piątek, 6 marca 2009

american coffee dream

Nelly Isler wciąż nie została uwieczniona (tym razem ona, przyjmując, że to orchidea), co ja poradzę na to, że kiedy wracam do domu, to jest już ciemno, a lepiej fotografować ją w świetle dziennym. Ale będzie. Soon. Może nawet jutro, bo plan wyjazdu narciarskiego upadł, z racji rozmaitych rozmaitości (głównie piętrzących się zaległości pracowych) - narodził się za to plan pierwszej wycieczki rowerowej do Tyńca w tym sezonie. Zobaczymy.
Nie pamiętam już, czego szukałam w sieci, kiedy wpadł mi w oko tytuł "Apple is "most admired company". Wiem, czyściłam skrzynkę na gmailu, którego używam do subskrybowania niekoniecznych wiadomosci i dziesiątków newsletterów, których i tak nie czytam. W każdy razie coś w tym jest, o ile oczywiście mieć zaufanie do takich rankingów. Lubię Apple - oprócz oczywistości - także za to, że nie mówią o załamce rynkowej i nie wyciągają ręki po rządową jałużnę, która ma załatać czyjeś zamiłowanie do gier hazardowych na gigantyczną skalę.
A rano było bardzo, bardzo przyjemne. Napisał Jason z WFMU, który pracuje nad nowym projektem: Free Music Archive, coś na kształt muzycznego Creative Commons i poprosił o zaakceptowanie do publikacji sesji nagraniowej z...2001 roku. Trudno się nie wzruszyć: kiedy w marcu 2001 nagrywaliśmy ten koncert w WFMU, naprzeciw stały jeszcze dwie wieże i wydawało się, że tak entuzjastycznie, bezpiecznie i dobrze (relatywnie, relatywnie), jak w latach 90-tych będzie zawsze. Oczywiście wiem to teraz, bo wtedy po prostu o tym nie myślałam, siedząc na nabrzeżu i patrząc na World Trade Center po drugiej stronie (a nie miałam wtedy ani źrodeł stałego dochodu, ani ZUSu, ani żadnych zabezpieczeń oprócz niewzruszonego przekonania, że mam plan, pomysły i chęci). Co to były za czasy! Wizyta w WFMU, Nowym Jorku i w ogóle USA wtedy dzisiaj wydaje mi się być bardzo dziwnym zdarzeniem, jakimś otwarciem drzwi alternatywnej rzeczywistości, jakimś przebłyskiem innych wariantów, innych scenariuszy, uwolnieniem. Z odrobiną (ale tylko odrobiną) goryczy, bo do dzisiaj nie wiem, dlaczego rzeczy toczą się w życiu tak, a nie inaczej, parę historii już się raczej nie wydarzy i nie wiem też, czy to źle. I tamten koncert: pierwszy w ogóle podczas pierwszej amerykanskiej trasy, straszny stres (bo tego radia słucha Jim Jarmusch, i Tom Waits, i Thurston Moore i who knows...), który zresztą trochę słychać, i problem z urządzeniami (bo zapomnieliśmy o prądzie 110 W), gram na jakichś pożyczonych efektach gitarowych, co stres potęguje. Z czasem przybywa słuchaczy, ludzie schodzą z innych pięter po skończonej pracy, siadają bezszelestnie na podłodze i ta cisza, kiedy kończymy... (zupełnie jak w stereotypowych historiach, zakończona czymś więcej niż oklaskami). Nic dziwnego, że w Knitting Factory omal nie zemdlałam na minutę przed wyjsciem na scenę, drugi koncert tego samego dnia, dzień wcześniej wysiedliśmy z samolotu. I tak już było do końca: intensywnie, mocno, wyczerpująco, pięknie. Te 300 milowe przejazdy i 2 koncerty pod rząd (in-store i klub), i nocna impreza (najfajniejsze imprezy na świecie, przesłuchane dziesiątki, jeśli nie setki 180 gramowych winyli). Rano powtórka. I to wszystko wraca teraz pod postacią kilku ścieżek w formacie MP3, które trzeba zaakceptować lub odrzucić. To jest poza akceptacją i odrzuceniem, życie temu nie podlega, ono po prostu jest, co mam na to poradzić. Tak było w 2001. Tyle.
Wzrusza też fakt, że po 8 latach siedzę przed moim Maczkiem pijąc kawę o tamtym smaku (kolumbijska ciemno palona) i przekonując się, że ktoś pamięta i dba o to, żeby zdarzenia były archiwizowane. Tylko tyle i aż tyle. W kraju, w którym nagrania najlepszego polskiego jazzu z lat 70-tych istnieją tylko na kiepskiej jakości winylu, bo nigdy tutaj dobrych winyli nie tłoczono, ani wtedy, ani teraz, ani w ogóle i gdzie wszystko wsysa czarna dziura niepamięci - to naprawdę wzruszające.
Free Music Archive ma ruszyć, jak pisze Jason, w połowie kwietnia. Wtedy będzie otwarte dla użytkowników, na razie korzystam ze statusu "artist" i buszuję sobie po olbrzymich zasobach, zwłaszcza "americana", którą bardzo lubię od czasow tamtej podróży - kto by pomyślał, że kiedykolwiek będę szukać alt bluegrass...
P.S. A Dano donosi z Bratyslawy, że mgła i czy u nas też jest taka (w domyśle, że na pewno nie). Mnie o to pytać???? Mnie?????
P.S. A w okoliach Słupska podobno już są żurawie. Przyleciały.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz