozmawiać i wyraźnie czuło się, że po coś to jest (nie tylko po to, żeby zaprezentować własne kosmiczne ego :-). Sobota znowu między Podgórzem a Zabłociem - nawet dosłownie, bo drugie śniadanie jadłam w przelocie między Krakusa a KSW, -trzeba przyznać, że spacer opustoszałą ul. Lipową oraz jakimiś postindustrialnymi opłotkami był, hmm..., ekscytującym przeżyciem.
W niedzielę za to nareszcie zainaugurowaliśmy pierwszy w tym sezonie przejazd rowerowy na trasie Os. Europejskie - Skotniki - Tyniec. Ulica Winnicka pozbawiona asfaltu, bo remont i od razu mieliśmy niezły cross.
A dzisiaj zasłyszane w tramwaju nr 22, w okolicy Starowiślna /Dietla, na temat żebrzących Romek z małymi dziećmi:
- Tych Rumunów to powinni wywieźć, co sobie turyści pomyślą o Krakowie?
- To przecież nie są krakowianki.
- Ale powinni ich wywieźć, tak jak Żydów [tutaj rozmówczynie w wieku około 18-stu lat wybuchają śmiechem].
Autentyk, od którego cierpnie skóra. 18 lat a już / jeszcze bez mózgu i bez serca.

sobota, 7 marca 2009

drobiazgi cz.2

Z wycieczki rowerowej nic nie wyszło (trudno jeździć w deszczu, deszczu ze śniegiem i śniegu), nadrabiam więc zaległości, co oznacza też, że włączyłam pudełeczko a tam... Rewelka. Polska Kronika Filmowa 10B/81 i materiał o emancypantkach - najpierw była malownicza Kenia i tambylki tańczące przy każdej pracy ("Emancypantki z Kenii"), a później...Ewa Partum (pod hasłem "Emancypantka z Polski") i jej performance, po czym materiał o mężczyźnie ozdabiającym wiązkami kwiatów rozmaite oficjałki, który zostawił wprowadzony tekstem: "łagodniejszą formę sztuki uprawia pan...". Czekam z utęsknieniem na kronikę z 1984, za chwilę.
P.S. I się nie zawiodłam, otwierający fragment jest o brakach w zakresie gumki do majtek, a kolejny o Bełchatowie. Aż szkoda, że zamiast reklam przed seansami w kinach nie ma archiwalnych PKF...

piątek, 6 marca 2009

american coffee dream

Nelly Isler wciąż nie została uwieczniona (tym razem ona, przyjmując, że to orchidea), co ja poradzę na to, że kiedy wracam do domu, to jest już ciemno, a lepiej fotografować ją w świetle dziennym. Ale będzie. Soon. Może nawet jutro, bo plan wyjazdu narciarskiego upadł, z racji rozmaitych rozmaitości (głównie piętrzących się zaległości pracowych) - narodził się za to plan pierwszej wycieczki rowerowej do Tyńca w tym sezonie. Zobaczymy.
Nie pamiętam już, czego szukałam w sieci, kiedy wpadł mi w oko tytuł "Apple is "most admired company". Wiem, czyściłam skrzynkę na gmailu, którego używam do subskrybowania niekoniecznych wiadomosci i dziesiątków newsletterów, których i tak nie czytam. W każdy razie coś w tym jest, o ile oczywiście mieć zaufanie do takich rankingów. Lubię Apple - oprócz oczywistości - także za to, że nie mówią o załamce rynkowej i nie wyciągają ręki po rządową jałużnę, która ma załatać czyjeś zamiłowanie do gier hazardowych na gigantyczną skalę.
A rano było bardzo, bardzo przyjemne. Napisał Jason z WFMU, który pracuje nad nowym projektem: Free Music Archive, coś na kształt muzycznego Creative Commons i poprosił o zaakceptowanie do publikacji sesji nagraniowej z...2001 roku. Trudno się nie wzruszyć: kiedy w marcu 2001 nagrywaliśmy ten koncert w WFMU, naprzeciw stały jeszcze dwie wieże i wydawało się, że tak entuzjastycznie, bezpiecznie i dobrze (relatywnie, relatywnie), jak w latach 90-tych będzie zawsze. Oczywiście wiem to teraz, bo wtedy po prostu o tym nie myślałam, siedząc na nabrzeżu i patrząc na World Trade Center po drugiej stronie (a nie miałam wtedy ani źrodeł stałego dochodu, ani ZUSu, ani żadnych zabezpieczeń oprócz niewzruszonego przekonania, że mam plan, pomysły i chęci). Co to były za czasy! Wizyta w WFMU, Nowym Jorku i w ogóle USA wtedy dzisiaj wydaje mi się być bardzo dziwnym zdarzeniem, jakimś otwarciem drzwi alternatywnej rzeczywistości, jakimś przebłyskiem innych wariantów, innych scenariuszy, uwolnieniem. Z odrobiną (ale tylko odrobiną) goryczy, bo do dzisiaj nie wiem, dlaczego rzeczy toczą się w życiu tak, a nie inaczej, parę historii już się raczej nie wydarzy i nie wiem też, czy to źle. I tamten koncert: pierwszy w ogóle podczas pierwszej amerykanskiej trasy, straszny stres (bo tego radia słucha Jim Jarmusch, i Tom Waits, i Thurston Moore i who knows...), który zresztą trochę słychać, i problem z urządzeniami (bo zapomnieliśmy o prądzie 110 W), gram na jakichś pożyczonych efektach gitarowych, co stres potęguje. Z czasem przybywa słuchaczy, ludzie schodzą z innych pięter po skończonej pracy, siadają bezszelestnie na podłodze i ta cisza, kiedy kończymy... (zupełnie jak w stereotypowych historiach, zakończona czymś więcej niż oklaskami). Nic dziwnego, że w Knitting Factory omal nie zemdlałam na minutę przed wyjsciem na scenę, drugi koncert tego samego dnia, dzień wcześniej wysiedliśmy z samolotu. I tak już było do końca: intensywnie, mocno, wyczerpująco, pięknie. Te 300 milowe przejazdy i 2 koncerty pod rząd (in-store i klub), i nocna impreza (najfajniejsze imprezy na świecie, przesłuchane dziesiątki, jeśli nie setki 180 gramowych winyli). Rano powtórka. I to wszystko wraca teraz pod postacią kilku ścieżek w formacie MP3, które trzeba zaakceptować lub odrzucić. To jest poza akceptacją i odrzuceniem, życie temu nie podlega, ono po prostu jest, co mam na to poradzić. Tak było w 2001. Tyle.
Wzrusza też fakt, że po 8 latach siedzę przed moim Maczkiem pijąc kawę o tamtym smaku (kolumbijska ciemno palona) i przekonując się, że ktoś pamięta i dba o to, żeby zdarzenia były archiwizowane. Tylko tyle i aż tyle. W kraju, w którym nagrania najlepszego polskiego jazzu z lat 70-tych istnieją tylko na kiepskiej jakości winylu, bo nigdy tutaj dobrych winyli nie tłoczono, ani wtedy, ani teraz, ani w ogóle i gdzie wszystko wsysa czarna dziura niepamięci - to naprawdę wzruszające.
Free Music Archive ma ruszyć, jak pisze Jason, w połowie kwietnia. Wtedy będzie otwarte dla użytkowników, na razie korzystam ze statusu "artist" i buszuję sobie po olbrzymich zasobach, zwłaszcza "americana", którą bardzo lubię od czasow tamtej podróży - kto by pomyślał, że kiedykolwiek będę szukać alt bluegrass...
P.S. A Dano donosi z Bratyslawy, że mgła i czy u nas też jest taka (w domyśle, że na pewno nie). Mnie o to pytać???? Mnie?????
P.S. A w okoliach Słupska podobno już są żurawie. Przyleciały.

środa, 4 marca 2009

kolejny storczyk w kolekcji

Cambria Nelly Isler. Teraz muszę zostawić go samego w domu, kotem i innymi storczykami (nie wiem, czy się zaprzyjaźnią). Jak wrócę, to zrobię zdjęcie.

wtorek, 3 marca 2009

drobiazgi

Z cyklu "co mi dzisiaj wpadło w oko": z okna 194ki wjeżdżającej powoli i nieodwołalnie w formujący się u wlotu Czarnowiejskiej korek obserwowałam ekran z 90-leciem AGH. Najpierw święcił papież ("pociąg św. Barbary" czy coś w tym rodzaju, o ile pamiętam), a potem rektor z biskupem w jednym stali szeregu. I to by było na tyle, jeśli chodzi o świętowanie kolejnych rocznic szacownej uczelni. Hmmm... tak po prostu wpadło mi w oko. Nie, że polimery, fizyka kwantowa, blureje, interfejsy czy choćby nawet górnictwo i hutnictwo albo inne cuda. A może właśnie cuda? Co to jest pociąg św. Barbary? Coś musiało mi się pomylić, może to halucynacje wywołane mgłą (z okna mojego wygląda raczej jak smog/k).
Muszę jeszcze raz tamtędy pojechać przy okazji, może trafię na tę samą sekwencję.

niedziela, 1 marca 2009

idzie wiosna

Po pierwsze: słyszałam już trelujące kosy i to jeszcze we wtorek. Po drugie: sikorki przylatują na balkon nawet nie po to, żeby napchać swoje mikroskopijne żołądeczki ziarnami z karmnika, ale żeby zaśpiewać i odlecieć gdzieś w pośpiechu. Po trzecie: nie jestem dzisiaj na nartach (uuuuuuu!!!! jęk rozczarowania). Po czwarte: kończąc wczoraj zajęcia o 17.55 spostrzegłam wychodząc przed budynek KSW, że na horyzoncie jeszcze tli się ślad po zachodzie słońca. Nie miałam czasu na głębszą refleksję, bo 292 właśnie odpalił i szykował się do przekroczenia Wisły w brawurowym MPKowym stylu, a mnie jakoś nie chciało się spacerować po moście na drugą stronę - i tak sobie pospacerowałam po starym Podgórzu (nawet jak nie narty, to i tak zastrzyk adrenaliny musi być!), bo zajęcia w KAFie zaczynałam godzinę później. Ech, Podgórze. Opadła mnie melancholia w stylu "i ta kamienica też taka sama, jak w 93-cim, kiedy wychodziliśmy przez okno z imprezy nad ranem bo brama była zamknięta i nikt nie miał kluczy"). W każdym razie czas na refleksję dopadł mnie o 21.52, kiedy otwieralam bramkę do domu (nareszcie!) po skończonych o 21.30 zajęciach (gdyby nie miły człowiek z samochodem i gotowością przejażdżki na daleki Ruczaj - choć dla mnie Ruczaj kończy się wraz z ostatnimi szarymi blokami przy Grota-Roweckiego, a dalej co jest? Bo ja wiem... Kampus UJ) - to pewnie refleksja nawiedziłaby mnie jeszcze później, tuż przed 23.00. Że niby what's-going-on i gdzie jest moje życie.