niedziela, 29 marca 2009

CoCart Festival

Toruń jest pięknym, europejskim miastem! Jaka szkoda, że udało nam się wymknąć tylko na godzinkę w sobotnie przedpołudnie, żeby poeksplorować wszystkie zakątki, które jakoś tam tkwiły w pamięci przez te kilka ładnych lat kiedy nie udało się tutaj zajrzeć. Trudno jednak było tak do końca się obudzić; już nieco ponad 10 dni krążę między Warszawą, Koszycami, Poznaniem i Toruniem. Ledwo więc zobaczyłam znajomy napis "Krakow Główny", pogłaskałam kota w domu i podlałam rośliny w moim biurze, już siedziałam na przednim siedzeniu samochodu mijając kolejne etapy na jakże dobrze, niestety, znanej "jedynce". Za Łodzią robi się naprawdę okropnie: płasko, przeraźliwie płasko (i od razu zaczyna mnie boleć głowa, wpadam w popłoch daremnie skanując horyzont w poszukiwaniu najmniejszego choćby wzgórza), rozmaite wersje kurników pokrytych urokliwą papą i równie liczne odmiany "chłopskiego jadła" w stylizowanych na góralszczyznę pałacach ze strzechą (zaraza chłopomanii najwyraźniej jest w Polsce nie do wyplenienia). Kiedy więc po dobrych 7 godzinach docieramy wrsezcie do Torunia, priorytet jest jasny: położyć się (gdziekolwiek) i zasnąć. Cóż, kiedy po drodze jeszcze prezentacja i wykład oraz kilka rozmów, z którym nie pamiętam kompletnie nic; dobrze, że istnieją konwenanse, to trochę jak recytowanie formuł mnemonicznych. Sen - ile by w tych warunkach nie trwał - zawsze jest za krótki, więc wiem, że bez długiego spaceru nie jestem w stanie funkcjonować, nie mówiąc już o prowadzeniu zajęć, które są jednak dosyć mocno wyczerpujące (w sensie wydatkowanej energii). Spacer pomógł, konieczna dawka powietrza i światła, i zajęcia okazują się inspirujące i twórcze, ale - jak przewidywałam - po zakończeniu mam ochotę znowu uciec i spać godzinami, a czeka nas jeszcze koncert. Idea grania w podziemnym garażu nie budzi mojego zachwytu, ale już toruńskie Centrum Sztuki Współczesnej "Znaki Czasu" i owszem. Ech, żeby kiedyś Kraków przestał być wreszcie taką architektoniczną prowincją! Perspektywa zwożenia całego sprzętu windą jest już jednak mniej przyjemna. Trochę koniecznych zabiegów (w rodzaju: poszukiwanie stolika), dziesiątki kabli (input - output - crossover), jakoś udaje się wszystko skleić do kupy, cieszę się na możliwość grania bez specjalnych ograniczeń, zwłaszcza, że pojawia się wreszcie upragniona przestrzeń w głowie i lżej się oddycha (tylko ten garaż!) Przed nami Column One, którego słuchamy z garderoby - interesujące, wciągające dźwięki, ale teatrzyk to trochę too much, jak dla mnie. I zastanawiam się trochę nad sensem odtwarzania nagrań dzwonków oraz głosów ptaków z płyty, którą i my mamy w swojej kolekcji, ale zawsze to lżej podróżować z laptopem i dwoma niewielkimi gongami (zresztą, pozbawionymi nagłośnienia). Gra się jednak naprawdę fajnie i pewnie jest też w tym sporo zasługi poprzedników, którzy stworzyli naprawdę niezłą aurę na słuchanie. Później jeszcze sporo ciekawych dźwięków, kapitalny Oren Ambarchi, trochę wprawdzie pokonany przez nierówną walkę niskich częstotliwości z niskim sufitem, ale ostatecznie wychodzi na swoje. Całkiem fajnie też rozwijał się projekt Pinhasa, choć chyba jednak udawanie żywej perkusji z sampli nie jest moją broszką. Z kadym rokiem staje się dla mnie oczywiste, że elektronika wymaga znacznie więcej kreatywnego myślenia niż kiedykolwiek wcześniej. Ciągle jednak sporo w tym obiegu fascynacji poziomem software'u i możliwości technologii. Czekam na free jazz sceny laptopowej (powracając co jakiś czas do DVD ulubionego Supersilent).
I może to kwestia mojego zmęczenia, ale jakoś nic szczególnie mnie nie powaliło. Z biegiem czasu coraz może trudniej o muzyczne epifanie. Co nie znaczy, że nie było fajnie. Naprawdę świetna impreza, sporo interesujących brzmień i fajnych momentów, jedno z tych zdarzeń, które sprawiają, że warto to robić, ale to "coś" ,co każe człowiekowi zachwycić się niespodziewanie, jakoś nie nastąpiło (i wcale nie musi się przecież pojawiać). Może to ten garaż.
W drodze powrotnej - zupełnie niespodziewanie dla mnie - naszła mnie taka średnio wesoła refleksja o systemie gwiazd, który rządzi każdą sceną muzyczną w tym prowincjonalnym kraju - głównie po lekturze kilku artykułów, w których piszący licytują się, jakież to znakomite gwiazdy pojawią się na kolejnych festiwalach (i wszystko jedno, czy są one mainstreamowe czy offowe). W tym wszystkim jakoś ucieka to, co najważniejsze, najmniej może pisze się / mówi o muzyce, publiczność casem wygląda na zdezorientowaną i zagubioną, ludzie sprawiają wrażenie, jakby naprawdę nie wiedzieli, czy coś im się podoba czy nie, zanim o tym nie napisze Dyżurny Redaktor (tak samo zresztą zagubiony, ale dysponujący Narzędziami). Jakoś odechciewa mi się w tym wszystkim płacić fortuny za Aphex Twin i nie bawi mnie udział w tym wyścigu po zaliczenie kolejnej niebywałej okazji w kraju nad Wisłą. Może posłucham ptaków za friko (na żywo) albo odpalę sobie znowu Satoko Fuji z płyty (i to dobry powód, żeby kupować płyty).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz